WYGONIENIE DIABŁA BELZEBUBEM, CZYLI ARTYSTA IZOLOWANY W STALINOWSKIM GETCIE
Rozmowa z Witoldem Wirpszą, Paryż, 8 maja 1983
TRZNADEL: – Wydaje mi się, że rozmowa o tamtej epoce może okazać się ważna nie tylko dla ewentualnych późniejszych czytelników, ale i dla nas, rozmawiających. Pewne rzeczy ukazują się jaśniej.
WIRPSZA: – Chciałbym się tutaj powołać na mój artykuł w „Kulturze" paryskiej, gdzie odpomiadałem Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu i Jackowi Bierezinowi właśnie na temat kościotrupa w szafie, że każdy powinien napisać o kościotrupie w szafie. Nie będę teraz do tego wracał, bo tekst jest i można do niego zajrzeć. Z tym, że zrobiłem to na analizie tekstów własnych, bez próby emocjonalnego spojrzenia. Ale na pewno jest jakieś emocjonalne spojrzenie, chociażby dlatego, że mam temperament. W mojej sprawie więcej niczego mądrego powiedzieć nie potrafię. Natomiast, ponieważ piszę książkę o historii literatury polskiej po 1945 roku, dla mnie problem jest następujący: w jaki sposób do stalinizmu dołączyli ludzie z najrozmaitszych parafii?
TRZNADEL: – I tak szerokim frontem...
WIRPSZA: – I tak szerokim frontem. Co się tam właściwie stało? Staram się to troszeczkę uporządkować i widzę następujące zagadnienie: po pierwsze, to są oczywiście lata czterdzieste, czyli wygonienie diabła Belzebubem. Nie zorientowano się, że Belzebub jest prawdopodobnie gorszy od diabła, którego wypędzono, na ogół ja też byłem chyba tego samego mniemania. Uważałem, że czegoś gorszego od hitleryzmu być nie może. Po Oświęcimiu, po tych wszystkich innych historiach. Poza tym inteligencja polska w czasie okupacji w Polsce niewątpliwie „zradykalizowała się“ w dosyć dużym stopniu. To na przykład, co pisze Miłosz o swoim „ukąszeniu heglowskim", jest jedną z tych spraw. To, że on przyjął posadę urzędnika państwowego, też należy do tych spraw, to jest ukąszenie heglowskie. Bardzo to moim zdaniem zręczne określenie.
TRZNADEL: – Ale w stosunku do siebie nie za dużo o tym mówi.
WIRPSZA: – To się u niego powtarza kilka razy: w Ziemi Ulro, w Ogrodzie nauk, ciągle o tym mówi. Mówi o sobie, od czasu studiów na uniwersytecie wileńskim aż po okres warszawski, o wpływie Krońskiego, tych wszystkich rzeczach, on o tym mówi...
TRZNADEL: – Czy można ci zadać takie pytanie? Ta radykalizacja podczas okupacji dokonywała się dlatego, że pierwsze szczepienia, że tak powiem, odbyły się już w latach trzydziestych...
WIRPSZA: – Przed wojną...
TRZNADEL: – We wczesnym tekście publicystycznym z początku lat trzydziestych, w dosyć brutalnych sformułowaniach Miłosz wypowiada się jakby w duchu realizmu socjalistycznego, zadekretowanego w Związku Sowieckim niewiele później.
WIRPSZA: – Nawet tak daleko... Ale ja coś takiego też w nim wyczuwałem cały czas. Skończyło się to Zniewolonym umysłem, ale on tam ma residua myślenia dialektycznego typu Hegel-Marks. Na pewno ma. Zresztą teraz niedawno mówiąc o Andrzejewskim w radio Wolna Europa wypowiedziałem zdanie, że cóż, te pięćdziesiąte lata to był okres, kiedy Miłosz lizał ranę po ukąszeniu heglowskim. Więc pierwsza sprawa: diabeł Belzebub. Druga sprawa to „radykalizacja" inteligencji polskiej w latach trzydziestych, która się jeszcze pogłębiła w czasie okupacji. Tym bardziej, że komuniści wystąpili z programem reform społecznych, które większość ludzi w Polsce, nawet liberałów, uznawała za bardzo potrzebne, jak to reforma rolna, sprawy szkolnictwa, nacjonalizacja kluczowych przemysłów i tak dalej. Tutaj nie było nawet oporu, to weszło jak w masło. No i potem zaczęła się głębsza historia. Teraz trzeba sobie pomyśleć: Andrzejewski z jednej strony, mówię w tej chwili o starszych, Ważyk, przedwojenny komunista, ciągnął dalej swoją śpiewkę...
TRZNADEL: – Nie wiem, czy przed wojną był w partii...
