Rozmowa z Marianem Brandysem — Tragedia lewicujących liberałów
11.12.2005

TRAGEDIA LEWICUJĄCYCH LIBERAŁÓW

Rozmowa z Marianem Brandysem, Warszawa, 27 lipca 1985

        TRZNADEL:Z jakimi uczuciami ocenia pan dzisiaj okres lat czterdziestych i pięćdziesiątych w kulturze polskiej? Był pan w tym czasie bardzo aktywny jako dziennikarz i pisarz.

        BRANDYS: – Tak, to był jedyny w moim życiu okres czynnego zaangażowania politycznego. Przygotowania do tego nie miałem żadnego. Przed wojną nie interesowałem się polityką. Od dwunastego roku życia byłem chronicznie chory na ciężką astmę, co ograniczało mój kontakt ze światem, w odróżnieniu od mego brata, który był aktywny w życiu akademickim. Pierwsze wtajemniczenie polityczne odebrałem w kampanii wrześniowej, którą przebyłem jako dowódca plutonu konnych karabinów maszynowych w grupie generała Franciszka Kleeberga. Walczyliśmy na Polesiu. Przedtem nie znałem wschodniej Polski. Dlatego bolesnym zaskoczeniem było dla mnie, że po wyjściu z macierzystego garnizonu mego pułku w Słonimiu, znaleźliśmy się w obcym, nieprzychylnym nam kraju. Pierwszym widokiem tej wojny była paląca się wieś białoruska, z której do nas strzelano. Pierwszym trupem tej wojny, jakiego zobaczyłem, był białoruski chłop. Wspomnienie jego bosych, żółtoszarych stóp prześladowało mnie jeszcze długo w niewoli. Potem przyszedł straszny dzień 17 września. Długo nie mogliśmy w to uwierzyć, liczyliśmy na nich przecież, jako na sprzymierzeńców. Każdy ich samolot witany był przez nas radośnie. Póki nie zaczęli nam bombardować taborów. Pod Milejowem mój batalion pod dowództwem majora Michała Bartuli, jednego z bohaterów wojny wrześniowej, stoczył bitwę z pułkiem radzieckiej obrony terytorialnej, który zaskoczył nas i zażądał złożenia broni. Noc po bitwie spędziłem w wiejskiej izbie razem z ciężko rannym młodziutkim żołnierzem radzieckim, który ciągle wzywał matki. Była to koszmarna noc. Później stoczyliśmy zwycięską bitwę z Niemcami pod Wolą Gułowską, ostatnią regularną bitwę polskiej wojny i zaraz po tym zwycięstwie, okupionym śmiercią moich najbliższych kolegów, pomaszerowaliśmy do niewoli. W oflagu przeszedłem przez dalsze dokształcanie. W Woldenbergu życie polityczne było bardzo rozwinięte. Reprezentowane były wszystkie jego kierunki - oczywiście zakamuflowane przed Niemcami przesłoną rozmaitych legalnie działających kół naukowych, czy samokształceniowych. Więc na przykład Koło Socjologów było opanowane przez PPS, a Koło Spółdzielców przez komunistów.

        TRZNADEL:To byli wtedy chyba bardzo młodzi ludzie?

        BRANDYS: – Na ogół byli to ludzie między dwudziestym piątym a trzydziestym piątym rokiem życia. Ale zdarzali się i starsi. Ja, poprzez moich przyjaciół, trafiłem do Koła Spółdzielców. Otwarło to przede mną zupełnie nowe horyzonty. Mieli wspaniałych prelegentów. Odczyty wygłaszali tam między innymi: wybitny filozof Adam Uziembło, znakomity ekonomista Eugeniusz Polak, który zginął potem w czasie wyzwalania obozu, Mateusz Siuchniński, młody zbuntowany historyk poznański. Wywierali oni duży wpływ na całą społeczność obozową. Na przykład cykl odczytów Siuchnińskiego o Kościuszce był odbierany jak prawdziwa rewelacja. Ja właściwie do końca obozu nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, że Koło Spółdzielców było zakonspirowaną komórką komunistyczną. Pamiętam, jak po powstaniu Krajowej Rady Narodowej Uziembło wręcz mnie zapytał, jaka jest właściwie moja orientacja polityczna. A ja właśnie parę dni wcześniej dowiedziałem się, że w kraju powstał Centralny Komitet Ludowy, coś pośredniego między PPS a syndykalistami, miałem tam przyjaciół, więc powiedziałem, że to jest mi najbliższe. Jak on na mnie naskoczył: - „Jak to, a Krajowa Rada Narodowa?!" - W związku z moim przystąpieniem do obozowego Koła Spółdzielców zdarzył się charakterystyczny epizod. Jak panu mówiłem, w obozie były różne stronnictwa polityczne. W 1943 roku postanowiono utworzyć „wspólny front stronnictw demokratycznych". Wstępem do tego miała być zakamuflowana przed Niemcami „herbatka demokratyczna". Zorganizowanie artystycznej części tej imprezy zlecono Kołu Spółdzielców, a Koło Spółdzielców zleciło to mnie. Miał to być dla mnie swoisty egzamin ideologiczny. Zaproponowałem odczytanie na kilka głosów pierwszego aktu Sułkowskiego Stefana Żeromskiego. Wszyscy się bardzo ucieszyli. Jest w tym pierwszym akcie scena, gdy Sułkowski podchodzi nocą do ogniska żołnierskiego i wszczyna rozmowę z żołnierzami o ich krzywdach w szlacheckiej Polsce. W końcu rozmowa przybiera jednak taki obrót, że żołnierze mówią, że nie chcą zabijać swoich panów jak Francuzi. W tym miejscu przestało się podobać. Ktoś powiedział, że wybór jest dobry, ale samo zakończenie trzeba skreślić. Ja mówię: - „To zasadniczo zmieni wymowę całości.“ - Oni: - „Tak, ale pamiętajcie, że Żeromski napisał potem Przedwiośnie, więc dzisiaj napisałby na pewno tę scenę bez tego zakończenia." - Powiedziałem, że aby się o tym dowiedzieć, trzeba by urządzić seans spirytystyczny. I że ja się nie zgadzam. Ostatecznie „herbatka demokratyczna" się nie odbyła, bo ktoś doniósł Niemcom. Ale później się dowiedziałem, że chciano mnie z koła wyrzucić, niemal jednocześnie z przyjęciem. Gdyby mnie wtedy wyrzucili, oszczędziłoby mi to wielu późniejszych rozterek i komplikacji.

        TRZNADEL:Pułkownik Rzepecki wspomina, że gdy znalazł się w oflagu po Powstaniu Warszawskim, zastał tam rozpolitykowaną atmosferę, bardzo lewicującą u niektórych ludzi. To społeczeństwo zamknięte po goryczy klęski wrześniowej przeżyło chyba silnie gorycz klęski Powstania Warszawskiego?

        BRANDYS: – Powstanie Warszawskie było u nas przyjęte bardzo niejednoznacznie. Zwłaszcza wśród warszawian. Ludzie byli przerażeni tym, że zapłaciło się taką straszliwą cenę. A jednocześnie podziw, duma, wzruszenie. Później, kiedy przyjechali do nas oficerowie z Powstania, wydawali się nam jakimiś mitycznymi bohaterami. Pamiętam, że najbardziej uderzyły mnie ich oczy. Były jakieś inne niż nasze, zdawały się płonąć, biła z nich niezwykła siła i werwa. Wiele lat potem przeczytałem wspomnienie któregoś z tych powstańców, jego pierwsze wrażenie, gdy przyjechał do oflagu: przerażające oczy jeńców, jakby spopielone... Zupełnie zastygłe. Dopiero wtedy zrozumiałem, że ich oczy to były oczy normalnych ludzi, biorących udział w czynnym życiu.

        TRZNADEL:Czy miał pan wrażenie, po klęsce Niemiec, że wchodzi pan w życie po okresie jakiegoś odcięcia w tym środowisku oflagowym?

