Rozmowa z Jackiem Bocheńskim — Byłem zahipnotyzowany
11.12.2005

BYŁEM ZAHIPNOTYZOWANY

Rozmowa z Jackiem Bocheńskim, Warszawa, 4 lipca 1985

        TRZNADEL:Czy ma pan już bardzo duży dystans do spraw kultury polskiej lat czterdziestych i pięćdziesiątych? A jeśli pozostały emocje, to jakie?

        BOCHEŃSKI: – Na pewno i dziś nie myślę o tych sprawach bez emocji, zaszły wtedy bowiem rzeczy dla mnie ważne i w jakimś sensie wpłynęły na całe bieg dalszego życia. Nie pamiętam już tamtych czasów szczegółowo. Prawdą jest, że odeszły ode mnie dosyć daleko. Nie jestem także pewien, czy to, co człowiek mówi o stanie swojej świadomości sprzed czterdziestu lat, odpowiada jeszcze rzeczywiście temu stanowi, czy jest tylko relacją ze stosunku do sprawy, przeżywanego w czterdzieści lat później. Mówił pan, że ludzie zadają pytanie...

        TRZNADEL:Ludzie młodzi...

        BOCHEŃSKI: – ...zadają pytanie: jak to było możliwe, jak mogliście przyjąć na przykład założenia realizmu socjalistycznego, jak mogliście poddać się komunizmowi duchowo? Otóż w takim pytaniu niekoniecznie jest chęć dowiedzenia się, jakie faktyczne przyczyny spowodowały to poddanie się komunizmowi. Takie pytanie może wyrażać zrozumiałą skądinąd odrazę do rzeczy i oburzenie pytającego. Czyniąc komuś wyrzuty, często pytamy: jak mogłeś to zrobić? W istocie nie czekamy wtedy na wyjaśnienie motywów działania, ale chcemy, żeby pytany przyłączył się jakoś do naszego oburzenia, żeby w nim uczestniczył. Otóż ja w tym uczestniczę, oburzam się sam na siebie: jak mogłem to zrobić? Myślę, że nigdy nie dosyć zaznaczania, że stało się coś bardzo złego. Wiem, że odbiło się to na mnie fatalnie, na wszystkim, co robiłem, pisałem, że zostałem w ten sposób jakoś naznaczony. Przyznam, że jest we mnie obawa, żeby nie poddać się wtórnie tamtemu złu. Żeby z faktu, że kiedyś właśnie dałem się opanować fałszywej idei, którą dzisiaj oceniam i przeżywam jako fałszywą, nie wynikła wieczna w niej niewola. Żeby w konsekwencji cała reszta życia nie została jakoś uzależniona od tego błędu.

        Podobno, a wiele przecież o tym czytamy, jest przekleństwem komunistów, jeżeli się od komunizmu wyzwalają, że skazani są potem na antykomunizm, a ten antykomunizm, który walkę z komunizmem czyni osią wszystkiego, jest znowu pewnym zniekształceniem, zubożeniem człowieczeństwa. Ponieważ to zło, do którego się odnoszę, ma taką naturę, że spycha mnie na drogi, po których w ogóle nie chciałbym chodzić. W moim literackim dorobku nie ma książki, która byłaby poświęcona reakcji na ten fatalny epizod w życiu moim i zbiorowości. Nie napisałem na przykład książki, jakie w łatach pięćdziesiątych pisali moi koledzy, którzy stworzyli coś, czemu prostacko chyba i niezbyt szczęśliwie nadano nazwę literatury obrachunkowej. Ja niczego takiego nie napisałem i myślę, że powód był i taki: ludzie właściwie niezbyt chętnie tę literaturę Obrachunkową czytali. Czytelnik raczej oczekiwał, żeby powstała literatura wolna, a nie żeby znowu zajmowała się komunistycznymi fikcjami, mianowicie dramatem fałszywej świadomości komunistów. Spotykaliśmy się przecież z takim zdaniem: to są sprawy, które nas nie obchodzą, to są sprawy wasze, my chcemy opisu, czy odniesienia się literatury do rzeczywistości. Ja szybko jakoś dosłyszałem to życzenie czytelnika, i nie mam udziału w literaturze obrachunkowej. Napisano zresztą wtedy książki, do których dzisiaj z zainteresowaniem sięga czytelnik młody, bo myślę, że pytanie: jak to było możliwe, formułowane obecnie, jest już innego typu, nie zawiera się w nim tylko odraza i irytacja, ale rzeczywista chęć zrozumienia i poznania, wczucia się w skomplikowaną materię psychologiczną, która tamtym procesom towarzyszyła.

        TRZNADEL:Powstały też może warunki innych form i innych wariantów takich zrozumień. Wydaje mi się, że zupełnie nie ma powieściowego, realistycznego opisu tamtych łat. Trochę mówi o tym Literatura Woroszylskiego, ale bardzo to jest zaszyfrowane. Pan w tamtych czasach podejmował realistyczne opisy rzeczywistości, zwłaszcza wiejskiej, ale mimo dosyć bogatej komplikacji tych obrazów spełniają one określone zamówienia ducha socrealizmu. Czy nie pokusiłby się pan dzisiaj o inny realistyczny obraz tamtej epoki z opisem choćby własnego środowiska?

        BOCHEŃSKI: – Nie chcę niczego zapowiadać, bo mam w tej dziedzinie złe doświadczenia. Ach, tamten realizm! Miałem intencje opisywania świata prawdziwego i wydawało mi się, że jeśli opis będzie wsparty o ideologiczne protezy, to one jedynie bardziej go uprawdziwią. Nie pisałem przecież ze świadomością kłamstwa. Był to rzeczywiście u mnie czas najgłębszego tkwienia w pułapce psychologicznej tej ideologii - rok 1951, kiedy pisałem Zgodnie z prawem. Zaraz potem zaczął się proces odradzania się, który zresztą ciągnął się dosyć długo. A wszystko razem - jak długo to w ogóle trwało? Bardzo trudno odpowiedzieć, były różne fazy zaślepienia, o różnej intensywności. Na przykład początek... Dlaczego, mając lat osiemnaście... Trzymajmy się faktów. W sierpniu 1944 roku na terenie zajętym przez Armię Czerwoną, czyli w Lublinie, przeczytałem wiadomość w dzienniku „Rzeczpospolita", że organizowane będzie spotkanie literatów przebywających na terenie wolnym od okupacji niemieckiej. Ja nie uważałem się za literata, ale kiedy Kazimierz Andrzej Jaworski, którego znałem jeszcze od dzieciństwa, był przyjacielem mojego ojca, zachęcił mnie, żeby razem z nim na to spotkanie pojechać, posłuchałem tej rady. Czy wynikało to tylko z tego, że zaimponowało to chłopcu: jestem pisarzem, a byłem wtedy tylko autorem młodzieńczych wierszy? Myślę, że nie tylko o to chodziło. Gdy szukam przyczyn, które sprawiły, że zacząłem utożsamiać się z ideą komunistyczną, to ta, o której będę za chwilę mówił, nie była może przyczyną główną, ale wyzwalaczem procesu. Pewne reakcje chemiczne mogą zajść, jeśli jest katalizator. W psychologii znane jest pojęcie wyzwalacza programu zachowań.