WIRPSZA: – Ale komunizował. Tak samo wielu innych. Kruczkowski, jest rzeczą oczywistą, był w partii przed wojną. Ale skąd na przykład w partii wziął się Przyboś, jest to dla mnie zagadką nie do rozwiązania. Tym bardziej, że on absolutnie na socrealizm nie poszedł, na socrealizm jako zespół środków wyrazu.
TRZNADEL: – Pisywał jednak „konstruktywne" wiersze „wiosenne", wielbił nową pracę...
WIRPSZA: – To było coś innego, to chłopskie! Jego orający brat, on sam pracujący na roli, to są jego wspomnienia częściowo dziecinne, częściowo z okresu wojny, kiedy uciekł przed hitlerowcami na wieś do brata i tam po prostu pracował na roli. To nie ma nic wspólnego z socjalizmem ani z jego środkami wyrazu. Po co on siedział w tej partii, nie wiem. Skąd się tam wziął Jastrun, jest dla mnie absolutną zagadką, wielbiciel Hólderlina i Rilkego... Poetycko zależny od nich, są ich wpływy.
TRZNADEL: – Ale w czasie okupacji zbliżył się do PPR.
WIRPSZA: – Tu jest sprawa zespołu „Kuźnicy", która odegrała potem bardzo dużą rolę...
TRZNADEL: – Też. Ale mówił mi Jastrun, już świętej pamięci, że w czasie okupacji w Warszawie żona Miłosza „nie pozwalała mu spotykać się ze mną, ze względu na to, że uważała, że ja mam przekonania prokomunistyczne“. Czyli, jak powiedziałeś, już w czasie okupacji to się krystalizowało.
WIRPSZA: – Z tym, że Jastrun pochodzi z zupełnie innej formacji. Oczywiście, tutaj odegrał bardzo ważną rolę zespół redakcyjny „Kuźnicy". Robił on niesłychane głupstwa od samego początku, Jan Kott i Kazimierz Brandys, i Żółkiewski sam, przede wszystkim, i Ważyk. Przy czym najłagodniejszy z nich wszystkich był Jastrun. Pamiętam obłąkany atak Kotta na Conrada. Jego tezą było - jeśli sobie dobrze przypominam - że Conrad był ulubioną lekturą młodzieży akowskiej, młodzież akowska była faszyzująca, ergo Conrad był profaszystowski. Z tych samych pozycji uderzył w Popiół i diament, powiadając, że Andrzejewski napisał dramat postaw moralnych, a to jest niesłuszne, ponieważ chodzi o socjologiczną koncepcję losu ludzkiego („Kuźnica" stworzyła sobie koncepcję prozy, która jest wyraźnie wstępem do socrealizmu). „Kuźnica" miała duże poparcie partyjne, jako że sam Żółkiewski to poparcie partyjne. Wtedy stworzył się pierwszy bardzo ostry konflikt pokoleniowy, myślę w tej chwili o Borowskim. Po opowiadaniach oświęcimskich Borowskiego, które oczywiście nie miały nic wspólnego z socrealizmem, Żółkiewski napisał, wymieniając nazwisko Celine’a, które wtenczas było wiadomo czym, że w tych opowiadaniach Borowski faszyzuje. Wręcz. A Jastrun napisał o Różewiczu: „Eluard w butach z cholewami.Trzeba sobie przypomnieć, co to wtenczas oznaczało w czterdziestych latach. Trzeba sobie też przypomnieć odpowiedź Dąbrowskiej na esej Kotta. Dąbrowska była za Conradem. Andrzejewski był cały czas pod wielkim wpływem Conrada. W gruncie rzeczy w Popiele i diamencie tę rzecz widać.
TRZNADEL: – Swoiście. Również i w opowiadaniach okupacyjnych.
WIRPSZA: – Przyszli też bardzo młodzi ludzie, jak Woroszylski, czy Kołakowski. To jest zupełnie inna sprawa. Oni przyszli nieuformowani i ulegli czemuś tam, co mi jest trudno w tej chwili określić, oczywiście każdy inaczej. Jeszcze za istnienia „Odrodzenia", w 1950 roku, Woroszylski napisał artykuł Batalia o Majakowskiego. To, co go łączy z Różewiczem, to jest moim zdaniem bardzo interesujące, to nieufność do zastanego języka, że w tym języku dzisiaj nie można już pisać. Tu chodziło o Skamandra i tak dalej. Atak był wymierzony w poetykę „Kuźnicy" - Pawła Hertza, Jastruna w ukryciu. Nazwisko Jastruna zdaje się tam nie pada - bardzo się dostało Sewerynowi Pollakowi. Pamiętam taką moją rozmowę z Różewiczem w latach czterdziestych, kiedy Jastrun wydał tomik pod tytułem Rzecz ludzka. Po lekturze tego tomiku Różewicz powiedział mi na spacerze w lesie - mieszkałem wtedy w Szczecinie, a właściwie pod Szczecinem, w lesistej okolicy nad jeziorem że, właściwie, czego chcesz, wysrać się to też rzecz ludzka. Tak, że tam były nienawiści wręcz. Z tym, że Różewicz w gruncie rzeczy nigdy do socrealizmu nie należał, też się wykręcił.