        BRANDYS: – To nie było środowisko całkowicie odcięte. W oflagu istniało życie we wszystkich przejawach, tylko jakby trochę skarykaturowane. Jakby w konserwie. Ewakuacja oflagu to był wielki szok. Wymaszerowaliśmy z obozu w kilku kolumnach 25 stycznia, pamiętam dobrze, bo był to dzień moich urodzin. Pięć dni forsownego, morderczego marszu, pamięta pan te nieludzkie mrozy zimy 1945 roku. I z boków oficerowie Abwehry z wyciągniętymi pistoletami i psy. Byliśmy przekonani, że to koniec, że to nie chodzi o żadne przerzucenie za Odrę, tylko po prostu chcą nas w ten sposób wykończyć. Na ostatnim postoju w Detz, kiedy padaliśmy już z nóg, dodatkowa szykana: kwatery w piętrowych stodołach, trzeba było wchodzić pojedynczo po drabinie z całym obciążeniem. Był taki przerażający moment, kiedy jeden z naszych kolegów, znany pisarz Stefan Flukowski, dostał ataku histerycznego. A nazajutrz rano wyzwolenie. Po krótkim starciu z Niemcami odbiły nas dwa czołgi radzieckie. Jak się później okazało, był to ostatni odruch wielkiej ofensywy, która potem zastygła na wiele miesięcy. Kiedy te czołgi się ukazały, nikt nie dowierzał, że to wyzwolenie. Zaczęły się histeryczne krzyki: niemieckie! niemieckie! żeby uniknąć rozczarowania. A potem właz czołgu się otworzył, wyjrzał z niego żołnierz w czarnym kombinezonie i pierwszy raz w życiu usłyszałem okrzyk w mowie rosyjskiej: - „Polscy oficerowie za czołg!" - Ta krótka chwila jakby zmyła ze mnie kompleks 17 września. To, że zostałem wyzwolony w ten sposób, wywarło, jak przypuszczam, niemały wpływ na późniejsze kształtowanie się moich poglądów. Tak się złożyło, że przed wojną nie znałem ani Lwowa, ani Wilna. Rosjanie to byli ci, co mnie wyzwolili na chwilę przed śmiercią. Wracając do pańskiego pierwszego pytania, myślę, że to, co się działo po wojnie z takimi ludźmi jak ja, to była tragedia lewicujących liberałów. Tych lewicujących liberałów polskich, którzy byli wychowani na felietonach Słonimskiego i Boya Żeleńskiego, i pięknie sobie wyobrażali postęp ludzkości, oparty na zasadniczych reformach społecznych i rozumnych stosunkach między ludźmi i narodami. Umocniła ich w tej wierze wygrana wojna z hitleryzmem wygrana w ogromnym stopniu przez wojska radzieckie. Ci lewicujący romantycy w przeważającej większości włączyli się po wojnie w nowy nurt polityczny, który objął rządy nad krajem. Dotyczyło to niemal całej czołówki kulturalnej. Poza tymi, którzy pochodzili z terenów wschodnich i mieli straszliwy i uzasadniony uraz antyradziecki, to właściwie wszyscy ci ludzie doszlusowali od razu.

        TRZNADEL:W tym procesie akceptacji nowej ideologii grało jednak rolę także złudzenie powszechności tej akceptacji, wywoływane przez propagandę. To wszystko znaczyłoby jednak, że inny od bezpośredniego doświadczenia sposób informacji na temat Związku Sowieckiego był w dużej mierze zablokowany.

        BRANDYS: – Tak było. Ci, którzy poznali tam smak gułagów i więzień, a później przyjechali uczyć nas nowego życia, nie puszczali pary z ust na temat swych przykrych doświadczeń. A jednak opowiem o moich pierwszych zetknięciach z nową rzeczywistością. Po powrocie z obozu zgłosiliśmy się wszyscy z obowiązku do wydziału Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego, który dokonywał demobilizacji bądź przydziału nowych funkcji wojskowych. Mieścił się ten wydział we Włochach pod Warszawą. Poszliśmy tam pieszo torami kolejowymi, kilka osób z tamtej organizacji obozowej. Byli tam, jak pamiętam: Adam Uziembło, Mateusz Siuchniński, Stefan Pietrusiewicz (późniejszy minister), Marian Wadecki, chyba Kuropieska... Kolację jedliśmy w kasynie tego zarządu Pol-Wych. Podchodzi do nas kelnerka, jedna z tych pięknych dziewczyn warszawskich, o jakich marzyliśmy w obozie. Jest dla nas bardzo życzliwa, widać, że robią na niej dobre wrażenie nasze amerykańskie mundury oficerskie, wyfasowane w obozie. Raptem pyta: - „Czy wiecie panowie jaka jest różnica między Kościuszką a kościuszkowcami?" (chodziło o dywizję im. Tadeusza Kościuszki, sformowaną w Rosji). - „Nie wiemy." - Wtedy ona podnosi sobie paluszkiem swój śliczny nosek i mówi: - „Kościuszko miał taki, a kościuszkowcy" - uciska nosek w dół - „taki!" - Ledwie ochłonęliśmy, nowe zaskoczenie. Przy stoliku obok wiodą gwałtowną dyskusję jacyś starsi oficerowie najpewniej polityczni, bo wygląd stuprocentowych cy wiłów. I nagle z tej dyskusji dobiega nas jedno zdanie, wypowiedziane z bezbrzeżnym żalem, niemal z rozpaczą: - „Ra, ale rzecz w tym, że oni nie chcą nas przyłączyć!" - Waliło mnie to jak pałą w łeb! Wyszedłem z kasyna, żeby odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Patrzę, a nieopodal stoi jakiś dziwny oficer, kapitan chyba, bo na jednym naramienniku ma trzy gwiazdki, choć na drugim tylko dwie, widać, że to człowiek, który dopiero wyszedł z lasu, „leśny", przy nim koń, chuda chabeta, wypisz wymaluj: Don Kichot ze swoim Rosynantem. Zobaczył mnie, przesunął spojrzeniem po amerykańskim mundurze, oko mu rozbłysło, mówi: - „Kolego, czy mam tam iść? Do nich?" - Ja na to, z poczuciem, że rozwiązuję sprawy najbardziej zasadnicze, z całą żarliwością, na jaką było mnie stać: - „Tak, idźcie, koniecznie idźcie!" - Nie spodobała mu się moja żarliwość. Przyjrzał mi się jeszcze raz uważnie i chyba nie poszedł. Meldowaliśmy się u „personalnego", którym był osławiony później pułkownik Fejgin. Po kilku godzinach czekania dostałem się do niego. Pyta, jakie mam wykształcenie? - „Prawnik" - byłem po egzaminie sędziowskim. - „Pójdziecie do korpusu sądowego." - Ja na to: - „Obywatelu pułkowniku, ja nie nadaję się na prawnika, zawsze marzyłem, żeby pisać, być dziennikarzem." - „Pójdziecie do korpusu sądowego, potrzeba nam prawników, pismaków mamy dosyć." - Cóż było robić; poszedłem pieszo do pobliskiego Piastowa, bo tam się mieścił Najwyższy Sąd Wojskowy, a przy nim ów Korpus Sądowy Rezerwy. Na czele tego wszystkiego stał radziecki generał w polskim mundurze, Tarnowski. Sędziami Najwyższego Sądu Wojskowego byli przedwojenni sędziowie grodzcy i okręgowi, a także adwokaci. W Korpusie Sądowym Rezerwy było ze dwadzieścia osób: przeważnie przedwojenni adwokaci, aplikanci. Do roboty nic na razie nie było. Tylko od czasu do czasu wyznaczano kogoś do przepisywania protokołów, albo jeśli to był wojskowy - bo cywile też tam byli - do pełnienia funkcji oficera kontrolnego w gmachu sądowym. A teraz przechodzę do tego, od czego zacząłem: czy przenikały do nas informacje o Związku Radzieckim. Spotkałem się w tym korpusie z pewnym adwokatem z Łodzi, znajomym moich rodziców, człowiekiem bardzo porządnym, którego dość dobrze znałem sprzed wojny. Chodził w fufajce, więc od razu było wiadomo, że wojnę spędził w Związku Radzieckim. Kiedyś poszliśmy na spacer i mówię do niego: - „Niech pan opowie, jak tam u nich jest?" - Więc zaczął wywalać o tych obozach, o tych gułagach, że każdy tam właściwie musi przejść przez więzienie, albo przez obóz, że u nich to nic wstydliwego, że z aprowizacją kiepsko, że przekupstwo, że wszyscy kradną, że powszechne pijaństwo... Ja mówię: - „Proszę pana, to jest niemożliwe, ja wiem, kim pan jest, mam do pana pełne zaufanie, ale pan musiał być w jakiejś szczególnej okolicy.“ - On na to: - „Panie, tak jest w całym kraju!" - Ja: - „Nie mogę w to uwierzyć. I proszę, żeby mi pan już nigdy takich rzeczy nie opowiadał." - Przyjrzał mi się uważnie, chyba trochę ze strachem. I już więcej mi spaceru nie zaproponował.

        TRZNADEL:Nie uwierzył mu pan?

