WOKÓŁ ZAMACHU SMOLEŃSKIEGO
30.07.2011
JACEK TRZNADEL
WOKÓŁ ZAMACHU SMOLEŃSKIEGO

Wydawnictwo ANTYK Marcin Dybowski
Projekt okładki: Marcin Dybowski
ISBN 978-83-87809-26-8
Wydawnictwo ANTYK – Marcin Dybowski
ul. Klonowa 10a
05-806 Komorów
tel/fax +48 22 7580359
antyk2@tlen.pl
antyk@wolfnet.pl
www.ksiegarnia.antyk.org.pl
www.antyk.org.pl

Dwudziestopięciolecie Wydawnictwa ANTYK
1985-2010

     Wydawnictwo ANTYK powstało w 1985 roku w podziemiu, działając początkowo jako oficyna L.-D. P. „Niepodległość”, później już samodzielne, jako wydawnictwo i Grupa Polityczna ANTYK. Byliśmy pierwszym w podziemiu antykomunistycznym wydawnictwem oraz środowiskiem politycznym programowo konserwatywnym i niepodległościowym. Swoją nazwą świadomie nawiązaliśmy do działającej w czasie II Wojny Światowej AKCJI ANTYK. Głównym celem Akcji Antyk była kontrpropaganda, ukazywanie społeczeństwu fałszu propagandy komunistycznej, rzeczywistego oblicza ustroju sowieckiego i prawdziwych zamiarów ZSRR wobec Polski – pozbawienia nas niepodległości.
W czasach niewoli komunistycznej i okupacji sowieckiej za udział w Akcji ANTYK wszyscy, którym postawiono taki zarzut, dostawali wyrok śmierci.
     Byliśmy i jesteśmy nadal nieprzejednanymi antykomunistami i niepodległościowcami, nazwą naszego wydawnictwa tę postawę wyrażamy i czcimy pamięć tamtych ludzi Polskiego Państwa Podziemnego, twórców ANTYK-u, także tych do dziś nieznanych.
     Od początku i jako jedni z niewielu byliśmy w słowie i czynie przeciwnikami „okrągłego stołu”.
     Wydajemy pozycje stojące na straży tradycji katolickiej, dorobku cywilizacji łacińskiej, bronimy prawdy historycznej i upowszechniamy konserwatywną myśli polityczną. Przywracamy zbiorowej świadomości dzieła między innymi prof. Feliksa Konecznego, o. Innocentego Józefa Marii Bocheńskiego O. P., o. Jacka Woronieckiego O. P., upowszechniamy dorobek prof. Jacka Trznadla oraz wielu tych, którzy nie ulegli nowemu zniewoleniu umysłu.


Spis treści:

LIST OTWARTY Do Prezesa Rady Ministrów RP Donalda Tuska...7
POTRZASKANE CZARNE KWIATY...9
LIST Z POLSKI z Jackiem Trznadlem rozmawia Mariusz Pilis...20
KŁAMSTWO JEST PRAWDĄ Wiesława Lewandowska rozmawia z Jackiem Trznadlem o kłamstwach, poprawności myślenia i „korzyściach” z katastrofy pod smoleńskiem...30
MYŚLEĆ JAK KAŻĄ? Wiesława Lewandowska rozmawia z Jackiem Trznadlem o politycznej pogardzie i wulgarności, o autorytetach i „truciźnie, którą zdurzony naród oszalał”...39
SZWADRONY ŚMIERCI Zabójstwo Eugeniusza Wróbla może mieć związek z katastrofą smoleńską... 51
SPĘTANY ORZEŁ BIAŁY z prof. Jackiem Trznadlem, przewodniczącym Rady Polskiej Fundacji Katyńskiej, rozmawia Paulina Jarosińska...61
MAK czyli SEKWENCJA ŻAŁOSNYCH KŁAMSTW Raport dla Genseka... 66
TUSK WIE I UKRYWA – z profesorem Jackiem Trznadlem, pisarzem, poetą, eseistą, badaczem katyńskiego ludobójstwa, rozmawia Waldemar Żyszkiewicz... 70
POLSKA POZOSTANIE...78
VIRTUTI MILITARI... 85
WŁADYSŁAW i LECH...92
Projekt listu DO SEJMU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ DO SENATU RZECZYSPOSPOLITEJ POLSKIEJ...96
STRATOSFERYCZNI...104

 

LIST OTWARTY
Do Prezesa Rady Ministrów RP
Donalda Tuska

     Ze względu na wyjątkową wagę dla Polski katastrofy samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem, w dniu 10 kwietnia 2010 roku, w której zginął Prezydent Rzeczypospolitej, Lech Kaczyński, i osoby kierujące najważniejszymi Instytucjami Państwa Polskiego, i ponieważ miało to miejsce nie w Polsce, lecz na terenie innego państwa
     – zwracam się do Pana, Panie Premierze, o powołanie niezależnej, Międzynarodowej Komisji Technicznej dla zbadania przyczyn katastrofy. Wnioski takiej Komisji, z udziałem najlepszych światowych ekspertów, miałyby podstawowe znaczenie dla opinii publicznej i dla historii.

prof. dr hab. Jacek Trznadel
Przewodniczący Rady
Polskiej Fundacji Katyńskiej

Warszawa , 19 kwietnia 2010

(opublikowane w Internecie na stronie www.jacektrznadel.pl)

     W czwartek 27 maja 2010 o godz. 14 złożyłem w Biurze Podawczym Premiera RP dotychczas zebrane podpisy pod apelem o powołanie międzynarodowej komisji, badającej przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem. Było ich 40.000 (czterdzieści tysięcy). Razem z jednocześnie złożonymi podpisami, które zebrał Ruch 10 Kwietnia – ich liczba przekroczyła 51 tysięcy.
     Akcja zbierania podpisów trwa. Dziękuję wszystkim, którzy złożyli swoje podpisy, poparli te działania i którzy biorą udział w naszych akcjach. Wszystko to nie byłoby możliwe bez Waszego szerokiego zaangażowania. Dotyczy to zwłaszcza Ruchu 10 Kwietnia.
     Dotychczasowe działania polskiej i rosyjskiej komisji potwierdzają konieczność powołanie bezstronnej Międzynarodowej Komisji w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem. Po liście skierowanym do mnie przez Ministra Tomasza Arabskiego, w imieniu Premiera Donalda Tuska – mającym stanowić odpowiedź na apel około 55 tysięcy osób – akcja zbierania podpisów została na razie zakończona. Dziękuję sygnatariuszom.
     List Ministra Arabskiego do mnie znajduje się na mojej stronie internetowej. Z listu dowiedziałem się, że Premier Donald Tusk zdecydował, aby nie podejmować żadnych kroków związanych z apelem o powołanie międzynarodowej komisji technicznej do zbadania przyczyn katastrofy samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem, w obecności katyńskich mogił. Jak czytamy w liście, Premier Donald Tusk uważa dotychczasowe swoje decyzje w sprawie śledztwa, techniczne i prawne – za optymalne i wystarczające.

POTRZASKANE CZARNE KWIATY

Są wszelako w księdze żywota i wiedzy
Ustępy takie, dla których formuł stylu nie ma...
Cyprian Norwid Czarne kwiaty