TRZNADEL: – Ma jednak wiersze bardzo nawet śmieszne z dzisiejszego punktu widzenia, powtarzające slogany o dobroczynności komunizmu, o robotniku, który śrubkę podnosi...
WIRPSZA: – Były takie rzeczy u Różewicza, który poetyki nie chciał jednak zmienić, to było tak samo jak u Przybosia. Chcieli jakoś doszlusować. Przyboś chyba nawet nie doszlusował w sensie ideologicznym. Pamiętam jeden z jego najpiękniejszych wierszy z 1946 roku Słowo o jeziorze Szczyrbskim. Jest to opis widoku tego jeziora w Tatrach po słowackiej stronie, widzianego z okna samolotu. Czysty Przyboś, jak łza. Oczywiście to nic nie ma wspólnego z jakimkolwiek stalinizmem, socrealizmem. Ale też wszedł do partii.
TRZNADEL: – Chciałem jeszcze na chwilę wejść w tok twojego wywodu. Ważne są także pytania, które stawia teraz młode pokolenie, między innymi takie: jak właściwie mogli pisarze, którzy byli już ukształtowani lub zaczęli się kształtować w dwudziestoleciu międzywojennym - Andrzejewski, ale i Dąbrowska, ale i Nałkowska, potem Breza, Kolt, Żółkiewski, z ich wiedzą o Związku Sowieckim, o procesach moskiewskich i o wszystkim, wszystkim innym, Adolf Rudnicki - jak to właściwie tłumaczyć, że ta Unia literatury polskiej, bo i Tuwim, i Jastrun, i Ważyk...
WIRPSZA: – Słonimski nawet...
TRZNADEL: – Autor brutalnej napaści na Miłosza potem w latach pięćdziesiątych... Jak to jest możliwe, za jaką cenę, godzili oni swoją postawę ze swoją wiedzą o Związku Sowieckim? Dlaczego to się właściwie stało? Jak te dwie prawdy mogły obok siebie funkcjonować? Bo to przecież pociągnęło młodych.
WIRPSZA: – To pociągnęło młodych. Bo był tam jeszcze trzeci element, to znaczy element stadności, która się raptem obudziła we wszystkich. Szukam wspólnego mianownika i nie mogę go znaleźć. To był na przykład talmudyzm jak u Ważyka, który napisał zresztą w okresie stalinizmu bardzo ciekawą pracę o wersyfikacji Mickiewicza.
TRZNADEL: – Powiedział mi niedługo przed śmiercią, że ta książka jest zupełnie bezsensowna.
WIRPSZA: – Nie wiem, czy jest bezsensowna. Miałem ją w ręku kilka lat temu, kryje się za tym podtekst, a podtekst jest następujący, mianowicie nacjonalistyczny. Sylabotonizm nie, bo sylabotonizm jest rosyjski, czego on oczywiście nie napisał. Polski język jest głównie sylabiczny, ewentualnie toniczny, ale nigdy sylabotoniczny.
TRZNADEL: – Ale tonizm nie jest rosyjski?
WIRPSZA: – A gdzie go nie ma, w jakim języku nie ma tonizmu? Bzdura przecież. No i zatrzymał się na Mickiewiczu, jako na wielkim wzorcu. Zaczął od kroku czarnoleskiego i skończył na Mickiewiczu, powiedział, że potem to się psuło. Słowacki zepsuł, Norwid zepsuł, Młoda Polska psuła, właśnie sylabotonizm i te wszystkie historie, że właściwą stopą polskiego wiersza jest peon trzeci... że w żadnym wypadku jamby...
TRZNADEL: – Mnie powiedział, że teraz dopiero odkrył tajemnicę, że ją ma...
WIRPSZA: – Co dla mnie jest ciekawe: mianowicie w swojej teorii języka polskiego Miłosz zatrzymuje się także na Mickiewiczu. Uważa, że to jest spełnienie, że potem wszystko zaczęło się psuć. Nie z tych powodów, o których mówi Ważyk, z innych powodów, ale też tutaj dla niego jest ten próg, którego nie należy przekraczać. Tak, ale czy znów nie ma tam tego piekielnego ukąszenia heglowskiego? Dlaczego starsi? Bardzo ciekawe są dwie wypowiedzi Janka Kotta. Pierwsza, w mojej prywatnej z nim rozmowie w Berlinie, kiedy przyjechał, zresztą na krótko, i ja się go wręcz zapytałem: - „Po coś ty te wszystkie głupstwa pisał?" - To on mi odpowiedział bardzo prosto, w co nie wierzę: - „Bo się bałem." Ja sobie tak myślę: atakować Conrada dlatego, że się bał? Czego?