        Może my w ogóle wszyscy byliśmy dysponowani do tego, żeby dać się zafascynować ideologii komunistycznej, byliśmy częścią europejskiej formacji intelektualno-artystycznej, która zdradzała te dyspozycje nie tylko w Polsce, również we Włoszech, Francji. Ale konkretnie, w moim wypadku, co podziałało jako taki wyzwalacz? Cofnijmy się do mojego dzieciństwa. Jestem synem Tadeusza Bocheńskiego, literata, filologa klasycznego, autora poezji. Mój ojciec reprezentował postawę typową jeszcze dla modernistów, jego stosunek do świata był właściwie tego rodzaju, że w swojej twórczości czuł się kimś lepszym od otaczającego zbiorowiska ludzkiego, tak jak to działo się często w końcu XIX wieku. Artysta, duchowy gigant, nosił w sobie zrozumienie czegoś zupełnie niedostępnego dla otaczających go karłów. Byłem wychowywany w takiej atmosferze, bardzo tym nasiąkłem. Ponieważ mój ojciec nie był literatem przeżymającym powodzenia twórcze, to jeszcze nasiliło tę postawę. A więc także dla mnie świat dzielił się na ludzi obdarzonych wyższymi właściwościami ducha i na przyziemne społeczeństwo zjadaczy chleba, które nie rozumie tamtych jednostek. Jakby w jednych wcielił się jakiś Duch Boży, a w drugich nie. Było dla mnie oczywistością, że misję szczególną mają spełniać, głębszą mądrość, prawdziwe wartości przechowują, noszą w sobie artyści, pisarze, filozoficzne umysły, i tak dalej. Jakby podstawowym konfliktem w zbiorowościach ludzkich był konflikt pomiędzy wybrańcami obdarzonymi duchem, a tymi zjadaczami chleba. Stąd jeden krok do odkrycia, że zjadacze chleba to może nie jest całe społeczeństwo, tylko mieszczaństwo, burżuazja, ta zakała ludzkości. Ona reprezentuje tępe ograniczenie, chciwość, pogoń za zyskiem, cechy znienawidzone przez artystów i intelektualistów, przypisywane właśnie „strasznym mieszczanom". Otwiera się natomiast szansa dla mitycznego „ludu", który jest dobry.

        TRZNADEL:Okres okupacji wytwarzał tu frustrację, bo poza zaangażowaniem zbrojno-patriotycznym i różnymi formami konspiracji nie było normalnego poła do działania społecznego, to było jakby zawieszone.

        BOCHEŃSKI: – Na pewno. Chciałbym później o tym powiedzieć, szok wojenny odegrał olbrzymią rolę w mojej ideologicznej konwersji. Tą konwersją reagowałem przecież na katastrofy, które spotkały nasz świat. Po tym między innymi, co stało się z tymi najlepszymi wśród ludzi, z ich twórczością, z duchowym bogactwem. Ci, co pozostali, muszą skarb ten za wszelką cenę uratować. Bo ludzkość nie powinna jakby istnieć, jeżeli nie potrafiłaby tego dokonać, stworzyć szans rozwoju tej wartości. Krótko mówiąc, jeśli dowiedziałem się w 1944 roku w Lublinie, że pisarze to są ci, których ściąga do siebie jakaś nowa, jeszcze zupełnie tajemnicza dla mnie władza, że zaprasza pisarzy, że oni zaproszenie przyjmują, to był to dla mnie sygnał, że tam jest coś dobrego. Tam idź! Tam jest twoje miejsce! Jeśli ci mówią, że to jest złe, to słyszysz głos tych, których nie powinieneś słuchać. Czy natknął się pan może w drugim numerze „Odrodzenia" na mój artykuł W sprawie popularyzacji literatury? Nie pamiętam dokładnie, co w tym artykule napisałem jako osiemnastoletni chłopak, przez czterdzieści lat nie widziałem tego numeru, więc mogę coś namącić we wspomnieniach. Ale dziś czuję swoją ówczesną intencję, a o niej świadczyło motto z Horacego: Odi profanum vulgus et arceo. Było to może użyte ironicznie. Bo w tym momencie szukałem już jakiegoś sposobu na przezwyciężenie konfliktu związanego z tragiczną sytuacją artysty w śmiecie, w takim śmiecie, jaki pamiętałem z dzieciństma i z lat chłopięcych, i jaki został zdruzgotany przez Hitlera. Otóż coś tam miedziałem, że komunizm bardzo sobie ceni literaturę, sztuki, naukę, że to jest ideologia, która nie niszczy, nie otacza obojętnością i pogardą tych dziedzin na rzecz zysku, handlu i pieniądza. Jest to taki zamysł, ażeby ten ustrój mspółdziałał z tym młaśnie, co mi się mydamało dobre i godne zabiegom humanisty. Otmierała się mięć jakby szansa porozumienia tmórcy z tym motłochem niemtajemniczonych.

        TRZNADEL:Czy vulgus to motłoch?

        BOCHEŃSKI: – Tak to sobie na poczekaniu tłumaczę. Profanom vulgus: ciemny tłum, ten, który czegoś nie pojmuje i stoi pro fano, przed świątynią, nie jest do niej dopuszczony. Ale tu miał się zacząć akt niezmiernej doniosłości, wpuszczenia do świątyni tego tłumu, uznanie, że on na wtajemniczenie zasługuje, że może coś wie, czego ja nie wiem. Zasypujemy tę przepaść, która nas dzieli...

        TRZNADEL:No tak, ideologia marksizmu ogłaszała się jednocześnie jako ideologia ludzi, którzy mają nową specjalną wiedzę, inicjację w proces historii, należą do wybranych, którzy wiedzą.

        BOCHEŃSKI: – Tak, w tamtej chwili jeszcze o tym nie wiedziałem, dowiedziałem się potem. Wtedy jeszcze bardzo słabo znałem marksizm. Ja tu szukam raczej podświadomych motywów ludzkiego działania. Wtedy z tego wszystkiego nie zdawałem sobie sprawy. W tytule tamtego artykułu użyłem chyba niewłaściwie słowa popularyzacja, nie chodziło mi o upowszechnienie, ale - bo ja wiem, jak to nazwać - o populizację, uludowienie, ten populus miał być, miał wejść do świątyni i mieliśmy ją zapełnić wspólnie.