     Prawdą jest niewątpliwą, że takie rzeczy się nie zdarzają... Czy nie należało jednak sądzić, że zdarzyć się mogą i nie umieszczać w jednym samolocie (a jak się okazało złowróżbnej kapsule śmierci) tyle osób bliskich nam i ważnych dla Rzeczypospolitej? Co więc myślę niezmiennie od porannych godzin 10 kwietnia, kiedy dotarła straszna wiadomość spod Smoleńska?
     Że przede wszystkim natychmiast prawie powinniśmy byli usłyszeć wystąpienie specjalne premiera rządu skierowane do narodu. To on powinien oznajmić o katastrofie i ją potwierdzić. Ale także ogłosić powołanie specjalnej polskiej komisji, do zbadania okoliczności i przyczyn tej katastrofy. Usłyszeć powinniśmy także, że wystąpił już do rządu rosyjskiego z nie dającym się ominąć żądaniem, że to polska komisja będzie nadrzędna w tej sprawie. Dopuszcza to prawo międzynarodowe. Mówiąc ogólnie: premier Tusk i marszałek Komorowski dopuścili do sytuacji, w której śledztwo może nie odszukać dowodów winy, a nawet mogą one być unicestwione raz na zawsze. W żadnym z krajów cywilizowanych, wzorujących się na rzymskim prawie i sądownictwie, śledztwo nie mogłoby być powierzone, powiedzmy - komuś z rodziny podejrzanego o sprawstwo.
     Kiedy giną najlepsi ludzie Rzeczypospolitej, wraz z ich prezydentem, wszystkie wysiłki rządu suwerennego państwa powinny być skierowane na wyjaśnienie przyczyn tej tragedii, mówiąc technicznie, tej katastrofy. Czy jest ona tragicznym zbiegiem posępnych okoliczności, czy też stoją za nią nieznane ręce nieznanych osób które wpłynęły na tę katastrofę przez rażące zaniedbania lotniczych reguł, lub wręcz wywołały okoliczności, które katastrofę spowodowały. W tym ostatnim wypadku mówimy: ZAMACH.
     Premier i rząd, w niepisanym edykcie dla ludu, ale przede wszystkim dla służących im dziennikarzy, wrzucili to słowo do pancernego sejfu z napisem „tabu”. Jednak ogół społeczeństwa nie dostosował się do tego nakazu. Słyszę to słowo, oznaczające jedną z możliwości, w codziennych rozmowach. Padało także niejeden raz w filmie Stankiewiczowej i Pospieszalskiego. Stawiam sobie pytania formalne, które w każdym śledczym dochodzeniu są stawiane: 1) kto mógłby mieć motyw, żeby pomóc tej katastrofie. Seneka powiedział: is fecit cui prodest. Czyli należy sprawdzić, komu mogłoby to wyjść na korzyść. Oczywiście: przeciwnikom elity, która zginęła. Odpowiedź nie decydująca jeszcze ostatecznie o sprawcy. A więc państwo rosyjskie, słynne ze skrytobójstw i egzekucji, przewyższających ilościowo znane nam zbrodnie hitlerowskie. I jeszcze: obecny rząd wraz z premierem i jego partią, Platformą Obywatelską. Siła ich przeciwnika została przecież bardzo zmniejszona; 2) kto był obecny w chwili zbrodni na samym jej miejscu, w obsłudze lotniska? Sami Rosjanie. Następne pytanie kontrolne brzmi: 3) jak mogli to zrobić? A jeśli zrobili, to czy mogli to ukryć?
     Samolot TU 154M do końca był sprawny, jak twierdzą rosyjscy specjaliści, i wyprowadzają z tego twierdzenie o winie pilota. Jednak lądowanie na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem było dziecinnie łatwym, szkolnym zadaniem. Trzy dni wcześniej lądował na nim sam premier Putin i Tusk. Na czym mógłby polegać błąd pilota, powodujący: odchylenie w poziomie o 50-60 metrów i w pionie o około 50 metrów. Takich rzeczy nie może zrobić doświadczony pilot wojskowy, znający ten samolot i to lotnisko i lecący w pełnym świetle dnia. Pozostaje tylko efekt fatamorgany, ale to jest science-fiction. Natomiast nie należy do niej sztuczne wytworzenie mgły na krótki czas przed lądowaniem (praktykowane w na poligonach wojskowych i w Hollywood). Ale jeszcze należy rozważyć mogące działać równocześnie błędne wskazania przyrządów pomiarowych na pokładzie. Mogły one zostać zepsute przy pomocy wiązki broni laserowej typu NIKE, którą od kilku lat chwalą się Rosjanie. Lub w prostszy sposób: przez podanie pilotowi np. błędnych namiarów ciśnienia z wieży kontrolnej. Pilot mógł być nieprzytomny z powodu rozpylenia sztucznej substancji umieszczonej w samolocie, na sygnał radiowy z zewnątrz. A w podobny sposób zresztą można było uszkodzić lotki nośne w samolocie, tak aby wymknęły się spod kontroli w kabinie pilota.
     W tej sytuacji należy w pierwszej kolejności przesłuchać świadków. Nie przeżył ani jeden (?) świadek z rozbitego samolotu, piloci jednak mogli nagrać swoje spostrzeżenia na taśmie czarnej skrzynki. Ale czarnymi skrzynkami zawładnęli technicy rosyjscy i przez przeszło dwa tygodnie, odkąd są w ich posiadaniu, nie udostępnili dosłownie niczego z zapisu, także z treści wypowiedzi polskich pilotów. Co więcej, słyszymy, że Rosjanie nie oddadzą nam czarnych skrzynek, a jedynie zapisy z ich treści. A przecież każda z części samolotu stanowi własność państwa polskiego! A tymczasem zapisy czarnych skrzynek, w sposób nie przekraczający możliwości techniki, mogą zostać zmanipulowane. Z drugiej strony, nie słyszymy także, że przesłuchano nagrania z wieży kontrolnej, a ich dokumentacja powinna być regułą. Ale także nie udostępniono nam pierwszych przesłuchań pracowników wieży kontrolnej, a uzyskane w fazie początkowej wypowiedzi kontrolera (ów) zostały potem zmienione w następnym przesłuchaniu. Powiedział także jeden z polskich prokuratorów, że nie zostaną uwzględnione i podane do wiadomości „treści intymne” tych nagrań. Więc - z góry zapowiedziana cenzura. Jakież to bowiem treści intymne mogły się pojawić w ostatnich sekundach lotu? Okrzyki niekontrolowane nie są treściami intymnymi. Piloci mogli jednak chcieć przekazać, że wiedzą o zewnętrznej agresji na samolot. Mogli nie zdążyć tego udowodnić, dowody niszczyła katastrofa. Może to były owe „treści intymne”, niedopuszczalne z punktu widzenia sprawcy?
     Rząd polski i premier Tusk zgodzili się gładko, że tak ważna sprawa jak autopsja zwłok ofiar, była dokonywana nie w Polsce lecz w Moskwie. A przecież i zwłoki ofiar, i szczątki samolotu mogły się natychmiast znaleźć na obszarze państwa polskiego. Nie ogłoszono przy żadnej sekcji zwłok, że ktoś mógł przeżyć uderzenie o ziemię samolotu. Narażono rodziny ofiar na bolesną i męczącą podróż do Moskwy w celu identyfikacji ofiar. Mogło to jednak pozwolić na przygotowanie ochotników, okazujących czułość Polakom, by móc następnie głosić o aktach jednania się przedstawicieli obu narodów. Może autopsja polskich lekarzy sądowych pozwoliłaby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zwłoki bywały tak zmasakrowane, że często nie do identyfikacji bez mikroskopowego badania DNA, jak kopalnych szczątków sprzed setek tysięcy lat? Czy mógł to spowodować upadek z wysokości około 15 m (na tej wysokości przestały działać wszystkie urządzenia samolotu) i przy szybkości niewiele ponad 200 km/h. Relacje z różnych katastrof samolotów spadających z podobnej wysokości mówią o sporej nieraz liczbie ocalonych. Zwłaszcza, że są tutaj doniesienia komisyjne, że nie było wybuchu ani pożaru, który objąłby kabinę pasażerską. A co spowodowało, że samolot rozpadł się dosłownie na drobne kawałki? Zresztą wiemy z ubiegłych lat, że w państwie sowiecko rosyjskim nigdy nie przyznawano się do sprawstwa i winy w obliczu wielkich katastrof (zestrzelenie pasażerskiego samolotu koreańskiego i setki ofiar; wystawianie wojska na promieniowanie jądrowe podczas prób atomowych, niewiadoma przyczyna katastrofy okrętu podwodnego Kursk, ze zbrodniczym zaniedbaniem ratowania ofiar zatopienia).
     A biorąc pod uwagę „katyński” wymiar tej katastrofy - do jej momentu, i do dziś zresztą, nie ogłoszono odtajnienia wszystkich dokumentów katyńskiego ludobójstwa, przypisanego przez ZSSR Niemcom na Procesie Norymberskim, a dzisiaj tylko jednej osobie - Stalinowi. Pamiętamy, że Rosja wciąż jest krajem, gdzie bezkarnie mogą się ukazywać książki wciąż udowadniające niemiecką winę za Katyń (np. Muchin), reklamowane afiszami w metrze. W cywilizowanej Europie autorzy byliby pośmiewiskiem powszechnym. Dlaczego przypuszczenie o możliwym teraz zamachu agentów rosyjskich miałoby być u nas „tabu”, w odniesieniu do kraju, gdzie nie wprowadzono dekomunizacji, podobnej do denazyfikacji w Niemczech? Gdzie nie było ani jednego publicznego procesu zbrodniarzy odpowiedzialnych za dziesiątki milionów eksterminacji (nie mieli takiego procesu nawet Beria i Kabułow, wybrani przez akolitów Stalina za kozły ofiarne). A wizerunek Stalina, zbrodniarza wszechczasów, może być wystawiany publicznie bez sankcji prokuratora.