TRZNADEL: – To jest nowa mistyfikacja...
WIRPSZA: – Nowa mistyfikacja. Bo się bałem. Po pierwsze, on był w zespole, który się wtedy niczego bać nie potrzebował. W 1945 roku napisał ten artykuł.
TRZNADEL: – Żył wtedy bezpiecznie, potem dostał katedrę literatury we Wrocławiu i mógł tam dobrze funkcjonować.
WIRPSZA: – To było pierwsze, a drugie: dwa czy trzy lata temu, bodaj w „Więzi" ukazała się jego wypowiedź na ten temat: powiedział, że to zdecydowała wojna hiszpańska. On był wtenczas we Francji, o ile wiem, w nowicjacie.
TRZNADEL: – Breza też.
WIRPSZA: – Jerzy Andrzejewski katolicki, a Dembiński w Wilnie zaczął od katolicyzmu, a potem się zradykalizował me Francji.
TRZNADEL: – Zważywszy, że ich więzi z katolicyzmem były nikłe, uderza przede wszystkim potrzeba wiary...
WIRPSZA: – Ale przecież nie u Jarosława Iwaszkiewicza, ale przecież nie u Tadeusza Brezy. Nie myślę, żeby on siedząc w nowicjacie był człowiekiem naprawdę wierzącym w sensie głębszym. To był katolicyzm uprawiany na zimno, spekulatywny.
TRZNADEL: – Jako forma środowiska zamkniętego... Tak. A gdyby przeskoczyć teraz do wspomnień, czasem wspomnienia są rewełujące. Pokolenie lat dwudziestych. Czy wy wtedy, mówię wy...
WIRPSZA: – Pokolenie lat dwudziestych...
TRZNADEL: – Jak był obecny kontekst racji przeciwstawnej: zbrodnie reżimu sowieckiego, perspektywa polityczna dla Polski, ograniczenie wolności, na ile to było uświadomione, dyskutowane, z wnioskiem: wybieramy co wybieramy, chociaż wiemy. Jak to funkcjonowało wtedy?
WIRPSZA: – Ta druga strona medalu chyba nie funkcjonowała. Chociaż przypominam sobie, to był chyba koniec lat czterdziestych, czytaliśmy na spółkę z Tadeuszem Różewiczem, po niemiecku, wtedy bardzo się z nim przyjaźniłem, czytaliśmy wspólnie Orwella Rok 1984, którym Tadeusz był zafascynowany. Czyli Różewicz coś wiedział. Przyznam się szczerze, te niepokoje były i we mnie.
TRZNADEL: – A na przykład, czy mówiliście o takiej sprawie bardzo konkretnej, jak Katyń? Jak się taką sprawę rozwiązywało?
WIRPSZA: – Staraliśmy się wierzyć w wersję sowiecką, że to zrobili hitlerowcy, że to jest prawdziwe, ponieważ wychodziliśmy z założenia, że oni mogli to zrobić. I wiadomo, że mogli.
TRZNADEL: – Adolf Rudnicki w Majorze Hubercie z armii Andersa twierdził wprost, że to na pewno zrobili Niemcy.
WIRPSZA: – Bezpośrednio po przeżyciach wojny w takie rzeczy się nawet wierzyło, że to mogli zrobić hitlerowcy.
TRZNADEL: – Tak, ale oprócz tego, na naszych - jestem trochę młodszy - czy waszych oczach, ludzie przecież znikali, byli rozstrzeliwani. Jak sobie z tym pokolenie dawało radę?
WIRPSZA: – Sądzę, że nie pokolenie sobie z tym dawało radę, tylko dawano sobie radę z pokoleniem, mianowicie polityka władz komunistycznych szła w tym kierunku, żeby już wtenczas tworzyć izolację, wyizolowane getta. I ja na przykład osobiście nie spotkałem się ani z jednym takim wypadkiem, że ktoś zniknął.
TRZNADEL: – To tak, jak Norwid pisał, pamiętasz, że mówiła pewna pani domu, że rozpowiadają coś ciągle o zsyłkach, a przecież z nas nikogo w czwartek nigdy nie brakuje.