        TRZNADEL:„Lud wejdzie do śródmieścia" to trochę późniejsze.

        BOCHEŃSKI: – Potem lud wchodził do śródmieścia. Bo u Ważyka to jakby inne kategorie były symbolami czy znakami, nazywającymi to samo.

        TRZNADEL:To samo, choć jakby w nawiązaniu do przedwojennej tradycji poezji miasta. Ale chodziło tutaj o to, co Eliade nazywa w mitologii osią świata, środkiem: lud wejdzie do śródmieścia, zajmie centralne miejsce. Ponoć...

        BOCHEŃSKI: – Lud zajmie centrum, a ja będę z tym ludem, on mnie uzna, wzajemnie się uznamy. Ważną rzeczą była też, w umyśle takiego dojrzewającego chłopca, potrzeba przeciwstawienia się temu, przez co został uformowany. Przypominam swojego ojca. Na ogół wpada się w tym wieku łatwo na pomysły buntownicze i muszą one być radykalne. Szybko się to przyswaja i wciela w czyn.

        TRZNADEL:A czy miał pan jakąś wiedzę negatywną o tym, do czego pan przystępował? Co wiedział pan o wschodnim sąsiedzie, jego stosunku do narodu polskiego i do własnego narodu?

        BOCHEŃSKI: – Oczywiście coś wiedziałem, co więcej, miałem jakieś tam poczucie, że istnieje wielu polskich patriotów, którzy odczuwają to wejście Armii Czerwonej i ukonstytuowanie się komunistycznego, czy parakomunistycznego rządu, jako cios dla narodu polskiego i jako zagrożenie Polski. Całe moje świadome życie od 1939 roku, kiedy jednak miałem zaledwie lat trzynaście, było poświęcone oglądaniu kataklizmu, któremu uległ mój naród, moja ojczyzna. W świadomości człowieka egzystują na niepojętej zasadzie różne sprzeczne elementy. Otóż nie mógłbym powiedzieć, że na przykład byłem zupełnie wolny od myślenia pragmatyczno-realistycznego, odwołującego się do rozsądku, ono było obecne. Jeszcze pod okupacją niemiecką zacząłem sobie zdawać sprawę, że do Polski wkroczy Armia Czerwona, że nie doczekamy się restytucji państwa polskiego takiego, jakie zginęło dla mnie w piątek pierwszego września. Byłem wtedy w Zakopanem i tam mieszkałem do 1943 roku w domu ojca, a potem rok w Chełmie, gdzie właśnie zetknąłem się z Kazimierzem Andrzejem Jaworskim, redaktorem „Kameny11, przyjacielem mojego ojca. Wrócił z obozu, zwolniony wtedy z Sachsenhausen. To był jedyny człowiek większego formatu, znany mi w tej mieścinie, a reprezentował właśnie poglądy lewicowe. I był artystą. A zatem już w czasie okupacji zacząłem myśleć, że nie można pozwolić, żebyśmy się znaleźli - Polska raz jeszcze - w tak tragicznej sytuacji, jak we wrześniu 1939 roku, wydani na bezwzględny gwałt i wyzucie z wszelkich praw. A proszę zważyć, że sytuacja, w jakiej przychodził PKWN, była jednak zmianą na lepsze. Nie bez znaczenia było to, że jakieś odrodzenie narodowe się zaczęło, wywieszono sztandary polskie, grano hymn narodowy, weszło polskie wojsko, stworzono polskie władze. Powstawała Polska. Ona miała być inna, i zdawało się wtedy, i słusznie się zdawało, że tylko taka będzie, że innej nie będzie, że tylko ta jest możliwa. Czy to jest źle, mogłem sobie pomyśleć? Początkowo uznawałem, że to jest przykra konieczność, a potem dopiero doszedłem do tego, że to najlepsza wersja, jaka może być, i że tu właśnie spotyka nas takie szczęście. Moje poinformowanie o komunizmie i o tym, co się działo w Polsce na wschód od Bugu, było minimalne. Powiem panu więcej: właściwie do dzisiaj zaskakiwany jestem informacjami, które docierają do mnie już w postaci różnych zapisów, dokumentów, i nie wiem, czy doszedłem do końca, czy już w pełni zostałem poinformowany...

        TRZNADEL:Nie pan jeden to mówi... Mam zupełnie podobną świadomość.

        BOCHEŃSKI: – Ostatnio właśnie zdarzyły mi się takie lektury, od których włos mi się zjeżył. To jednak jeszcze ciągle są dla mnie nowości. Przeżyłem wyłącznie okupację niemiecką, na tamtych terenach nie byłem, choć jestem urodzony we Lwowie. Ale ta galicyjskość też odegrała pewną rolę. Bo Rosją mało się interesowano w moim domu albo wcale. Komunizm to nie było to, o co nasze losy by się kiedykolwiek zazębiły. Nikt nie miał żadnych takich doświadczeń, doświadczenie to była Austria, albo Niemcy. Otóż ten brak informacji został potem niejako zakonserwowany. Oczywiście, gdyby bardzo się postarać, to można się było poinformować. Ale chęć, wyobraźnia i myśl szły w innym kierunku. Ja jednak spędziłem te lata, późne czterdzieste i początek lat pięćdziesiątych w rodzaju getta, które przecież nie bez przyczyn rządzący tutaj starali się utworzyć i pilnie o to zabiegali. Środowisko twórcze, słuchając pouczeń, że ma wyjść z wieży z kości słoniowej, jakąś taką wieżę miało i w niej siedziało. To wszystko, co mówię, dotyczy początków mojej świadomości i ma odpowiedzieć na pytanie: jak to się zaczęło, skąd to przyszło. Dodałbym jeszcze to, co poruszyliśmy jakby mimochodem, że byliśmy częścią inteligencji europejskiej, choć na Zachodzie nie używa się tego terminu, a więc częścią europejskiej elity kulturalnej. Z niepojętą dzisiaj dla nas łatwością członkowie tej elity, tak zwani intelektualiści, twórcy, ludzie o przekonaniach liberalnych, demokratycznych, o niesłychanie szlachetnych intencjach, o niesłychanej wrażliwości na krzywdę ludzką, na niesprawiedliwość, przyjmowali samoułudę komunistyczną i bronili się przed wszystkim, co mogłoby ją rozproszyć. Należeliśmy do tej formacji, zachowywaliśmy się jak ona, i były w nas dyspozycje, żeby tak się zachowywać. Myślę, że źródło tego jest dość proste: człowiek zawsze jest niezadowolony ze swojej kondycji, ze zła egzystencji, jaką przeżywa, i potrzebuje czegoś, do czego mógłby się odnieść jako do innego, możliwego świata. Ten świat niekoniecznie musi nawet istnieć faktycznie, ale jest dla umysłu i uczuć konieczny, a dopiero krytyczna samowiedza na ten temat potocznie wyraża się w zdaniu, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Miejsce „gdzie nas nie ma" musi być jakieś lepsze, muszę sobie móc wyobrazić, że ono stanowi moją szansę...