     Z tych wszystkich powodów, o których tu piszę, powstała moja myśl apelu do Premiera, a więc i do społeczeństwa i listu otwartego w sprawie powołania międzynarodowej komisji ekspertów lotnictwa dla zbadania tego wypadku. Gdy to piszę, 27 kwietnia 2010, lista osób, które podpisały ten apel przekroczyła już 20 tysięcy. Do podpisów dołączane są adnotacje. Przytoczę tylko jedną, polonijnego klubu w USA, który wystosował list nie do władz polskich, lecz rządu USA, aby rozważył możliwość, że: „zasadniczo Prokuratura Rosyjska i nie podejmująca właściwych kroków Prokuratura Polska - eliminować będą dwie najtrudniejsze i prawdopodobne hipotezy, po pierwsze o możliwej celowej akcji władz Rosji, po drugie o celowej akcji władz Platformy Obywatelskiej, zwalczającej ośrodek prezydencki, która w znacznym stopniu może deformować poczynania Prokuratury Polskiej” (22 kwietnia 2010).
     Naturalne jest, że zaraz po wiadomości o katastrofie myśli moje pobiegły ku pierwszym odwiedzinom Katynia i katyńskiego lasu w 1990 roku. Nie było jeszcze katyńskiego cmentarza. W Gniezdowie, stacji wyładunkowej polskich oficerów, nic nie zmieniło się od 1940 roku. W chatach mieszkało wielu ludzi, pełnych jeszcze strachu, że pamiętają mroczne historie związane z rozstrzeliwaniami w katyńskim lesie. W takiej chacie mieszkał stary Michaił Kriwoziercew, jeden z sygnatariuszy kłamliwego sprawozdania z Katynia akademika Burdenki, zaprzeczającego niemieckim (ale i rosyjskim, i polskim odkryciom prawdy). Nie chciał z nami rozmawiać, dopiero gdy córka powiedziała: „No, starik, przecież już cię nie wywiozą na Biełomor Kanał!” przyszedł, w czapce na głowie. Opowiadał, jak dano mu do podpisania komunikat Burdenki, bez udostępnienia jego treści.
     Chciałem wtedy jakoś przedostać się w miejsce słynnej daczy NKWD w lesie nad Dnieprem, związanej z rozstrzeliwaniem oficerów polskich. Ale wszędzie były zapory z kolczastego drutu, a dacza, jak wiadomo, została zrównana z ziemią, jak tylko Armia Czerwona znów zajęła Smoleńsk. Pamiętam z tego roku bliskich nam Rosjan i tych bliskich rosyjskich słuchaczy, gdy wygłaszałem kilka dni potem w Moskwie referat o Katyniu. Nie wiedziałem wtedy, nie mogłem przewidzieć, jak silnie zwiąże mnie po latach polski los dodatkowo z tym miejscem.
     Znałem przecież osobiście niektóre z osób, które zginęły w katastrofie. Z Bożeną Łojek organizowałem historyczne poszukiwania katyńskie od lat dwudziestu, kiedy w wyniku inicjatywy kilku osób została zarejestrowana Polska Fundacja Katyńska (nie żyje już kilku członków „założycieli”), statut napisał Jan Olszewski. Tak się złożyło, że w ostatnim czasie jestem przewodniczącym Rady tej Fundacji, Bożena Łojek była prezesem jej Zarządu. Potrafiliśmy, w ciągu dwudziestu lat, przede wszystkim za zasługą nieustającej w działaniu Bożeny, zorganizować wiele sesji historycznych o problematyce katyńskiej, czego plonem stały się kolejne, grube „Zeszyty Katyńskie” (dwadzieścia pięć numerów i Bibliografia Katyńska¸ 900 stron, wszystko pod troskliwą redakcją Marka Tarczyńskiego). Widziałem Bożenę w sądach warszawskich ledwie na tydzień przed katastrofą. Promieniowała swoją zaraźliwą energią, a chodziło o proces wytoczony Polskiej Fundacji Katyńskiej przez Ninę Karsov-Szechter, za to, że opracowałem i wydałem w 1996 roku tom, zbierający wszystko, co Józef Mackiewicz, świadek ekshumacji z 1943 roku, napisał o Katyniu. Bo to Nina Karsov, a nie córka pisarza, ma prawa autorskie do Mackiewicza. Jednak książki o Katyniu nie wydawała przez dwadzieścia pięć lat. Ja zaś uważałem to opracowanie za wymóg polskiej racji stanu.
     Z Januszem Kurtyką, szefem IPN, rozmawiałem, tak zdawałoby się niedawno, na mackiewiczowskiej sesji naukowej w Szwajcarii, w Rapperswilu, a kilka miesięcy temu wymieniłem z nim opinie, na temat konieczności wydania przez IPN, po polsku, dwu podstawowych dokumentów katyńskich ubiegłej epoki: niemieckiego Amtliches Material ... o Katyniu ( Urzędowy materiał o zbrodni w Katyniu z 1943 roku); oraz akt badań i przesłuchań dokonanych przez Komisję Kongresu Amerykańskiego, w sprawie Katynia z roku 1952 ( Haerings ... - także nie ma tłumaczenia polskiego), siedem tomów, 2362 strony. Myślę, że z pomocą prezesa Kurtyki to by się wreszcie ukazało.
     Nigdy nie zapomnę podróży samochodowej do Charkowa, w 1992 roku, gdzie miałem być świadkiem ekshumacji oficerów ze Starobielska, rozstrzelanych w Charkowie, a rzuconych w doły śmierci tuż obok, w Piatichatkach. Jechał tam obok nas także Stefan Melak, muzealnik z Zamku Królewskiego, ale przede wszystkim inicjator i realizator stworzenia pierwszego symbolicznego grobu katyńskiego na cmentarzu wojskowym warszawskich Powązek. Płyta, z datą 1940, położona w przeddzień rocznicy Powstania, 31 lipca 1981 roku, została haniebnie usunięta najbliższej nocy przez ubeckie łapy. Teraz i on dołączył do ofiar.
     Zawsze też ze wzruszeniem wspominam Annę Walentynowicz, która kilka lat temu - pomimo choroby i wieku - weszła na moje czwarte piętro bez windy, by rozmawiać o najżywotniejszych sprawach Polski, tylko to bowiem było treścią jej życia. Gdyby starczyło czasu wymienilibyśmy wspólne wspomnienia historyczne z zamierzchłych czasów początku lat pięćdziesiątych, kiedy jeszcze ulegałem złudzeniom, że coś w Polsce sprawiedliwego może się ułożyć. Nie doszło do tych wspomnień, i nie dojdzie już nigdy.
     I nie zapomnę też, jak kilkanaście lat temu, szukając miejsca na jakąś szybką rozmowę w cztery oczy w społecznej sprawie, Lech Kaczyński, skorzystał z mojego zaproszenia i odbył ją w moim mieszkaniu, w pokoju, w którym to zapisuję.
     Zapisuję urywki tych wspomnień, jak strzępy Norwidowych Czarnych Kwiatów; po tym, co się stało tak niedawno, nawiedzają one wciąż dręcząco moją pamięć. Nie są to błyski czasu, mówiące o spotkaniach towarzyskich. Gdyż poza tymi wspomnieniami zawsze stał cel tych spotkań - sprawa polska, sprawa pamięci o wspólnej historii nas wszystkich, były one poświęcone jej utrwalaniu.
     Nie czuję się człowiekiem wiekowym, chociaż właściwie już nim jestem. W zeszłym roku podczas wspólnej rozmowy radiowej o literaturze i historii polskiej tuż po wojnie, uświadomiłem sobie nagle że w gronie tych kilku osób, wśród których był także nieodżałowany w mojej pamięci wybitny historyk Paweł Wieczorkiewicz - ja tylko wspominałem ten okres z autopsji. Inni byli na to za młodzi. Jaki to ciężar tak myśleć, ale jest w tym także poczucie pewnego obowiązku. Pokazywać, że Polska, jej historia, jest także wielkim ciągiem pokoleń, które w ten czy inny sposób, pracą lub heroizmem swoich poczynań, oddziałały na nasze poczucie jedności i ciągłości narodowej. Kiedy patrzyłem na Wawelski pogrzeb Prezydenckiej Pary, przypominałem sobie odwiedziny Wawelu i kryptę z trumną Józefa Piłsudskiego w 1938 roku, kiedy to jeszcze przez szybkę u góry trumny można było zobaczyć Jego twarz z charakterystycznymi wąsami. Upływ czasu sprawił, że dziś jest to już niemożliwe. Ale jakiej trzeba było katastrofy lub zbrodni, że nie można byłoby dziś pokazać w trumnie twarzy naszego prezydenta...
     Potem, w czasie strasznej niemieckiej okupacji w Krakowie, przechodziłem wielokrotnie obok Wawelu, w drodze do szkoły mijając rozkraczone warty niemieckie pod bronią. Mogłem jednak myśleć, bo nie znali ci żandarmi Wawelu moich myśli, że warty znikną i Wawel będzie znów dostępny, znów polski. Z tej perspektywy nie mogę zrozumieć, że znany reżyser filmowy polski chciałby uczynić numerus clausus wstępu na Wawel, podległy bliżej nie oznaczonym regułom jego oceny wartości historycznych, a w efekcie uczynić Wawel niedostępnym polskiemu Prezydentowi, który zginął lub został zamordowany (czego nie mogę wykluczyć) za Polskę. Gdyby było dość miejsca, wszyscy mu podobni powinni znaleźć się na Wawelu. Ja krakowianin z rodu tak właśnie myślę.
     Ale to, co się stało pod Smoleńskiem, znów wyznacza nieubłaganą i jakże silną klamrę pamięci w moim życiu. Nieszczęścia, które związane jest z samolotami. Utrwala się to w mojej pamięci, może wbrew logice jednego i drugiego czasu, ale pamięć i przeżycia mają swoje prawa i nie do końca nimi rządzimy. Tak się stało, że w roku 1939, na początku września, moje życie zależne było od samolotów, gdy cywile z pociągu ewakuacyjnego i mały polski oddziałek kawalerii, w rzadkim lasku dostaliśmy się pod bombardowanie i obstrzał broni pokładowej niemieckiego lotnictwa. Stukasy i inne maszyny wśród słyszalnego chichotu (przez megafony) ich załóg zrzucały na nas bomby przez trzy godziny. Gotował się wokół piasek, a na głowę spadały odstrzelane gałązki sosen. Zginął wtedy ktoś bardzo mi drogi.
     Dziś moje nieszczęście znów wiąże się, paradoksalnie, z lotnictwem, z samolotem, który mógł zostać wykorzystany dla przemocy. Tyle, że zmieniły się strony świata. Stało się to nad ziemią byłego agresora ze wschodu.
     Tym razem w górze znajdowali się Polacy. Wrogowie, jeśli byli, co się okaże lub nie, byli na ziemi. Ale ofiary przemocy leżały w podobnym, wątłym, sosnowym lasku. Łączności tych dwu lasków, spiętych historyczną klamrą, ponad czasem i historią, nic już dla mnie nie zatrze.