WIRPSZA: – To coś tu tym rodzaju, i przypuszczam, że nam to zorganizowano. To wszystko. Ten cały związek literatów zorganizowano w ten sposób, że żyliśmy w getcie, żyliśmy ze sobą, siedzieliśmy w tych samych kawiarniach, piliśmy wspólnie wódkę. Ja na przykład nie piłem nigdy wódki z robotnikiem. Albo z chłopem w czasie afery gryfickiej.
TRZNADEL: – Ale wiadomo było, że jednak są procesy akowskie, że zsyłki, wywózki...
WIRPSZA: – Z tymi wywózkami to nie bardzo wiedzieliśmy. Procesy akowskie i inne tośmy wiedzieli, bo w prasie było. Sądziliśmy, że to są wyniki walki politycznej. To znaczy, że jednak Zachód stara się to wyłamać i że państwo komunistyczne zaczyna stosować terror rewolucyjny, te koncepcje, które zresztą przyszły z Francji.
TRZNADEL: – Czyli ukąszenie marksistowsko-heglowskie, jad działał. Ale ja pamiętam, że w roku 1949, gdy zdawałem maturę, mój kolega z tej samej ławki szkolnej, Jasio, pochodzący ze Lwowa, a którego ojciec był wysokim dygnitarzem wówczas i potem, zadał na lekcji bardzo kłopotliwe pytanie. Przychodził! do nas wtedy na lekcje wychowania politycznego tacy podchorążowie i Janek, który był przekorny, wstał i powiedział: - „Panie podchorąży, niech nam pan wytłumaczy sprawę torturowania w piwnicach, we Lwowie, patriotów polskich przez NKWD.“ - Podchorąży zbladł i wyszedł z klasy.
WIRPSZA: – Miało się kolegów w szkole, którzy nie należeli do getta... Podczas kiedy my, którzy mieliśmy wtedy po dwadzieścia parę lat, już zostaliśmy wsadzeni do getta. Kisiliśmy się we własnym sosie i to nas w jakiś sposób izolowało. Pod koniec lat czterdziestych do Szczecina przyjechał znowu Różewicz, po jakimś pobycie na Węgrzech. I śpiewał hymny na cześć Rakosy’ego, że to taki ojciec narodu. Pater patriae. Przypuszczam, że mówił to szczerze. Nie sądzę, żeby kłamał.
TRZNADEL: – Ale wcześniej jest straszne porażenie okupacją, tak że tonący pookupacyjny Różewicz chwytał się brzytwy, czegoś, co miało być lepsze...
WIRPSZA: – Chwytał się Belzebuba, bo diabła wygnano. To jest to. Gorzej być nie może. Wtenczas miliony ludzi gazowano w Oświęcimiu, a tutaj garstka ludzi podlega torturom, no jakżeż to można porówny wać ze sobą.
TRZNADEL: – Tortury, żeby się tamto nie powtórzyło? A wiedza o Związku Sowieckim, o procesach, o tych biednych chłopach ukraińskich, których parę milionów zginęło w latach trzydziestych, to tego nie było?
WIRPSZA: – W naszym pokoleniu nie było. Tego problemu. Stawar nie wycofał swego podpisu z protestu przeciw procesom, Kruczkowski wycofał. Chociaż zrobiono gest w stosunku do środowiska, Stawar miał prawo publikować pod pseudonimem swoje tłumaczenia, żeby miał z czego żyć. Sądzę, że tym człowiekiem, który to wszystko prowadził, był Berman. Jemu podlegało bezpieczeństwo i kultura, to sprzężenie było bardzo interesujące w owym czasie.
TRZNADEL: – Ważyk mi powiedział, że po latach Berman płakał wspominając tamte czasy. Ale nie było wiadomo dlaczego.
WIRPSZA: – Niech coram publico wystąpi z tym, jeszcze żyje.
TRZNADEL: – No dobrze, a kiedy zaczęło się poczucie, że coś dusi, co trzeba zrzucić?