        TRZNADEL:Konieczność projekcji... Jednocześnie, ponieważ przed wojną należeliśmy do świata zachodniego i okazało się to klęską, u wielu rodziło to pytanie, czy prawda nie jest po wschodniej stronie...

        BOCHEŃSKI: – Straszności wojny i hitleryzmu ułatwiły zgodę na straszne środki retorsji, wywołały absolutyzację faszyzmu niemieckiego, przyjęcie go zrazu za zło główne, później za wyłączne. Idźmy już dalej z biegiem czasu... Pod koniec 1946 roku znalazłem się w Warszawie i wszedłem w środowisko młodych literatów. Byli wśród nich nie byle jacy, bo na przykład Tadeusz Borowski. Znajomość z Tadeuszem Borowskim i jego obozowa filozofia była dosyć ważna w związku z naszą radykalizacją i uznaniem za rzecz słuszną, żeby gwałt się gwałtem odciskał... Nie wiem nawet, czy daje się to wyczytać w jego twórczości literackiej, ale jakaś zajadłość jest widoczna w publicystyce i działalności politycznej, a korzeniami motywacyjnymi sięga to wszystko przeżyć obozowych. Myślę o tropieniu tego rzekomego faszyzmu, który ciągle jak cień idzie za Tadeuszem i chce go dopaść. I który on musi zwalczyć.

        TRZNADEL:A nie widzi go wokół siebie...

        BOCHEŃSKI: – No, czy nie widzi, to jest jeszcze pytanie... Chyba i widzi, tylko nie chce go zobaczyć, a kiedy go wreszcie dostrzega, to nie umie sobie z tym poradzić, i co się stało, wiemy... Zbiorowość jednak kształtuje. Wszedłem w środowisko, którego nastawienie z natury rzeczy uważałem za instruktywne dla siebie. Nie ma nic lepszego, muszę się liczyć z tą opinią... Jeśli oni tak mówią, to widocznie jakaś głęboka mądrość przez nich przemawia. Wtedy zetknąłem się też z komunistami i marksizmem. Olśnienie, jakie w pierwszej chwili wywołuje marksizm dzięki swemu uniwersalizmowi i prostocie, euforia i pewność, że się złapało Pana Boga za nogi, to są sprawy banalne, znane, wciąż przeżywane przez młodych ludzi na całym świecie i opisane wielokrotnie. Nic tu nie dodam. Ta teoria wspaniale izoluje od rzeczywistości, dając poczucie doskonałego z nią związku. Fakty nie mogą podważyć marksizmu, bo marksista poznaje fakty po tym, że potwierdzają marksizm. Co go nie potwierdza, nie jest faktem, ale błędem poznania! Tak można w nieskończoność, w dodatku nie zdając sobie sprawy, że to tak jest. Trzeba doznać bolesnych skutków marksizmu w praktyce, żeby przejrzeć, wyzwolić się z uroku doktryny.

        Komunistom, jakich wtedy znałem, a prawie wszyscy należeli do środowiska literackiego, marksizm w skórę jeszcze zbytnio nie dał, a zapewniał umysłową i w ogóle psychiczną wygodę. Nie było przywilejów materialnych, życia w luksusach, w pięknych mieszkaniach, to nieprawda. Przynajmniej z autopsji nic takiego nie pamiętam. Może dotyczyło to sfer rządzących i tak zwanej nomenklatury. Zdarzały się spotkania z działaczami politycznymi, ale tylko na gruncie publicznym, oficjalnym, nigdy nie wszedłem głębiej w to środowisko polityków i ludzi władzy, nawet wtedy, kiedy należałem do partii. Moje otoczenie partyjne to byli dalej koledzy ze związku literatów, a ci, szczególnie młodzi, żyli skromnie, w pogardzie dla dóbr mieszczańskich, które wyśmiewali i chcieli tępić. Natomiast komunizm otaczał zewsząd, komunistyczny był rząd i komunistyczne były lektury, komunistami byli przyjaciele, i komunistkami kobiety, które kochałem. Ze względu na wielki udział artystów i pisarzy w tym wszystkim, wyglądało to trochę jak spełnienie dziewiętnastowiecznego snu modernistów, jak ich odwet triumfalny. Z jednym ważnym szczegółem: wartości, na których zależało modernistom, uległy tu pewnej przeróbce. Kryteria prawdy, dobra i zła zostały tak jakoś „skorygowane". Ale nie należało się tym niepokoić... Te zbiorowości komunistyczne wywierały nieustanną presję. Fanatyzm był tam odbierany jako zaleta. Człowiek, który umiał zapanować nad wątpliwościami, był zdecydowanie lepszy od tego, który się wątpliwościom oddawał. Należało zwalczyć w sobie wszelkie wątpliwości.

        TRZNADEL:Inteligencja była wychowana częściowo w spuściźnie freudowskiej: jeśli mam wątpliwości, to może być moja zła świadomość.

        BOCHEŃSKI: – Tak, myślę, że to się nakładało. Ci ludzie by się bardzo oburzyli, gdyby im Freuda przypomnieć, bo Freud był fałszywym burżuazyjnym myślicielem, ale byli jakoś pod jego wpływem, bo freudyzm, jak i marksizm formował jakoś tę inteligencję w dwudziestoleciu.

        TRZNADEL:A jak wyglądały ewentualne wątpliwości, już z nową rzeczywistością związane, z tym, co ona wyczyniała z narodem?

        BOCHEŃSKI: – U mnie taką odpowiedzią na to była książka Zgodnie z prawem. Zastrzegam się, że to strasznie dawno miałem w rękach i niezbyt dobrze już pamiętam, co tam w istocie napisałem. Ale fakt na przykład, że w tytule jest prawo i zgodność z nim, pojawia się nie wiadomo na jakiej zasadzie czy na zasadzie postulatu? Czy ma być zgodnie z prawem, czy jest zgodnie z prawem? Myślę, że dwuznaczność tego tytułu oddaje sprzeczność tkwiącą w samym autorze. On jednocześnie chce się upomnieć o prawa i zapewnić, że są przestrzegane. Jest w książce opowiadanie o oficerze bezpieczeństwa. Jeśli pamiętam, to centralnym problemem jest tu sprawa gwałtu i bicia, którego rzekomo ten oficer nie stosuje...

        TRZNADEL:Choć przesłuchiwany zamordował mu ojca i brata...

        BOCHEŃSKI: – Ten człowiek powściąga w sobie naturalne skłonności do odwetu.

        TRZNADEL:Zauważyłem jednak, że argumenty krzywdy i powody tej krzywdy wyliczone są po stronie oficera UB, ale nie przywódcy bandy, jak się go nazywa.