(„Nasz Dziennik” 2010, nr 101, 30 kwietnia)

LIST Z POLSKI
Z JACKIEM TRZNADLEM ROZMAWIA MARIUSZ PILIS

      MP – Panie profesorze, jest Pan autorem listu do premiera Donalda Tuska, w którym apeluje Pan o powołanie niezależnej międzynarodowej komisji do zbadania katastrofy smoleńskiej. Podpisały się pod nim setki tysięcy osób. Co ciekawe, użył Pan do rozpropagowania listu internetu, czyli narzędzia kojarzonego raczej z ludźmi młodszych pokoleń. Jak Pan ocenia, także biorąc pod uwagę to, co działo się w Internecie, reakcje polskiego społeczeństwa po katastrofie smoleńskiej?
      
JT – W Internecie można znaleźć ogromną ilość informacji, analiz i dyskusji na temat katastrofy. Prasa normalna jest swoiście zakneblowana, a Internet w tej chwili przypomina mi drugi obieg stanu wojennego. Wypowiadają się tam różne osoby, także specjaliści, piloci, którzy latali tymi samolotami. Mają różne opinie. Zresztą, jak zauwazyłem, niektóre wypowiedzi są wyraźnie stronnicze i być może tak zostały ukierunkowane specjalnie. Ale na ogół ta dyskusja, tak jak to bywa w naprawdę niezależnych mediach, daje poczucie pewnej prawdziwości. A ze względu na rozpowszechnienie Internetu, zwłaszcza wśród młodego pokolenia, ma także dosyć szeroki zasięg i może właśnie w tym jest jednak jakaś nadzieja, bo dla mnie nadzieja jest zawsze wtedy, kiedy świadomość społeczna osiąga pewien pułap, od którego nie ma powrotu do stanu zapaści, w którym ta świadomość była przedtem.
      Jak myślę, dzisiaj świadomość społeczna w Polsce, choć odnosi się to do niezbyt szerokiej elity, zwłaszcza sądząc po tym, co jest w Internecie, zdaje bardzo dobrze egzamin. I to nie tylko w wypowiedziach emocjonalnych, ale także w tych, które analizują tak przyczyny i przebieg katastrofy smoleńskiej, jak i wnioski, jakie stąd wypływają dla dalszego istnienia Polski jako bytu politycznego, w takiej Europie, jak obecnie funkcjonująca i między takimi sąsiadami, jakich nasz kraj posiada. I chodzi o sądy szerokie, nie przyporządkowane opcjom partyjnym.
      Napisałem na swojej stronie internetowej, że dziwi mnie zaufanie premiera Tuska do Rosji, jeżeli pamiętać, że do rozpoczęcia nowej wojny w Czeczenii potrzebne było władzom wysadzenie blokow mieszkalnych z własnymi obywatelami, i że śledztwa w sprawie zabójstw Starowojtowej, Politkowskiej czy Litwinienki nigdy nie przyniosły żadnych rezultatów. Znam rosyjską książkę, wydaną zresztą na Zachodzie, bardzo specjalistyczną i obfitującą w dokumenty o tym, że wspinanie się Putina po szczeblach władzy nie było usłane tylko różami, ale także rozmaitymi przestępstwami i morderstwami przeciwników, więc ja osobiście dziwię się, jak premier rządu polskiego, na którego zresztą nie głosowałem, mógł zaufac Putinowi i rządowi rosyjskiemu.
      Rodzi się tu podejrzenie, chyba usprawiedliwione, że były być może jakiegoś typu, nazwijmy to niedociągnięcia, może poważne, które ten rząd ma do ukrycia, a które mają związek z katastrofą smoleńską. A wiadomo, że w sytuacji „zaufania” do rządu rosyjskiego, Rosjanie nie będą skorzy do ich ujawnienia. Po prostu to są rzeczy powiązane i trzeba chyba upływu czasu, i określonych faktów, aby ta sytuacja się zmieniła.
      Dzisiaj, po upływie kilku już miesięcy od katastrofy, nie widzę oznak uspokojenia opinii publicznej. Odwrotnie, mam poczucie, że ta sytuacja raczej się zaognia. Wystarczy spojrzeć właśnie na Internet, ale także zobaczyć, jak wyglądają pewnego typu kroki publicystyczne ze strony prorządowej i to robione przez tych, których nazywano luminarzami elit polskich. Myślę tutaj o Andrzeju Wajdzie, którego film o Katyniu mocno skrytykowałem. Myślę o Władysławie Bartoszewskim, który zachwalał swój udany życiorys. Dzisiaj niewybrednie krytykują opozycję. Nazwałem to naiwną, a może więcej niż naiwną radą starców... To niestety będzie trwało. Nie sądzę, aby ci ludzie robili to dlatego, że są płatnymi publicystami. Myślę raczej, że robią to z pewnego typu przekonania, ale być może bronią też w ten sposób swojej pozycji, która nieprzypadkowo została w taki, a nie inny sposób ugruntowana w czasach PRL-u – myślę tu przede wszystkim o Andrzeju Wajdzie.
      Ale to wszystko, choćby fakt, że dla części społeczeństwa te dawne autorytety runęły, zapowiada dla Polski okres bardzo niespokojny i nie wiem osobiście, jak to się skończy, bo przed nami – jeszcze wprawdzie trochę oddalone – są wybory parlamentarne. W każdym razie nigdy nie wiemy, co się może stać.
      Pamiętam rok 1939, który przeżyłem bardzo tragicznie. Spadł na Polskę niespodziewanie, choć przeczuwano, że to może nastąpić. Podobnie i katastrofa smoleńska, która przecież nie dotknęła całej cywilnej ludności kraju, jak druga wojna, a tylko wybranych jego przedstawicieli, nagle stała się wielkim, historycznym wydarzeniem w historii tego narodu i państwa polskiego. I tego, jak sądzę, już nic nie zmieni. Ale przyszłość reakcji społeczeństwa polskiego jest jak na razie zakryta.
      MP – Czy nie ma Pan wrażenia, że Polacy jednak niechętnie, a może i w ogóle nie przystali na ideę pojednania polsko-rosyjskiego nad grobem prezydenta Lecha Kaczyńskiego? Co idzie w poprzek wszystkim tym intencjom, które próbują gdzieś być kreowane...
      