WIRPSZA: – Ściśle mówiąc stalinizm w literaturze polskiej panował od roku 1950 do 1953. To był ten ścisły stalinizm. W roku 1950 nastąpiło połączenie pism: „Kuźnicy" i „Odrodzenia". Przetoczyła się sprawa Tity-Gomułki, nastąpiła nowa fala terroru w Związku Radzieckim i, co jest niewątpliwe dla mnie, cała fala antysemityzmu. Poruszyło nas to już, pamiętam, w 1949 roku. Zaczęła się walka z „kosmopolityzmem". Kupiłem w kiosku „Krokodila" z karykaturami, które mogłyby się znaleźć w „Sturmerze". Czyli nawet wtenczas coś zaczęło drgać. Pamiętam, że byłem absolutnie zaszokowany tym numerem „Krokodila". Pokazałem to Woroszylskiemu, który mieszkał na tej samej ulicy w Szczecinie. Też był zaszokowany. 1950 rok, połączenie pism, sprowadzenie „Twórczości" do Warszawy, to wszystko były zabiegi, które miały scentralizować. Jeszcze większe zawężenie getta... W końcu coś się zaczęło dziać, na przykład ze mną. Byłem wtenczas na wakacjach w Krynicy na leczeniu, miałem jakąś zapaść, lekarzy wysłali mnie do Krynicy. I wtenczas akurat nastąpiła likwidacja Berii, to było latem 1953 roku, wydało mi się, że coś jest grubo nie w porządku. Napisałem wiersz List o sumieniu. O zakłamaniu. Ten wiersz wydrukowano mi w „Nowej Kulturze" na pierwszej stronie. Była jakaś krótka chryja, ale w dwa lata później Ważyk napisał swój poemat, który to wszystko przyćmił. A jeszcze Leon Pasternak, przedwojenny prawdziwy komunista, napisał w „Szpilkach" wiersz o posłusznikach, satyryczny. To już były te sygnały w 1953 roku, że coś się dzieje. Początek odwilży, to jest koniec 1953 roku.
TRZNADEL: – Co było wtedy wiadomo?
WIRPSZA: – No, to było przed słynnym przemówieniem Chruszczowa. Najbardziej wiadomo było, że jest jakieś wielkie kłamstwo. Na mój List o sumieniu odpowiedział dużym poematem Woroszylski. Kiedy w 1954 roku Woroszylski wrócił z Moskwy po studiach, już był na „nie“. Przypomnę jeszcze zebranie pisarzy partyjnych w Pałacu Staszica, którzy mieli osądzić Ważyka za Poemat dla dorosłych. To im się nie udało. Pamiętam fragmenty tego zebrania. Wygłosiłem jakieś przemówienie, które chciano wydrukować i gdzieś zginęło, bo miałem tylko jeden egzemplarz. Przywiozłem to ze Szczecina. Napisałem speech o wielkiej demoralizacji, która istnieje w Polsce. Chciał to wtedy drukować „Przegląd Kulturalny", cenzura tego nie puściła. Któż tam był? Ochab, Berman, już przekręcał się Paweł Hoffman, bronił swego stanowiska, że to wydrukował. W kilka lat później dowiedziałem się od Flory Bieńkowskiej, że Poemat dla dorosłych został napisany na zamówienie Zambrowskiego.
TRZNADEL: – Ciekawe.
WIRPSZA: – Dowiedziałem się o tym już po październiku, około roku ‘60. Miała to Flora Bieńkowska Ważykowi za złe, że to tymi drogami szło, że on wtenczas otrzymał darmowy pobyt w Nieborowie, żył w luksusach, żeby to napisać. To było zamówienie z Biura Politycznego. Flora Bieńkowska jest, jak wiadomo, kobietą dość impulsywną, ale że on to napisał w Nieborowie, to chyba jest prawda. Przedtem Gałczyński napisał w Nieborowie Niobe.
TRZNADEL: – Czyli ciągle jeszcze bylibyśmy w tej historii sterowanej, nad którą czynniki partyjne trzymają rękę. Nad literaturą.
WIRPSZA: – Chyba trzymała rękę wtedy ulica Puławska, tak zwane ugrupowanie puławskie. Przejęli to chyba wtedy i zaczęli liberalizować. Wspomnę jeszcze jedną ciekawą rzecz, też dla mnie niezrozumiałą. W 1954 roku ukazuje się drugie wydanie Popiołu i diamentu, skorygowane w stronę realizmu socjalistycznego. Zakończenie zostało. To ostatnie zdanie książki było zresztą atakowane w czterdziestych latach ze wszystkich możliwych stron, bo i Kott je zaatakował, i Melania Kierczyńska, i Herling-Grudziński. Później Sandauer w Bez taryfy ulgowej. To bardzo ciekawy zestaw nazwisk, które atakują. Ale co się dzieje dalej z Popiołem i diamentem! W tym wydaniu z 1954 roku jest posłowie, w którym Andrzejewski stara się wyłożyć, dlaczego on to zrobił, wprowadził zmiany, że zrobił to z głębokiego przekonania, i to, i to, i tamto. Zupełnie w stylu socrealistycznym, niemalże Partia i twórczość pisarza. W 1956 czy 1957 roku ukazuje się następne wydanie Popiołu i diamentu, z tekstem z 1954 roku, ale z esejem o Lordzie Jimie Conrada jako posłowiem. Tylko w tym wydaniu to posłowie istnieje. Wszystkie następne wydania Popiołu i diamentu, których było „x“, przynoszą tekst z 1954 roku. Książka wyszła gdzieś w połowie 1954 roku, dokładnie nie pamiętam. Na jesieni byłem tu Warszawie. Mieszkałem jeszcze m Szczecinie, ale Andrzejewski już mieszkał w Warszawie. I przeczytał wtedy na jesieni 1954 roku Wielki lament papierowej głowy. Co się stało w ciągu kilkunastu tygodni, nie rozumiem. Na początku 1954 roku, zważywszy cykl produkcyjny, pisze posłowie do Popiołu i diamentu, na jesieni pisze Wielki lament papierowej głowy. Może w nim podskórnie dojrzewało...