        BOCHEŃSKI: – Tak jest. Ta książka wyniknęła z takiego podwójnego myślenia, jakby też z dwoistości woli. Z jednej strony miało to być afirmowanie komunizmu jako sprawiedliwego, a z drugiej strony żądanie, żeby właśnie takim był. Więc tak widać nie jest.

        TRZNADEL:Pan to pisał po sprawie gryfickiej?

        BOCHEŃSKI: – Tak, to było po procesie gryfickim, który miał być znakiem politycznym, że pewien rodzaj gwałtu jest niepożądany, ale nie dążono do tego, aby o tym długo pamiętać. Jedna rzecz jest charakterystyczna - przez dłuższy czas miałem trudności z opublikowaniem tych opowiadań. Nie pamiętam dobrze, gdzie je chciałem opublikować. Jedno z nich, Wiosna, było chyba drukowane w „Sztandarze Młodych", ale jedyne. Tytułowe opowiadanie nie było publikowane przed ukazaniem się w zbiorze, nie mogłem tego przepchać, tak samo - jeśli się nie mylę - nie mogłem przepchać tej Władzy, gdzie jest akcja skupu zboża, jest mowa o Gryficach i sekretarz popełnia tam błędy. Próbowałem interweniować u Putramenta. Gdzie tego nie chciano, już nie pamiętam, może w „Nowej Kulturze", ale pamiętam rozmowę z Putramentem, który mi powiedział - pamiętam jedno takie zdanie - że w razie jakiegoś zaostrzenia się sytuacji, na przykład międzynarodowej, ostrzejsze środki byłyby zastosowane, tak że to, o co się upominam, to są drobiazgi, trzeba mieć perspektywę. A więc interwencja nie odniosła skutku. Treść tej rozmowy zastanowiła mnie wtedy. Ale potem książka się ukazała i posypały się z kolei entuzjastyczne recenzje. A wkrótce przyszedł rok 1953. Z wielką przykrością myślę dziś o Zgodnie z prawem. To jest u mnie najhaniebniejszy przypadek samozakłamania w twórczości. Tego pisarzowi robić nie wolno.

        TRZNADEL:Czy jednak najbardziej radykalne zaangażowanie po tamtej stronie nie pojawiło się w publicystyce szkicu Podróż i szczypta filozofii?

        BOCHEŃSKI: – To już inaczej pamiętam. Pewnie też błąd perspektywy. Otóż te relacje ze Związku Radzieckiego wyszły w wydaniu książkowym w 1956 roku, ale były pisane i publikowane wcześniej w „Przeglądzie Kulturalnym". Też nie wszystkie mogły się ukazać. Co najmniej jeden, a może dwa rozdziały, zostały skonfiskowane z „Przeglądu Kulturalnego". Wezwali mnie wtedy na rozmowy Berman i Brystygierowa. Berman po raz drugi, bo pierwszy raz zdarzyła się taka rozmowa w roku 1953, po jakimś skonfiskowanym felietonie. Więc ja miałem wtedy poczucie już takie, że coś tam odkrywam, że zacząłem odkłamywać wizję Związku Radzieckiego. To jest zawarte w jakichś elementach, które dzisiaj wydają się drobiazgami. Na przykład w opisach architektury metra. Dziś nie zdajemy sobie sprawy, że wtedy najdrobniejsze odstępstwa od obowiązującego szablonu miały siłę dynamitu. Czytelnik to czuł.

        TRZNADEL:Owszem, były jakieś aluzje, na przykład, że ludzie sowieccy noszą bardzo szerokie spodnie, bo taka moda. Wspomnieć o tym na tle ogólnonarodowego naśmiewania się u nas z tej mody było pewnie aluzją. Podobnie ironicznie brzmiało powiedzenie, że kobieta sowiecka jest tęga, ale nie otyła.

        BOCHEŃSKI: – Stosowałem tam pewnie masami jakieś eufemizmy.

        TRZNADEL:Jako komunistyczna uderzyła mnie przede wszystkim część zatytułowana Szczypta filozofii. Oczywiście to było przed XX zjazdem. Jest tam krytyka Miłosza i polemika z nim, ale w ramach polemiki światopoglądowej. Nie ma tam żadnych takich niewybrednych napaści, jakich autorami byli znani pisarze. miki światopoglądowej. Nie ma tam żadnych takich niewybrednych napaści, jakich autorami byli znani pisarze.

        BOCHEŃSKI: – W tej polemice usiłowałem zakrzyczeć własne wątpliwości. Przeczytałem wtedy Zniewolony umysł i wywarł na mnie duże wrażenie, tylko że jeszcze nie mogłem się na to zgodzić, za wiele by się zawaliło i za szybko. Mój koronny argument - dziś już wiem, że idiotyczny - brzmiał: że mianowicie republiki azjatyckie miały rzekomo przeżyć awans materialny, kulturalny, że poziom życia tych ludzi, którzy za jedyne doświadczenie mieli przedtem nędzę, teraz został niesłychanie podniesiony. I ja wierzyłem święcie, że tak jest.

        TRZNADEL:Pan mówi tam o Kazachstanie. Jednym z wiarygodnych świadectw, jak to było naprawdę, są stronice książki wspomnieniowej Oli Watowej...

        BOCHEŃSKI: – Ta książka Oli Watowej ujawniła mi teraz dopiero coś takiego, że w stosunku władzy radzieckiej do ludów muzułmańskich, azjatyckich, brakowało jakby czegoś, co miały wszystkie potęgi kolonialne. Tytułem kolonizatorów do sprawowania protektoratu i rządów nad podbitymi narodami, czy plemionami było to, że podnoszą tych ludzi na wyższy poziom cywilizacyjny, zakładają szpitale, szerzą oświatę. Zdałem sobie sprawę, że zesłanie Polaków do Kazachstanu jako osiedleńców, nie miało intencji, aby przynieśli lepsze wzory cywilizacyjne, to oni mieli być sprowadzeni do poziomu tubylców. Nie mieli na przykład gospodarować w sposób instruktywny dla Kazachów, czy lepiej mieszkać. A tkwiłem w przekonaniu, że władza radziecka usiłuje szczepić wyższy standard cywilizacyjny. Tam się posyła Europejczyków, którzy mieli zawsze misję kulturotwórczą...

        TRZNADEL:Ale za cara!

        BOCHEŃSKI: – Za cara... Tu przestali ją mieć. Był więc błąd wynikający z niepoinformowania, ignorancji całkowitej. Jeśli u Miłosza odczuwałem jako prawdę rzeczy związane z Murti-Bingiem, bo tym mnie trafił, tym, co nazywał ketmanem, zniewoleniem umysłu wyrafinowanego, więc z opisem sideł zastawionych na człowieka kulturalnego nie polemizowałem. Ale nie możesz mówić - oponowałem - że Azja nie została wyzwolona!

