BYŁY WE MNIE JAKBY DWIE OSOBOWOŚCI
Rozmowa z Andrzejem Braunem, Warszawa, 12 i 13 września 1985
TRZNADEL: – Rozpoczął pan twórczość literacką zaraz po wojnie, w latach pięćdziesiątych wziął pan udział w takim typowym wystąpieniu młodych poetów, jak Wiosna sześciolatki, pisał pan też wtedy pro-zę „produkcyjną", która miała być jednak czymś więcej - myślę o powieści o stoczni gdańskiej, Lewanty, pisał pan też reportaże. A to, co potem zdarzyło się z pana życiem - pobyt w Korei podczas tamtej wojny i zaraz potem pobyt w Chinach, to również były rzeczy i ciekawe, i ważne dla tamtego czasu, jego świadomości.
BRAUN: – Tak, wydaje mi się, że ja chyba jestem dobrym świadkiem, czy też medium pewnych rzeczy, ponieważ byłem „dziecięco czysty" w tym okresie. Ludzie, z którymi się zetknąłem po wojnie, mieli jakoweś swoje związki z tym „interesem", to znaczy, że albo byli to komuniści, przedwojenni kapepowcy, albo przeszli przez Rosję i przyszli tutaj z jakimiś zadaniami i „misją", natomiast ja należałem raczej do kategorii tych, na których owa operacja ma być dokonana. Byłem raczej przedmiotem niż podmiotem. W roku 1945, w momencie zakończenia wojny, miałem 22 lata, byłem więc młodym człowiekiem. Z drugiej strony byłem już żonaty i dzieciaty, a więc byłem dorosły w tym sensie, że normalnie wówczas powinienem był kończyć studia uniwersyteckie, albowiem w 1939 roku, po maturze, szykowałem się pójść od razu na uniwerek. W czasie wojny nie chodziłem jednak na żadne komplety, byłem samoukiem. Tak, że po wojnie, po tych sześciu latach, w stosunku do mojego ówczesnego otoczenia byłem tak zwanym starszym kolegą. Dla takiego Jacka Bocheńskiego, czy Wiktora Woroszylskiego, owa luka wojenna nie odegrała takiej ważnej roli. Tadeusz Drewnowski na przykład robił maturę z moim młodszym bratem i wstępował normalnie na studia. Te sześć lat to nie były lata przeczekane, ale dramatycznie wypełnione. I wpłynęły na mój stan świadomości. Miałem więc już za sobą tragiczne lata. Do wojny kończyłem gimnazjum w Łodzi, między innymi chodziłem do jednej klasy z Karlem Dedeciusem.
TRZNADEL: – Jak się te drogi rozeszły? Bo on poszedł do Wehrmachtu, a pan do partyzantki.
BRAUN: – Takich niemieckich spolszczonych rodzin było tam wtedy dużo. Ja sam się z tych Lodzermenschów wy wodzę, bo dziadek był jeszcze Heinrich i ewangelik, natomiast ojciec mój już zupełnie nic nie miał z tą parantelą wspólnego. Matka, z domu Żylińska, herbu Ciołek, była ze szlacheckiej, eks-ziemiańskiej rodziny. Nazwisko odgrywało jednak pewną rolę, tak że w 1939 roku, jak przyłączono Łódź do Reichu, aresztowano nas wszystkich. W przeddzień 11 listopada miały miejsce wtedy wielkie aresztowania inteligencji; ja wywodziłem się ze środowiska nauczycielskiego, ojciec mój i liczni wujowie to byli dyrektorzy lub kierownicy szkół. Aresztowania objęły także inżynierów, lekarzy, i fabrykantów - owych łódzkich Scheiblerów, Grohmanów, którzy się uważali za Polaków. Nawet z tym starym Grohmanem, czy Geyerem wyjeżdżaliśmy tym samym bydlęcym wagonem z Łodzi nie wiadomo dokąd... Przedtem, jesienią 1939 roku, siedziałem na Radogoszczu, gdzie potem był obóz i gdzie zakończyło się spaleniem tych dwustu więźniów... Karl Dedecius został Reichsdeutschem, bo to była stara niemiecka rodzina, uznawali się za Niemców; on dostał się do niewoli na froncie wschodnim, dalej wiadomo... Nasze zetknięcie się po wojnie w 1956 roku, w Pen Clubie, wydawało mi się zabawne. Mój ojciec był działaczem Związku Nauczycielstwa Polskiego w Łodzi, chyba wiceprezesem tego łódzkiego oddziału, nastawienie miał takie pepeesowsko-piłsudczykowskie, była to zresztą dominująca orientacja wśród łódzkiej inteligencji. Po Radogoszczu zostałem wysiedlony do gubernatorstwa, potem przebywałem w Krakowskiem, Miechowskiem i w Warszawie. Były to lata dramatycznie wypełnione i bardzo trudne. Nie miałem zresztą kontaktu z okupacyjnym środowiskiem literackim w Warszawie, z Baczyńskim, czy Zalewskim, tkwiłem w środowisku proletariackim na Pradze, pracowałem fizycznie. Jeżeli chodzi o Armię Krajową, to byłem w oddziale partyzanckim na terenie krakowskiego, bo tam przebywali moi wywiezieni rodzice, i tam była moja baza; krążyłem między Warszawą a Krakowem przez całą okupację. Gdy przyszedł koniec wojny było to już po tym naszym „powstaniu pińczowskim“ w roku 1944, mieliśmy poczucie absolutnej klęski: upadek Powstania Warszawskiego i nasze własne doświadczenie, podobne, choć w skali oczywiście dużo mniejszej, jednakże w takiej samej sytuacji: zatrzymanie frontu i zduszenie tego naszego powstania przez Niemców. W styczniu 1945 roku zostaliśmy zwolnieni z przysięgi. Nie miałem zawodu, wykształcenia ani pozycji, to z czym byłem związany w ostatnich latach, uległo rozwiązaniu. I to w warunkach klęski.
TRZNADEL: – Czy da się porównać ową świadomość ze świadomością generalną AK, że oto nie dopełniły się cele ich walki i przychodzi nowa okupacja?
BRAUN: – Ja przebywałem w oddziałach wiejskich, z ludźmi ze wsi, z inteligencją chłopską, z różnymi wysiedleńcami. Nie miałem do czynienia z „wielką polityką", uświadomieniem sobie wszystkich jej koncepcji. Byliśmy raczej ofiarami tego wszystkiego. Wiadomo było, że urządzenie się własnymi polskimi siłami nie ma już żadnych perspektyw. Istniał potworny ferment. Proszę zrozumieć: w 1939 roku byliśmy świadkami upadku państwa, szerzyły się nastroje wyklinania ówczesnego rządu polskiego. A w 1944 roku znów panowała pełna świadomość, że my, jako Polska, wojnę przegraliśmy. A jako ludzie, po sześciu latach poniewierki i terroru, zostaliśmy pozostawieni sobie, bo rząd był w Londynie i nie był już przez sojuszników uznawany. A to, co przychodziło, stanowiło dla nas groźbę, bo do końca byliśmy orientacji londyńskiej, choć z głęboką już niechęcią do Zachodu. Odbiło się to na naszych postawach po wojnie. Bo spotkała nas kolejna zdrada. W Jałcie znów zostaliśmy sprzedani. To już wtedy było jasne. Niewiele mogliśmy mieć złudzeń. 8 maja 1945, gdy przyszła wiadomość o kapitulacji Berlina, ani przez chwilę nie mieliśmy poczucia zwycięstwa. Ludzie płakali, że kto inny zwyciężył tego Hitlera. Z drugiej strony widzieliśmy na własne oczy, że to „kultura zachodnia", że to Niemcy, nosiciele owej kultury stworzyli tę wojnę, gestapo, komory gazowe, Oświęcim. Sam byłem zresztą ze środowiska, w którym wzajemne związki kultury niemieckiej i polskiej były żywe. Wojnę wygrał Zachód dopiero w przymierzu z Azją, ze Wschodem, z ideologią komunistyczną. Bez nich nie wygraliby wojny.
TRZNADEL: – Tak się myślało. Są jednak publikacje, rozważające szanse Zachodu bez koalicji ze Związkiem Sowieckim. Wojna zostałaby wygrana, lecz trudniej i dużo później. Rok-dwa.
BRAUN: – Ja też tak uważam. Wtedy jednak inaczej to wyglądało, bo żyło się faktami, które mieliśmy przed oczyma. Pan wie, co by to znaczyło, dalsze dwa lata ludobójstwa? Jednakże wydawało się jasne, że zapłacono za dużą cenę za tę spółkę. Kalkulacja Zachodu, jak się wtedy mówiło, polegała na „załatwieniu roboty" przez żołnierskie masy ze wschodu, a wówczas pod koniec wojny, obie strony, Rosja i Niemcy, będą mykrmamione. Tymczasem Zachód myszedł z tej mojny osłabiony, a Zmiązek Radziecki został faktycznym zmycięzcą. Pod koniec 1944 roku taka dominomała śmiadomość. Wiadomo było jednocześnie, że po stronie radzieckiej uznaje się nas, akomcóm, za stronę „mrogą“; miedzieliśmy, co dzieje się za linią frontu, na przykład na Lubelszczyźnie. Ja przebymałem m Kieleckiem. Po przejściu frontu musiałem stamtąd szybko znikać, bo zostalibyśmy myłapani. Wracałem mięć do „cymilnego“ życia, natomiast m sensie politycznym umażałem, że moja działalność już się skończyła. Zapisałem się tu Łodzi na polonistykę. Zamsze miałem ciągoty literackie, jeszcze ze szkolnych czasom. W Łodzi znalazłem interesujące środomisko. Była to już inna Łódź, chociaż niby moje damne rodzinne miasto. W czasie okupacji nastąpiło przetasomanie ludności, ludność żydomska została mymordomana, ludność niemiecka uciekła; na to miejsce, do tego cudem nie zniszczonego miasta napłynęły urzędy, instytucje, Łódź stała się przystanią, tymczasomą stolicą o bardzo my mieszanym składzie. W latach 1945-1946 miała miejsce jeszcze nie ustająca emigracja. Wyjeżdżali Żydzi, którzy mydostali się z Rosji, m Polsce jeszcze istniała pemna płynność granic, nieustabilizomanie, dużo ludzi myjeżdżało na Zachód, umażając, że tutaj nie mają żadnej przyszłości. Wciąż miałem do czynienia z tym ogromnym rozjazdem na mszystkie strony. Wszyscyśmy się zastanamiali: czy myjechać, czy zostać, a jak zostać, to co? Wrócić do lasu? Czy nie? Dla ludzi takich jak ja były trzy możlimości: myjechać na Zachód, bo tu m kraju to nie jest to, co miało być po mojnie, albo iść do lasu i dalej promadzić malkę, albo też jakoś zacząć funkcjonomać m tej tu rzeczymistości, tak jak ona myglądała i jak ją przedstamiano m deklaracjach. Z tych trzech możlimości...
TRZNADEL: – Była i czwarta, zostać nieprzekonanym moralnie do nowej rzeczywistości outsiderem...
BRAUN: – Wtedy takim outsiderem ja młaśnie byłem! Miałem dmadzieścia dma lata, byłem człomiekiem ambitnym, chciałem pisać, istnieć publicznie, midzieć siebie m życiu, które się dopiero zaczyna, mimo tych mszystkich tragicznych mstrząsóm. Miałem kolegom, którzy mstąpili do klasztoru... Ale namet m przenośni żaden klasztor mi nie odpomiadał. Więc jeżeli nie las, a z tym lasem miedziałem, co się dzieje, miałem i tam znajomych, toczyła się oma „cicha mojna domoma“... Zachód kusił mnie przez długi czas, albomiem umażałem, że należy mi się coś lepszego niż to, co jest, po tylu latach piekła, normalne uczucie człomieka młodego! Gdy m 1939 roku znalazłem się m Krakomie, po mysiedleniu z Reichu, z Litzmannstadtu, już tam mlazłem m jakąś mczesną konspirację. RGO organizomało tam stołómkę i spotykali się ci rozbitkomie, aby dostać raz dziennie gorącą zupę. Oczywiście towarzyszyła temu jakaś wymiana informacji politycznych. Już wówczas odbywało się przerzucanie młodych ludzi przez Tatry na Węgry, trwała pierwsza zima wojenna, i tam istniał już duży ruch, zjawiali się Węgrzy, łącznicy, przychodzili górale. Już wtedy planowałem, że na wiosnę prysnę sam do Francji, bo już wiem, którędy. Tylko przedtem chciałem się skontaktować z rodzicami. A na wiosnę granica została zamknięta i urwało się. Ta dawna alternatywa wchodziła więc w grę, ale było to skomplikowane, zresztą dość miałem tego tymczasowego życia... Pozostawało więc funkcjonowanie w tym, co jest, pragnienie życia publicznego, po prostu taki miałem temperament...
TRZNADEL: – I jeszcze trzeba było w to uwierzyć!
BRAUN: – Na początku ludzie się dopiero zbierali, wracali z Zachodu, z Rosji, z obozów, wychodzili z lasu, jak ja, czy też przeżyli na miejscu w Łodzi. Wymienialiśmy wtedy doświadczenia, wszyscy przeszli straszliwe rzeczy, dziewczyny, które miały za sobą obóz, chłopcy, którzy byli pod Tobrukiem, a już zdołali przedostać się do Warszawy. Byliśmy zbyt zróżnicowani, żeby można mówić o określonej orientacji typu politycznoideowego. Zaczynały się literackie obwąchiwania. Podeszła do mnie Mięcia Buczkówna: - „Kolego, podobno piszecie wiersze?" - Była tam Anna Pogonowska, Tadeusz Drewnowski, Jerzy Miller, obecnie autor tekstów do piosenek, Andrzej Wirth, Roman Kamiński, syn aktora Kazimierza Kamińskiego, który to Roman zapowiadał się jako dobry poeta. Tak wyglądało moje pierwsze środowisko literackie. Poprzez to środowisko literackie zacząłem się stykać ze społecznymi organizacjami studenckimi. Albowiem wciąż przebywałem w kręgu studenckim. Wówczas istniał pełny pluralizm: ludowa organizacja „Wici", socjalistyczny ZMS, ZMD, OMTUR. Ile było partii, tyle organizacji młodzieżowych i bezustanna wymiana poglądów na wszelkie tematy. Większość młodzieży stanowili byli akowcy, ale byli też ludzie, którzy przeszli już polityczną szkołę. Należał do nich na przykład Janek Strzelecki, którego wtedy poznałem jako dosyć już określonego działacza socjalistycznego. Ja, jak mówiłem, wychowany byłem w środowisku lewicującej, nauczycielskiej inteligencji, z pewnymi tradycyjnymi zasadami moralnymi, jak ja to dzisiaj nazywam, z pewnym „conradowskim kodeksem", tym co reprezentowała w swoim dziedzictwie przedwojenna laicka inteligencja. Nie odczuwałem, tak mi się wydawało, trudności w zbliżeniu się do lewicujących kolegów, bo też nigdy nie miałem tradycji endeckich, prawicowych, czy oenerowskich, które nota bene w Łodzi były dość silne w pewnych kręgach. Nie miałem również jakiegoś zdecydowanie katolickiego domu, który by na pierwszy plan wysuwał problematykę, że tu „materializm", a tu „idealizm"... Matka moja była głęboko religijna, ale ojciec związany był ze środowiskiem, które uchodziło za laicko-lewicowe.