        BRANDYS: – To było tak sprzeczne ze wszystkim, co mi opowiadali w obozie moi pierwsi nauczyciele polityczni, tak się straszliwie różniło, że jeśli nawet obudził we mnie pewien niepokój, to nie chciałem o tym wiedzieć. Zwłaszcza wobec wspaniałego zwycięstwa, jakie oglądałem na własne oczy. Tak się złożyło, że tego samego dnia wieczorem mój kolega z wojny wrześniowej, pułkownik Liciński, u którego mieszkałem w Piastowie, zreferował mi obszernie nadeszłe właśnie wiadomości o postanowieniach Konferencji Jałtańskiej. Był to dla mnie wstrząs. Na polityce mało się znałem, ale byłem dość oczytany w historii. Od razu zrozumiałem, że jest to dokładne powtórzenie wydarzenia historycznego z ubiegłego stulecia: Kongresu Wiedeńskiego. Zachód jeszcze raz wykazał absolutne niezrozumienie dla sprawy polskiej. Jeszcze raz nie docenił znaczenia, jakie mogła mieć dla Europy i świata silna, niezależna Polska. Porachowałem sobie w pamięci, jak długo trwał stan rzeczy, uchwalony na Kongresie Wiedeńskim, i stało się dla mnie jasne, że w istniejącej sytuacji jedyną słuszną drogę dla powojennej Polski wytycza program Polskiej Partii Robotniczej. Zweryfikowałem więc ostatecznie mój półświadomy wybór polityczny, dokonany w oflagu. Uczyniłem to nie jako marksista, bo nim nie byłem, ale - proszę mi wybaczyć podniosły ton - jako Polak. Marksistą nie byłem, gdyż nie próbowałem nigdy zgłębić filozofii marksistowskiej, a nie próbowałem dlatego, że jako uczestnik seminarium filozofii prawa profesora Eugeniusza Jarry na Uniwersytecie Warszawskim, wyniosłem z lat uniwersyteckich przemożny wstręt do zgłębiania jakichkolwiek systemów filozoficznych. To był zresztą taki polski fenomen ówczesny, że wielu niemarksistów wstępowało wtedy do partii komunistycznej z pobudek patriotycznych. Po dwóch tygodniach mego pobytu w Korpusie Sądowym Rezerwy zjechała jakaś wysoka komisja i zaczęło wyglądać na to, że będą przydzielać na jakieś stanowiska sędziowskie i prokuratorskie. Mnie nie było do tego spieszno. Tym bardziej, że kierownik sekretariatu, pan Jaśkiewicz, przedwojenny kierownik sekretariatu w VII wydziale Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie aplikowałem, powiedział mi w zaufaniu: - „Panie Marianie, to nie dla pana, niech pan stąd nawiewa jak najprędzej." - Czekałem więc tylko na pretekst do ucieczki. No i zdarzył się. Co parę dni pełniłem funkcje oficera kontrolnego Korpusu, polegało to na siedzeniu od wieczora do rana przy telefonie na półpiętrze gmachu sądowego. A kierowniczką kancelarii była taka przystojna dziwa w stopniu kapitana, posądzana powszechnie o zażyłe stosunki z generałem. Było wtedy chyba takie odgórne zarządzenie, że wszystkie „narzeczone" generalskie były w stopniu kapitana. Dyżuruję więc pewnego dnia przy tym sądowym telefonie, a ona dzwoni. Melduję się: - „Tu oficer kontrolny!" - „A słuchajcie, tam piętro wyżej mieszka krawcowa, powiedzcie jej, żeby do mnie przyszła." - Ja na to: - „Pani się myli, tu oficer kontrolny." - „No właśnie" - mówi ona. - „Nie, to nie należy do moich funkcji" - i odłożyłem słuchawkę. Nazajutrz od rana sądny dzień. Generał zaczął się mnie czepiać, naskoczył na mój mundur, przedtem nigdy nie było o tym mowy. W jakim ja chodzę mundurze, amerykańskim, mam natychmiast zmienić... i tak dalej... Zrozumiałem, że nie ma co dłużej zwlekać. Poszedłem pieszo do Zarządu Głównego PolitycznoWychowawczego we Włochach. Szefem był wtedy pułkownik Grosz, przedwojenny dziennikarz. Zacząłem go brać pod włos, że przed wojną czytywałem jego artykuły, że sam marzę o dziennikarstwie, że za nic nie chcę być prawnikiem. Po długich naleganiach uzyskałem wreszcie przydział do gazety frontowej „Zwyciężymy", znajdującej się wówczas pod Berlinem. Tak więc z Korpusu Sądowego Rezerwy zdezerterowałem na front. Ponieważ wtedy wyjeżdżał Edmund Osmańczyk, jako pierwszy korespondent frontowy „Czytelnika", zabrałem się z nim. Uwielbiałem tego Osmańczyka za jego reportaże z Opolszczyzny drukowane w „Odrodzeniu". Był wtedy wspaniały, dlatego z taką radością przyłączyłem się do niego. Cudowna była ta nasza epopeja berlińska. Od początku do końca uczestniczyliśmy w zdobywaniu stolicy hitleryzmu. Jako pierwsi Polacy weszliśmy z Osmańczykiem do Kancelarii Rzeszy, na blankietach listowych Hitlera pisaliśmy nasze reportaże. Zresztą Osmańczyk opisał to dokładnie w swojej książce Był rok 1945. Upajający rewanż za klęskę wrześniową. Chociaż nie bez wielu kropli goryczy. Pamiętam na przykład taki charakterystyczny fakt. W czasie walk berlińskich wszystkie mury dzielnic, w których walczyli Polacy, były pokryte napisami kredą, świadczącymi o ich obecności. Pamiętam na przykład wiernie towarzyszący nam napis: „Tu walczyła jednostka majora Zwierzańskiego". Nazajutrz po kapitulacji Berlina wszystkie te napisy, co do jednego, zniknęły w jakiś czarodziejski sposób. Bardzo nas to wtedy oburzało. W wiele lat później przypomniałem sobie o tym w czasie zbierania materiałów do książki Kozietulski i inni. Przeglądając tajne rozkazy Napoleona do marszałków natknąłem się na supertajny okólnik, w którym cesarz łajał bezlitośnie marszałka Bernadotte, za to, że pochwalił oddziały holenderskie za przyczynienie się do zwycięstwa w bitwie pod Dreznem: „Cesarz zwycięża dzięki własnej armii11 - pisał Napoleon - „pomocnicy nie są mu potrzebni". Potem z redakcją „Zwyciężymy" wróciłem do kraju i przez jakiś czas wegetowałem w redakcji biuletynu garnizonowego w Katowicach. Stamtąd drugi raz zdezerterowałem za namową mego kolegi z oflagu, Edzia Obertyńskiego, siostrzeńca poetki Beaty Obertyńskiej. Namówił mnie, żeby jechać nad morze, że tam dopiero wszystko się zaczyna, że jego nowy szef, komandor Urbanowicz, szuka redaktora do „Gazety Morskiej", organu prasowego Marynarki Wojennej. Pojechałem więc do Gdyni. Trzyletni pobyt na Wybrzeżu do lata roku 1949 w wojsku, a potem w cywilu wspominam jak najlepiej. Oczywiście, dużo było rzeczy budzących niepokój, właściwie nie było chwili całkowicie od tego wolnej. Bo co tu się oszukiwać, o wielu rzeczach się nie wiedziało, ale o wielu się wiedziało. Pamiętam na przykład, jak młody dziennikarz, były partyzant, tłumaczył mi z żarliwym przekonaniem, że referendum musiało być „poprawione", bo chodziło o objęcie władzy.

        TRZNADEL:I liberał w pana duszy przyjmował tę argumentację?

        BRANDYS: – Wie pan, przyjmował nie bez wewnętrznego sprzeciwu, ale dawał się przekonywać. Dlaczego dawał się przekonywać? Bo wtedy na Wybrzeżu każdy dzień to było tworzenie nowego życia, od podstaw, w sensie materialnym i nie tylko. Pamiętam, jak obejmował Gdańsk pierwszy wojewoda polski, inżynier Okęcki. Miałem wtedy poczucie, że na moich oczach rozgrywa się Wielka Historia. Tu Gdańsk jeszcze się palił, a on przemawiał, zresztą dosyć pompatycznie, co pasowało do tego momentu, obejmował miasto jako polski wojewoda. To mi się kojarzyło z czasami Jagiellończyka... A później te „robocze" wyprawy do Gdańska. Wydobywanie spod gruzów maszyn drukarskich dla „Gazety Morskiej", przy stałym zagrożeniu ze strony partyzantów „Łupaszki". W tamtych dniach całe budzące niepokój zło można było jeszcze zwalić na to, że to dopiero początek, że brakuje ludzi, że wszyscy uczą się od „a“. Tym bardziej, że moi koledzy „spółdzielcy" z oflagu, którzy byli potem na różnych wysokich stanowiskach, ciągle mnie zapewniali: - „Bądź spokojny, u nas nie będzie tak jak u nich. Będzie inaczej. My to zrobimy lepiej, po polsku." - Większość z nich znalazła się później w więzieniach. Dzisiaj młodzi ludzie wyobrażają sobie tamte czasy, jakby istniała wtedy alternatywa: z jednej strony rządy komunistów, z drugiej demokracja parlamentarna w stylu przedwojennym, różne partie, wolna prasa itd. Ale tak nie było.