        TRZNADEL:No i oczywiście nie ma u pana ani słowa o całych narodach azjatyckich deportowanych przez Stalina...

        BOCHEŃSKI: – Proszę pana, pamiętam, że zadałem idiotyczne pytanie na Krymie, w Sewastopolu, o Tatarów. Bo nagle mi się wydało, że tam przecież powinni być Tatarzy!... Pytanie do tych Rosjan. I nie otrzymałem na to żadnej odpowiedzi. A, nie ma, nie ma... Jakoś tak nie trafilimienia postępował. Już przed XX zjazdem byliśmy jakoś przygotowani na różne rewelacje, proces „rehabilitowania'1 niesłusznie skazanych zaczął się wcześniej. Zaczęli wychodzić z więzień ludzie i coś opowiadać. I te opowiadania już wtedy do mnie dotarły. Przedtem najczęściej nie wiedziało się, że ktoś siedzi. Bo jeśli człowieka nie znałem... A dowiedzieć się od rodzin tych, którzy zostali tym dotknięci, nam było trudno. Bo z nami się nie mówiło... Myśmy tkwili w tym getcie nie tylko dlatego, że taka była organizacja życia kulturalnego, ale także dlatego, że od nas stroniono, nikt nie podjąłby rozmowy na temat losu aresztowanego, nawet by nie wspomniał o tym. Uważano nas za tych, którzy to widocznie aprobują.

        TBZNADEL: – Przypomina to jednak stwierdzenia i wymówki niektórych Niemców na temat hitleryzmu...

        BOCHEŃSKI: – O, tak. Temat tej sprawy, poinformowania Niemców i szczerości tych, którzy mówią, że nie wiedzieli... Mam tu trochę inny sąd niż większość Polaków, którzy traktują to jako cyniczne łgarstwo i obrzydliwe, tchórzowskie wymigiwanie się od odpowiedzialności. Myślę, że po tym wszystkim, cośmy tutaj przeszli, i przyjrzeniu się jak działa taki totalitarny organizm, jak blokuje informację, jak wytwarza mechanizmy prowadzące do odrzucenia informacji - więcej rozumiemy. Nie wie się między innymi dlatego, że się nie chce wiedzieć. Po tym wszystkim nie możemy tak kategorycznie uważać, że reagowalibyśmy dużo inaczej, gdybyśmy urodzili się Niemcami.

        TRZNADEL:Jakie perfidne są cele tej fali propagandy, która działa u nas na temat Niemców. Trzeba o tym mówić i pisać. Mam już inną na ten temat świadomość, a długo jej nie miałem. Dopiero w ostatnich czasach spojrzałem zupełnie inaczej na pewne sprawy, które działy się na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Byłem od 1946 roku, dosyć wcześnie, we Wrocławiu, i przyjmowałem wszystko jako rzecz naturalną. Spotykało się Niemców, nie miało się zresztą do nich specjalnej pretensji. Był jakiś aktor, u którego poprawiałem swój język niemiecki, jakiś krawiec, kulawy, który szył mi marynarkę, pamiętam nawet, że nazywał się Pusch. Przyjmowało się ich jak ludzi. Ale jednocześnie nie rozumiałem, że całe to przemieszczanie zapałek przez Churchilla i Stalina na mapie, a potem przesunięcie granic, a wreszcie wyrzucenie milionów ludzi z ich miejsc zamieszkania, a więc znów deportacje narodów: Polaków i Niemców, to się mieściło nie w słusznych rewindykacjach, ale w całej totalitarnej machinie stalinowskiej, że można wszystko zrobić z masami ludzkimi. Kiedyś zmieniały się granice, ale ludzie zostawali na miejscu, zawsze na ogół zostawali na miejscu, przemieszczali się potem ci, którym się to mniej podobało. Bo i granice nie bywały zamknięte na amen. To wszystko, o czym mówię, zyskało ostatnio nowy wymiar emocjonalny. Biedy w 1946 roku wzięliśmy mieszkanie poniemieckie, czułem coś niewyraźnego w dołku, co nie docierało jako jasna myśl. Oglądałem zostawione przez nich fotografie rodzinne, ale w końcu nas też wyrzucono z pięknego mieszkania na Górnym Śląsku; w piwnicy deptaliśmy po rozrzuconych naszych fotografiach rodzinnych i zbieraliśmy je. Dziś wiem, że dokonał tego ten sam mechanizm, i gdy przyjeżdżam do Wrocławia, czuję wstyd, co nie oznacza, że proponowałbym nowe zmiany i nowy „exodus“ narodów. To są dwie różne rzeczy. Naziści niemieccy zrobili bardzo źle, ale my powtórzyliśmy ten gest i ja czuję wstyd, choć miałem wtedy szesnaście lat. Idę tutaj po prostu za pana myślami, jak totalitaryzm uniformizuje i każę nie zastanawiać się, i to na długo, nad pewnymi sprawami.

        BOCHEŃSKI: – To jest bardzo skomplikowana i straszna sprawa stosunki polsko-niemieckie. Nie potrafimy o nich myśleć obiektywnie, bo doznaliśmy zbyt wielkich cierpień i nie możemy się otrząsnąć po dziś dzień. Ostatnio zachodzą jednak pewne zmiany na lepsze. Psychika młodszego pokolenia nie ma już pohitlerowskiego urazu. Oczywiście, my wobec Niemców, niezależnie od gwałtów i bestialstw, które oni popełnili, też nie jesteśmy bez grzechu. Czy zdajemy sobie sprawę, w jakich warunkach odbywało się wysiedlanie Niemców w latach czterdziestych? Ale jątrząc szerzej, czy zdajemy sobie sprawę, jak pacyfikowaliśmy wsie ukraińskie w dwudziestoleciu międzywojennym? Co się tam naprawdę działo? A jak po wojnie rozprawiono się z ludnością ukraińską, która jeszcze pozostała na terenie Polski? Zbrodnie rezunów, podobnie do zbrodni hitlerowców, odebrały nam wszelką chęć i zdolność oceny własnych czynów. Nic o nich nie wiemy. Nie jesteśmy poinformowani! Jak ci komuniści nie poinformowani o zbrodniach stalinowskich, jak ja w latach czterdziestych i pięćdziesiątych!

        TRZNADEL:Czy pan nie sądzi, że swoiste oświetlenie problemu niemieckiego jako naddatek nad strasznością niemieckiego nazizmu, którego potworność tłumaczyła się zresztą sama, pchało pewnych ludzi z liberalnej inteligencji do komunizmu?