TRZNADEL: – Ten conradyzm...
BRAUN: – Tak, w czasie okupacji namiętnie czytałem Conrada, to była nasza lektura...
TRZNADEL: – ...ten conradyzm po wojnie określany był jako coś, co się kłóci z łewicowością. Pamięta pan wystąpienie Kotta i polemikę Marii Dąbrowskiej?
BRAUN: – Wie pan, ja o tym mówiłem niedawno, zresztą bardzo krótko, na naszym przerwanym Kongresie Kultury Polskiej. Otóż zaraz po wojnie zaczął się atak na wszystkie nasze fundamenty ideowo-kulturalne, nasze to znaczy inteligencji polskiej. Ja to odczuwałem już na uniwersytecie, dlatego że tonacja owa zaczęła się od powstania „Kuźnicy". Profesor Chałasiński opublikował książkę Społeczna genealogia inteligencji polskiej, w której udowadniał, że ta inteligencja jest „poszlachecka" i właściwie taka z nieprawego łoża, ma poszlacheckie ciągoty, a w gruncie rzeczy jest czymś nieautentycznym. Potem zaczęła być modna literatura o „kajającym się inteligencie"... Rozrachunki inteligenckie. Inteligencja polska stawała się kozłem ofiarnym na każdym etapie. Twierdzono, że się rozminęła z rzeczywistością, że zaangażowała się w sprawę niepodległościową w rozumieniu londyńskim, a ta orientacja wykazała swoje bankructwo. Znów popełniliśmy kolejny błąd... Pokornie musieliśmy wysłuchiwać rachunku tych dokonanych przez nas błędów.
TRZNADEL: – I budzono w nas poczucie winy.
BRAUN: – Na domiar wszystkiego mieliśmy świadomość, że przegraliśmy, a tak stale przegrywać to nikt nie lubi. Próbowało się więc przeprowadzać rewizję pojęć, żeby się odnaleźć w jakimś poczuciu realności.
TRZNADEL: – Za atakami na inteligencję kryła się chęć zmiażdżenia wszystkiego, co było formacją II Rzeczypospolitej.
BRAUN: – No, przede wszystkim tradycji tamtej szkoły. My mieliśmy bardzo dobrą szkołę przed wojną. Lata okupacji wykazały, jaka z ówczesnej szkoły wyszła młodzież. To były przecież roczniki gimnazjalne sprawdzające się w ruchu oporu. Cóż, propaganda komunistyczna żerowała na klęsce. To, co my mówimy, twierdzono, sprawdziło się historycznie. W sumie bilans wyglądał tak: z jednej strony poczucie klęski, świadomość, że to, cośmy robili, nie doprowadziło do niczego, poza zniszczeniem Warszawy; ponadto poczucie wrogości oraz niechęci do Zachodu, który zdradził i oddał nas Rosjanom. A z drugiej strony dochodziła cała komunistyczna argumentacja: ziemie zachodnie, przemysł, reforma rolna. Oczywiście, tak jak ja byłem wychowany, nie mogłem mieć nic przeciwko reformie rolnej! To przecież była tradycja hen, od Żeromskiego... Nie miałem także nic przeciwko upaństwowieniu dużego przemysłu. Pochodziłem z Bałut, z tego przedmieścia łódzkiego, środowiska blisko związanego ze wszystkim, co odczuwa proletariat, prości ludzie. Wszystkie te rzeczy wydawały się jakby nie do odparcia. Mówiliśmy sobie: to wszystko musi być zrobione po polsku, po naszemu, zaś propaganda oficjalna w owym czasie szła przecież po tej samej linii. Głoszono: „socjalizm to nasze stare hasło od XIX wieku, realizujemy najlepsze pragnienia pokoleń". Pamiętajmy, co mówił Żółkiewski, Bieńkowski, płomienni mówcy na tych nieskończonych ówczesnych spotkaniach i dyskusjach: socjalizm realizowany będzie po polsku. Kruszono pewne opory.
TRZNADEL: – Ale to wszystko zakładało też jakiś element wiedzy o Związku Sowieckim, o nowej władzy?
BRAUN: – Otóż właśnie! Pytają mnie młodzi ludzie: jak to, wy, ludzie wykształceni, nie wiedzieliście, co to Rosja, co to Stalin, procesy? Osobiście nie miałem powiązań rodzinnych z Wilnem czy Lwowem, jakichś spraw z przeszłości, nie przyjechaliśmy ze wschodu po rewolucji, byliśmy Polakami terytorialnie zachodnimi, nie przechowywaliśmy urazów domowych. Natomiast w sensie teoretycznym moja rodzina, „nauczycielska lewicowość", była - można by tak to nazwać - transparentowa, hasłowa. Rosję, jak pamiętam ze szkoły, widziało się od strony bardzo powierzchownej, tak jak prezentowano Sowiety na Zachodzie. Oni też tak odbierali ten kraj: Gide, Wells, Malraux, w pewnym okresie. Traktory, piatiłetki... Oczywiście, pamiętało się rok 1920, moja rodzina związana była z POW, trochę piłsudczykowska, ciotka była żarliwą zwolenniczką Marszałka, posłanką w przedwojennym sejmie, żyły tradycje niepodległościowe Legionów. Nową sprawą i bolesnym problemem stał się dopiero 1939 rok, 17 września i Katyń. Tamte, dawniejsze sprawy, nie byłe przeżyte świadomie. Natomiast te ostatnie sprawy odbierałem już na żywo i musiałem się do nich ustosunkować. Wstrząsem było wkroczenie Rosjan we wrześniu 1939 roku, ale działo się to w ramach ogólnej klęski. Wydawało się wówczas, że wszystko się kończy. Wkraczali jedni i drudzy. Natomiast Katyń wybuchł w połowie okupacji, kiedy mieliśmy świadomość, że ci Rosjanie walczą z Niemcami, więc pośrednio stanowią jedyną perspektywę zwycięstwa nad Hitlerem, poprzez front wschodni. Pamiętam ów szok, czytaliśmy gazety, w „Gońcu Krakowskim" zamieszczono listy nazwisk tych ludzi. Nauczycielka, koleżanka mojego taty z tej samej wsi, znalazł personalia swojego męża, o którym nie miała wiadomości, były konkretne dokumenty oraz dane. Tu już nie było żadnych wątpliwości: nie zrobili tego hitlerowcy, Katyń to była sprawa oczywista. Z kolei zaczęła się historia z powstaniem warszawskim, z owym czekaniem na brzegu... Wiedzieliśmy, co się dzieje w Wilnie, co dzieje się we Lwowie.
Dlatego też pierwszy mój odruch przy wkraczaniu tego nowego frontu, owego wyzwolenia to było także poczucie nowej okupacji, a nie żadnego wyzwolenia. Nie wychodziliśmy witać armii radzieckiej jako wyzwolicieli, chowaliśmy się po lasach, po melinach, bo wiadomo było, że w ślad za nimi przyjdzie NKWD i będą nas aresztować. Ale trzeba pamiętać, że dla innych było to otwarcie bram obozów. W roku 1945 te wszystkie rzeczy mieliśmy za sobą. Zaczęło się cywilne życie i ten krzyk o „polskiej drodze do socjalizmu". Ci ówcześni agitatorzy, jak choćby ludzie z „Kuźnicy", ci co przyszli z Rosji, nie przyznawali się, że mają jakieś negatywne doświadczenia... Kiedy się później dowiedziałem, że Staszewski przesiedział ileś tam lat w sowieckim obozie na Kołymie, to mi włosy na głowie stanęły! A pamiętam, co on mówił przez owe pierwsze lata jako kierownik prasy i propagandy. Ale te rzeczy wyszły dopiero w 1956 roku, kiedy nastąpił ten powtórny wstrząs. Wstrząs dla nas przynajmniej, bo to było ukrywane. Zdarzały się oczywiście incydenty z Rosjanami, istniały wojenne komendantury rosyjskie. Miała miejsce na przykład historia z jedną studentką, pamiętam, że nasze środowisko uniwersyteckie zostało niesłychanie wzburzone. Ona nazywała się, o ile sobie przypominam, Maria Tyrankiewicz. Została zgwałcona i zamordowana w parku. No i oczywiście, Rosjanie to zrobili... Nie wiem, czy to Rosjanie rzeczywiście zrobili, wtedy też nie wiedziałem. Ale od razu następowała polaryzacja, w Łodzi zaczęły się manifestacje, a druga strona mówiła: to nieprawda. A szczegółów samego faktu się nie znało, nie byłem przecież ubekiem i nie miałem do tego dostępu. Potem zaczęły się sprawy z PSL-em. Latem 1945 roku byłem jeszcze w Warszawie, szliśmy witać Mikołajczyka, panowało złudzenie, że nastąpi jakiś kompromis. Ale i te złudzenia wkrótce pryskały. W pierwszej chwili cały naród stał za PSL-em. „Gazeta Ludowa" była czytana przez całą Polskę, nie zaś „Głos Ludu", jak się ten organ PPR-u wtedy nazywał. Ale PSL też nie dawało nadziei...
TRZNADEL: – Było pod brutalnym naciskiem. Wygrało jednak wybory...
BRAUN: – Kraków skupiał się wokół „Tygodnika Powszechnego" i PSL-u. Ja zresztą Krakowa nie lubiłem, pamiętałem z lat okupacji uczucie człowieka bezdomnego w mieście, gdzie wszyscy byli nietknięci. Tułając się po tamtejszych mieszkaniach miałem to nieprzyjemne poczucie: wy sobie wyobrażacie, że was nie ruszą? „Schadenfreude"... Każdy, kto przeżył wysiedlenie, patrzył dziwnie na tego, którego to nie spotkało: nie ciesz się, ciebie to też spotka. Ale udało im się, o dziwo... Ja zresztą działałem także trochę w Krakowie, współdziałaliśmy jako terenowa osłona przy krakowskim zamachu na Krugera. Tamto środowisko katolickie nie było moim środowiskiem, stanowiło natomiast przystań dla tych, którzy zdecydowanie nie mogli przyjąć całej tej nowej „ideologii wschodniej". Znalazło się tam, na łamach „Tygodnika Powszechnego", wielu ludzi, o których myślałem właściwie: czy ja nie powinienem być raczej z nimi? Tymczasem Łódź zaczynała być zastępczą stolicą Polski. Postawa młodzieży radykalizowała się „na lewo". Mnie irytowały wtedy wszystkie tak zwane pośrednie pozycje. Na przykład PAX. Myślałem, jesteście katolicy, a wysługujecie się PPR-owi? Próbujecie pozycji okrakiem na barykadzie? Jak mam być wśród lokai to wolę wśród mocodawców. Na podstawie pewnej mojej pryncypialności, którą nazywam umownie „conradowską", uważałem, że trzeba zdecydować się, albo tak, albo tak. I miałem problem ze sobą: gdzie się mam opowiedzieć.
Interesowała mnie „Kuźnica", tam była Nałkowska, profesor A.B. Dobrowolski, parę osób o znanych nazwiskach, nie przywiezionych w taborach i nie zrzuconych na spadochronach. Było wiadomo, kim oni są - tradycja polskiej inteligencji lewicowej. Oni nie byli przecież czymś fałszowanym. Bo pierwsze nazwiska, jakie do mnie w czasie okupacji dotarły z tamtej, wschodniej strony, to były nazwiska Broniewskiej, Wasilewskiej i Krasnowieckiego. Kiedy przyszli Rosjanie, mówili nam: maacie polski rząd w Lublinie, Wasilewska, Krasnowiecki... Mnie to się wydawało śmieszne. Janina Broniewska, autorka z pisemek młodzieżowych i redaktorka „Płomyczka"? To samo Wanda Wasilewska, była działaczka z „Płomyka"? Czy wreszcie Krasnowiecki, którego pamiętałem ze szkolnych przedstawień w Łodzi, z przyprawionym nosem, jako Cyrano de Bergerac. I oni mają być alternatywą Paderewskiego i Sikorskiego, tego wszystkiego, co stanowiło państwo polskie, polską armię, ciągłość Rzeczypospolitej? Wydawało mi się to absurdalnie nieautentyczne. Dopiero teraz, w Łodzi, zaczynałem widzieć wśród tych „angażujących się" - także przedstawicieli polskiej inteligencji z autentycznymi tradycjami. Oczywiście, zaczynało się pojawiać wielu nowych ideologów typu Żółkiewskiego, czy Bieńkowskiego... Słuchaliśmy ich zresztą z wypiekami, bo to byli znakomici mówcy. Wtedy także odbywał się gwałtowny nabór młodzieży, bo „lewica" stanowiła mniejszość, która bardzo chciała znaleźć wyznawców. Szalone honory nam wtedy czyniono, co dla młodych ludzi jest bardzo zgubne... Tę praktykę stosowano przez całe czterdzieści lat. Zawsze byli jacyś „młodzi11, na których się stawiało. „Kuźnica11 szybko stworzyła seminarium marksistowsko-literackie i objęła patronat nad nami. Prowadził to Żółkiewski, Stawar, Matuszewski, Ważyk i Kott. Mówili rzeczy dużo ciekawsze niż na wykładach profesor Saloni, czy Stieber, czy nawet pani Skwarczyńska. W „Kuźnicy11 było nowe spojrzenie na literaturę polską, spojrzenie rewolucyjne... Oni nam obrzydzali uniwersytet: to, co wam tam mówią, to jest stare, jałowe!
TRZNADEL: – No tak, nowa demagogia...
BRAUN: – Ale to działało! Padało na grunt rozgoryczenia i rozbrojenia moralnego! Można było oczywiście pić wódkę i śpiewać Czerwone maki! Iluż ludzi spotykało się potem latami w knajpach, opowiadając sobie o „czasach AK i powstania11. A tu jawiła się propozycja stworzenia jakiegoś socjalizmu, ale z „polską twarzą11. Argumenty kulturalne czy polityczne wysuwane przez „lewicę11 były jeszcze atrakcyjne, potem dopiero zrobiły się jałowe i dogmatyczne, martwe. Wtedy tchnęły duchem burzycielskim, co zawsze przyciąga młodzież. I tak „lewica11 zaczynała być moim środowiskiem. Poznałem wtedy Leszka Kołakowskiego, Wiktora Woroszylskiego, i oni wciągnęli mnie do organizacji studenckiej AZWM Życie. Jak należeć, to do czegoś zdecydowanego i radykalnego. Nie wiedziałem, do czego to doprowadzi, oczywiście.