        TRZNADEL:Ze względu na brutalną przemoc okupanta i polskich komunistów...

        BRANDYS: – Toczyła się okrutna wojna domowa z ofiarami po obu stronach. Działy się rzeczy przerastające ludzką wyobraźnię. Dam panu przykład. Najżarliwszy komunista z naszego oflagu, generał Adam Uziembło, siedział w komunistycznym więzieniu jako „wróg ludu", a mój przyjaciel z tego samego oflagu, porucznik inżynier Kazimierz Dekler, jeden z najporządniejszych ludzi, jakich znałem, nie mający nic wspólnego z polityką, został na szosie wyciągnięty przez „leśnych" z samochodu i rozstrzelany jako „wróg narodu", tylko za to, że był naczelnym dyrektorem wielkich zakładów przemysłowych, które podniósł z ruin i uruchomił. Takie bywały wtedy wybory moralne i polityczne. Pamiętam taki moment z dziewczyną w tańcu... Wspaniałość ówczesnego życia polegała między innymi na tym, że przez cały dzień pracowało się do upadłego, mając świadomość, że się współtworzy, że to jest naprawdę budowanie od podstaw, a wieczorem w dansingu „Mascotte" szło się ostro „w gaz" i w tany. Więc w tańcu ta dziewczyna powiedziała mi: - „Słuchaj, dlaczego ty się tak w to angażujesz?" - „Jak można się nie angażować?" - „Tak, ale dlaczego w tę stronę, dlaczego nie w drugą?" - „W jaką? - „No, generała Andersa." - Wydawało mi się to wtedy niebotycznie głupie. Nie wiem, jakby to było, gdybym z obecnym kapitałem wiedzy o śmiecie miał zaczynać to wszystko jeszcze raz od początku? Może bym się w ogóle powstrzymał od wszelkiego działania, może bym się po prostu położył do łóżka i czekał, aż umrę na tę moją przeklętą astmę.

        TRZNADEL:A co niosło dalsze codzienne życie?

        BRANDYS: – Pobyt na Wybrzeżu, zwłaszcza po demobilizacji wiosną, 1946 roku, i przejściu do „Dziennika Bałtyckiego", był dla mnie okresem dużej wydajności dziennikarskiej. Każdego dnia ukazywał się mój krótki felieton wstępny, ingerujący w rozmaite sprawy ludzkie podpisywany pseudonimem „bem“. Ten „bem“ zdobył sobie wielką popularność na całym Wybrzeżu. Radość mnie rozpierała, kiedy na przykład pasażerowie zepsutego autobusu walili tłumnie pod lokal redakcji, aby chórem skandować: - „bem-bem-bem!“. Ale „bem“ zajmował się nie tylko drobnymi interwencjami. Pamiętam, że najszerszy oddźwięk wywołał felieton występujący po raz pierwszy w obronie dobrego imienia żołnierzy Armii Krajowej. Ale nie wszyscy mnie chwalili. Władze miejskie w Gdyni uznały felieton za „wysoce niepedagogiczny", ponieważ w województwie gdańskim „grasowały jeszcze niedobitki bandy «Łupaszki»“. W związku z tym poważnie rozpatrywano projekt wysiedlenia mnie z Wybrzeża (istniała wtedy taka praktyka). Uratował mnie wojewoda gdański, inżynier Stanisław Żrałek, pilny czytelnik felietonów „bema“. Wiosną 1947 roku zacząłem pisywać Listy z Wybrzeża do warszawskiego „Odrodzenia". Ogromnie mi imponowała ta współpraca ze stołecznym pismem literackim, zwłaszcza że jego redaktorem naczelnym był legendarny redaktor przedwojennych „Sygnałów" lwowskich, Karol Kuryluk, jeden z najmądrzejszych i najszlachetniejszych ludzi, jakich udało mi się w życiu spotkać. Krążyłem wtedy po Mazurach i Kaszubach, obserwując skomplikowany proces socjologiczny przyrastania nowych ziem do macierzy. O tym więc pisałem, a działy się wtedy zwłaszcza na Mazurach rzeczy dość okropne. Pierwsze pięć Listów przeszło bez kłopotów cenzuralnych. Rozzuchwalony tym powodzeniem, w szóstym Liście z Wybrzeża opisałem historię, od której mógł się zjeżyć włos. W pewnej miejscowości mazurskiej pokochali się: chłopak autochton i dziewczyna zza Buga. O takich związkach marzyli miejscowi działacze mazurscy i marzyciele w naczelnych władzach warszawskich. Ale dziewczynę upodobał sobie także jej ziomek zabużański, komendant miejscowego posterunku MO. Aby przeszkodzić małżeństwu, kazał swej „ukochanej" ogolić głowę za... „fraternizowanie się z Niemcem". Skutki nie dały na siebie czekać. Młoda para zawarła po kryjomu ślub i czym prędzej zapisała się na wyjazd do Niemiec. Opisałem to wszystko i niecierpliwie czekałam na kolejny numer „Odrodzenia". Ale wyprzedził go krótki liścik Kuryluka, wzywający mnie do Warszawy. Zastałem go w stanie wielkiego podniecenia. Wiercił się na krześle, czerwienił się, chrząkał. Widać było, że nie może z siebie wydusić tego, co ma mi do powiedzenia. Na biurku leżał mój List z Wybrzeża. Wreszcie podsunął mi bez słowa „Biuletyn Informacyjny" PAP-u z zakreśloną czerwonym ołówkiem wiadomością na pierwszej stronie. Amerykański sekretarz stanu Byrnes wypowiedział się przeciwko naszym nowym granicom zachodnim na Odrze i Nysie. Twierdził, że Polacy nie umieją urządzić życia na nowych ziemiach, że na mapie powstają „białe plamy". Uszanowałem trudną wobec mnie sytuację redaktora, krytyka, który pół życia strawił na walkach z cenzurą, i również bez słowa zabrałem z biurka mój List z Wybrzeża. Potem gorąco uścisnęliśmy sobie ręce i głęboko zajrzeliśmy sobie w oczy. Miałem słodko-gorzkie poczucie, że złożyłem cenną ofiarę na ołtarzu Ojczyzny. Ale więcej już „Listów z Wybrzeża11 nie pisałem, a z Mazur coraz więcej ludzi wynosiło się do Niemiec. I jeszcze jedna ciekawostka z mego pobytu na Wybrzeżu, zupełnie inna. Kiedy byłem jeszcze w wojsku, bardzo mi zakłócali spokój ducha wyżsi oficerowie rosyjscy w polskich mundurach. Nazywano ich „popami“ (p.o.P. - pełniący obowiązki Polaka) i byli najbardziej widomym symbolem naszego uzależnienia od obcego mocarstwa, więc trudno było ich kochać. Aż tu naraz, pewnego dnia, zgłasza się do redakcji „Gazety Morskiej" taki „pop" i przedstawia się w dobrej polszczyźnie: komandor Rukiewicz. Okazało się, że był to w prostej linii potomek Michała Rukiewicza, szwoleżera napoleońskiego, potem filomaty, przyjaciela Adama Mickiewicza zesłanego przez Nowosilcowa na Sybir. I takie rzeczy się wtedy zdarzały. Wszystko w tych pierwszych latach powojennych było na pograniczu bajki, niekiedy bardzo strasznej. Często zadaję sobie pytanie, czy nie byłem w tamtych latach zbyt posłuszny? Czy nie zbyt bezkrytycznie zgadzałem się na wszystko? Cóż, nie byłem nigdy specjalnie samodzielny w sprawach politycznych, postępowałem tak jak całe moje otoczenie. A wystarczy sobie przypomnieć utrwalone w druku wypowiedzi różnych ówczesnych luminarzy kulturalnych, ludzi, którzy byli dla mnie rzeczywistymi autorytetami. Ale jeśli miałem o czymś swoje zdanie, to starałem się go bronić.

        TRZNADEL:Czy stykał się pan z ówczesnymi przywódcami władzy?