        BOCHEŃSKI: – Na pewno tak. Taki motyw również w moich dawnych pracach publicystycznych na pewno by się znalazł. Ja się może dość szybko z tego otrząsnąłem, bo nie ma we mnie niechęci do innych narodów. Wszelki szowinizm jest mi obcy. Nie mam częstej u Polaków idiosynkrazji do języka niemieckiego, mam przyjaciół Niemców, to się zresztą rozciąga także na przedstawicieli kraju, który nam w tej chwili dokucza. Ale świadomość, że ten kataklizm spotkał nas właśnie ze strony Niemiec, lęk, na którym żeruje propaganda, że jeszcze nam grożą, to poczucie było u mnie tylko bardzo krótko. Bezpośrednio po wojnie wszystko było za świeże, to się jeszcze śniło, te upiory krążyły po zburzonych miastach, uj ruinach i młaśnie we snach. Potem zaczęto tym manipulować. W okresie mojny uj Korei pod postacią żołnierza amerykańskiego pojawiał się ktoś, ujyposażony uj atrybuty zbrodniarza niemieckiego.

        TRZNADEL:Jesteśmy blisko problemu zbrodni masowych. Jak docierała do pana sprawa mordu katyńskiego?

        BOCHEŃSKI: – Sprama katyńska dotarła do mnie z prasy okupacyjnej niemieckiej uj języku polskim i przyjąłem to jak wszystkie propagandowe horrory, którymi ta prasa była usiana. Nie wiedziałem w roku 1943, jak to traktować, czy to w ogóle jest prawda. W prasie mnóstwo było doniesień o koszmarach bolszewizmu, które miały nas przerazić i przychylniej usposobić do hitlerowskich Niemiec. Niestety wiele z tych informacji było zgodne z rzeczywistością, na przykład wizja Europy, która miała powstać po zwycięstwie wrogów Niemiec. Też przyjmowałem jako groteskową zapowiedź właśnie z prasy niemieckiej, że pół Europy zajmie Rosja, bo sprzymierzeni ulegając Stalinowi tak to uzgodnili, będzie wprowadzony komunizm, bo Żydzi będą wszędzie. A właśnie bolszewicy i Żydzi wymordowali rzekomo tych oficerów... Wiadomo, antysemityzm. Ten koszmarny antysemicki idiotyzm odrzucał mnie od prawdy, jaką jednocześnie zawierała reszta informacji. Potem dowiedziałem się, że do Katynia wyjechała komisja ludzi z różnych krajów i komisja Polskiego Czerwonego Krzyża. Nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę, z jaką nieufnością traktowaliśmy wszelkie takie wiadomości o komisjach działających pod patronatem Wehrmachtu? Co ci eksperci pod takim patronatem będą widzieć? Coś im tam pokazują, jakieś komunikaty nam podają. Nie miałem do tego absolutnie zaufania. Prawdą jest, że zaczęły wtedy docierać wiadomości - jedna taka do mnie dotarła - o mordach ze Lwowa. Po wkroczeniu Niemców do Lwowa były doniesienia w gazetach, że przed odejściem bolszewicy wymordowali więźniów w więzieniach lwowskich, co uważało się za normalną propagandę, ale potem to się jakby potwierdzało przez wiadomości napływające od przyjezdnych. Nie wiedziałem, czy ci świadkowie są wiarygodni, no, bo różne fantastyczne rzeczy opowiadano podczas wojny. On tam nie był, coś słyszał, a myśmy wiedzieli z bezpośredniego doświadczenia, bo mieliśmy to około siebie, że specjalistami od mordów masowych są Niemcy. Więc miałem do Katynia niejasny stosunek, co nie znaczy, żeby mi nie powstało w głowie podejrzenie. Bo jednak trochę to było dziwne, żeby Niemcy tam odkrywali zwłoki swoich własnych ofiar. Ale kiedy potem w majestacie sprawiedliwości norymberskiej znalazła się i ta sprawa... Ona była tam podniesiona.

        TRZNADEL:Zabrakło jednak wiarygodnych świadków mogących zeznawać na korzyść Rosjan...

        BOCHEŃSKI: – Zabrakło... Ale ja przedtem myślałem, no, oczywiście jeszcze jedna zbrodnia hitlerowska. Prawda stała się jasna dopiero wtedy, gdy okazało się, że były inne podobne zbrodnie komunistyczne, więc nie ma powodu myśleć, że tej zbrodni nie popełniło NKWD. Tu w Warszawie mordowano, wprawdzie nie na taką skalę. Dowiedzieliśmy się czegoś o historii Związku Radzieckiego, na przykład o kolektywizacji na Ukrainie.

        TRZNADEL:Najbardziej dotarło to do mnie poprzez wstrząsający opis Grossmana.

        BOCHEŃSKI: – Więc to wszystko zaczęło docierać gdzieś w latach pięćdziesiątych, wraz z naszymi ówczesnymi lekturami. Bo przedtem byliśmy dość szczelnie odcięci od wszelkich informacji. Ja wiedziałem, że rewolucja była krwawa, że wojna domowa była krwawa, że odbyły się tam dzikie akty anarchii i ludobójstwa - jakby przez pryzmat Przedwiośnia. Ale to była rewolucja, straszna rewolucja, która się jednak musiała potem skończyć.

        TRZNADEL:Wychowano nas w kulcie dla Wielkiej Rewolucji Francuskiej...

        BOCHEŃSKI: – Tak, naturalnie.

        TRZNADEL:I trzeba było dystansu, żeby zacząć myśleć krytycznie. Pewien krytycyzm myśli Stanisławy Przybyszewskiej przeszedł w dwudziestoleciu bez echa. Ten kult rewolucji też stanowił wcześniej swoisty filtr w stosunku do wiadomości ze Wschodu. Wspomniał pan o prasie okupacyjnej niemieckiej dla Polaków. Prawdopodobnie czytaliśmy te same gazety, bo ja mieszkałem w Krakowie, pan w Zakopanem. Więc „Goniec Krakowski11. Ja też pamiętam te numery o Katyniu. Uważaliśmy to jednak za zbrodnię sowiecką. Mój ojciec znalazł się po wybuchu wojny we Lwowie pod okupacją sowiecką i wiele widział. Był na krótko zatrzymany, jakimś cudem zwolniony... Wrócił. I wie pan co, ja pożyczyłem sobie ostatnio kilka roczników tego okupacyjnego „Gońca11. To dotąd nie przeszło przez badania historyków. Otóż mogę powiedzieć, że na pewno większość podanych tam wiadomości o Katyniu odpowiada prawdzie, oprócz zawyżonej od razu przez Niemców ilości zwłok. Co więcej, odpowiadają prawdzie komunikaty o represjach sowieckich wobec partyzantki AK na terenach zajmowanych w 1944 roku. Ale nie to najbardziej mnie zdumiało. Okazało się, że nie odcinano od wszelkich informacji ze świata, tylko je deformowano, znalazłem też w „Gońcu" na przykład przedruk artykułu Zygmunta Nowakowskiego z „ Wiadomości" londyńskich, wojennych!