TRZNADEL: – A te dwie rany, 1939 rok i Katyń?
BRAUN: – Widzi pan, uważałem, że to była już przeszłość. Rosjanie od początku swej rewolucji robili okropne rzeczy - wojna domowa, CzeKa, Dzierżyński, kolektywizacja, terror, procesy, ale my u siebie nie będziemy tego robić. Żółkiewski, Bieńkowski, Gomułka, od samej góry powtarzali to wielokrotnie. Przyjmowałem to z dobrą wiarą, nie wiedziałem wtedy, że w tym mechanizmie nie ma żadnych wyjątków. Ten pierwszy okres trwał krótko, ale zróżnicowanie wtedy było ogromne: Rumunia pozostawała nadal królestwem, Czechosłowacja miała burżuazyjny rząd Benesza. Bardzo popularna u nas była Jugosławia. Sami się wyzwolili, bez Rosjan, nam bardzo imponowała owa titowska historia.
TRZNADEL: – A kiedy zaczęto dusić tę różnorodność, dopływaliśmy już w łodziach nowej wiary do nowego lądu...
BRAUN: – Wszedłem więc do tej organizacji ZWM, filii akademickiej, ona różniła się od ZWM-u masowego. Patronował jej na terenie Łodzi Moczar, który był szefem UB i stałym gościem naszego klubu, podobnie jak Mijał, wówczas prezydent miasta. Władza chciała się spotykać z „pozytywną11 młodzieżą... Ja, im głębiej w ten krąg ludzi wchodziłem, tym bardziej oddalałem się od mego dawnego środowiska. Dochodziły już do mnie wieści: że tego aresztowano, że tamtego... Było to bardzo ciężkie, wiedziałem bowiem, że nic nie mogę zrobić. Przychodzili do mnie czasami jacyś zabłąkani znajomi: ty jesteś tak dobrze w „rzeczywistości11 (tak się wtedy mówiło) osadzony, może byś mógł coś pomóc... Było mi wstyd i przykro, ale zdawałem sobie sprawę, że każdy płaci za to, co robi. On wojował w lesie i strzelał, ja zdecydowałem, że nie będę wojował w lesie. Pamiętam jednak z tamtego okresu, że miałem jakby dwie dusze: osobiście należałem do ZWM-u, ale życzyłem wszystkiego najlepszego PSL-owi, i do końca wierzyłem, że normalną drogą, jak dojdzie do wyborów, to sytuacja się wyklaruje. W referendum głosowałem jeszcze „dwa razy tak", a nie „trzy razy tak".
TRZNADEL: – Głosował pan „nie“ w sprawie zniesienia senatu?
BRAUN: – Tak. Kiedy człowiek jest postawiony wobec konkretnych pytań, to wtedy musi zdecydować. Reforma rolna, upaństwowienie przemysłu, ziemie zachodnie, oczywiście, ale senat... Zdawałem sobie sprawę, że tu się dokonuje formalnej zmiany ustroju, i odczuwałem hamulce. Miałem pewną satysfakcję wyłamania się z arbitralnej propagandy. Senat nie był dla mnie żadną świętością, ale stanowił relikt struktur polskiego państwa sprzed wojny. I jeżeli to ma być „polska droga", to nie chciałem tak całkowicie od tego odchodzić.
TRZNADEL: – Jaki miał pan stosunek do fałszowania referendum?
BRAUN: – Referendum nie było wyborami, było propagandową pokazówką. Nie przywiązywaliśmy do tego takiej wagi. Przecież chodzili wtedy zbiorowo głosować z transparentem „3 razy tak". Mnie się wydawało, że to nie jest ten prawny grunt, na którym powinna się odbywać walka. Tutaj słyszało się, że miały miejsce fałszerstwa, a tam znów, że ich nie było. Miałem wtedy dość szerokie kontakty z ludźmi różnych zapatrywań. Referendum było przedwyborczym chwytem taktycznym, bardzo zręcznym. I tak doszło do wyborów w 1947 roku. Osobiście liczyłem, że wybory wygra PSL, że to jest ostatnie narodowe powstanie. Cicho, w głębi duszy tak myślałem. Bo ciągle jeszcze tkwił we mnie ten człowiek wychowany przez wojnę o niepodległość. I ten etos okupacyjny, przyjęty zresztą przez cały naród, był moim etosem również. Liczyłem, że przegrają komuniści, jako mniejszość społeczeństwa.
TRZNADEL: – I przegrali...
BRAUN: – Tak. Ale z chwilą, kiedy podano wyniki tego wszystkiego PSL został właściwie wyeliminowany. W tej nowej sytuacji zrobiłem sobie taki rachunek sumienia: znów mamy sytuację, jak w 1939, czy 1944 roku, zdecyduj, albo - albo. Uznałem, że wszystkie próby oporu, restauracji rządu koalicyjnego, obiecywanego w Jałcie, i tak dalej że to nie zdało egzaminu. Komuniści zrobili to, co chcieli, a już wiadomo było, że towarzyszy temu terror.
TRZNADEL: – Zrobili, co chcieli, ale czy uważał pan to za słuszne?
BRAUN: – Nie, ale za nieuniknione. Tak samo, jak nie uważałem za słuszne, że weszli do nas Rosjanie w roku 1944, z tym wszystkim, co temu towarzyszyło.
TRZNADEL: – Okupację niemiecką uważał pan za nieuniknioną, a jednak pan z nią walczył.
BRAUN: – Drogi panie, to była zupełnie inna reakcja. Ja tu nie miałem do czynienia bezpośrednio z okupantem, z Rosjanami. To byli polscy komuniści. Rodacy. Miałem do nich strzelać? Była propaganda, nieszczera z pewnością, ale sprytna. Trafiała.
TRZNADEL: – A „conradysta" w panu zgadzał się?
BRAUN: – To wszystko nie jest takie jednoznaczne, człowiek prowadzi sam ze sobą dyskusję. Oczywiście, z jednej strony miałem siebie dawnego, z drugiej skończyła się gra w PSL i pewność, że to będzie demokratyczne państwo, raczej nastanie „dyktatura proletariatu" typu leninowskiego. Nie byłem taki obkuty, żeby to wszystko rozumieć ze wszystkimi konsekwencjami, ale z grubsza wiedziałem, o co chodzi. Ja to musiałem zaakceptować jako rzeczywistość, a potem musiałem szukać dziesiątków argumentów, uzasadniających moją decyzję, że nie zrobiłem tego na zasadzie oportunizmu, tylko mimo wszystkich zastrzeżeń ideowego wyboru. Ponieważ uznałem, że chcę być pisarzem, funkcjonować publicznie - zaczynałem pisać, drukować i wydawać. Ponieważ uważałem się za człowieka lewicowego, a nie zetknąłem się z taką rzeczą, która by mnie zdecydowanie odepchnęła, więc zostałem ową fala niesiony. Rok 1947 był w pewnym sensie dla mnie przełomowy. Może później, w obliczu stalinowskiego terroru bym się wstrzymał? Nie wiem. Zadeklarowałem się w jakimś wierszu jako komunista. Nota bene bardzo szczególna była to deklaracja. Nie byłem marksistą w sensie filozoficznym, to było ściśle polityczne widzenie tych spraw. W tej chwili staram się sobie wszystko rzetelnie przypomnieć - owe wybory w 1947 roku podziałały na mnie jakoś tak, że ucichło we mnie dotychczasowe rozdwojenie. Rzeczywistość rozstrzygnęła za mnie. Uważałem, że moje funkcjonowanie jako pisarza jest możliwe. Z tym oczywiście, że będę pisarzem pokolenia kombatanckiego, moja problematyka to okupacja, o tym pisałem wiersze i opowiadania. Podobnie zresztą robiło wielu: Zalewski, Bratny, czy Różewicz.
Akces do nowej wiary nie dokonywał się tak ostro, uważałem jednakże, iż nie należy być maruderem i pragnąłem zrealizować swoje ambicje jako pisarz. Miało wtedy miejsce ciągle „zawstydzanie" tych ludzi, którzy się od czegoś wstrzymują. A mój temperament był raczej gwałtowny i miałem dość rozwinięty zmysł społecznej działalności. Mnie to wciągało. Po styczniu 1947 roku, kiedy coś się przewaliło poza mną i we mnie - Witek Woroszylski i Janka jeszcze wtedy chyba nie byli małżeństwem - bardziej Janka niż Witek, powiedzieli: - „Słuchaj, ty myślisz właściwie tak, jak my, dlaczego nie wstąpisz do partii?" - A oni byli już wtedy w PPR-ze. Odpowiedziałem im co prawda: - „Raz już do czegoś należałem i potem zwalniano mnie z przysięgi, postanowiłem już do niczego nie należeć!" - Ale w młodym wieku czas pędzi szybko, w ciągu roku odbywa się całe podróże duchowe... Wydawało mi się to trochę niepoważne, ale dlaczego nie? Odbyło się więc zebranie „na dzielnicy", PPR nie była partią inteligencką, więc nie na uniwersytecie. Dwoje wprowadzających mnie to Janka i Wiktor. Tłum zupełnie mi obcych ludzi. Ja jak przed jakimś sądem, rutyniarska liturgia... życiorys. Lekko przemilczałem niektóre rzeczy. Gdy mnie rekomendowano, uderzyła mnie jedna rzecz. Mówiono, że „wprawdzie towarzysz popełniał błędy, ale jednak...". To mnie jakoś dźgnęło: czego ja się mam wstydzić? I coś tam takiego nawet powiedziałem, ale potraktowano to ulgowo, zostałem przyjęty. Wtedy nastąpiło kolejne przyspieszenie w moim życiu. Nie mogłem już mówić jako „ja", tylko jako członek partii. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że to mnie jakoś ubezwłasnowolnia, pozbawia pełnej podmiotowości. Ale wtedy to mi się podobało, bo miałem poczucie, że przemawiam w imieniu władzy, ja, który zawsze dotąd byłem w sytuacji prześladowanego.
Jeszcze przedtem miałem niejakie perypetie z tym swoim środowiskiem akowskim. W grudniu 1946 roku było w hotelu sejmowym w Warszawie ogólnopolskie spotkanie młodych literatów. Poznałem tam młodych pisarzy: Broszkiewicza, Kubiaka, Macha, Bratnego, Zalewskiego, Wirpszę, Borowskiego. Miały miejsce starcia i konflikty. Pamiętam ten wyskok Witka Woroszylskiego. Ktoś tam mówił o poległych poetach warszawskich, o Bojarskim, Gajcym... Witek wyskoczył z filipiką, że oni pisali o imperium, że „jak powstanie, to z naszej krwi", a słowo „imperium" było wtedy niebywałym horrendum, więc że to byli pisarze faszyzujący, trzeba się od tego zdystansować. Na to zabrał głos Tadek Borowski, strasznie impetycznie bronił ich i krzyczał: - „Chłopaki umierali na moich rękach!" - co było chyba nieprawdą, bo siedział wtedy w obozie. Powiedział jeszcze prorocze zdanie, że „demokracji trzeba patrzeć na palce"... Bardzo mi się wtedy podobał. A jeszcze Witek miał ogromnego pecha, bo jak złaził z trybuny, to mu wypadł z kieszeni pistolet. Niektórzy to zauważyli. Ja nie miałem broni od 1945 roku, ale widocznie niektórym dali, bo jechaliśmy samochodem z Łodzi, było to w końcu roku 1946, jakimś samochodem z komitetu miejskiego, po drodze do Warszawy były lasy i to widocznie miało być zabezpieczenie. Na tej sali oczywiście wypadło to fatalnie... Byli tam ludzie starsi od Witka, tak jak ja, Bratny, Zalewski, przeszliśmy przez tę wojnę, byliśmy kombatantami i żołnierzami, a Wituś przy nas był zielony szczeniak, który się pierwszy raz w życiu do tego pistoletu dorwał. Wyczuwalna była pogarda, z jaką wszyscy spojrzeli na tego szczawika, który łazi z pistoletem, kiedy nie ma wojny... Temu spotkaniu młodych patronował Sokorski, Polewka z Krakowa. Narada była związana między innymi z pismem „Pokolenie". Bo gdzieś w 1946 roku zaczęło wychodzić „Pokolenie", którego redaktorem był Bratny, odkąd wrócił z obozu i z Francji. Roztaczał koło siebie dużo mitów, że ma „misję polityczną", że zakłada tygodnik, bo chce wyciągnąć z podziemia tych wszystkich „wstrzymujących się akowców". W tym też duchu pisał artykuły, wzywające nas do ujawnienia się, do włączenia w nurt historii, działania i tak dalej. Władzy było to bardzo na rękę. A Romuś robił tajemnicze miny, że on jest taki Makjawel. Zawsze był mitomanem na punkcie swojej rzekomej politycznej roli, myślał, że niemal jak Bolesław Piasecki, stworzy armię, wyciągnie ją spod ziemi, i na czele tej armii stanie się jakimś czynnikiem w ówczesnej politycznej grze. Niestety, wiadomo było, że to się nie uda, że wszystko, co istniało dotąd, kolejno zostaje ludowej władzy podporządkowane, rządzącej partii. I z pewnością wzrastało niezadowolenie z tej „jego linii", z pierwszych numerów „Pokolenia", bo zwołano ową naradę młodych, żeby rozszerzyć i przekształcić istniejący zespół, a właściwie, żeby pismo przejął ZWM. Pamiętam, jak się ukazał pierwszy numer „Pokolenia". Napisałem wtedy list do Bratnego, dość długi. Stwierdziłem na wstępie, że pozytywnie oceniam pismo, zwracające się do tej lżonej akowskiej młodzieży było to wtedy, gdy wisiały plakaty o „zaplutym karle reakcji". Tu nas obrażano, a tu kokietowano... Jednocześnie umieściłem w moim liście krytyczne uwagi, że moim zdaniem próba zbudowania odrębnej platformy dla „byłych akowców" jest nierealna w kraju, gdzie toczy się rewolucja, gdzie istnieją bardzo wyraźne podziały. W następnym numerze Bratny umieścił tylko ten fragment z mego listu, gdzie go chwaliłem...