        BRANDYS: – Pamiętam dwa, jedyne w mojej karierze, zetknięcia z przedstawicielami kierownictwa politycznego kraju. W roku 1946 uczestniczyłem w konferencji redaktorów, której przewodniczył członek Biura Politycznego Jakub Berman, ówczesny dyktator w sprawach kultury i propagandy. Chodziło o to, żeby wszędzie budować pomniki wdzięczności dla żołnierzy radzieckich. Zabrałem głos i powiedziałem, że moim zdaniem zamiast pomników znacznie lepiej byłoby budować szkoły albo szpitale imienia żołnierzy radzieckich. Berman bardzo za to na mnie napadł. W podniosłych słowach zarzucił mi, że nie doceniam roli, jaką żołnierze radzieccy odegrali w wyzwalaniu naszej ojczyzny, i kto wie, może nawet obrażam ich pamięć. Redaktor „Szpilek", Eryk Lipiński, który był na zebraniu, tak zreferował tę historię mojemu bratu: - „Słuchaj, Marian się upił i jakieś straszne rzeczy tam wygadywał." - Drugie spotkanie, z Bolesławem Bierutem, odbyło się w osiem lat później, w czasie drugiego zjazdu partii, i było dłuższe i ciekawsze. Kierownictwo postanowiło urządzić w Belwederze przyjęcie dla ludzi kultury, poświęcone unowocześnianiu propagandy. Wtedy, w roku 1954, powiało już takim wietrzykiem... że trzeba unowocześniać, ożywiać, żeby propaganda lepiej docierała do ludzi. Urządzono więc w Belwederze spęd twórców, partyjnych i bezpartyjnych. Tak się złożyło pewnie nie przypadkiem, że tego dnia w „Nowej Kulturze" ukazał się mój artykuł na podobny temat. Jakiś czas wcześniej przysłano mi z redakcji, z działu współpracy z czytelnikami, cały zeszyt wycinków z listów czytelniczych. Ogromnie mnie to wzięło: każdy list to była jakaś ludzka sprawa. Niewiele myśląc rąbnąłem do „Nowej Kultury" artykuł mniej więcej w tym tonie, że pisarze skarżą się na brak tematów, a tu w każdym liście jest temat do krótkiego opowiadanka. Więc powinno się takie opowiadanka pisać, najlepiej do gazet codziennych, żeby jak najwięcej ludzi mogło przeczytać. No i taki artykuł ukazał się akurat w dniu tego spotkania. W drodze do Belwederu napatoczyłem się na Jerzego Andrzejewskiego, a ten od razu na mnie: - „Słuchaj, czytałem ten twój artykuł, to obrzydliwe, obrzydliwe!" - Nie mogłem zrozumieć o co mu chodzi, upił się czy co? Artykuł mój wydawał mi się jak najbardziej w porządku. W chwilę potem, już w Belwederze, spotykam Jacka Bocheńskiego i mówię: - „Tu mi Jerzy urządza awantury, czy i ty uważasz, że coś nawaliłem?" - Jacek, jak to on zwykle, z tym swoim uśmieszkiem ironicznodobrodusznym: - „No wiesz, pomnika ci za ten artykuł nie wystawią." - O, pomyślałem sobie, coś jednak w tym jest. Ciągle jednak nie mogłem zrozumieć, o co chodzi. Chociaż należałem już do związku literatów, nie byłem literatem lecz dziennikarzem. Obce mi były problemy prawdziwych pisarzy. Zrozumiałem dopiero później: tamci się miotali w konwulsjach twórczych, żeby jak najlepiej wyrazić treść czasu, nie narażając się przy tym cenzurze, a ja im tu ofiarowuję panaceum na wszystkie trudności: piszcie opowiadanka do gazet. Mogła ich krew zalać. Później odbyła się ta cała historia: przedstawienie w trzech częściach. Pierwsza część prelekcyjna: przemawiało kilkunastu pisarzy - od Brezy i Nałkowskiej - do Putramenta i Zukrowskiego. Każdy się zastanawiał, jakby ożywić i bardziej uczłowieczyć propagandę. Ale nie musiały to być rozważania rewelacyjne, bo nic mi z nich w pamięci nie pozostało. Z części drugiej, artystycznej, zapamiętałem tylko piękny dworski ukłon, jaki złożyła przed Bierutem skrzypaczka Eugenia Umińska. I wreszcie część, trzecia tak zwana „lampka wina" gospodarzy z gośćmi. Tej każdy szczegół pamiętam do dzisiaj. W sali bankietowej Belwederu towarzystwo tak się rozlokowało, że w jednym kącie przy dużym okrągłym stole usadowiła się najwyższa socjeta: Bierut, Cyrankiewicz, Nałkowska, Władysław Kowalski, Iwaszkiewicz, Putrament. W drugim końcu sali skupieni wokół marszałka Rokossowskiego pisarze „wojskowi": Przymanowski, Dobrowolski, Żukrowski i tak dalej. Pośrodku Berman pogrążony w dyskusji ze Sciborem-Rylskim. Ja stanąłem z Konwickim pod ścianą, bo nigdzie nas jakoś nie ciągnęło. Naraz wpada na mnie Putrament: - „Co tak stoicie pod ścianą, chodźcie, chodźcie!" - I ciągnie mnie siłą do stolika bierutowskiego. - „Towarzyszu pierwszy sekretarzu, to jest towarzysz Marian Brandys!" - Stałem jak słup, bo mnie zaskoczyło, że Bierut pod prawym okiem miał taki nerwowy tik, którego na fotografiach nie było oczywiście widać. Naraz zaczyna się dziać coś niezwykłego, jakby z pogranicza snu. Pierwszy sekretarz partii podnosi się ze swojego miejsca i mówi: - „Towarzysz Marian Brandys, ach, jak się cieszę! Wysłałem właśnie towarzysza Cyrankiewicza, żeby was poszukał! No, chodźcie tu, siadajcie!" - i wskazuje mi miejsce przy sobie, pewnie to opróżnione przez Cyrankiewicza. - „Czytałem wasz artykuł w «Nowej Kulturze», bardzo mi się podobał, uważam, że absolutnie macie rację, że się powinno pisać takie opowiadania do gazet... Chciałbym, żebyście teraz przemówili do kolegów i powtórzyli to jeszcze raz." - Gdyby nie Andrzejewski i Bocheński, zrobiłbym to oczywiście bez wahania, ogrzany ciepłem pańskiej łaski. Ale teraz wiedziałem już na pewno, że coś tu źle pachnie. Więc mówię: - „Towarzyszu pierwszy sekretarzu, ja nie bardzo umiem mówić, raczej piszę..." - „Więc pozwolicie, że ja w waszym imieniu?" - Wtedy Iwaszkiewicz: - „Bierut będzie mówił w imieniu Brandysa." - Ale Bierutowi ten żart nie bardzo się spodobał, więc Iwaszkiewicz oklapnął i zaraz zniknął, głęboko urażony. A Bierut przemawia: że artykuł Brandysa... i żeby pisać takie opowiadania do gazet. Wszyscy na sali wbili we mnie oczy, stałem się królem wieczoru, całą rzecz opisano potem w prasie. W dwa lata później, kiedy generał Kuropieska wyszedł z więzienia, mówił mi, że po dowiedzeniu się o tym z gazety, pomyślał: dlaczego on nie powiedział Bierutowi o nas?... Dlaczego nie powiedział, jak jest? Rzeczywiście, jak to teraz panu opowiadam, to uświadamiam sobie, że w ogóle nie przyszło mi na myśl, żeby interweniować w sprawie moich kolegów, którzy siedzieli w więzieniach. Dlaczego tak było? Po prostu w kręgu ludzi, wśród których się obracałem, nikomu nie przychodziło na myśl nic podobnego. Czyżby się wierzyło, że ci uwięzieni byli skazani w jakimś stopniu słusznie, że pod czyimś złym wpływem zrobili jakiś fałszywy krok, że gdzieś się tam niepotrzebnie związali? Częściowo się chyba wierzyło, oczywiście nie w wersji tak brutalnej, jak podawała w radiu Wanda Odolska... Jakie panowało ogłupienie, niech świadczy fakt, że kiedy generał Adam Uziembło wyszedł z więzienia, to początkowo próbował mnie przekonywać, że „obiektywnie" słusznie go posadzili. A poza ogłupieniem był strach, zwykły strach i nie tylko przed represjami, ale także strach właściwy neofitom politycznym, że się nie rozumie... że się nie dorasta... Pamiętam, jak na Wybrzeżu ująłem się za aresztowanym członkiem mojej redakcji, to mnie wezwali do komitetu wojewódzkiego i powiedzieli, że mnie ostrzegają, żebym się nie wtrącał do spraw, których nie rozumiem.

        TRZNADEL:Ach, o losie aresztowanych Bierut na pewno wiedział. W każdym razie o listach czytelników można było mówić, a o zastrzeżonej polityce i krzywdach ludzkich - nie.