TRZNADEL: – Może doszły jakieś fakty. Pamiętam, na początku chyba 1954 roku Kott mi powiedział: - „Żdanowa wykreślić...".
WIRPSZA: – To się absolutnie zgadza, ale to jeszcze było polecenie partyjne. Sądzę, że tak.
TRZNADEL: – To było nagłe i zdumiewające. I ceremonialne: przekazanie tajemnicy działania. Łączy się to z wpływem takich ludzi, jak Kott i Żółkiewski na pewien krąg młodych ludzi. Był duży. Nasze wątpliwości wobec stalinizmu i Rosji sowieckiej zostały przedtem właśnie przez tego typu żywe autorytety przesunięte na daleki plan. Straszne szkody zostały wyrządzone.
WIRPSZA: – Nawet Dąbrowska! Na wsi wesele to była jeszcze akceptacja ustroju. Nie mówiąc o Ucieczce Felka Okonia Iwaszkiewicza...
TRZNADEL: – W moim środowisku tę Ucieczkę przyjęliśmy dwuznacznie. Zastanawialiśmy się nad sensem ostatniego zdania: w więzieniu, to w więzieniu, ale między swoimi... Czy Iwaszkiewicz nie zakpił jednocześnie?
WIRPSZA: – Tam była także socrealistyczna powieść Brezy: Uczta Baltazara.
TRZNADEL: – No tak, dobrze zorganizowane bezpieczeństwo.
WIRPSZA: – A propos bezpieczeństwo i inspiracje bezpieczeństwa: Stanisław Zieliński, który debiutował bardzo dobrymi humoreskami z oflagu Dno miski, napisał potem powieść Jeszcze Polska, na początku lat pięćdziesiątych, w najgorszym okresie. Porównałem dwa teksty: pierwodruk w „Twórczości" i książkę. W książce znalazły się, o dziwo, pamiętniki wymienionej z nazwiska pani von Thadden, właścicielki dóbr na Pomorzu Zachodnim. Kiedy czytałem to po raz pierwszy, myślałem, że to fikcja. Tymczasem okazała się rzecz następująca: to były teksty autentyczne. Teksty, które miała bezpieka. Była to matka von Thaddena, twórcy NPD, to znaczy tej neofaszystowskiej partii w Niemczech Zachodnich. Rodzina von Thaddenów, junkierska, była zamieszana w spisek przeciwko Hitlerowi. Adolf von Thadden skończył wojnę jako młody oficer w Berlinie i jakoś umknął niewoli, przebrał się za cywila. Jego siostra przyrodnia została stracona przez hitlerowców, a jego matka została tam. Chciał się więc przedostać na Pomorze należące już do Polski, Pomorze Zachodnie, żeby wydostać stamtąd matkę. Przechwycono go, przekręcono, dwa lata pracował dla UB polskiego, po czym, może po śmierci matki, wrócił na Zachód. I sądzę, że NPD jest tworem UB polskiego.
TRZNADEL: – W jakim celu?
WIRPSZA: – W tym celu, żeby mieć propagandowe atuty, między innymi: popatrzcie, jak neohitleryzm kwitnie. I teraz autentyczne fragmenty dziennika starej pani Von Thadden znajdują się w powieści Stanisława Zielińskiego. No, UB mu je dało. Nie mam na to żadnych dowodów, proszę to ewentualnie wykreślić... Tak że tam się działy jeszcze jakieś takie rzeczy, policyjne inspiracje.
TRZNADEL: – Ty myślisz, że ten - jakby powiedzieć - sztab polityczny poza pisarzami był diabolicznie rozbudowany, czy to było jakieś przypadkowe...