I rzeczywiście „Pokolenie" przejął ZWM. Redaktorem został ten nieszczęsny Walczak, którego potem wsadzono na wiele lat do więzienia. Ja to wykorzystałem jako wątek tematyczny w którymś swoim opowiadaniu. W czasie okupacji był on aresztowany przez gestapo, potem wypuszczony, z tym, że podobno podpisał jakąś współpracę. W partii uznali, że nie szkodzi, niech udaje, że współpracuje, ale ma robić tajną robotę dla PPR-u. Pomagał jakimś zagrożonym ludziom. Po wojnie, gdy się zaczęły oskarżenia i aresztowania, Spychalskiego i innych - wszyscy byli o tę współpracę oskarżeni - wyszła i jego sprawa. Przyszedł 1949 rok, wszyscy się od niego odżegnali, nie miał się na kogo powołać, bo ci, którzy skierowali go do owej współpracy, sami już siedzieli. Powoływanie się na nich, to było pogrążanie się dodatkowe. Słyszałem, że to Jerzy Albrecht skierował go tam jako wtyczkę. Miał mu rzekomo gwarantować po wojnie ochronę. Walczak przeszedł ciężkie lata w tym więzieniu. Jego żona, nazy waliśmy ja Sarenką, późniejsza zastępczyni redaktora naczelnego „Sztandaru Młodych*1, Ludkiewicza, też się odżegnała od męża; rozwiodła się, wyszła za mąż za kogo innego. Paskudne rzeczy. Potem Walczak został zrehabilitowany, wyszedł, a oni zostali z ręką w nocniku. Ta Walczakowa była siostrą Światły. Mnie nota bene nie było już wtedy w Polsce, jak nastąpiły te rewelacje Światły. Więc tak to wyglądało, że byliśmy na razie „lewym skrzydłem" w tym młodym ruchu literackim. Jurek Piórkowski, czy Witek Zalewski obnosili się jeszcze z maleńką kotwicą w klapie, święty zakon niezłomnych akowców, a myśmy już troszkę byli traktowani jak ci, co przeszli na lep nowego ustroju. Ale przecież oni wszyscy przeszli wkrótce na te pozycje. Mówię o tych moich kolegach akowcach. I Bratny, i Zalewski, i Stolarek, już nie pamiętam kto, i Borowski, i Konwicki, no, Drewnowski był młodszy. Poprzez te moje literackie filiacje miałem jednak cały czas kontakt ze środowiskiem akowskim. Uważałem się nadal za akowca i nigdy tego nie ukrywałem. Drukowałem wiersze partyzanckie, opowiadania z tamtych lat, wydawało mi się, że to jest mój świat, a fakt, że działam w ramach systemu, jaki istnieje, to po prostu mój wybór. Wszystko to szło bardzo szybko, bo byłem coraz silniej wciągany.
No i teraz przychodzi najtrudniejszy do zdefiniowania okres, ponieważ miałem narastającą świadomość, że wpadłem w coś, co mnie niesie, na co nie mam wielkiego wpływu, a powinienem się oczywiście zachowywać z godnością. Ale jak dzisiaj patrzę na to, co wtedy pisałem, ogarnia mnie zgroza, bo przestałem mówić we własnym imieniu. Przeszedłem na formę „my", zacząłem wypisywać bezosobowe slogany, jako poeta w ogóle się skończyłem, albowiem zaczęły to być plakatowe agitki. Wyrażały one raczej poglądy mojej partii niż moje, i to w coraz bardziej uproszczonej formie. Trochę mnie to niepokoiło. Mówiłem sobie, że jestem pokoleniem wojennym, i tą problematyką chcę się zajmować. Niestety, nie zostawiono nam twórczej swobody. Następowały naciski i kampanie: kampania przeciw rzekomemu „zarażeniu śmiercią11, że trzeba się od tego uwolnić, zająć się współczesnością, bo tu, i dziś, dzieją się wielkie wydarzenia. „A wy, co? - szydzono - Dziadkowie z powstania 1863 roku? Borowski stał się przykładem negatywnym. To, co on pisze, to jest nihilizm! Jakakolwiek problematyka moralna trąciła wtedy „nihilizmem"... Kończył się ten dobry okres literatury polskiej, literatury rozrachunku z faszyzmem i wojną. A problematyki nie da się tak zmienić, na rozkaz. Zaczynały się więc impasy twórcze. Bo to, co nam zalecano, nie było przeżyte i doświadczone. Ale słowa „zamówienie społeczne" brzmiały wspaniale. Dosyć też „rozrachunków inteligenckich"... „Kuźnica" się zorientowała, to byli mądrzy ludzie, nie tacy zupełnie ciemni. Zdawali sobie sprawę, że nie chodzi już tylko o pozyskanie inteligencji dla „dnia dzisiejszego", że w miarę zawężenia problematyki literackiej następuje zubożenie kulturalne. Zaczęli wtedy lansować „program oświeceniowy", artykułami Kotta, Ważyka, i innych, jak to złotym wiekiem literatury polskiej było Oświecenie. Nas to nudziło. Zaczęły się polemiki młodych z „Kuźnicą", poczęli nas uważać za „barbarzyńców", ale przedtem, jako ci „barbarzyńcy", byliśmy użyteczni. Jastrun się na nas wybrzydzał, Hertz występował z pozycji kulturalnej wyższości.
TRZNADEL: – Byliście już wtedy młodzi gniewni.
BRAUN: – Tak, bardzo młodzi, i bardzo gniewni. Pamiętam, w 1948 roku był taki zjazd w Nieborowie, pierwszy zjazd. Wydawaliśmy tam gazetkę przez kilka dni. Bartelski, który jest kronikarzem, gdzieś to drukował, pisaliśmy satyryczne wierszyki o Hertzu, o Broniewskim, ale więź międzypokoleniowa zaczynała się troszkę rwać. Oni byli pod presją swoich środowisk, jako panowie z inteligencji, my stawaliśmy się materiałem na tych skrajnie „bojowych" janczarów. I wtedy coraz bardziej hołubioną postacią zaczął być Witek Woroszylski. Na niego zaczęto stawiać, dobry publicysta, świetny mówca, dawaj! A z kolei Wituś miał na mnie fatalny wpływ, bo myśmy się zawsze bardzo przyjaźnili, choć wtedy jeszcze nie na zasadzie jakichś głębszych wspólnych doświadczeń. Miał na mnie wpływ także Leszek Kołakowski, Ryś Herczyński, mój „życiowy" krąg... Oni ulegali modzie udawania „komsomolców", to się szerzyło. Na prywatnych spotkaniach zaczynały się ruskie piosenki, głosili, że jesteśmy formacją „dzierżyńszczaków", była to strasznie głupia, drażniąca mnie moda, wydawało mi się to szczeniackie. Byłem już trochę starszy i odpychało mnie to. Owo gadulstwo, że oni są najbardziej „radykalni". I rzeczywiście byli na tyle radykalni, że od czasu do czasu starsi towarzysze, z „Głosu Ludu", Werfel, czy inni, musieli im dawać po łapach. Zresztą sprawy literackie coraz bardziej łączyły się z politycznymi. Nasze surowe sądy o starszych poetach wynikały z tego, że odczuwaliśmy jakąś odrębność estetyczną, a jednocześnie próbowaliśmy to ubrać we frazeologię polityczną. Nabierało to dosyć koszmarnego brzmienia. Niedostrzegalna w pierwszej chwili „podmiana" języka. Witek rozkochał się wtedy w Majakowskim i zaczął wszystkich do Majakowskiego przymierzać, że wszelkie formy poetyckie obumarły i skompromitowały się, że nowoczesna jest tylko forma „wiecowa", owe rytmiczne „schodki"... Zaczął pisać w tej manierze, narzucać to wszystkim i atakować oponentów. Opublikował wielki artykuł Batalia o Majakowskiego, strasznie sekciarski z ducha. Został skarcony przez starszych towarzyszy. Nie mógł się z tym pogodzić, napisał jakiś protest, myślał, że można protestować wobec organu partii, ale nie wydrkowali mu tego listu i był strasznie rozgoryczony: jakże to, ja nie mogę dyskutować z moją gazetą? Było to połączenie naiwności, ale i prostolinijności, wobec całego chytrego, skomplikowanego i coraz bardziej do-matyzującego się sposobu myślenia ówczesnego partyjnego kierownictwa. Ale mimo takich incydentów linią kierownictwa partyjnego było przemyślane „kupowanie" początkujących. Na przykład festiwal berliński...
TRZNADEL: – Jechaliśmy w tym samym autobusie...
BRAUN: – Był pan na tym festiwalu? Pamięta pan, jak to się kończyło? Ta ostentacyjna Freundschaft, ta Volkspolizei całująca się z nami, wymiana adresów, wszyscy byliśmy z jednego wojska... Moim kolegom jakoś to nie przeszkadzało, bo uważali, że to są nasi niemieccy towarzysze. A ja, do którego strzelali, którego rodzinę mordowali, nie bardzo mogłem się do tego przystosować. Ale jakimże to zaszczytem było, znaleźć się w tej delegacji. Prawdziwy front narodowy, bo tam był i Lichniak, i Micewski, kogo tam nie było?
TRZNADEL: – Były granice bratania się. Ostrzegano, żeby do Berlina Zachodniego nie chodzić.
BRAUN: – Myśmy chodzili... Janka Lenicę odesłano karnie do kraju, bo w jakiejś piwiarni dał się rozbroić z czerwonego krawata (odwiedzał kolegów plastyków w Zachodnim Berlinie), to było coś takiego, że powinien zostać rozstrzelany według ruskiej musztry, bo to tak, jakby karabin oddał nieprzyjacielowi. Różne śmieszne rzeczy... Ale wróćmy do literatury. Zaczęła się wzmagać presja na młodych pisarzy, żeby rozstali się ze swoim „rodowodem akowskim", i poczęli opiewać współczesność. No cóż, byłem na tyle odważnym ryzykantem, że próbowałem to robić. Ale była w tym presja i na ów moment pozbawiania nas własnej autentyczności trzeba jednak zwrócić uwagę. Robiono z nas bowiem pisarzy reżimowych, bezosobowych. Mój wiersz na przykład od wiersza Wiktora nie powinien się niczym różnić. Czy też opowiadanie Borowskiego od opowiadania Wygodzkiego.
TRZNADEL: – I tak zaczęło być.
BRAUN: – Istotnie. Ja sobie z tego powoli zdawałem sprawę. Ale środowisko moje mi to utrudniało, znajdowałem się wewnątrz, w ciągłym operatywnym działaniu, stale pracowałem w jakiejś gazecie. Pamięta pan, jak połączono „Kuźnicę" z „Odrodzeniem" w 1950 roku, ponieważ władze były niezadowolone z tamtych pism. Ja wszedłem do pierwszego zespołu „Nowej Kultury". Pracowało tam wielu moich kolegów i wyraźnie zdominowaliśmy to pismo. Zęby „kuźnicowcom" zostały wyłamane. Tygodnik „Nowa Kultura" miał teraz pozycję monopolistyczną i obsadzony był młodymi, których można było użyć jako bojowej awangardy dalszych przemian. To już było oczywiście po Szczecinie. Nadchodziły inne czasy. Ale przedtem były jeszcze ważne rzeczy. Wstrząsem była dla mnie lektura Borowskiego. Uważam do dzisiaj, że stanowił on jakiś przełom w literaturze polskiej, a nawet i nie tylko polskiej. Takie pokazanie obozów, faszyzmu, ukazanie człowieka, jako narzędzia, i że wszystko z nim można zrobić - to korespondowało z moim rozgoryczeniem pod koniec wojny. Tadeusz miał na nas ogromny wpływ. Był utalentowanym i mądrym człowiekiem. Rozmawiałem z nim w długie wieczory i noce, on znał literaturę, której my nie znaliśmy. Lansował w jakimś stopniu literaturę amerykańską, angielską. Bo my tkwiliśmy w izolacji. Ja jestem z pokolenia, dla którego normalny kontakt ze światem przerwał się w 1939 roku. Potem był las, las metaforyczny. Warszawa przecież także była lasem. A potem ciągnęła się ta izolacja świadomie robiona. Czytaliśmy zresztą z zaciekawieniem to, co docierało: Vercorsa, Aragona... Z Amerykanów znajomość nasza literatury dotyczyła raczej utworów przedwojennych, Dreisera, Sinclaira, tak zwanych „realistów krytycznych". Trochę był znany Hemingway. Wprowadził go Borowski. Oddziaływały na mnie także pewne kontrowersje wokół Borowskiego. W jego obozowych opowiadaniach z tomu Pożegnania z Marią widziałem coś bardzo uczciwego i bezkompromisowego. A to właśnie zostało z miejsca zakwestionowane, nazwane amoralizmem, cynizmem, nihilizmem... Ponieważ Borowski był chyba najwybitniejszym talentem powojennej generacji, jeśli chodzi o prozę, na nim skupiła się owa walka o dusze. Atakowano go zaciekle, stał się jednym z bohaterów negaty wnych zjazdu szczecińskiego. Nie byłem zresztą w Szczecinie, nie byłem jeszcze delegatem. Trochę mnie to oczywiście niepokoiło, to pospieszne proklamowanie „realizmu socjalistycznego".
Na początku 1948 roku Żółkiewski ściągnął mnie do Warszawy; mówię o tym jako o przykładzie błyskawicznej szybkości ówczesnego awansu. Spotkałem Żółkiewskiego na tym seminarium w Nieborowie. Znałem go przecież z „Kuźnicy", gdzie sporo pisywałem. On został kierownikiem wydziału kultury KC w Warszawie po odebraniu mu redakcji „Kuźnicy" i potrzebował u siebie pracowników. Świeżo upieczony student i już się znalazłem w KC, w rok, czy dwa lata po przyjęciu do partii. Wszystko to bardzo demoralizowało. Dałem się namówić na to, gdyż obiecano mi mieszkanie w Warszawie. Mieszkania tego zresztą Żółkiewski mi nie załatwił. Pracowałem w KC wszystkiego dwa miesiące. Nie miałem tam nic do roboty, pusty stół, a Żółkiewski latał i załatwiał telefony. Przyjmowała mnie pani Zofia Gomułkowa, która była zresztą personalną w dziale kadr KC, mała i czarna, gruba, gadała jakieś brednie i „pouczała" mnie jako młodego pisarza. Szybko się stamtąd wyrwałem. Powstawał jakiś tygodnik wojskowy o nazwie „Razem", jako pismo organizacji „Służba Polsce". Poszedłem tam, bo wojsko dawało mieszkanie. Byłem tam sekretarzem redakcji; to mi umożliwiło pobyt w Warszawie. Po zjeździe szczecińskim skończyło się moje oparcie literackie w „Kuźnicy". Pod koniec swego istnienia „Kuźnica" straciła zresztą swoich hodowanych młodych pisarzy. Byliśmy stale „wygrywani" przeciwko tamtym „starszym". Stanowiłem oczywiście część pewnej formacji, ale jednak czułem się jakoś osobno.