        BRANDYS: – Właśnie tak. Ale wróćmy do przyjęcia w Belwederze. Tak się później ułożyło, że przy stole zostaje tylko Bierut, obok niego ja. Władysław Kowalski rozmawiający z Nałkowską oddzieleni od nas trzema czy czterema krzesłami. To chyba wszyscy. Reszta się jakoś rozpłynęła, przytłoczona moim sukcesem. Bierut mówi do mnie: - „Słuchajcie towarzyszu, a wy co sądzicie o naszej propagandzie, czy macie jakiś nowy pomysł? Czy uważacie, że udało się dzisiejsze zebranie i co by jeszcze można zrobić, żeby propagandę bardziej uprawdopodobnić i uczłowieczyć?" - I tak dalej... Wtedy mnie naszło: postanowiłem się upomnieć, nie o Kuropieskę wprawdzie, ale o coś innego. Sensacją tego dnia była krótka notatka prasowa, donosząca, że w kopalni „Barbara" zginęło 40 górników. Dotychczas o takich rzeczach nie pisano, choć wszyscy wiedzieli, że podobne katastrofy zdarzały się co pewien czas. Więc pomyślałem sobie: teraz albo nigdy! I mówię: - „Towarzyszu pierwszy sekretarzu, dzisiaj ukazała się w prasie taka a taka wiadomość. Przyjęliśmy ją z wielkim bólem, lecz jednocześnie z wielką nadzieją. Bo stało się coś niezwykłego. Po raz pierwszy w gazetach napisano o tym, co dotychczas z reguły było przemilczane. I natychmiast ludzie poczuli zaufanie do tej prasy i w ogóle do tego wszystkiego. Więc z tego prosty wniosek: najlepszą propagandą jest pisać prawdę, jak najwięcej prawdy." - Jemu zaczęła latać ta żyłka pod prawym okiem i była długa, bardzo długa chwila milczenia, zanim wreszcie odpowiedział. Gdyby zrugał mnie tak, jak tamci z gdańskiego komitetu wojewódzkiego w 1946 roku: odpieprz się gówniarzu, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, mniej by to mnie dotknęło, niż ta jego odpowiedź. Bo on zachował się tak, jakby moich słów w ogóle nie słyszał. Powiedział spokojnie i uprzejmie: - „Tak, towarzyszu, piszcie te wasze opowiadania do gazet, to bardzo dobry pomysł." - Takie to były ówczesne interwencje.

        TRZNADEL:W tamtych latach zaczął pan wydawać swoje pierwsze książki...

        BRANDYS: – Tak, ich skazy ciążą mi do dzisiaj jak nie odpuszczone grzechy. Pierwszą moją książką były Spotkania włoskie, zbiór reportaży z pobytu we Włoszech. Miewałem wtedy straszliwe ataki astmy, więc dzięki staraniom mego brata ułatwiono mi wyjazd do Włoch w charakterze korespondenta „czytelnikowskiej" agencji prasowej „API“. Stara, zupełnie nieuzasadniona tradycja głosiła, że wszystkie tak zwane choroby piersiowe leczy się najlepiej w słonecznej Italii. Było to absolutną nieprawdą, i w rezultacie we Włoszech jest więcej, niż gdzie indziej, grobów młodych Polaków z XIX wieku. Ja jednak tam nie umarłem, przeciwnie - nabrałem nowej werwy życiowej i politycznej. Bo we Włoszech zetknąłem się z komunizmem w najpiękniejszej formie. Reprezentowanym przez wspaniałych młodych ludzi, pełnych zapału, święcie wierzących, że wszystko, co robią, jest dobre i słuszne. Te Spotkania włoskie miały duże powodzenie, nie tylko u nas, przetłumaczono je na kilka obcych języków. Bo było w nich coś z kolorów i ciepła tego cudownego kraju. Ale jak większość książek tego czasu, miały także poważną skazę polityczną. Podczas mojego pobytu w Rzymie pozwoliłem sobie wmówić, że amerykański plan pomocy gospodarczej dla Włoch, tak zwany „plan Marshalla", niesie z sobą zgubę dla Włochów, że jest to perfidny zamysł wtrącenia Włoch w poddaństwo kapitałowi amerykańskiemu. Odbiło się to oczywiście na treści Spotkań. Później, kiedy okazało się to nieprawdą, przypomniałem sobie, kto mi tych informacji udzielał. Ludzie najbardziej zasługujący na wiarę. Nie mówię już o moim przyjacielu Adamie Ostrowskim, który był wówczas ambasadorem w Rzymie, ale także wszyscy co do jednego moi ówcześni znajomi włoscy, wśród nich imponujący mądrością i wykształceniem senatorowie z PCI i PSI, i sławni dziennikarze, i uwielbiani przeze mnie artyści filmowi: Anna Magnani i Vittorio De Sica, przemawiający na Piazza del Popolo w obronie filmu włoskiego, zagrożonego przez Amerykanów, i wspaniali malarze włoscy, z którymi spędzałem długie godziny w trattorii braci Menghi przy via Flaminia - wszyscy oni byli zażartymi przeciwnikami planu Marshalla. Jedynym moim informatorem, który miał odmienny na to pogląd: - „Oni tu pakują ciężkie pieniądze, zobaczy pan, jaka tu będzie kanada!" - był radca handlowy naszej ambasady, pan W., który przed wojną, jako naczelnik wydziału bezpieczeństwa w MSW, podpisywał skierowania do Berezy Kartuskiej, między innymi mojego ojca, i jeszcze za mego pobytu we Włoszech zwiał z kasą ambasady i poprosił o azyl. Więc komu miałem wierzyć? Później, jak wiem, wielu moich włoskich informatorów zmieniło stosunek do planu Marshalla i nawet nieźle z niego korzystało. Ale skaza na mojej pierwszej książce pozostała i uwiera mnie do dzisiaj. Za Spotkania włoskie dostałem państwową nagrodę literacką i przyjęto mnie do związku literatów, co równało się nominacji na prawdziwego pisarza. Tylko Janusz Minkiewicz mówił: - „Teraz cię chwalą, bo piszesz o dalekich Włoszech, ale spróbuj wziąć się za jakiś temat krajowy, wtedy zobaczysz.“

        TRZNADEL:Rychło pan się do tego zabrał i to do tematu modelowego...

        BRANDYS: – Rwałem się do tematyki krajowej. Z nawyku korespondenta frontowego koniecznie chciałem być w pierwszej linii „walki o nowe", chciałem być, jak to się wtedy mówiło, „doboszem rewolucji". Do wyjazdu na budowę Nowej Huty namówiła mnie działaczka Związku Młodzieży Polskiej Marysia Rutkiewiczowa. Wzbudzała zaufanie, bo była miła, ładna i otaczała ją mgiełka romantycznej legendy, jako zrzutka spadochronowego z lat okupacji. - „Jedzcie tam“ - mówiła (miałem jeszcze taki odruch, że kiedy zwracano się do mnie w liczbie mnogiej, oglądałem się, czy za mną kto nie stoi) - „jedźcie tam, bo tam znajdziecie esencję tego, co się dzieje w naszym kraju.“ - I rzeczywiście. Pomimo wszystkiego, co nastąpiło później, jestem wdzięczny losowi, że pozwolił mi zakosztować tego doświadczenia. Był to najciekawszy okres mojej działalności pisarskiej. Jeszcze nigdy pisarz polski nie stawał oko w oko z takim bogactwem problemów: budowanie od podstaw nowego nowoczesnego miasta, tworzenie się od podstaw nowoczesnego społeczeństwa (tak to wtedy widziałem). Coś takiego zdarzało się przedtem chyba tylko w Związku Radzieckim, w okresie pierwszych pięciolatek.

        TRZNADEL:Były takie wielkie budowy, jak Dnieprostroj, i rozsnuwano mity wokół nich...