JT – Przypominam sobie oglądany w telewizji pogrzeb pary prezydenckiej w Krakowie. Trumny z ciałami Lecha i Marii Kaczyńskich jeszcze stały w kościele Mariackim, kiedy wygłosił przemówienie Bronisław Komorowski. Użył on sformułowania, jeśli sobie dobrze przypominam, że jest jednak jakaś korzyść z tego tragicznego momentu. Uznałem to za wysoce niemoralne, bo jak można w momencie pogrzebu szukać z niego korzyści! Jak można w ogóle wypowiadać w takiej sytuacji słowo „korzyść”!? Gdyby jeszcze powiedział, że to każe zrewidować stosunki wewnątrz Polski, to możnaby się nad tym zastanawiać. Ale z kontekstu widać było, że chodzi o swoiście rozumianą opcję prorosyjską, której Polacy mieli już dosyć w swojej historii. A obecna Rosja niestety nie daje gwarancji, podobnie jak w czasach komisji Burdenki w sprawie mordu katyńskiego, że przeszła aż tak głęboką przemianę demokratyczną, aby jej ufać bez zastrzeżeń. Przecież to oczywiste, że nie jest modelowym państwem demokratycznym, że istnieje tam niekontrolowana brutalizacja władzy, korupcja, prymat władzy wykonawczej nad sądowniczą itd. Więc to, co powiedział Komorowski wydało mi się absolutnie czystą, niemoralną propagandą.
      Potem zaczęły podnosić się głosy ze strony Platformy Obywatelskiej, np. jej wiceprzewodniczącego Janusza Palikota, aby wyprowadzić trumny z Wawelu!?... Co przypomniało mi, jak w czasie rewolucji francuskiej wyrzucano trumny z kościołów, a kości zmarłych walały się po bruku. A w czasach dużo nam bliższych, podobnie działo się w czerwonej Hiszpanii. I zadaję sobie pytanie, czy to także nie dlatego, że na Powązkach w Alei Zasłużonych nadal znajduje się mauzoleum Bolesława Bieruta, o którym wiadomo, że był agentem Moskwy i ma na sumieniu m.in. wiele morderstw sądowych, gdy podpisywał odmowy aktów łaski, skazanym w sfałszowanych procesach, bohaterom Polskiego Państwa Podziemnego.
      Wszystko to bulwersuje społeczeństwo. A patrzenie na tę Rosję, która, jak się nam wydawało jeszcze w latach 90-tych, dokonywała jakiegoś zwrotu demokratycznego, nie usposabia Polaków optymistycznie. Może poza tymi, którzy w ogóle nie myślą albo czerpią określone zyski z tego stanu rzeczy.
      MP – Od wielu lat, wraz z kolegą, operatorem Andrzejem Jaśkowskim, przyglądaliśmy się z bliska wojnie w Czeczenii, wszystkim jej aspektom. Poznaliśmy tam także wszystkich nieuznawanych prezydentów tego nielegalnego kraju. 10 kwietnia doznałem irracjonalnego poczucia strachu, że to co znam z daleka, stamtąd, przyszło do nas. Jaka była Pana osobista reakcja kiedy dowiedział się Pan o tym, co się stało w Smoleńsku?
      
JT – Wydało mi się, że historia, która zwykle leniwie kroczy, doznała jakiegoś wstrząsu, niezwykłego przyspieszenia. Po otrzymaniu wiadomości o katastrofie przypomniałem sobie bardzo szybko kilka innych momentów z mojego życia.
      Byłem chłopcem, kiedy pewnego dnia o 5 rano w naszym mieszkaniu zaczął dzwonić telefon. To było 1 września. Po chwili do telefonu podszedł mój ojciec, starosta powiatu zawierciańskiego, odebrał go i powiedział nam: – „Jest wojna. Niemcy napadli na Polskę.”
      Następnie, też przypominam to sobie dokładnie, był wczesny niedzielny ranek, akurat byłem wtedy profesorem Sorbony w Paryżu. Dostałem telefon – z Paryża, bo telefony w Polsce były już odcięte, że wprowadzono tam stan wojenny.
      Tutaj też miałem wrażenie, że nastąpiła jakaś niepokojąca erupcja historii, że wydarzyło się coś naprawdę ważnego i tragicznego.
      A to, co nastąpiło po 10 kwietnia, całe to dziwne, podejrzane śledztwo – nazywam je dziwnym przez analogię do francuskiej „dziwnej wojny”, „drôle de guerre” – jeszcze bardziej podkreśla wagę tej katastrofy. Sądzę, że te analogie, które podaję, świadczą jasno o wadze emocjonalnej tego wydarzenia dla mnie.
      Potem, mimo że mój zawód pisarza nie predestynuje mnie do akcji politycznych ani nie jestem politykiem, postanowiłem jednak wykonać pewien gest obywatelski i ogłosiłem apel do premiera Tuska. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że nie miałem wielkich nadziei, że nastąpią za tym jakieś decyzje ze strony rządowej. Ale pomyślałem, że jeśli nie nastąpią, to przynajmniej do wiadomości publicznej przedostanie się fakt, że śledztwo jest niewystarczające, że jest bardzo dużo podejrzeń i to zasadniczych wokół niego, podkreślających niezwykłą wagę tej katastrofy, ale i ukryte w niej elementy. I tylko śledztwo międzynarodowe ośmieli się odpowiedzieć na nasze podejrzenia.
      Bo przecież nie każdy wypadek pociąga za sobą potrzebę powoływania komisji międzynarodowej. Natomiast waga śmierci osób, które zginęły w Smoleńsku, przede wszystkim Prezydenta Rzeczpospolitej, waga wątpliwości i różnych przesłanek, przypomina bardzo istotne sprawy z historii Polski.
      Jak mówi nam już kilkumiesięczne doświadczenie, złożenie do grobu ofiar, co powinno w normalnej sytuacji sprowadzić żal, ale i swoiste uspokojenie, spowodowało jednak nie zamknięcie, lecz narastanie szeregu trudnych pytań.
      Nigdy nie zapomnę, jak ktoś z moich znajomych powiedział: „Ta Warszawa i sto pogrzebów...” Przed Powstaniem Styczniowym odbył się pogrzeb manifestantów zastrzelonych przez carskich żandarmów, ale nie można go porównać z tym, co teraz wydarzyło się w kwietniu. Stu pogrzebów wybitnych reprezentantów elity tego narodu nie było jeszcze nigdy w naszej historii.
      MP – Wulkaniczna chmura znad Islandii sprawiła, że na pogrzebie pary prezydenckiej w Krakowie zabrakło przywódców wielu krajów. Pojawiły się wtedy głosy, być może nieuzasadnione, że zostaliśmy opuszczeni, a przynajmniej robiło to takie wrażenie. Jest gdzieś takie przeświadczenie, że kiedyś nas to już w historii spotykało i zawsze zaczynało się w podobny sposób. To jest pytanie o sojusze, o to, gdzie dzisiaj jesteśmy, na kogo możemy liczyc? Jak Polacy odebrali tę sytuację? Czy to miało jakieś znaczenie?
      
JT – Myślę, że to zostało zauważone, kiedy zdeterminowany prezydent Gruzji zdołał jednak okrężnymi lotami dotrzeć do Krakowa, a szefowie państw europejskich, którzy przecież niekoniecznie musieli w ogóle podróżować samolotami, nie dotarli... Sądzę, że mieli oni poczucie, że być może stało się coś bardzo ważnego i że to zapowiada ze strony rosyjskiej jakieś dalsze kroki, nie wiadomo w jakim kierunku, może także wobec Polski, i oni po prostu postanowili odczekać.
      Nie chcieli manifestować, choć ich sojusznika, czyli Polskę dotknęła ogromna strata. Jednocześnie ta absencja światowych przywódców o czymś świadczyła. Przecież na taką stratę te państwa, z którymi jesteśmy w sojuszach i przymierzach powinny zareagować. Czyli było to podobne do reakcji naszych wątpliwych sojuszników po Teheranie czy Jałcie... Tutaj absencja była znakiem politycznym i przypomnieniem, że nie jesteśmy państwem rozgrywającym, lecz raczej rozgrywanym przez silne, ważne państwa europejskie, choćby przez Rosję i Niemcy.
      Być może także obawiano się, ale to są już moje daleko idące przypuszczenia, że jakaś inna katastrofa może wydarzyć się na lotnisku w Krakowie, gdzie mieli lądować uczestnicy pogrzebu, więc na wszelki wypadek woleli nie przylatywać. Myślę, że jeśli tak było, to po jakimś czasie, raczej dłuższym niż krótszym, znajdą się na ten temat jakieś dokumenty.
      W sumie tak to chyba zostało przyjęte – nie tylko jako przykry moralnie fakt, ale znaczące coś więcej – lekceważenie. Nawet informacja, że w czasie, kiedy odbywał się pogrzeb w Krakowie, prezydent Stanów Zjednoczonych grał w golfa... Fakt, że to w ogóle zostało podane do publicznej wiadomości mógł oznaczać dość lekceważący stosunek do tego, co się dzieje w Polsce.
      Natomiast przylot prezydenta Miedwiediewa dowodził, że oni są rozgrywającymi i nie boją się. A przynajmniej wiedzą, że im nic nie grozi...