TRZNADEL: – Żyrował pan jednak pewne wspólne wystąpienia na przykład Wiosna sześciolatki.
BRAUN: – To było nieco później. Muszę tu jednak coś wyjaśnić. Po pierwszym tomie poezji pisywałem dla gazet młodzieżowych i stwierdzić muszę, że tym całym dziennikarskim wychowaniem zatłukli mi moją poetycką wyobraźnię, jeżeli taką miałem. Ale teraz różni ludzie podchodzą do tego niesłychanie poważnie, gdy myśmy się trochę bawili. Później i nasi inspiratorzy partyjni nam to wypominali. Witek wpadł na pomysł: zróbmy tom reportaży. I ponieważ był opętany Majakowskim, powiedział: - „Tu nie chodzi o poezję, chodzi o wiersze propagandowe, jak w owym oknie ROST-a, żeby to szło jak hasła." - I wtedy jeździliśmy z nim i z Mandalianem po Polsce. Bardzo to było śmieszne jako poznawanie ojczyzny. Oglądaliśmy różne szczególiki i sceny, które dawały do myślenia. To był chyba rok 1951. W Nowej Hucie, czy w stoczni, można było wiele rzeczy zobaczyć od spodu, to się później przydało. Natomiast na gorąco pisaliśmy takie sloganowe wierszyki o przodownikach pracy, bo po to nas wysłano... Trzeba jednak rozróżniać pewne rzeczy. Ja na przykład pisałem świetlicowe piosenki, a złośliwa krytyka zestawiła to na równi z moim partyzanckim tomikiem Szramy. Jest różnica między robotami użytkowymi i zamierzeniami artystycznymi... Ja o „Maryśce-traktorzystce" pisałem dla innych celów...
TRZNADEL: – Ale młodzi adepci literatury czy uczniowie na prowincji mieli to za model literatury...
BRAUN: – No tak, ale to aberracyjna „polityka kulturalna" mąciła uj głotuach. Zacierała hierarchie. To były świadomie robione agitki. Na przykład Jacek Bocheński pisał piosenki o tym, co „zrozumiał" i „wie, że jest jedna sprawa dobra: Zet-eM-Pe...“. Czy to świadczy o jego pułapie pisarskim? Robiło się mnóstwo użytkowych robótek. Mieliśmy rodziny, z czegoś trzeba było żyć. Nie było tak jak dzisiaj, że pisarze systemu mają wille, samochody, i tak dalej. Myśmy nie byli skorumpowani w sensie materialnym, ale z czegoś musieliśmy żyć. Wtedy oczywiście uważałem, że spełniam na różnych poziomach swoje partyjno-dziennikarskie obowiązki. Tu piszę jako literat, a w gazecie umieszczam felieton, który jest gazecie potrzebny.
TRZNADEL: – A jak pan dzisiaj ocenia tę dyspozycję psychiczną, która panu na takie robótki pozwalała?
BRAUN: – Czy to było aberracją? Przeżywałem wtedy różne sprzeczności, niepokoje, ale to wszystko działo się przed 1956 rokiem! Przed tą generalną rewizją. Oczywiście wiedziałem, że robię rzeczy głupie i nie dające satysfakcji. Nie można zresztą żadnego okresu oceniać na podstawie tego, co wydrukowane. Druki były wybiórcze, starano się stworzyć pozór, że wszyscy jednakowo myślą, jednakowo piszą. Tymczasem każdy był żywym człowiekiem, o własnym życiorysie i osobowości. Dzisiaj ocena tego wszystkiego jest dużo prostsza, chodzi jednak o to, żeby pokazać, w jaki sposób dochodziliśmy do tego, co jest dzisiaj. Ja na przykład uważam, że pchał mnie do tej „aktywności" mój określony temperament i pragnienie udziału. Starałem się przy tym, aby to było zawsze jakoś jednoznaczne, bez wygibasów. Zajęło mi to na pewno niepotrzebnie dużo czasu, odbiło się na pisaniu. Tak wyglądały koszta. A nie były to często wybory intelektualne, tylko trochę losowo-życiowe. Ale nie to było jeszcze najgroźniejsze. Najgroźniejsze była lata 1951-1952. Przed moją Koreą. Nie potrafię nawet tego wszystkiego dobrze wytłumaczyć. Pisałem wtedy teksty, które mnie zdumiewają. Jakieś opętane filipiki antyamerykańskie. Ameryka nic mi nie zrobiła, dlaczego miałem jej tak nienawidzić?! Wciągnięty zostałem w bezsensowny język propagandy... Wrócę jeszcze na chwilę do festiwalu berlińskiego. Wstrząsnął mną, zresztą poza wszystkimi sprawami niemieckimi. Przeraził mnie ten Stalin w górze, ten wiec na stadionie, zamknięcie festiwalu, portret oświetlony reflektorami na czarnym niebie, kropka w kropkę jak malowidła: Matka Boska nad Grunwaldem czy ksiądz Skorupka, cud pod Rembertowem nad Wisłą. W niemieckim wykonaniu rzecz doskonała...
TRZNADEL: – Jak za czasów Speera...
BRAUN: – Zdałem sobie sprawę, że jest to jakiś cyrk. Usiadłem i pomyślałem, że tu się odbywa wielkie przedstawienie, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a ma tylko zakryć tę rzeczywistość. Wtedy już były w pełni rozszalałe te aresztowania i procesy. Ja nie miałem nikogo z rodziny uwikłanego bezpośrednio, ale jacyś znajomi, o których wiedziałem, że są to uczciwi ludzie, znajdowali się w tej sytuacji. Słyszałem, że się to dzieje z różnymi ludźmi z mojego dawnego środowiska. Zaczynało się coś analogicznego do procesów moskiewskich. Począłem sobie uświadamiać, iż ta cała zabawa w „polski socjalizm11, owe przyrzeczenia, że „u nas tego nie będzie11, to nieprawda. Sądzę, że podobnie chyba myślał Tadeusz Borowski, kiedy zdarzyła się ta sprawa owego pułkownika, jego znajomego... bodajże Mankiewicza? Nie pamiętam. To już zostało opisane. I rodził się problem naszego stosunku do tego, co się dzieje. My co prawda sami nie jesteśmy za to odpowiedzialni, ale stwarzamy temu jakieś decorum, pozory „normalizacji11, jak to się dziś mówi, przez to samo, że jesteśmy, piszemy. Nie piszemy nic o tym, co u nas, tylko atakujemy amerykańskiego prezydenta. Oczywiście, pisać o tym nie było możliwości, ale problem istniał. Atmosfera zaczynała się zagęszczać. I do dziś mam świadomość jakiejś dziury psychicznej, nie potrafię pewnych rzeczy wytłumaczyć. Byłem niesiony jakąś ślepą falą. Przez rutyniarstwo redakcyjne, dziennikarskie schematy. Nie ma tam haniebnych rzeczy, to było po prostu głupie. Tak jak niektóre felietony Borowskiego z tego samego okresu. Były bardzo niemądre, agresywne.
TRZNADEL: – Ja uważam, że były i haniebne. W zbiorku artykułów Na przedpolu przemawiał stylem bojowego propagandysty, powiedziałbym, że zachęcał prawie do usuwania książek Eliota, Koestłera, Wellsa, Pounda. Muzykę w Herzenburgu można odebrać jako zaprzeczenie totalitarnej zagłady w Związku Sowieckim.
BRAUN: – Bo on miał obsesję lagrów niemieckich.
TRZNADEL: – Odsunął jakąś wiedzę. Mógł przecież przeczytać różne rzeczy, nawet Czapskiego mógł przeczytać w czasie, gdy był na Zachodzie.
BRAUN: – Były tak silne urazy anty niemieckie, że wszystko widziano w jedną stronę. Ja nie wiem, czy to było haniebne. Bo to, że ktoś czegoś nie napisał... Haniebne jest to, co ktoś napisał, a nie odwrotnie. Owo opowiadanie Borowskiego było wynikiem takiego trendu, którego symbolem jest ten pomnik żołnierza radzieckiego w Treptow, z dzieckiem na ręku i z tym mieczem karzącym w dłoni. To było to. Ale Borowski pod koniec irytował mnie trochę, że się robi takim Fadiejewem, takim „naczelnym11 pisarzem. Stawiano na niego. Namawiany, zaczął pisać powieść o Dzierżyńskim, nigdy jej nie skończył. Mieli go wysłać do Moskwy na studiowanie materiałów, śmierć sprawę przecięła. To było już niepokojące, owo agresywne, wściekłe jego pisanie. Szukanie wroga za wszelką cenę. Myśmy wszyscy zresztą w jakimś stopniu mieli takie odchylenia, bo wmawiało się, że „walka klasowa się zaostrza", ale najjaskrawiej wyglądało to u Borowskiego. Byliśmy bardzo wstrząśnięci jego samobójstwem. Panował potem klimat, że samobójstwo to przestępstwo. - „Komunista!11 - wykrzykiwał Putrament - „towarzysz partyjny, samobójstwo?!11 - Miała być przyznana nagroda imienia Borowskiego, ale nagroda imieniem samobójcy, dezertera?! Ja się potem w Chinach z tym stykałem. W owym zagęszczającym się klimacie, dusznym politycznie, czy my funkcjonowaliśmy właściwie jako pisarze? Bo nikt nic ambitnego nie pisał... Z drugiej strony warto przypomnieć gwoli prawdy, że wszytko to razem trwało rok, dwa, trzy - więc nie przesadzajmy. Wyolbrzymia się w tej chwili ten okres. Dla mnie trwało to wszystkiego trzy lata, od 1950 do 1953 roku. W 1953 wyjechałem do Korei. Nie było wiele czasu na dogłębne procesy myślowe. Oczywiście, działo się ze mną coś złego. Miałem świadomość, że zatraciłem swoją osobowość, przestałem pisać we własnym imieniu, własnym językiem, wyrażać własne treści, to mnie przeraziło. Jednocześnie, ulegając namowom, jako akt swoistej odwagi, zacząłem pisać te Lewanty. Pojechałem więc na wybrzeże, siedziałem przez parę miesięcy w stoczni, chodziłem tam codziennie, poznawałem tych ludzi „za pan brat11 i chciałem napisać powieść produkcyjną o współzawodnictwie pracy. Oczywiście różne rzeczy tam widziałem i słyszałem. Mimo że był to rok 1950, panował już bardzo duży terror, już ludzie bali się mówić. Jak przyjechał facet z Warszawy i chce coś pisać, zbiera materiały, to bardzo trudno przychodziło coś prawdziwego od tych ludzi usłyszeć. Ale jak się siedzi, to się pewne rzeczy widzi mimo to. Pisałem tę książkę z dużą nieśmiałością, bo był to dla mnie zupełnie nowy temat, nie pochodziłem ze środowiska robotniczego. Dużo w to ładowałem ambicji. Już się zresztą zaczynało mówić o schematyzmie i produkcyjniakach. Więc też nie chciałem dać się złapać w pułapki tego „socrealizmu11. Był to mój debiut prozatorski. Proszę jednak pamiętać, niezależnie od tego, co to warte, że książka zaczyna się od sceny przesłuchania przodownika na UB i normalnego szantażowania. Scibor robił to później z Wajdą w Człowieku z marmuru. Przecież on pisał scenariusz do tego filmu już wtedy, w pięćdziesiątych latach.
TRZNADEL: – Pana stocznię przypomniała historia w 1970 i 1980 roku...
BRAUN: – Pisałem tam jednak pewne rzeczy, które były nie bardzo w panującym stylu. Natomiast przyjęcie książki było zaskakujące. Z jednej strony napaść pani Rafałowskiej w „Trybunie Ludu“, że to „antypartyjne", „antyhumanistyczne" i tak dalej. Z drugiej strony nadano książce duży rozgłos, pierirsze i następne wydanie. Powieść weszła w tryby propagandy. Jest pozycja. Artykuły w „Litieraturnoj Gazecie" i tak dalej. I pani Motylewa, i przekłady, i w krajach bratnich to była karta do gry, straszliwy mechanizm. Już nie chcę mówić, ile razy to przedrukowywano, nawet jako kryminał w „Ekspresiaku" pod zmienionym tytułem. Byłem przerażony, proces alienacji, coś wymknęło mi się z rąk. Robiła się ta straszliwa pustka, człowiek sprzedał duszę diabłu i diabeł dyktuje albo pisze za niego. Taki głupi nie byłem, żeby sobie tego nie uświadamiać. Mam pewną fotografię ze stoczni gdańskiej. Zaproszono mnie tam wśród wielu, wielu, nieskończonych dyskusji i spotkań. Taki był wtedy mechanizm propagandy, z jednej książki można było zrobić wydarzenie ogólnopolskie, radio! Telewizji jeszcze nie było... Biedny autor uginał się pod ciężarem tego wszystkiego. Miałem więc spotkanie w stoczni gdańskiej z bohaterami książki. Posiadam zdjęcie, które mówi samo za siebie: jest to hala stoczni, kilka tysięcy spędzonych ludzi, zamknięto ich po pracy, na szczytowej ścianie gigantyczne powiększenie okładki tych Lewantów, obok tego portret Bieruta i hasło, coś w rodzaju: „Naród ma prawo stawiać wymagania swoim twórcom"... Na tle tego gigantycznego ołtarza - ja, maleńki. Jest prezydium, gdzie siedzi przedstawiciel ZMP, partii i rady zakładowej, i ja na tej mównicy, maleńki robaczek. Spoglądałem potem na to zdjęcie i mówiłem sobie: to jest to. Zostałem wzięty w jakieś tryby i jestem niczym. Dostarczyłem tylko czemuś surowca. Na miejscu zresztą ostrzegano mnie jednocześnie: wyprowadzimy pana bocznym wyjściem, bo przyszedł ten Makowski, przodownik, który dopatrzył się w książce siebie samego, w fikcyjnym bohaterze; on pana pobije, umówili się i pana naleją... Doprowadziło mnie to do zupełnego załamania. Byłem tam wtedy z całym orszakiem, bo kto tam nie pojechał: i cały „Czytelnik", i pani Kierczyńska, i redaktorzy... To stanowiło dla mnie symbol tego, co oni z nas robili.
TRZNADEL: – Ale pozwalaliście jednak na to.