        BRANDYS: – (śmieje się) - Coś mi się przypomniało. W 1954 roku, a więc w trzy lata po ukazaniu się mojego Początku opowieści, książki o budowie Nowej Huty wyjechałem w tak zwanych „ramach wymiany kulturalnej" do Albanii. Zapoznano mnie tam z dwoma filmowcami radzieckimi: Jutkiewiczem i Papawą, którzy kładli właśnie fundamenty pod narodowy film albański. Jutkiewicz słysząc moje nazwisko aż się rozpromienił (jak Bierut dwa miesiące wcześniej): - „Marian Brandys? Przecież ja wasze Itałianskije wstrieczi stale trzymam u siebie na nocnym stoliku!" - Byłem w siódmym niebie: reżyser o światowym rozgłosie, asystent Eisensteina, trzyma moją debiutancką książkę na nocnym stoliku! Uderzyło mi to do głowy i postanowiłem go podbić do reszty. - „Właśnie przełożono na rosyjski Początek opowieści, moją drugą książkę. Dam ją panu do przeczytania, ciekawe, co pan powie." - W jakiś czas później, zgodnie z umową, spotykamy się znowu. Jutkiewicz skrzywiony, że aż strach. - „Nno taak" - mówi - „ale to zupełnie co innego niż tamta książka." - I w nagłym porywie do Papawy: - „To nasze dzieło, myśmy to z niego zrobili!" - Jakby mnie piorun trząsł! Najbardziej mnie rozłościło, że on mój Początek opowieści uznał za naśladowanie literatury radzieckiej. A przecież sam to od początku do końca stworzyłem, nie korzystając z żadnych wzorów i włożyłem w to kawał własnego serca. Tak: kawał serca! Przed moimi oczami, na rżyskach po świeżo zżętych łanach pszenicy, zaczynano budowę stutysięcznego miasta i wielkiego kombinatu przemysłowego. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie. Tym bardziej, że ja od początku już wiedziałem, co będzie dalej! Projektantem miasta był architekt Tadeusz Ptaszycki, mój kolega z oflagu, wspaniały człowiek, sugestywny, zakochany w swym zawodzie. Pokazywał mi swoje plany, zaraził mnie swoim zapałem. Wysoko postawieni informatorzy polityczni ze wszystkich stron udzielali mi pouczeń i zapewnień. Rozsnuwali przede mną wizje awansu społecznego w nieznanej dotąd skali. Młody chłopak ze wsi oczywiście „biedniak11, oczywiście uzależniony od wyzyskującego go „kułaka" zaczyna pracować przy budowie jako kopacz. Później stopniowo, w miarę rozwoju wielkiej inwestycji, uczy się zawodu: zostaje traktorzystą, później hutnikiem w hucie, którą zbudował {„Rosną mury, a z murami rosną ludzie"). Później zostaje majstrem, pełnoprawnym członkiem społeczności miejskiej i tak dalej... Wierzyłem w te wszystkie autorytatywnie potwierdzane plany i obietnice, bo przemawiały one do dydaktyka entuzjasty, który stanowił i dotąd stanowi najistotniejszą część mojej osobowości. Tak więc: patrząc na pierwsze jednopiętrowe domki Nowej Huty, oczami wyobraźni widziałem już stutysięczne miasto i pracujący pełną parą wielki kombinat przemysłowy. Z połączenia tych dwu spojrzeń powstał mój Początek opowieści. Nie miałem żadnych ambicji literackich. Chciałem napisać książkę dydaktyczno-agitacyjną, która młodym chłopcom wiejskim z powiatu słynącego przed wojną z dużej emigracji zarobkowej uprzytomni, jakie szczęście czeka ich w Nowej Hucie. Chciałem dać książce dedykację: „Zetempowcom z Nowej Huty“. Ale brat mi odradził: - „Daj spokój, nikt tego nie kupi.“ A szkoda, bo brak tej dedykacji zmylił niektórych drapieżnych, młodych krytyków literackich, wyczekujących z rozdętymi chrapami na ukazanie się pierwszego arcydzieła realizmu socjalistycznego. Jeden z nich poświęcił Początkowi opowieści wnikliwe i obszerne studium na pierwszej kolumnie „Nowej Kultury11 i dał mu tytuł Początek Wielkiej Opowieści. Później, kiedy powiał nieco inny wiatr, tak się zawstydził tego swojego wygłupu, że przestał mnie poznawać na ulicy. Ale wracam do sprawy zasadniczej. Dopiero w jakiś rok po moim wyjeździe z Nowej Huty, kiedy moja książka była już w księgarniach, a mnie pochłaniały inne prace i plany, dowiedziałem się, że sprawy nowohuckie rozwijają się niezupełnie tak, jak obiecywali mi moi wysoko postawieni informatorzy. Młodzi chłopcy ze wsi, po przybyciu na budowę i przepracowaniu na niej w charakterze kopaczy kilku lub kilkunastu miesięcy, nie wstępowali bynajmniej na wyższy szczebel czarodziejskiej drabiny Wielkiego Awansu, lecz większość z nich przenoszono na inne budowy, gdzie również pracowali jako kopacze. Zamiast nich do Nowej Huty przyjeżdżali z różnych stron kraju robotnicy o wyższych kwalifikacjach i rozmaici specjaliści, i oni zajmowali obiecywane tamtym miejsca w nowym mieście i w nowym kombinacie. Na zdrowy rozum, była to rotacja najnormalniejsza w śmiecie, ale było to nie do przyjęcia dla tych, którzy zaangażowali się uczuciowo w piękną socrealistyczną bajkę o Nowej Hucie. A takich było bardzo wielu. Jeszcze dziś zdarzają mi się wzruszające spotkania: kierowca taksówki czy facet czekający na swą kolejkę w przychodni dentystycznej: - „Pan redaktor z Nowej Huty?" - I od razu twarz mu się rozświeca i zaczyna się rozmowa jak między kombatantami wielkiej wojny. - „Pamięta pan? To były czasy!" Tak, dla wielu ludzi to były piękne, uczciwe czasy. Tylko kulisy były parszywe.

        TRZNADEL:Oczywiście, pewien patetyczny mit początku, który był zresztą powszechniejszy i pragnął objąć wszystko swym zasięgiem, mógł działać na emocje. Ale czy taka koncepcja socjologiczno-polityczna, dotycząca decyzji o powstaniu huty, istniała wtedy w pana świadomości? W Krakowie na przykład - byłem związany z Krakowem - mówiono, że Nową Hutę buduje się, żeby przeciwstawić ją Krakowowi, który jest „reakcyjny". Pamiętano mu wyniki referendum i nie tylko to. To młode miasto robotnicze miało zdobyć przewagę nad Krakowem. A poza tym mieszkańcy Krakowa załamywali ręce: najlepsze ziemie pod to, czarnoziem! I co to będzie, jak ta huta zacznie dymić... Okazuje się, że te opinie profanów były słuszne.

        BRANDYS: – Teraz niestety widzę, że były słuszne. Ale wówczas one do mnie nie docierały. Pamiętam, jak na pierwszym zebraniu w sprawie zatwierdzenia planów budowy jeden tylko rzeczoznawca bardzo już wiekowy zgłosił nieśmiałe zastrzeżenia odnośnie lokalizacji projektowanego miasta i kombinatu. Ale zakrzyczano go tak gruntownie, że jego wątpliwości trudno było brać pod uwagę: po prostu stare opierało się nowemu, taka była wtedy formuła. Przez myśl mi nie przechodziło, że ta wymarzona Nowa Huta może kiedyś zadymiać Kraków. Wierzyło się, że będzie z niej szło na Kraków coś zupełnie innego.

        TRZNADEL:Była w tym wszystkim koncepcja polityczna, że to ta nowa siła...

        BRANDYS: – Nic mi jakoś nie wzbraniało w to uwierzyć i uznać tego za słuszne. Nie widziałem w tym żadnego zamachu na to, co było dla mnie, jak dla każdego Polaka, cenne w Krakowie.

        TRZNADEL:Należy pan do pokolenia, które już przed wojną, jakkolwiek wciąż młode, osiągnęło jednak dojrzałość. Obserwował pan także pewne epizody odbudowy państwa, czy budowania struktury nowego państwa polskiego, drugiej Rzeczypospolitej. Była tam i Gdynia... Jak mogły wyglądać porównania tego tworzenia, na przykład atmosfery poszanowania swobód przed wojną i po wojnie? Jakie to budziło wewnętrzne problemy? Dlaczego ci liberałowie zgodzili się w jakimś sensie na ten typ łamania demokracji w okresie po ostatniej wojnie?