(Niektóre wypowiedzi z tego nagrania znalazła się w filmie Mariusza Pilisa List z Polski. Całość w książce: Mariusz Pilis, Artur Dmochowski. List z Polski. Poznań 2010, na s. 68-75 )

 

KŁAMSTWO JEST PRAWDĄ
WIESŁAWA LEWANDOWSKA ROZMAWIA Z PROF. JACKIEM TRZNADLEM O KŁAMSTWACH, POPRAWNOŚCI MYŚLENIA I „KORZYŚCIACH” Z KATASTROFY POD SMOLEŃSKIEM

     WL Panie Profesorze, swym „Listem otwartym do Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska” wywołał Pan spore zamieszanie i dyskusję o przyczynach smoleńskiej katastrofy. Pisze Pan: „ zwracam się do Pana, Panie Premierze, o powołanie niezależnej, Międzynarodowej Komisji Technicznej dla zbadania przyczyn katastrofy. Wnioski takiej Komisji, z udziałem najlepszych światowych ekspertów, miałyby podstawowe znaczenie dla opinii publicznej i dla historii”. Czyżby nie wierzył Pan w efekty pracy polskich i rosyjskich prokuratorów?
     
JT Nie wierzę. Wystarczyło uważnie obserwować to, co działo się po katastrofie. Z dnia na dzień pojawiało się coraz więcej pytań bez odpowiedzi. Decyzję o napisaniu tego listu, wbrew niektórym opiniom, podjąłem najzupełniej samodzielnie i całkowicie sam. Padały zarzuty, że stoi za tą moją inicjatywą jakaś partia, jakaś prawica... Nic podobnego! Dla podkreślenia mojego długoletniego zainteresowania sprawami katyńskimi podpisałem się jako przewodniczący Rady Polskiej Fundacji Katyńskiej, do czego mam pełne prawo. Wiele spośród osób, z którymi zakładałem tę Fundację w 1990 roku już nie żyje, a teraz pod Smoleńskiem zginęła Bożena Łojek... Nie mogłem więc milczeć, nie mogłem nie zareagować na tę, moim zdaniem, gorszącą bierność polskich władz w dochodzeniu prawdy. Cieszę się, że w ciągu kilku pierwszych dni podpisało ten list około 20 tys. osób, a grupa amerykańskiej Polonii nawet wystosowała podobną petycję do prezydenta Stanów Zjednoczonych.
     WL – Posypały się jednak i głosy oburzenia, że podważa Pan zaufanie do Rosjan i do polskiego rządu.
     
– Tego się spodziewałem. Dostałem nawet kilka bardzo przykrych listów, w których napisano, iż niewiarygodne jest to, że mam tytuł profesora, że jestem o krok od schizofrenii paranoidalnej, że powinienem się leczyć. Nie sprawiło mi to specjalnej przykrości, a nasunęło skojarzenia z całkiem niedawnymi jeszcze praktykami Związku Sowieckiego, gdy pod pretekstem schizofrenii bezobjawowej więziono i usuwano ludzi niewygodnych dla władzy.
     WL Na szczęście w wolnej Polsce zbyt uporczywe domaganie się prawdy jest tylko nazywane „oszołomstwem” i co najwyżej wyśmiewane!...
     
– Ale i to bywa zaraźliwe! Ci, którzy dziś starają się w ten sposób niszczyć swych przeciwników, niestety, mają za sobą potęgę mediów. Trudno się dziwić, że tak łatwo osiągają odpowiedni efekt, skoro społeczeństwo pod względem świadomości obywatelskiej prezentuje się raczej mizernie... Dlatego słowo „oszołom” robi w Polsce tak dużą karierę i to bynajmniej nie wśród ludzi słabiej wykształconych. W szczególny sposób zapanowało u nas tzw. poprawne myślenie, bardzo odpowiadające tej grupie opiniotwórczej, która we własnym interesie narzuca je szerszym kręgom społeczeństwa.
     WL A ci „oszołomieni”, czyli inaczej i bardziej samodzielnie myślący, bywają często oskarżani o snucie teorii spiskowych?
     
– Mało tego, ci niesfornie myślący są uważani za niebezpiecznych, szkodliwych dla Polski. Sam kiedyś znalazłem się na takiej liście, sporządzonej przez Adama Michnika. A tymczasem przecież w każdej krytycznej sytuacji – np. takiej, z jaką mamy obecnie do czynienia – naturalne jest rozważanie wszelkich możliwych scenariuszy, a nawet domniemań. Historycy uważają to za normalne. Zaprzeczanie i wykluczanie z góry jakiejkolwiek wersji niewyjaśnionych zdarzeń zamyka drogę dotarcia do prawdy. To tak, jakby np. Niemcy zaprzeczali pewności, że pułkownik Stauffenberg dokonał zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu...
     WL Domaganie się powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem zostało odczytane nie tylko jako brak zaufania do rządów Rosji i Polski, ale także jako niepotrzebne i pełne złej woli doszukiwanie się sensacji.
     
JT W żadnym razie nie staram się szukać sensacji! Normalne jest, że gdy dochodzi do podobnej katastrofy, jedną pierwszych rozważanych poszlak musi być prawdopodobieństwo zamachu. Jak zapewniają polscy prokuratorzy, żadna hipoteza nie została z góry wykluczona... Można jednak mieć wiele wątpliwości, skoro strona polska jest w tym śledztwie tylko petentem (do czego się zresztą oficjalnie przyznaje). Nie sposób nie zauważyć wyjątkowej bierności i prorosyjskiej spolegliwości rządu polskiego! Wydaje mi się, że Donald Tusk powinien był w ciągu kilku godzin po katastrofie wygłosić orędzie do narodu polskiego, czego nie zrobił... Rząd powinien był wystosować do Rosji postulat, a nawet żądanie, aby dochodzenie było prowadzone przez polską Komisję; należało domagać się przekazania wszystkich dowodów rzeczowych, wszystkiego, co było własnością RP. Zastanawiam się także, dlaczego ciała ofiar nie mogły być przetransportowane bezpośrednio do Polski...
     WL Wytłumaczeniem jest tu dwustronna umowa podpisana kilkanaście lat temu, według której gospodarzem śledztwa jest kraj, na terenie którego zdarzył się wypadek.
     
– Tak, ale przecież nie jest to taki sobie zwykły wypadek! Tu zginęło kilkadziesiąt najważniejszych osób naszego państwa, zostało zagrożone bezpieczeństwo kraju. Zaistniały nadzwyczajne okoliczności! Mogliśmy i powinniśmy domagać się niestandardowych procedur. Tymczasem mieliśmy do czynienia z wręcz gorszącą postawą polskich władz. Uważam, że rząd polski zachowuje się wobec Rosji w sposób zbyt wiernopoddańczy. Moralnie obrzydliwe jest, moim zdaniem, podkreślanie, m.in. przez marszałka Sejmu RP, „korzyści z tej katastrofy”, którą ma być pojednanie Polski z Rosją. Jeśli by nawet tak było, w co wątpię, to taką ocenę wolno wyrazić w sto lat potem... Choć wiem, że narażę się tu na szaleńczą krytykę, uważam, że za popełnione zaniechania i zaniedbania, należałoby premiera Tuska postawić przed Trybunałem Stanu.
     WL A może ta delikatność polskich władz rzeczywiście zaowocuje pojednaniem polsko-rosyjskim? Nadzieję, że smoleńska katastrofa do tegoż pojednania doprowadzi wyrażają także zachodni komentatorzy.
     