BRAUN: – Do pewnego miejsca. Wracając wtedy z Gdańska, pamiętam, nie spałem całą noc w pociągu i zdałem sobie sprawę, że to nie ma nic wspólnego z literaturą. Zaszedłem na samą krawędź, to nie było moim planem życiowym. Chciałem być pisarzem w granicach jakiejś normalnej cywilizacji. Pragnąłem samostanowienia o sobie, a nie stać się trybikiem w wielkich mechanizmach. Pisałem kiedyś taki wierszyk propagandowy, a tu prezydent Bierut czyta z trybuny któregoś plenum, czy zjazdu, jego fragment. Ja miałem dwadzieścia parę lat. Tu się cytuje Słowackiego, Broniewskiego, a tu mnie. Dobrze, że mi się w głowie nie przewróciło. Żyją do dzisiaj tacy nieuleczalni faceci. Spotkanie, o którym mówię, było chyba wczesną wiosną 1953 roku, bo Lewanty wyszły w grudniu 1952 roku. Pracowałem jeszcze w „Nowej Kulturze", ale już skłócony; jak Putrament jako redaktor gdzieś wchodził, to ja wychodziłem... Przeniosłem się więc stamtąd do „Sztandaru Młodych". Gdy umarł Stalin, w marcu, to dopiero nastąpił obłęd w tej redakcji, obsadzonej przez te wszystkie Walczakowe-Swiatły i tak dalej... Żałoba narodowa, płakali wszyscy, numer specjalny, siedzieli po nocy, każdy musiał coś napisać. Ja też napisałem jakieś epitafium dla gazety, w której pracowałem. Owa śmierć nie była dla mnie żadną stratą, ale obowiązkowo pisał w redakcji każdy. Nie byłem ja właśnie gorszącym przykładem. Oczywiście, nic to nie tłumaczy, ale coś tam wyjaśnia. To był też dla mnie punkt przesilający, ta histeria. Zupełnie liturgiczny język. Jednocześnie zaczęto przebąkiwać o tych wyrokach śmierci, straconych oficerach... Przeżywałem ciężki kryzys. Zdawałem sobie sprawę, że droga, jaką obrałem, w sensie i literackim, i politycznym, i jako intelektualista, zbliża się do zupełnego bankructwa. Jednocześnie sypały się propozycje: weź udział w wyścigu pokoju; pojechał Artur Międzyrzecki z Józefem Henem, a ja z tego zaszczytu zrezygnowałem... Taka nagroda! A to znów: pojedziesz w delegacji pierwszomajowej do Moskwy, zaszczyt! Nigdy zresztą przedtem nie byłem w Związku Radzieckim. Z częścią Polski na wschód od Bugu, jak już mówiłem, nie miałem żadnych emocjonalnych związków. I nagle wzywa mnie wieczorem Staszewski, żebym przyszedł w nocy do KC. Czy ja bym nie pojechał, pyta, ze szpitalem Czerwonego Krzyża do Korei? Największa tajemnica!!! Na wojnę?! A z drugiej strony myśl, że to jednak może być ciekawe. Szlachetna misja, z lekarzami, zapaliłem się. Jednocześnie była to ucieczka od tego wszystkiego, w czym tkwiłem. To, co tu się dzieje, jest jednym kłamstwem. Ta cała polska rewolucja jest nieautentyczna. Ale może rewolucja chińska jest prawdziwa? Wszystko to odbywało się w dużej tajemnicy. Polska była w ONZ, a ONZ uchwalił sankcje przeciwko północnej Korei, walczyły tam symboliczne wojska ONZ. Nie mogło być wojsk polskich, ale mogła być pomoc humanitarna. Myśmy tam występowali jedynie jako Polski Czerwony Krzyż. Byłem więc tam magazynierem, dźwigałem wory i skrzynie, ale jednocześnie mogłem coś zobaczyć, choć formalnie nie byłem korespondentem. Zresztą wyjechałem wcześniej w delegacji pierwszomajowej do Moskwy, miałem jeszcze okazję zobaczyć w trumnach obok siebie Lenina i Stalina. I stamtąd poleciałem do Pekinu i na Koreę. Zaczęła się dziura, jeśli chodzi o sprawy polskie, bo wróciłem z Chin wiosną 1956 roku, czyli po XX zjeździe, na Poznań. W Poznaniu już byłem. Jeszcze jeden dowód na to, żę wszędzie muszę być... Przebywałem na Dalekim Wschodzie w sumie trzy lata. Rok w tym szpitalu wojennym i po rozejmie jeszcze trochę w Korei jako dziennikarz. W 1954 roku spędziłem wakacje w Polsce i dowiedziałem się, że można objąć posadę korespondenta w Chinach. Teraz więc zostałem pracownikiem „Trybuny Ludu“, ale na szczęście na odległość. W 1954 od jesieni byłem już w Chinach, na lato zresztą przyjeżdżałem do kraju. A tu zaczynała się odwilż i przełomy. Gdy przyjechałem z Korei, znajdowałem się znów w trochę innej pozycji. Wyjechałem w strasznym kacu moralnym. Tam zajęty byłem tamtejszymi sprawami, oglądałem z bunkra i okopu życie tamtych ludzi, w którym nie było miejsca na udawanie. Miałem uczciwą chęć poznania naprawdę tego, co się dzieje, a z drugiej strony znów byłem oderwany. Nie wiedziałem o historii z Berią, bo to się stało po moim wyjeździe. Nie wiedziałem o aresztowaniu oraz internowaniu Wyszyńskiego! Natomiast bardzo się przejmowałem rewolucją chińską i dziejącymi się tam sprawami. Wtedy jeszcze działy się prawdziwe rzeczy i był to kraj otwarty. Jeździłem cały czas po Chinach. Byłem więc oderwany od sytuacji w kraju. Gdy przyjeżdżałem na urlopy, to, co się działo, wydawało mi się odkręcaniem całego nagromadzonego kłamstwa. Kiedy w 1956 roku powróciłem do „Nowej Kultury", mogłem stać się z miejsca naczelnym publicystą, z całkowitym poczuciem, że znów wciągnięty jestem w sprawy polskie.
TRZNADEL: – A jednak ileż wtedy było jeszcze złudzeń...
BRAUN: – No, cały październik. Jeżeli chodzi o nas, złudzenie października polegało na tym, że myśmy wierzyli, że to partia przeprowadzi odnowę, „dobre siły w partii". Byliśmy jeszcze członkami tej partii. Ale wszystko, co pisaliśmy w 1956 roku, było w gruncie rzeczy herezją. W końcu Gomułka trzasnął pięścią i wszystko rozpędził. Ale wtedy, w tych gorących dniach, już nie miałem przykrego poczucia anachronizmu w tym, co robiłem. Gdy teraz czytam swoje teksty z tamtego czasu, to, co uderza najsilniej, to nie złudzenia, bo złudzenia były i w 1980 roku, tylko dosłowna aktualność tych samych postulatów robotniczych z 1956 roku, co i później. To jest przerażające. Taka powtórka, po trzydziestu latach?!...
TRZNADEL: – Bo władza nam się nie zmieniła.
BRAUN: – To jest zawstydzające, żeby po trzydziestu latach zabiegać o to samo! W 1980 roku przyszło zresztą inne pokolenie z tymi samymi postulatami. Ale wszystko to już było, a nawet zostało zapisane.
TRZNADEL: – Myślę jednak, że teraz neguje się o wiele więcej, niż myśmy potrafili w okresie października. Doszliśmy teraz do całkowitej negacji tego ustroju.
BRAUN: – W cieniu tego, co działo się na Węgrzech, chcieliśmy zrobić coś takiego, jak później w Czechosłowacji, socjalizm z „ludzkim obliczem". Teraz, w Gdańsku, już się nie używało takiego hasła. Oznacza to, że nic się w historii nie powtarza dosłownie, bo aktorzy są inni, mają inną świadomość. Kościół w 1956 roku nie odgrywał tak wielkiej roli. Ale weterani uczuleni są na analogie.
TRZNADEL: – W stalinizmie były gorsze praktyki, ale nie było niektórych dzisiejszych haniebnych ustaw.
BRAUN: – Tak, publicznie nie było takich ustaw. Język, którym mówił pan Berman, czy Bierut, „gospodarz dobrotliwy", nie był językiem, jakim się dzisiaj mówi. Myśmy żyli w kręgu propagandy, a propaganda nie była taka brutalna.
TRZNADEL: – O, było tego dużo. Ale gdyby to powiedzieć romantycznie: kańczug ukryty bywał także w kwiatach.
BRAUN: – Ideologicznych... ówczesne sprawy docierały bardzo pośrednio do świadomości. Myśmy byli w sytuacji uprzywilejowanej, nie materialnie, ale psychicznie. Zresztą mówiąc o historii, a czterdzieści lat to już jest historia, trzeba spróbować zdać sobie sprawę, co ludzie wtedy mogli wiedzieć. To rzutuje na ocenę ich postępowania. Więc po wojnie - wrócę raz jeszcze - przeżywaliśmy okres zrażenia się do Zachodu. Zachód mówiąc ludowym językiem nas sprzedał. O Rosji mieliśmy jakąś tam wiedzę, jeszcze z okresu dwudziestolecia, doszły takie fakty, jak wrzesień 1939, Katyń, i później wkraczanie tutaj Armii Czerwonej. Ale mówiło się na ogół, że to przeszłość, takie rzeczy istnieją w historii każdego kraju, ale w tej chwili oni, Rosjanie, są wyzwolicielami Europy. Pamiętajmy, że wyzwalając Europę oni mieli komfortową sytuację. To były jednak fakty: otwierali bramy obozów. Te fakty rozgrzeszały jakby ponurą przeszłość. Wszystko więc było ambiwalentne. Dla nas na przykład problemy ziem wschodnich nie były tak ostre, jak dla mieszkańców Wilna, czy Lwowa. Jednocześnie myślało się, że ludzie rządzący przed 1939 rokiem, w stosunku do których nagromadziło się tyle goryczy, powinni zostać odsunięci. Musi powstać coś innego, oczywiście nie polska republika rad. I jeśli inaczej nie można, to między Bugiem a Odrą istnieją perspektywy, żeby kraj odżył. To były argumenty, które działały.
TRZNADEL: – Na takie rozumowanie Mikołajczyk się w końcu z grubsza godził, ale chodziło o to, czy między Bugiem a Odrą będzie jakaś demokracja, czy totalny ucisk.
BRAUN: – Ale to przesunięcie na zachód, z dostępem do morza, było jednocześnie nie do odrzucenia, bo ludzie nie marzyli o księstwie warszawskim. I dopiero gdy zaczęło wychodzić, jak bardzo ten kraj nie jest suwerenny, jak wszystko robi się na wzór tamtejszy, całość zaczęła przedstawiać się w innym świetle.
TRZNADEL: – Ale w tym pierwszym okresie stres wojenny działał?
BRAUN: – No tak, wszystkie rewolucje rozwijają się na poczuciu klęski. Rewolucja rosyjska, przewrót niemiecki po pierwszej wojnie światowej. A myśmy przegrali tę wojnę, żerowano na nastrojach rozgoryczenia. Społeczeństwo było moralnie rozbrojone. W Niemczech zaproponowano Hitlera, a Lenin władzę bolszewików. Z analogiami trzeba być ostrożnym, bo nigdy nie są ścisłe. Ale tego typu mechanizm socjalnopsychologiczny działał. Choć z drugiej strony mieliśmy świadomość, że na wschodzie zacofana Azja i Mongoły, mimo że Słowacki pisał, iż Bóg prawdę przez Mongoły zsyła, jest to jednak sposób rozumowania trudny do przyjęcia. Rozumowanie heglowskie. Był terror, porachunki z podziemiem, ale niech pan sobie przypomni także wrocławski kongres intelektualistów w 1948 roku. Po dziesięciu prawie latach odcięcia od Zachodu. Irena Curie, Aragon, Picasso. A Rosjanie? Erenburg był niebywałym demagogiem.
TRZNADEL: – Ale na kongres wrocławski Einstein przysłał list, którego na kongresie nie odczytano.
BRAUN: – Pamiętamy i inne rzeczy. Miałem pośrednio z tym do czynienia. Maryla Wirpszowa była tam tłumaczką. Szokujący był wtedy atak na Malraux. Dla mnie ten pisarz był bożyszczem, wychowywałem się na czytanej jeszcze przed wojną Doli człowieczej, to był autor pokolenia. Obok Conrada. Ów atak Fadiejewa, czy też kogoś tam, również zwrócił moją uwagę. A więc literatura się nie liczy, tylko aktualna polityczna postawa człowieka? Ale te Robesony, Yves Montandy, Aragony, to byli czołowi artyści zachodni... Oni wszyscy jeździli do Moskwy. Kiedyś, w sześćdziesiątych latach, byliśmy z Newerlym w Moskwie u Anny Bierziny, wdowy po Brunonie Jasieńskim, która wyszła po dwudziestu pięciu latach z obozu, jako niczym nie tknięta komunistka, którą była przedtem. I oto słyszę tam, że przyjeżdża Elza Triolet, siostra Lili Brik, że to, że tamto... Były te bezpośrednie związki z artystami Zachodu, przesłaniające całość świata. I tylko „świat postępowy" się liczył.
TRZNADEL: – Montowano taką opinię, ale na Zachodzie zaczynało się już powolne otrzeźwienie. Bertrand Russell w 1951 roku pisze jednak wstęp do angielskiego wydania Innego świata Herlinga Grudzińskiego.
BRAUN: – Ale czy pan o tym wtedy wiedział? Przekonywano, że awangarda kultury i nauki światowej okazała się prorosyjska, uważaliśmy, że cały świat idzie na lewo. A my komplikujemy tylko ten proces. Słyszałem to jeszcze ostatnio w zachodnich Niemczech. Gdy ktoś powiedział, że wszystko jedno, czy faszyzm jest brunatny, czy czerwony, spotkał się z protestami: jak to, przecież ci pokonali tamtych! To nie może być to samo! Mit, że Rosjanie są czymś lepszym. Zwyciężył szlachetny i silny!
TRZNADEL: – Propaganda sowiecka zrobiła bardzo wiele, żeby własne zbrodnie zasłonić kurtyną faszyzmu niemieckiego.
BRAUN: – No tak! Przez ile lat mówiło się wyłącznie o obozach hitlerowskich!