        BRANDYS: – Mogę mówić tylko za siebie, a mój przypadek jest dość nietypowy. Na krótko przed wojną stałem się świadkiem i ofiarą rażących pogwałceń praworządności, które dotknęły mnie i moja rodzinę. Ja po ukończeniu aplikacji sądowej i pomyślnym zdaniu egzaminu sędziowskiego miałem wzbroniony dostęp do pracy w wyuczonym zawodzie, a mój ojciec, człowiek ogólnie szanowany, padł ofiarą perfidnej prowokacji, w wyniku której, bez żadnego wyroku, zesłano go do obozu w Berezie Kartuskiej (w dwa lata później zginął na Pawiaku jako więzień hitlerowski), a mój dom rodzinny przez kilka miesięcy wystawiony był na brutalne szykany policyjne. W czasy powojenne wszedłem więc z kompleksem krzywdy, co odegrało niewątpliwie pewną rolę w kształtowaniu się moich poglądów. Łudziłem się, że w nowej Polsce, w tworzeniu której uczestniczyłem, podobne krzywdy i niesprawiedliwości nie będą już możliwe. To zapatrzenie w nową sprawiedliwą Polskę mogło sprawiać, że nie dostrzegałem lub nie chciałem dostrzegać krzywd i niesprawiedliwości spotykanych po drodze do niej. Mówię panu o tym wszystkim z goryczą i poczuciem najgłębszej klęski. Bo nic mi się nie sprawdziło. Szykany policyjne, jakim był poddawany mój dom rodzinny w latach 1976-1980, były o wiele brutalniejsze od tamtych przedwojennych. A moje krótkie przedwojenne bezrobocie jest niczym wobec faktu, że dzisiaj, po czterdziestu latach pracy pisarskiej, jestem praktycznie pozbawiony prawa do wykonywania mego zawodu. Ale chciałbym jeszcze powrócić do Początku opowieści, bo ta naiwna gawęda kwalifikująca się raczej do gatunku romantyzmu niż realizmu socjalistycznego stanowi ważną pozycję w mojej biografii pisarskiej i nie tylko pisarskiej. Po ukazaniu się tej książki powitało ją ze strony oficjalnej krytyki krzykliwe hurra, a z drugiej strony: ze strony ludzi mi najżyczliwszych jakieś zakłopotane milczenie. Nie mogłem tej reakcji zrozumieć, tak jak nie rozumiałem w trzy lata później reakcji Andrzejewskiego i Bocheńskiego na mój artykuł w „Nowej Kulturze". Ponieważ jestem człowiekiem uczuciowym i nie znoszę niedomówień, zdecydowałem się na krok zupełnie szalony. Wybrałem sobie dziesięciu najbardziej szanowanych pisarzy, częściowo przedwojennych, częściowo powojennych, i przesłałem im Początek opowieści z jednobrzmiącą dedykacją. Pisałem w niej, że jestem właściwie debiutantem, że wyczuwam, że w książce coś jest nie w porządku, ale nie wiem co. I że proszę o szczerą opinię... Nie odpowiedział mi nikt! Prawdopodobnie nie mogli uwierzyć, że dorosły człowiek może być aż tak naiwny i wietrzyli w tym jakąś przemyślną zasadzkę.

        TRZNADEL:W tym milczeniu chodziło już może poniekąd o rzeczywistość, nie o książkę...

        BRANDYS: – Ale wkrótce doczekałem się odpowiedzi z innej strony. W jakiś rok, a może półtora roku po ukazaniu się książki, wydawnictwo, które ją wydało, wespół z zarządem głównym ZMP, urządziło mi w Nowej Hucie „spotkanie z czytelnikami". Zaczynał się właśnie wtedy nowy okres „konstruktywnej krytyki", więc imprezę zorganizowano z odpowiednim rozmachem. Zjechało mnóstwo osób z Warszawy: redaktorzy wydawnictw, krytycy literaccy, dziennikarze. No i zaczęła się dintojra nad moją książką. Zarzucano mi, że za słabo uwidoczniłem ciemne strony życia na budowie, że nie napisałem o tym, o tym, o tym... Wodzirejami nagonki byli ci sami „drapieżni" krytycy, którzy jeszcze nie tak dawno skłonni byli dopatrywać się w mojej opowieści „początku wielkiej opowieści". Dwaj z nich rozsiedli się w pierwszym rzędzie krzeseł i każdy krytyczny głos w dyskusji kwitowali frenetycznym pokrzykiwaniem: - „Słusznie! słusznie!" - Po wyczerpaniu głosów krytycznych drapieżni krytycy, nie czekając na moją odpowiedź, zapakowali się do samochodów i z powrotem pojechali do Warszawy. Bo w gruncie rzeczy mieli to wszystko gdzieś i chodziło im jedynie o to, aby w odpowiedniej chwili krzyknąć swoje: słusznie! słusznie! Odpowiedziałem na zarzuty krótko. Przypomniałem, jak w nowohuckich początkach pilnie dbano o to, aby nie przedostało się do druku nic, co mogłoby zaszkodzić dopływowi sił roboczych na budowę, nic, co by mogło przyciemnić blask Pierwszej Wielkiej Budowy Socjalistycznej. Dla ilustracji przytoczyłem anegdotkę, z której jestem szczególnie dumny, gdyż świadczyła ona o mym szybkim refleksie, którego na ogół mi brak. Zdarzyło się to w czasie pracy nad korektami Początku opowieści. Redaktor wydawnictwa zgłosił zastrzeżenia co do pewnej scenki, przeniesionej przeze mnie wprost z życia. Staremu murarzowi Maladze przynoszą miejscowe pisemko nowohuckie „Budujemy socjalizm", w którym zamieszczono jego fotografię jako przodownika pracy. Malaga, nie chcąc okazać przed kolegami swego wrażenia, kryje się z gazetką w latrynie. - „Widzicie kolego" - powiedział redaktor wydawnictwa - „sam epizod jest dobry, ale trzeba pamiętać, że nowy robotniczy czytelnik jest bardzo wrażliwy na wszelką wulgarność. Dlaczego ten wasz Malaga musi iść z gazetą akurat do latryny? Piszecie przecież o uruchomieniu w Nowej Hucie baru mlecznego, niech więc idzie do baru mlecznego. Tak będzie o wiele lepiej." - „Zgadzam się na tę zmianę" - odpowiedziałem bez namysłu - „ale pod jednym warunkiem: jeżeli mi tu podpiszecie zobowiązanie, że ilekroć zechce wam się pójść do latryny, pójdziecie do baru mlecznego." - Rozśmieszyłem tą anegdotką audytorium nowohuckie, dostałem oklaski i na pozór wszystko się dobrze skończyło. Ale wyszedłem z tego spotkania z czytelnikami kompletnie załamany. Zrozumiałem, że nie nadaję się na „dobosza rewolucji". Z ta chwilą wyłączyłem się całkowicie z pierwszej linii „walki o nowe" i na następne lata przeniosłem się w spokojny azyl literatury dla młodzieży.

        TRZNADEL:Ten obieg literacki też jest kontrolowany przez państwo. RRANDYS: - Toteż i ten azyl nie okazał się całkowicie spokojnym. I tu mnie dosięgła polityka. Prawie wszystkie moje książki dla młodzieży - łatwo to sprawdzić - były bestsellerami. Zwyciężały na konkursach czytelniczych, lubiła je młodzież, chwalili je wychowawcy i nauczyciele, włączano je do lektur szkolnych. Ale po paru latach triumfalnego bytowania, większość tych książek była z przyczyn politycznych eliminowana z rynku czytelniczego i wyrzucana na śmietnik. Dom odzyskanego dzieciństwa, opowieść o jednym z najpiękniejszych eksperymentów wychowawczych naszych czasów: o wojennych sierotach koreańskich, wychowujących się w polskim Domu Dziecka w Gołotczyźnie - została uznana za nieodpowiednią lekturę dla młodzieży polskiej z chwilą pogorszenia się naszych stosunków z Chińską Republiką Ludową; uznano, że mali Koreańczycy, występujący w książce, wyrażali się zbyt serdecznie o swoich chińskich sprzymierzeńcach. Śladami Stasia i Nel, opowieść przygodową o Egipcie i Sudanie, książkę zasłużoną dla kultury polskiej, gdyż dzięki niej przywrócono do lektur szkolnych W pustyni i w puszczy Sienkiewicza, uznano za nieodpowiednią dla polskiej młodzieży, gdy w kilka lat po jej wydaniu zamach stanu w Sudanie położył kres wpływom politycznym rodziny Mahdich, którym jako potomkom sienkiewiczowskiego Mahdiego były poświęcone dwa rozdziały książki. Z panem Biegankiem w Abisynii, opowieść przygodową o Etiopii, której oprawny w skórę egzemplarz wydawnictwo „Nasza Księgarnia" ofiarowało było cesarzowi Hajle Selassjemu w czasie jego pobytu w Warszawie, uznano za nieodpowiednią dla polskiej młodzieży i wyrzucono na śmietnik, z chwilą, gdy cesarza Hajle Selassjego zmiotła z tronu marksistowska rewolucja. Po tych nowych, nieoczekiwanych zderzeniach z polityką, zrozumiałem, że jedyne schronienie przed miotającą się w konwulsjach politycznych współczesnością znaleźć mogę w historii. Dlatego od ćwierćwiecza jestem pisarzem historycznym.

        TRZNADEL:Ta literatura historyczna nie była odejściem od problemów palących. Losy tego pokolenia napoleońskiego, które pan opisał w swoich książkach, ileż zawierają analogii, gorzkich lekcji, i należą do tego wielkiego ciągu polskich biografii, o których przecież mówiliśmy.

        BRANDYS: – Więc jeszcze ostatnia uwaga o tamtych niezwykłych latach pierwszego dziesięciolecia powojennego. Teraz, gdy patrzę na nie z pozycji pisarza historycznego, wiem, że dla ich rzeczywistego przybliżenia młodszym pokoleniom, musiałbym opisać je tak samo dokładnie, jak opisałem czas Końca świata szwoleżerów. Tak, wbrew pozorom te dwa tematy nie są wcale tak bardzo od siebie odległe.