        BOCHEŃSKI: – Zdaje mi się, że ta prasa zmieniła się pod koniec, zaczęła dbać o miększą miarygodność.

        TRZNADEL:I nastawiona była przede wszystkim antysowiecko, licząc na efekt tej propagandy. Ważna jest jednak jeszcze inna sprawa: frazeologia i duch propagandy goebbelsowskiej, który musiał jakoś przenikać i do tej marnej gazetki, ułatwił moim zdaniem - przez przyzwyczajenie do zakłamania - akceptację, przynajmniej przez niektórych, czerwonej komunistycznej prasy drukowanej po tak zwanym wyzwoleniu. W „Gońcu" filtr wiadomości o Powstaniu Warszawskim był chyba identyczny jak w prasie sowieckiej - do połowy sierpnia 1944 ani słowa o Powstaniu! Natomiast coś tam się bełkotało o tym, co dzieje się na frontach i w śmiecie, w rządzie angielskim i emigracji polskiej, skąd my to potem znamy? Więc myślę, że to iunctim istnieje. Ale nie należy wpadać w automatyzm analogii.

        BOCHEŃSKI: – A mie pan, po mszystkim, cośmy sobie pomiedzieli, czuję, że jednak czegoś mażnego brakuje. Jedno pytanie ciśnie się na usta, pan go nie zadał. Pytanie o strach. Może uległem duchomo totalitaryzmomi m tamtych latach dlatego po prostu, że się go bałem? Czyż mszyscy się nie bali? Wcale nie miem. Strach trzeba odróżnić od zahipnotyzomania. Byłem zahipnotyzomany. Hipnotyzer miał mzrok bazyliszka, to pramda, ale nie czułem się przez komunizm sterroryzomany. Wie pan, kiedy ogarniało mnie przerażenie? Bo to młaśnie trzeba tu jeszcze pomiedzieć. W chmilach, gdy uśmiadamiałem sobie nagle pramdzimy stan rzeczy! Były takie lucida intervalla m obłędzie, błyski trzeźmości, m których młaśnie z przerażającą jasnością ukazymała się -rzeczymistość. Przypuszczam, że mszyscy to przeżymali. Nie miedzieli, ale i miedzieli. Tym się te stany zaślepieńcze odznaczają, że człomiek mierna rómnież na krótko drugą śmiadomość. No dobrze, można by mnie zapytać, a cóż robiłeś, gdy taki moment na ciebie przychodził i m tym krótkim przebłysku midziałeś mszystko: i pomordomanych oficerom m Katyniu, i mymuszone torturami, dzimne zeznania mięźnióm politycznych, które przecież mogłeś przeczytać m gazecie, i głodnych łachmaniarzy m Kazachstanie, etc. etc.? Kiedy to mszystko raptem, m całej nagiej pramdzie stamało przed tobą, cóż mtedy robiłeś? A nic! Wygłaszałem monolog przed najbliższą osobą, jaką akurat miałem przy sobie, a ona to brała nie za błysk przytomności, lecz nagłe zamroczenie. Nikt się nigdy ze mną w takim momencie nie zgodził. Ja majaczyłem. A potem mszystko wracało do normy, myślałem znowu jak przedtem. Przyjechał kiedyś Brecht do Warszawy. Toczyła się rozmowa z nim w kilka osób, a ja twierdziłem, że czuję się wolny. Uświadomiona konieczność i tak dalej. Na co Brecht zauważył nie bez ironii, że jeśli ktoś ma szczęście pragnąć właśnie tego, co konieczne i tylko to, co konieczne myśleć, może istotnie czuć się wolny. W dwadzieścia lat później rozmawiałem w Rzymie z Ignazio Silone. On zaczął o Brechcie. Mieli wspólną przyjaciółkę, aresztowaną w Związku Radzieckim, która dla Brechta jakby przestała istnieć po tym aresztowaniu. Nie zrobił dla niej nic, palcem nie ruszył w jej obronie, ust nie otworzył, dlaczego? Silone rzucił mu to pytanie prosto w twarz, a Brecht, jak mówi Silone, ten marny tchórz, wykręcał się w niegodny sposób. Silone wciąż do tego wracał, to chyba był temat poruszony celowo w rozmowie ze mną, żeby sprawdzić kim jestem, ja, nieznany literat z Warszawy. Silone był rozczarowanym komunistą, który strawił życie na walce z totalitaryzmami, z faszyzmem włoskim, ale przeszedł przez fazę wiary i uległości komunizmowi, jeździł z Togliattim na posiedzenia Kominternu do Moskwy, co zresztą potem opisał. Tak sobie myślę, o czym te nasze rozmowy świadczą. Jak świadczą o sytuacji umysłowej i moralnej sfer kulturalnych Europy? Trzej pisarze, różnego wprawdzie znaczenia i wieku, z trzech krajów europejskich, coś takiego sobie mówią na przestrzeni dwudziestu lat. Czy Brecht się bał? Czego? No a co z tym brakiem szczęścia u niego do uświadomionej konieczności? Czy był niewolnikiem? A kto jego panem? Ja chyba wtedy, gdy zapewniałem Brechta, że jestem wolny, naprawdę niczego się nie bałem. Z głupoty, oczywiście, bo niewątpliwie było się czego bać.

        Ja się boję dopiero dzisiaj! Bo już wiem, z czym sprawa. I tylko dlatego, że się boję, nie ulegam. Bo niczego się nie boję tak bardzo, jak tego, co by się mogło ze mną stać, gdybym uległ! Wtedy, za czasów stalinowskich, ulegałem, jakkolwiek paradoksalnie może to brzmieć, nie ze strachu, tylko z innego tajemniczego powodu, który działał na wielu i którego nigdy pewnie dobrze nie objaśnimy. I tu się to też nie udało. Powiedziałem panu, że początek u mnie, ten jakiś podświadomy impuls, ten wyzwalacz pochodzi być może z czegoś odziedziczonego jeszcze po mentalności modernistów, u nas Młodej Polski. Czyli ten początek bierze się z intuicyjnego, opartego wprawdzie na nieporozumieniu, kultu sztuki, literatury i związanych z nią wartości duchowych. Rzecz ciekawa, że moja opozycja wobec komunizmu ma podobne źródło. Ponad trzydzieści lat temu zaczęła się od walki z cenzurą i obrony wolności słoma. A m gruncie rzeczy i potem mokół tego motymu zamsze się obracała.

        TRZNADEL:Ba, nie dać się zwieść, nawet gdy mediację stanowią piękne marzenia! Myślę, że Tomasz Mann pisząc swoją nowelę Mario i czarodziej dużo już o tym wiedział.