TRZNADEL: – Chciałbym w związku z tym wszystkim wrócić jeszcze raz do tuż powojennej literatury pana pokolenia, zwłaszcza Tadeusza Borowskiego. Ten ostatni to nie tylko literatura, ale i mit, i nie tylko waszego pokolenia. Mówiło się o nim jako o pisarzu, którzy dotknął dna i pokazał prawdę bezwzględną. Ale jego prawdą był nie tylko okrutny obraz literacki obozu zagłady, ale także przekonanie o wątpliwej wartości moralnej kultury tysiącleci, skoro pozwalały na ucisk człowieka i do takiego kresu doprowadziły. We wczesnym, posępnym wierszu Borowski prosi Boga, aby nad kulturą niemiecką położył napis: Nur fur Deutsche/ Na tę historiozofię kultury u Borowskiego zwróciła niedawno uwagę Maria Janion. Więc może mniej to przypadkowe, że po nowelach obozowych pisał Borowski swoje „małe kroniki" komunistycznego agitatora. Bezpośrednia materia nowel obozowych Borowskiego jest wstrząsająca, jest to przewrotna forma literacka i przewrotna pasja moralna. Na miarę epoki. Natomiast są miejsca, gdzie Borowski chciałby przyjąć jakąś odpowiedzialność zbiorową w kulturze, wołałby, żeby była ona tworem klas uciskanych, nie chce jakby przyjąć, że obok zbrodni były rzeczy wspaniałe. On jakby przekreślił tamto wszystko i rzucił się w coś, co miał za wyzwolenie, w komunizm, widział się na przełęczy dziejów, skąd zejdziemy w dolinę. Jeśli pojął, że i to zawiodło, nie zostało mu w rękach nic, nie chciał tego kontynuować, odszedł.
BRAUN: – No cóż, zostają teksty, my oczywiście mamy w pamięci także osoby na tle czasu. W tamtym okresie także Różewicz robił na mnie duże wrażenie. Jego obsesje. Ale wielka literatura to przecież obsesje. Pisali o tym, co widzieli. Ważne jest to, co pisarz mówi w obrębie swojej tematyki.
TRZNADEL: – Dla mnie bardzo uniwersalnym utworem są Medaliony Nałkowskiej. Ona nie używa właściwie słowa Niemcy. Mówi, że w pewnych warunkach każdy może się tak zachować. Nie ma anatemy rzuconej na dotychczasową kulturę. Nałkowska nie sugeruje końca człowieka. Zresztą i Medaliony „oswojono", zrobiono z nich wyłącznie literaturę antyniemiecką.
BRAUN: – Jeśli Nałkowska mówi: człowiek człowiekowi zgotował ten los, to Borowski też mówi, że z każdego można zrobić kapo. Oczywiście, to jest wyjaskrawienie. Można na to odpowiedzieć: a Ojciec Kolbe? Borowski na to parsknąłby śmiechem. Byłem na kolaudacji pierwszego filmu Wandy Jakubowskiej na ten temat. Wszyscy więźniowie w tym filmie byli w ruchu oporu i tak dalej. Nikt tak się nie pienił na to, jak Borowski, bo to zaprzeczało temu, co chciał przekazać, że z każdego można zrobić zwierzę. Oczywiście, z wyjątkiem świętości. Wtedy zresztą nic się nie mówiło o Ojcu Kolbe. Borowski przekazywał, jak wygląda w takich warunkach normalny „porządny" człowiek. Oczywiście, u Nałkowskiej, w opowiadaniu Przy torze kolejowym nie ma nawet mowy o Niemcach, są tylko Polacy. Tak jest i u Szczepańskiego w jego opowiadaniach. Wojna demoralizuje obie strony: oprawcę i ofiarę.
TRZNADEL: – Ja pamiętam wstrząs po lekturze opowiadań Borowskiego w 1948 roku, ale pragnę ukazać także ich inną stronę.
BRAUN: – Wie pan, Borowski to były rzeczy nie do przyjęcia, ale i nie do zapomnienia. Był szalenie kontrowersyjny. Budził oburzenie. Wyka, zamieszczając jego opowiadanie w „Twórczości", opatrzył je dystansującym komentarzem. Do tej formy, porzucenia odautorskiej postawy moralisty i utożsamiania się z niemoralnością, nikt nie był przyzwyczajony. Ludzie przecież uwierzyli, że on był kapo. Stanowiło to zburzenie pewnej bogoojczyźnianej konwencji literatury, do Żeromskiego włącznie. Tam zawsze istniało to współczucie dla człowieka, a tu zaprzeczono temu, oczywiście na prawach przejaskrawienia. Ale skoro „byt określa świadomość", czy dziwi pana ewolucja Borowskiego ku marksizmowi? Wrócę do owego klimatu, w jakim się na owe rzeczy patrzyło. To wszystko osłabiło oczywiście złowieszczą rolę Rosjan w tej nowej rzeczywistości. Literatura szukała wniosków płynących z doświadczenia niemieckiego faszyzmu. W tym kierunku szła ta literatura. Nie było do przeczytania książek o sowieckiej okupacji.
TRZNADEL: – Były, ale rzeczywiście nie u nas.
BRAUN: – Tutaj nie istniały. Potem, kiedy terror stalinowski został zaaplikowany w Polsce, nie szokowały mnie nawet te procesy biskupów, nie byłem na to uwrażliwiony ale jak się zaczęło tracenie bohaterów podziemia? Jak generała Fieldorfa „Nila", czy historie z ludźmi, których znaliśmy i ceniliśmy, to znaczy znaliśmy pseudonimy i wiedzieliśmy, kto to jest. Wiadomo było, że chodzi o organizatorów zamachu na Kutscherę, bohaterów z Kedywu, to jest o najlepszych w czasie okupacji. A nam się wmawia, że to są zdrajcy i współpracownicy gestapo? I oczywiście, znów budziło to niepokój. W tym pierwszym okresie tkwiły we mnie jakby dwie osobowości, pamiętam, że w jakichś wystąpieniach przedstawiałem się jako „członek partii, były akowiec", co nie należało do tamtego stylu. Ale mnie się wydawało, że to się da połączyć. Bo ja chcę zachować swoją tożsamość, nie urodziłem się w 1945 roku, jak Witek Woroszylski, razem z władzą ludową, i nie mogę się wyrzec tego, w czym uczestniczyłem do 1945 roku, choć wiem zarazem, że nie można tego kontynuować. I tak to trwało. Jakąż więc ulgę stanowiła dla mnie w 1956 roku możliwość powiedzenia tego wszystkiego w okresie swobodnej publicystyki po XX zjeździe. To nie były nawet rewelacje, ale chciałem, aby te stwierdzenia ukazały się w druku. Chciałem przywrócić pojęciom ich autentyczne znaczenie i w ten sposób odzyskać swoją moralną równowagę. Owszem, socjalizm tak, ale nie to, co było. To się zresztą okazało też złudzeniem. Ustrój, jak widać, jest niereformowalny, i może tylko wrócić do poprzedniego etapu. Jest skostniały. Ja myślę, że w umysłach dobrych towarzyszy pokutuje ciągle wizja „rewolucji światowej". Wszystko zostało przyhamowane, ale rewolucja będzie światowa. Stąd też to widzenie problemów Polski. Polska leży na drodze Związku Radzieckiego do Europy. Ale dlaczego Związek Radziecki ma iść do Europy? Równie dobrze można by powiedzieć, że Związek Radziecki leży na drodze Chińczyków do Europy, czy Francja na drodze Hiszpanii do Europy...
TRZNADEL: – Jak blisko w tej optyce rosyjskiej od „ludu świata “ i „jutro wszystkim my“ do „Morgen die gauze Welt...“.
BRAUN: – Towarzysze są już tacy współcześni, że do tych starych haseł nie będą nawiązywać, ale w głębi duszy tak myślą. Polska leży po drodze do Berlina... Jeśli będzie się źle zachowywać, zostanie zdeptana „jak placuszek" i wymazana z mapy. No przepraszam, czterdziestomilionowy prawie naród ma prawo do suwerennego istnienia niezależnie od tego, czy leży na drodze, czy nie. Droga - to pięknie brzmiało w 1945 roku, kiedy szli otwierać obozy... Powie ktoś, łagry rosyjskie były wcześniej niż hitlerowskie. To o tym się nie myślało? Myślało się, tylko że odbyła się wymiana ciężaru gatunkowego. Zresztą ci żołnierze Rosjanie byli witani z kwiatami, no, ja akurat ich nie witałem. A w tej armii byli także ludzie, którzy znali obozy. Sam Rokossowski wyszedł z obozu. Tylko nastąpił ten wspaniały okres od Stalingradu do Berlina, który dał - jakby to powiedzieć - rehabilitację. Potem okazało się, że i to nieprawda. Ci, co wracali z niewoli, szli z powrotem do obozów, i to tacy, którzy przecież nie mieli wyboru, bo - wiemy o tym - w obozach niemieckich żarli trawę. Stalin postępował z nimi później w sposób tak barbarzyński, że wierzyć się nie chce. Brzydzi mnie oczywiście zdrada, ale jestem gotów zrozumieć nawet własowców. Skąd się oni brali? Była, rzecz jasna, także stara kontra kozacka, jak to opisuje Mackiewicz, która zawsze była przeciw tej bolszewickiej władzy, ale z tysiącami ludzi zwyczajnych można było wszystko zrobić, bo byli oni doprowadzeni do stanu zezwierzęcenia.
TRZNADEL: – Oni pamiętali też okrucieństwa władzy sowieckiej. Straszne okrucieństwa.
BRAUN: – Kilka lat temu rozmawiałem w Moskwie z Rosjanami. Gdy ktoś z Polaków powiedział, że u nas jest okupacja, jakiś Rosjanin, były kombatant, wykrzyknął: - „Jak to, myśmy wam niewolę przynieśli!? Myśmy was wyzwalali!" Oni nie mogą rozstać się z mitem, że nas wyzwolili, i nie mogą zrozumieć, że nas podbili. Byliśmy na drodze do Berlina, wciąż jest ta droga. Teraz z tą samą frazeologią wyzwalają Afganistan... Chciałbym teraz jeszcze raz wrócić do mojej partyjności. Uzupełnić tę sprawę. Na początku nie bardzo wiedziałem, na czym to polega. Przed wojną było wiele partii i wstępowało się do najbliższej człowiekowi ideowo. Więc myślałem sobie: wstąpię, a jak mi się nie będzie podobało, to wystąpię. Nie zdawałem sobie sprawy, że to jednak jest jakiś cyrograf. Zaprzedanie duszy. Kiedy występowałem z partii, musiałem przypomnieć: wstąpiłem dobrowolnie i dobrowolnie występuję, czy to jest jakieś dożywocie? Oczywiście, tkwiła we mnie, przeniesiona także na ten grunt, ta niby-conradowska wierność i dlatego ciągnęło się to aż do 1968 roku, kiedy się okazało, że towarzysze niczym nie różnią się od ONR-owców. Pamiętam mieczyki Chrobrego, „naparzaliśmy się" na ulicach i podwórkach w moim rodzinnym mieście, w gimnazjalnym okresie. Rok 1968 stanowił ostatnią kroplę, ale praktycznie byłem już tak zwanym „wściekłym" rewizjonistą od 1956 roku. Trzeba było wystąpić wtedy, ale nie lubiłem grupowych zachowań. Niektórzy tak występowali: Konwicki, Zalewski, Bratny, na jednym zebraniu... Tylko że wstępując do partii jeszcze nie odczuwałem religijności tego wszystkiego. Dopiero gdy się zaczęła straszna liturgia stalinowska, wówczas pokazało się, że wstąpiłem do zakonu. Liturgia życia partyjnego, samokrytyki, zebrania, podsumowania... Niestety, ten koszmar się za mną snuje, dochodziła jeszcze inteligencka pokrętność, łamanie i upokarzanie ludzi, wchodzenie w życie prywatne, osobiste, małżeńskie, rzeczy przerażające. Najgorszy okres. Nie wiedziałem również pakując się w tę organizację, że będę w nieustannym konflikcie między moimi odczuciami moralnymi a koniecznością dyscypliny. Aprobowania czegoś, co czyniono rzekomo w moim imieniu. A w gruncie rzeczy wstąpiłem do partii, żeby tego dotknąć własnymi rękami, nie z inteligenckiego poczucia winy, jak to jest w wypadku Pawła Hertza, w jego Sedanie, czy w osobistych, nieustających samokrytykach moralnych Kazimierza Brandysa, czy u Andrzejewskiego w okresie Partii i twórczości pisarza, upokarzania siebie. Już podkreślałem, że właśnie od tego się zaczęło. Inteligencja polska, odbudowując kraj, nie robiła tego dla Rosjan, jednakże dawała się przez to wciągać w inne struktury, w zależności służbowe, polityczne. I wciągało to do tego stopnia, aż człowiek przestawał być sobą.
TRZNADEL: – Stale mówimy o inteligencji. A jakie było wtedy spojrzenie na inne warstwy, jak oceniało się to, co ten ustrój dawał robotnikowi i chłopu, co myślało się o postawie tych warstw społecznych?
BRAUN: – Ta tonacja jest u Dąbrowskiej - Na wsi wesele, czy Trzecia jesień. Ja nie uważałem, iż jestem w getcie. Wychowany byłem w środowisku nędzy, chodziłem do gimnazjum demokratycznego. Tak więc do wojny nie miałem wrażenia, że nie znam swojego społeczeństwa od dołu. W czasie okupacji też nie zdołałem się oderwać, bo siedziałem albo na wsi, wśród chłopów, albo na przedmieściu Warszawy, na Pradze, gdy pracowałem fizycznie jako robotnik. Po wojnie oczywiście zaczynałem wchodzić w układy jakiejś kasty „pretorianów", nowej hierarchii, ale pełnej świadomości tego nie miałem. Nie czułem się więc obcym w owej stoczni, zaczynałem tylko odkrywać całe to kłamstwo, te narady, ten rytuał, który był w pełni rozkwitu. Mieliśmy zresztą sygnały tego przy okazji wieczorów autorskich. Jeżdżenie w teren było wówczas bardzo popularne, ale zaraz ukazywała się cała sztuczność. My bywaliśmy przywożeni samochodem, a ludzie po pracy zostawali przymknięci, żeby nas wysłuchać. Musiało to trochę niepokoić. Zastanawiałem się też nad podobnymi sprawami, pisząc o tych przodownikach, tych górnikach obwieszonych orderami, z tymi odświętnymi kitami. To przecież były kukły. Jednocześnie panował terror, zastraszenie, i już nie wiadomo było, co jest prawdziwe, a co udawane.
TRZNADEL: – Czy Poznań był zaskoczeniem?
BRAUN: – Poznań był dla mnie ulgą. Pisałem zresztą wtedy na bieżąco felietony. Cóż, robotnicy mieli rację, kiedy sekretarz Kraśko dostał od nich po buzi. A to UB, które broniło się jak lwy, istny alcazar, twierdza, bronili się przed swoimi w swoim własnym kraju! Byliśmy tam ze dwa dni. Przyjechał Cyrankiewicz i zaczął mówić o tej ręce, ucinanie ręki i nogi, i tak dalej. Poszedłem na pogrzeb poległych ubowców, słyszałem te wszystkie przemówienia. Cyrankiewicz: - „Wasza krew nie została przelana na darmo!..." - Właśnie przelana na darmo! Konflikt między klasą robotniczą i rzekomo jej partią. I tu nagle: dwie strony, skłócone na śmierć i życie.