WIRPSZA: – Myślę, że tu odgrywała olbrzymią rolę Brystygierowa, to na pewno. Mam podejrzenia jeszcze w stosunku do innych osób, ale nie będę wymieniał nazwisk, bo nie mam dowodów. Brystygierowa była, jak wiadomo, oficerem UB, i to wysokim. I miała między innymi opiekę nad literaturą. Co ciekawe w tym wszystkim, że kiedy powstał teatr na Tarczyńskiej, w 1955 roku, to stałym gościem była Brystygierowa i Sandauer. I ona roztoczyła opiekę nad tym teatrem, na jakiej zasadzie, sam Pan Bóg raczy wiedzieć. Sandauer to jest jej krewny. Nie sądzę, aby pełnił rolę agenturalną, jest to Świnia, gdyż lubi nią być. Pamiętam takie zdarzenie, jeszcze żył Lec: to było między jego pierwszą a drugą operacją, wypuszczono go ze szpitala, żeby miał jeszcze parę miesięcy normalnego życia, wiadomo było, czym się to skończy. Wtenczas właśnie jakiś skarżypycki, obrzydliwy artykuł Sandauera ukazał się we „Współczesności", ja to czytałem w domu, ale idę na górę do biblioteki Związku Literatów i widzę, że Lec studiuje to arcydzieło Sandauera, wyjątkowo brudne i śliskie. Nachylam się nad nim i pytam: - „A co, ty czytasz swego współplemiennika?" - Na to Lec wstał i zaryczał na całą salę: - „Bo to jest ten twój antysemityzm, że ty Żyda od parcha nie odróżniasz!" - Możesz to powtarzać, Lecowi to już nie zaszkodzi, a mnie to nie przeszkadza.
TRZNADEL: – Jak byś odróżniał takie dwie sprawy w tej formacji stalinizmu polskiego: kto wierzył, a kto nie wierzył i należał do formacji cynicznej? I czy był udział cynizmu jako szerokiego zjawiska?
WIRPSZA: – Najciekawsze jest pod tym względem starsze pokolenie, bo młodzież jak młodzież, dała się częściowo nabrać i raczej była szczera w tym, co robiła. Natomiast starsi: sądzę, że Nałkowska zawsze przywykła żyć w sferach władzy. Lubiła to, kochała to, i tak robiła do końca życia. Iwaszkiewicz to samo. Breza: tu jest już raczej wyrachowanie i zupełny cynizm. Dlaczego on nie poszedł na Zachód, do czego miał tyle okazji, tego nie rozumiem. Może uważał, że tu mu się lepiej opłaca. Potem napisał Spiżową bramę, która jest oczywiście książką aluzyjną. Tak ją wtenczas odczytałem, na dwie strony. Któż by tam był jeszcze ze starszych? Z Andrzejewskim jest sprawa dosyć jasna: potrzeba wiary, miotanie się i brak zaplecza intelektualnego, w istocie rzeczy bardzo słabe zaplecze intelektualne, choć olbrzymi talent. I niestety alkoholizm. Nasi poeci... Tuwim... to jest sprawa nie przeanalizowania tych rzeczy. Nie bardzo rozumiał, na jakim świecie żyje. Pisał potworne głupstwa po powrocie do kraju. Tuwim dla nas młodszych nie był żadnym autorytetem poetyckim. Sprawa Słonimskiego jest bardziej skomplikowana.
TRZNADEL: – Jego radykalizm przedwojenny mu „odbił“...
WIRPSZA: – Radykalizm, od Czarnej wiosny począwszy. Ale to jest sprawa dosyć zagadkowa. On po wojnie był, tak jak Miłosz, urzędnikiem polskim na Zachodzie. Poza tym sądzę, że zaraził się radykalizmem angielskim, częściowo nawet zbliżonym do komunizmu. Wells, Bertrand Russell, wielki matematyk, ale politycznie absolutna naiwność.
TRZNADEL: – Potem to się zmieniało, bo to przecież Bertrand Russell napisał przedmowę do pierwszego wydania Innego świata Gustawa Herłinga-Grudzińskiego.
WIRPSZA: – Do pierwszego wydania Zniewolonego umysłu po niemiecku przedmowę napisał Karl Jaspers, który jest dla mnie postacią absolutnie nieposzlakowaną, w przeciwieństwie do Heideggera. Wracając do Słonimskiego, to była jednak aura Skamandra, który miał kontakty z salonowymi komunistami. Nie zapominajmy, że sekretarzem „Wiadomości Literackich" był Broniewski. Jednocześnie Wieniawa, jak Broniewski siedział w więzieniu, posyłał mu kosze. Dlaczego Broniewski napisał Słowo o Stalinie nie wiem. Nie rozumiem. Przy czym Broniewski miał pewien autorytet wśród młodzieży ówczesnej.
TRZNADEL: – Może bardziej autorytet moralny, poetyki już nikt nie podejmował bardzo serio.
WIRPSZA: – Elementy poetyki Broniewskiego są u Woroszylskiego. Wczesnego. Ale to jest chyba jedyny taki wypadek. Tam chyba jest i Bruno Jasieński. Wśród poetów najbardziej dla mnie zagadkową postacią jest Słonimski. Po co on to robił? Przy jego jednak dosyć trzeźwym umyśle, bo to nie był poeta nie-myślący.
TRZNADEL: – Same znaki zapytania...