JT – Tego rodzaju kalkulacje są po pierwsze obrzydliwe, a po drugie naiwne. Widok Donalda Tuska w objęciach Putina budził we mnie raczej niesmak niż nadzieję... Obok dymiły szczątki samolotu, leżały porozrzucane zwłoki, a do nas docierał ten kiczowaty przekaz pojednania, oraz pierwsze, zadziwiająco szybkie „wyniki śledztwa”; że samolot był na pewno sprawny, że pewnie to był błąd pilotów, albo wymuszenie lądowania przez prezydenta Kaczyńskiego... I tych hipotez jakoś nikt nie kwapił się krytykować, nikt ich nie wyśmiewał, jakby były z góry założone do przyjęcia. Dopuszczam jednak jedno uchybienie pilotów: może nikt ich nie pouczył w szkole, że lecąc na wschód, do lotniska w Smoleńsku, znajdą się nad wrogim terytorium?
     WL Z biegiem dni pojawiało się coraz więcej pytań, coraz więcej wątpliwości i nowych hipotez, przez niektóre media określanych jako nieuprawnione i fantastyczne.
     JT – Mamy prawo mieć wątpliwości i zadawać pytania. Mamy prawo do przekonania, że wszystko w tej sprawie może być zafałszowane, że nie dowiemy się prawdy. Pytam np., dlaczego na miejsce katastrofy nie przyjechały liczne karetki pogotowia, jakby już z góry wiedziano, że nikt nie przeżył?... To może kluczowe pytanie, a może zbyt „spiskowe”... Może szkodzi stosunkom polsko-rosyjskim, ale nie boję się go postawić.
     WL Nad „prawdą Katynia” zawsze wisiało jakieś fatum: nie można było o niej mówić, bo groziło to więzieniem, a później – już w wolnej Polsce – też właściwie zajmowała się nią garstka osób bezpośrednio zainteresowanych (rodziny ofiar katyńskich), lub takich, jak Pan Profesor, „nawiedzonych” poszukiwaniem prawdy...
     
JT – W wolnej Polsce swoje badania katyńskie oczywiście prowadziłem, choć nie za wiele można było zrobić, ponieważ do chwili obecnej nie zostały udostępnione podstawowe akta rosyjskie. Wciąż nie mają do nich dostępu nawet badacze rosyjscy, starający się opisać zbrodnie reżimu stalinowskiego. Dlaczego? Może dlatego, żeby nie ogłoszono oficjalnie porażającej skali represji reżimu komunistycznego? Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że więcej ludzi zamordowano w Rosji sowieckiej, niż w wyniku przestępstw hitlerowskich... W Polsce ciągle jesteśmy bardziej świadomi zbrodni hitlerowskich, a wciąż mamy zablokowaną wiedzę o przestępstwach reżimu sowieckiego.
     WL Dlaczego Rosjanie tak niechętnie udostępniają te akta?
     
JT – Trudno na to odpowiedzieć. Chyba nie dlatego, że żyją jeszcze nieliczni sprawcy tej zbrodni... Być może chodzi o ciężar ewentualnych odszkodowań... A moim zdaniem, decyduje o tym tylko niezmiennie imperialna postawa: za nic nie będziemy odpowiadać, za nic nikomu nie zapłacimy, wara od naszych archiwów!
     WL A my jednak mamy nadzieję na pojednanie!
     
JT – Pisarz Józef Mackiewicz, wielki znawca Rosji, zawsze przestrzegał: nie wychodźcie z założenia, że są tylko Rosjanie jednego pokroju, że jest tylko jedna Rosja. W tym nasza nadzieja, że jest jeszcze i ta nie imperialna, nie sowiecka. Teraz wspominam, że jeszcze tak niedawno, 2 czy 3 lata temu, z Bożeną Łojek wręczaliśmy odznaczenie Polskiej Fundacji Katyńskiej przewodniczącemu „Memoriału”, rosyjskiej organizacji zasłużonej w dochodzeniu prawdy o Katyniu.
     WL Prezydent Kaczyński miał mówić, że ukrywanie prawdy o zbrodni katyńskiej było „kłamstwem założycielskim” PRL-u i o tym, jak niezbędne jest dziś – właśnie w imię pojednania - pełne ukazanie tej prawdy. Nie zdążył...
     JT – O tym, jak okrutne było to kłamstwo, najlepiej wiedzą te rodziny, które musiały ukrywać fakt, że ich najbliżsi byli ofiarami zbrodni katyńskiej, bo z powodu tej prawdy utrudniano im życie, a czasem wręcz uniemożliwiano normalność. W minionym 20-leciu, choć była to już prawda ujawniona, to jednak też w jakiś sposób ograniczona.
     WL W jaki sposób i dlaczego?
     
JT – Powiem tylko, że od 20 lat postulowałem działania, które nigdy nie zostały dopełnione, bo nie zyskiwały odpowiedniego wsparcia. W 1952 roku zakończyły się badania zbrodni katyńskiej prowadzone przez komisję Kongresu USA, powstało wielkie, siedmiotomowe opracowanie wyników tych badań. W Polsce znalazły się bodaj tylko dwa egzemplarze tego dokumentu, z których jeden jest w moim posiadaniu – skserowany dla mnie przez Jerzego Giedroycia i przywieziony do Polski jeszcze przed 1989 rokiem. Niestety, do tej pory nie udało się zorganizować przetłumaczenia tych akt na język polski. Fundacja Katyńska nie posiadała odpowiednich funduszy, a pomocy znikąd nie udało się doprosić. Szansa pojawiła się dopiero niedawno, gdy prezes Janusz Kurtyka wyraził zainteresowanie wydaniem tych dokumentów przez IPN. Podobnie starałem się o przekład oficjalnego dokumentu niemieckiego o zbrodni w Katyniu, do którego jest dołączona lista rozpoznanych i zidentyfikowanych ofiar zbrodni. Nie udało się dotąd.
     WL Jednak spod Pana ręki wyszło kilka cennych publikacji na temat Katynia.
     
JT – Oprócz publikacji własnych, w 1996 roku zebrałem wszystko, co o Katyniu napisał Józef Mackiewicz, zdobyłem także niewydaną nigdy po polsku, a przetłumaczoną już wtedy na wiele języków jego książkę, której polski maszynopis leżał w nowojorskim archiwum. Skutek tego jest niestety taki, że do dziś muszę się tłumaczyć przed sądem, jako oskarżony o naruszenie praw autorskich należących do niejakiej pani Niny Karsov-Szechter, stryjenki Adama Michnika (która otrzymała je od żony Mackiewicza w połowie lat 80). Przed sądem stanęła też Polska Fundacja Katyńska reprezentowana przez Bożenę Łojek, oskarżono wydawnictwo „Antyk”, oraz Halinę Mackiewicz, córkę pisarza... Takie to są trudne koleje sprawy katyńskiej... Mimo kłopotów, nie żałuję. Zawsze uważałem, że wydania tej książki domagała się polska racja stanu. To przecież Mackiewicz był wśród tych, którzy stali nad otwartymi grobami w lesie katyńskim w 1943 roku...
     WL Faktem więc pozostaje, że o prawdę katyńską do końca bili się tylko najodważniejsi, gotowi na wszystko desperaci. Czy na kanwie tej walki o prawdę nie mogłaby powstać nowa Hańba domowa , Panie Profesorze?
     
JT – Pomysł napisania „Hańby domowej” przyszedł mi w 1980 roku. Była to ocena zachowań i czynów, spełnianych przez osoby (z dziedziny literatury), które przyczyniały się do rozprzestrzeniania idei i struktur uważanych przeze mnie za hańbiące. Można by dziś oczywiście rozszerzać opis pewnych zjawisk, ale chyba dalszego ciągu nie chciałbym już pisać... Choć rzeczywiście, może warto by się zastanowić, co dziś może być naszą hańbą domową...WL A może np. to, że tak późno powstał polski film o Katyniu?
     
JT – Późno i w dodatku, moim zdaniem, nie najlepszy, bo zbyt podporządkowany owej poprawności myślenia. Gdy pan Wajda ogłosił zamiar kręcenia tegoż filmu, napisałem do niego list oferując swą pomoc, jako że przecież jestem naocznym świadkiem tamtych czasów, doskonale pamiętam okupacyjny Kraków, pamiętam zdarzenia, nastroje, komentarze, a ponadto jestem posiadaczem cennych dokumentów. Nie dostałem odpowiedzi... Być może dlatego, że wcześniej bardzo krytykowałem film „Popiół i diament”, jako zafałszowanie historii i chęć przypodobania się establishmentowi komunistycznemu.
     WL Co nie podoba się Panu w filmie „Katyń”?
     