TRZNADEL: – I biografie zaczynały się jakby od nowa...
BRAUN: – No cóż, radziłbym jednak, żeby nikt nie przyjmował stanowiska, że uznaje pewne swoje lata za stracone. Człowiek nie może dopracować się rozumu, jeżeli nie ma doświadczeń. Obserwuję teraz Zbyszka Herberta, który stał się pieszczochem opinii - ukochany, wspaniały wzór nieskazitelnej postawy, bo on nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Od początku wiedział... Oczywiście, bardzo to jest piękne i bardzo mu to pomogło jako artyście, ale ja kochanego Zbyszka znam i pamiętam. Był on dla mnie trochę dziwadłem, które stało z boku. Interesowały go tylko problemy estetyczne. Ja sobie nie wyobrażam, że mógłbym być takim człowiekiem, ludzie są po prostu różni. Nie powiedziałbym jednak, że taki sposób postępowania, jak Zbyszka, to wspaniałe, a wszystko inne to błędne. Życie jest w ogóle pasmem błędów. Można być mądrym po szkodzie, ale nie przed szkodą. Nie wiadomo zresztą, czy to była szkoda. No, na pewno mnie to zaszkodziło jako pisarzowi. Wyjałowienie, zatracenie swojego stylu, języka i problematyki. Dla mnie ważne były zawsze problemy egzystencjalno-moralne. Zdawało mi się, że wchodząc w ten nurt postępowy, w to „zaangażowanie", jestem wierny sobie. Tymczasem okazało się, że to jest zaprzeczenie tego wszystkiego. Wyklinanie Conrada, ataki na Malraux, a więc te najważniejsze wartości sztuki. A z kolei te inne, im przeciwstawione, okazały się szybko fałszywe. Wyjazd do Korei to była dla mnie ucieczka, błogosławiłem los, wyjdę z tej rzekomej rewolucji, która nie jest żadną autentyczną rewolucją. Obudziłem się jak u Kafki - jestem przemieniony w robaka! Natomiast w Chinach miałem wrażenie, że coś prawdziwego istnieje, odbywają się masowe, spontaniczne ruchy, wyzwolenie ludzi, płaci się straszne ceny, są akty bohaterstwa, bo wszystko to poszło w masy. Dlatego ciągnęła mnie ta Azja. Zobaczę, co w tym jest prawdziwe, a co nie? Skala ogromna, wchodzą w grę setki milionów ludzi, to jest coś patetycznego.
TRZNADEL: – Ale i to zawiodło...
BRAUN: – No, jak zawsze w życiu. Byłem tam mimo wszystko outsiderem. Istniały rzeczy prawdziwe i nieprawdziwe. Prawdziwe były przemiany, reforma rolna. Z drugiej strony kwitł ten rytuał marksistowsko-leninowski, ale to było w dużo mniejszym stopniu kierowane, niż u nas. Mao był autentycznym przywódcą, przeprowadził ów legendarny, długi marsz. Tam nie mieli żadnych czołgów radzieckich, to było autentyczne i ostateczne. Mnie to ratowało, że sprawa, z którą się łączę, nie jest całkowicie zakłamana. A więc bywają tereny autentyczne.
TRZNADEL: – Malraux pisze jednak w Zdobywcach o udziale w rewolucji chińskiej międzynarodówki komunistycznej. Nie jestem też pewny wartości tego autentyzmu - terror CzeKi też odbywał się bez czołgów sowieckich! Wielki terror rewolucji francuskiej też był autentyczny...
BRAUN: – Był, ale nikt nie potnie - nie mótuię o przejawach krańcowych - że można to zanegować. Bez rewolucji francuskiej nie byłoby współczesności w ogóle. Całej rewizji Europy. Obudzenia się ludów, narodów. Tu nie jestem konserwatystą. Historia się dzieje, rewolucja francuska była straszna, z gilotynami, ale to się oddaliło, i patrzymy, co z tej rewolucji wynikło - Stany Zjednoczone, cała współczesność.
TRZNADEL: – Ja bym oddzielał Deklarację Praw Człowieka od terroru. W podobny sposób, co pan o wielkiej rewolucji francuskiej, wypowiada się Aleksander Zinowiew o kolektywizacji na Ukrainie...
BRAUN: – Wróćmy do Chin... Przysyłałem korespondencje i proszę sobie wyobrazić, że tu, w redakcji, nie byli ich ciekawi, ich interesowały tylko oficjalne oświadczenia agencyjne. Zająłem się więc reportażem. Miałem szanse objechania tego ogromnego kraju. Moja działalność nie mogła chyba odpowiadać „Trybunie Ludu". Ale wracając miałem przekonanie, że nie wszystko na świecie jest reżyserią i fikcją, pod tym samym sztandarem, że są prawdziwe rzeczy. Przyjechałem do kraju na sam ferment październikowy. Poznań i październik. Wróciłem do „Nowej Kultury". Ale ta nowa jedność narodowa w Polsce trwała krótko. Byłem zresztą ostrożnym sceptykiem. Koledzy wpadali w euforię, niepoprawna cecha Polaków. Jak tylko Gomułkę wybrali sekretarzem, zaczęły się deklaracje. Bałwochwalstwo. Witek Woroszylski znów napisał artykuł wstępny: towarzyszu Wiesławie, my z wami, i tak dalej. My, „wściekli" rewizjoniści, paskudne istoty bezideowe?!... Ja mu mówię: - „Czyś ty oszalał? Ile razy tak można robić? A co będzie jutro?" - I w 1957 roku została położona łapa. Racja stanu...
TRZNADEL: – Jak pan myśli, czy jest możliwe dzisiaj powstanie artystycznego obrazu tamtego czasu, jego tragedii, bo przecież po dziś dzień nie powstał?
BRAUN: – Oczywiście literatura powinna obrazować losy swojego społeczeństwa, przynajmniej tak to sobie wyobrażano w XIX wieku, jako powinność. Nie wiem, czy współczesna literatura ma też takie zadania i możliwości. Jeśli chodzi jednak o nas, nie bardzo wierzę, żeby to się dało zrobić, w sensie czysto literackim.
TRZNADEL: – Każda forma byłaby dobra, nawet najbardziej amorficzna, czy refleksyjna. Chodzi o to, że ten dramat przez nikogo nie został oddany.
BRAUN: – Jako czytelnik też nie jestem usatysfakcjonowany. Może pewne elementy są u Konwickiego. Myślę, że trudno się tego spodziewać od naszego pokolenia, bo nas to brzydzi. Ile razy myślałem bardziej praktycznie, żeby się czymś takim zająć, nasuwała się myśl: jacyś nowi Obywatele Brandysa? Chodzi o odtworzenie języka i pojęć, a jednocześnie, żeby im się nie poddać. Trzeba by tę podwójność widzenia zachować. Ciągnęło mnie do tego, ale bałem się, że wrócę z powrotem jak gdyby, oczywiście bardziej świadomie, w te jałowe kategorie, które mi tak wysuszyły mózg. Mógłbym wrócić, jednak pod warunkiem dostrzeżenia zupełnie nowych rzeczy, nigdy tak nie nazwanych. Boję się opisywactwa, albo też będzie to tak luźny materiał, że nie osiągnie rangi dokumentu.
TRZNADEL: – Ważyk powiedział mi: - „To jest nieinteresujące."
BRAUN: – Bo on miał kaca, bo był mocodawcą. Ja takiego kaca nie miałem. Jego opinia i zdanie były wtedy przyjmowane prawie jako decyzje, uruchamiały całą maszynerię. Potem oprzytomniał. Pamiętam, w okresie Października bąkał coś na organizacji partyjnej, na tak zwanym „otwartym zebraniu". Siedział tam Zukrowski, który go nienawidził, bo Ważyk go nie cenił: -„Ale powiedz, coś ty wtedy robił?" - I wtedy Ważyk: - „Uważam, że to, co robiłem, jest haniebne, że to jest czarna karta w mojej biografii intelektualisty." - Oczywiście, to było w stylu samokrytyki. Na to Wojtuś: - „Wreszcie to powiedziałeś, wydusiłem to z ciebie." - I potem Ważyk nigdy już nie wystąpił publicznie. A był to człowiek o większym kalibrze literackim niż młodzi z powojennego pokolenia. Aberracja w takim wypadku jest bardziej kompromitująca. W ogóle Ważyk w tamtym okresie był niesłychanie nieprzyjemny, dogmatyczny, apodyktyczny, złośliwy. Szkodził ludziom, a mógł ludziom szkodzić. To, co my mówiliśmy, nie miało znaczenia. Natomiast to, co powiedział Ważyk, miało znaczenie i Bierut, czy Berman natychmiast nadawali praktyczny kształt koncepcjom Ważyka, bo oni kochali swoich pisarzy. Niestety, ileż szkód poczyniono! Gdyby to życie kulturalne mogło się spontanicznie rozwijać, o ileż byłoby bogatsze. A tak albo ludzie byli prześladowani, albo książki prześladowane. Ile nurtów czy propozycji zostało zadeptanych już w początku. „Zarażenie śmiercią" zadeptać, „rewizjonizm popaździernikowy" zadeptać. A ostatnio to już przy pomocy czołgów.
TRZNADEL: – A gdyby pan szukał w tej literaturze powojennej takiej zasadniczej cezury, gdzie by pan ją położył?
BRAUN: – Wszyscy usiłują się włączyć w nurty i tendencje. Polscy pisarze na ogół przyznają się do przełomu lat 1954-1955, bo to była odwilż, odbywał się wielki ferment. I chyba tak było w dużym stopniu.
TRZNADEL: – Dla mnie istnieje cezura w roku 1955-1956, potem był rok 1968. A teraz mam poczucie, że doświadczenie lat 1980-1982 postawiło jakieś ostateczne akcenty. Nastąpiła całkowita kompromitacja systemu, żądanie podstawowej wolności intelektualisty i człowieka, nie ograniczonej racjami. Uznano system jakby za nieistniejący. Jednak zaszły jakieś głębokie zmiany emocjonalne.
BRAUN: – Oczywiście, objawiło się nowe społeczeństwo, zmiana generacji. Ja nie widziałem w tym rewelacji intelektualnych. Jak zaczął się strajk, w pertraktacjach w Gdańsku brał udział Lech Bądkowski, mój przyjaciel, to on przeforsował trzeci punkt porozumień, o cenzurze. I robił potem pierwszą „niepodległą" gazetę, to znaczy dwie szpalty nie podlegające cenzurze w „Dzienniku Bałtyckim". Prosił mnie, żeby pisać, a ja nie bardzo miałem co pisać. Bo jak siadałem i chciałem coś sformułować, dochodziłem do wniosku, że wszystko napisałem w 1956 roku. Walczyłem kiedyś o to wszystko, co było postulatem w 1980 roku. „Solidarność" nie była objawieniem, choć była to najbardziej zwycięska próba spośród wielu podejmowanych przez wiele lat. Ale przyzwoici ludzie nie narodzili się dopiero w stoczni. Oczywiście społeczeństwo było bierne, połamane, zdziesiątkowane w powstaniu, zgnojone w więzieniach ubeckich, dość dużo jak na jedną generację. Toteż później na ewolucję ludzi, którzy jakoś zaszli w stronę konformizmu, choć dawniej byli sztandarowymi postaciami walki w czasie okupacji - na nich wpłynęli syn albo córka! Ja zresztą byłem bardziej poruszony stanem wojennym niż strajkiem gdańskim! Widocznie bardziej mnie obchodzą rzeczy oburzające niż pocieszające - wyprowadzenie owych czołgów na ulicę, ta okupacja, ten ogłuchły telefon, godzina milicyjna... Po prostu przypuszczałem, że tego już w moim życiu nie będzie. To zostało przyjęte i oklaskane przez kolegów Żukrowskiego, Przymanowskiego i tak dalej. Rozdano broń aktywowi partyjnemu, stwarzano histerię. Najpierw wmawiano im, że ich będą mordować, i to właśnie miało uzasadniać tę akcję. Później Wasilewski domagał się tolerancji dla partyjnych, dla „inaczej myślących", kiedy pół inteligencji polskiej siedziało w mamrze czy w obozie. Stan wojenny był wstrząsem nie dlatego zresztą, że miałem jeszcze złudzenia co do tej władzy. Ale że się objawi ta ogromna sfora owych hodowanych esesmanów, to dziwne ZOMO!? Ja nie wiedziałem, że coś takiego w mojej Polsce istnieje! Podobnie jak w okresie stalinowskim nie miałem wyobrażenia, jakie rzeczy się dzieją, tak samo nie wiedziałem o tych tysiącach golędziniaków, zwolnionych z więzień i gotowych mordować, strzelać, zabijać. Wyobrażałem to sobie raczej nieco inaczej, jako wkroczenie czołgów rosyjskich... Próbowałem w tej rozmowie odpowiedzieć obszernie na pana pytanie, jak ludzie z mojego pokolenia weszli w tę ideologię. Oczywiście, rzecz się na tym nie kończy, bo ważne jest także, jak wyszli, i że wyszli, a także jak, w jaki sposób tam byli. Martwi mnie to, że byłem w partii dwadzieścia jeden lat, to coś jest, taki okres życia. Bez tego byłbym na pewno kimś innym. Poniosłem straty jako pisarz, co nie jest rzeczą błahą, gdyż pisanie stanowi sens mojego istnienia. Zmarnowane lub odłożone prace, w dodatku przypadające na tak zwany dobry okres, środek życia. Nie wszystko da się nadrobić. Cóż, byłem ciekaw wszystkiego, robiłem to na ogół z własnej woli. Oczywiście, pewne z tych doświadczeń, jak już powiedział Piłsudski, to przebywanie w wychodku i dłużej nie można wytrzymać.
TRZNADEL: – Powiedział pan bardzo ważną rzecz, mianowicie, że to samo pokolenie, które w to weszło, potrafiło z tego wyjść, i to nie tylko wyjść, ale i przybrać zupełnie inną postawę.
BRAUN: – Nie zostaliśmy całkowicie pożarci. Tylko że trwało to za długo, ale takie jest polskie życie. Powinno to mieć inne tempo. To było wschodnie, azjatyckie tempo. Dużo czasu spędziłem w tamtej części świata, dla nich tam czas nie istnieje. W europejskim natomiast rozumieniu - rzeczy oczywiste powinny szybko pękać. U nas wrzód, dojrzały do cięcia, nie pęka jeszcze przez dziesięć lat. Co dziesięć lat występuje kolejne napięcie.
TRZNADEL: – Cóż, liczmy na przyszłe przyspieszenia.