JT – To, że jest w nim – tak to widzę – zbyt wiele tendencyjnych uproszczeń, a nawet kolizji z prawdą. To, że podkreśla brutalność Niemców, a wyraźnie łagodzi okrucieństwo Sowietów. W sposób niezwykle ostry pokazuje np. aresztowanie pracowników UJ z końcem 1939 roku. Z tego filmu nieuświadomiony historycznie widz może wywnioskować, że wszyscy profesorowie zostali wymordowani, a przecież większość po paru miesiącach wróciła do Krakowa, dzięki czemu mogłem w mieszkaniu mojej ciotki słuchać wykładów z historii... Mord katyński ilustruje w filmie tylko jedna mocna scena rozstrzelania, która jednakże odbywa się poniekąd dodatkowo, bezosobowo, jakby na marginesie... Takie odniosłem wrażenie. Nie ma w tym filmie chytrości i okrucieństwa sowietów, choć pokazuje on miejsca i czas, w którym do nich nagminnie dochodziło. Jedynym Rosjaninem z krwi i kości jest w filmie Wajdy „dobry Rosjanin”... Moim zdaniem film jest zbyt uładzony, niewyraźny i nie odegra roli, jaką mu się przypisuje: nie odkrywa prawdy, lecz ją przygładza.
     WL A czy kiedykolwiek poznamy prawdę o katastrofie pod Smoleńskiem i czy w nią uwierzymy, Panie Profesorze?
     
JT Podejrzewam tu spore i niekończące się trudności, a prawda może być wiecznie zamazywana. Podzieli może los gibraltarskiej sprzed 70 lat.

ROZMAWIAŁA WIESŁAWA LEWANDOWSKA

(„Niedziela” 2010, nr 19, 9 maja.
Ogłoszone pt. Zamazana prawda)

DWIE ELITY - DWIE POLSKI?
Wiesława Lewandowska – rozmowa z prof. Jackiem Trznadlem o politycznej pogardzie i wulgarności, o autorytetach i „truciźnie, którą zdurzony naród oszalał”

     WL – Zainicjowaną przez Pana Profesora akcję zbierania podpisów pod apelem do premiera Donalda Tuska, aby śledztwem w sprawie ustalenia przyczyn katastrofy smoleńskiej zajęła się międzynarodowa komisja techniczna, poparło ponad 50 tysięcy osób. Czy dostał Pan Profesor odpowiedź na swój list do premiera?
     
JT – Dostałem, ale dopiero całkiem niedawno, w dwa miesiące po jego napisaniu. Odpowiedział nie sam premier, lecz pan minister Tomasz Arabski, szef jego kancelarii. Obszernie, bo prawie na 3 stronach maszynopisu wykrętnie uzasadniono, że powołanie takiej komisji nie jest i nie było możliwe.
     WL – Czy był Pan bardzo zaskoczony tą odmową pana premiera?
     
JT – Szczerze powiedziawszy, właściwie nawet nie spodziewałem się żadnej odpowiedzi. A gdy ją dostałem, nie byłem zaskoczony treścią. Już 19 kwietnia – taką datę nosi mój apel do premiera – widać było, że działania podejmowane przez rząd są co najmniej dziwne i nie zmierzają do prawdziwego wyjaśnienia przyczyn katastrofy. A z biegiem dni taka ich ocena stawała się coraz bardziej wyraźna. W późniejszym komentarzu do mojego apelu pisałem o błędnej reakcji na tragedię smoleńską po stronie polskiej – powierzenie śledztwa Rosji. Czy na pewno Rosja zmieniła się dostatecznie od czasu całkowicie zakłamanego komunikatu komisji specjalnej Nikołaja Burdenki w sprawie Katynia, z 1944 roku? Nie potwierdzały tego niedawne wypowiedzi o Katyniu. Czy więc śledztwo rosyjskie będzie przeprowadzone prawidłowo i porządnie? Także ostatnie publikacje w sprawie rosyjskiej komisji MAK, prowadzącej śledztwo, potwierdzają jej niemerytoryczny, mafijny charakter.
     WL – Polski rząd jednak obdarzył rosyjskich śledczych i premiera Putina wielkim zaufaniem, zaś bliskie mu elity wyrażały zgorszenie każdą demonstracją braku takiego zaufania, bo to mogłoby zniweczyć – jak podkreślano - szansę na polsko-rosyjskie pojednanie.
     
JT – Propaganda jak w PRL-u. Pisząc na mojej stronie internetowej krótki komentarz do apelu do premiera Tuska miałem w pamięci także liczne współczesne przykłady politycznych zbrodni w Rosji i matactw wokół nich, brak wyników śledztw np. w sprawie morderstw Litwinienki, Politkowskiej, Starowojtowej. Byłem także moralnie zgorszony, gdy Bronisław Komorowski ośmielił się w czasie Mszy żałobnej w Bazylice Mariackiej – mówić o k o r z y ś c i p ł y n ą c e j z k a t a s t r o f y , którą miałoby być polepszenie stosunków polsko-rosyjskich.
     WL – Nie udało się Panu wpłynąć na zmianę rządowych decyzji, ale może przynajmniej jakaś część społeczeństwa została pobudzona do myślenia, do zadawania pytań.
     
JT – O krytyczną refleksję w Polsce jest dziś bardzo trudno z powodu szczególnej sytuacji medialno-politycznej. Dyskusja na ten temat toczy się więc raczej tylko w Internecie, a nie w mediach, sprzyjających w swej większości opcji rządzącej. Ale powstał „Ruch 10 kwietnia”, który organizował demonstracje pod Pałacem Prezydenckim i także zbierał podpisy. Wspólnie zebraliśmy około 60 tys. podpisów. Okazało się to na tyle znaczące, że przyciągnęło uwagę amerykańskiego kongresmena, pana Petera Kinga. Złożył on w Kongresie USA rezolucję, która będzie prawdopodobnie rozpatrzona po wakacjach, właśnie w sprawie powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn smoleńskiej katastrofy.
     WL – a my snujemy tylko przeróżne, mniej lub bardziej uzasadnione domysły, np. dlaczego polski rząd tak bez dyskusji oddał sprawy śledztwa w ręce Rosjan, choć jak dziś to już wiemy, bynajmniej nie musiał?
     
JT – Może dlatego, że choćby przez jakieś swoje zaniedbania przyczynił się do tej katastrofy?... W takiej sytuacji oczywiście bezpieczniej było oddać sprawy w ręce Rosjan, zasłonić się nawet bezradnością, bo wtedy nie trzeba już zbyt dociekliwie szukać przyczyn we własnych działaniach. Z góry oczywiste było, że strona rosyjska nie będzie szukać zaniedbań polskiego rządu i co najwyżej wykaże winę tych, którzy zginęli. Ale w ten sposób polski rząd staje się zakładnikiem rosyjskich interesów i wpływów.
     WL – Jednym z najbardziej niepoprawnych politycznie domysłów na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej jest rozważanie możliwości zamachu. W Polsce z góry założono, że to niemożliwe, a wszystkich głosicieli tej teorii wyśmiano. Pan Profesor podtrzymuje nadal swe odważne przekonanie, że zamach był możliwy?
     JT – Według mnie, to, co robią Rosjanie jest nie tylko rozwałkowaniem tego śledztwa na ciasto z dziurami, ale także ewentualną próbą ukrycia zamachu, którego ja nie wykluczam. Powiem więcej, od 19 kwietnia, kiedy ogłosiłem apel do premiera, moje podejrzenia na ten temat pogłębiły się.
     WL – Dlaczego?
     
JT – Z tego, co już ogłoszono, wynika jasno, że już na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą samolot był niesterowny i nie zniżał się, lecz wręcz opadał z ogromną szybkością. Został więc uszkodzony system sterowania, a pewnie i przyrządy nawigacyjne. A jednocześnie Rosjanie wbrew logice twierdzą, że Tupolew był w doskonałym stanie technicznym. Położenie szczątków każe też podejrzewać, że jeden z silników odpadł jeszcze w powietrzu. Oglądałem dziesiątki wraków samolotów w ujęciach dokumentalnych, i tylko Tupolew, który spadł z wysokości zaledwie dwudziestu metrów, nie ma zachowanej jakiejś większej części kabiny pasażerskiej. Śledczy nie pytają, dlaczego samolot rozprysł się dosłownie na kawałki.
     Pojawia się coraz więcej pytań natury logicznej i technicznej, które rzecz jasna krążą raczej w Internecie. Niektórzy piloci specjaliści zżymają się na wierutne głupstwa celowo wypowiadane w prasie przez niby specjalistów na rzecz z góry założonej tezy o błędzie pilotów. Śledczy rosyjscy celują w zrzucaniu winy na pilotów. Tutaj nie ma na to żadnych dowodów. A polskie media pozbawione odpowiedzialności za prawdę, spekulują tu podle i z maniakalną głupotą. Dlaczego władze lotnicze nie występują w obronie honoru polskich pilotów?
     WL – I taki też był wydźwięk rosyjskiego śledztwa, do którego Polacy chętnie dodali – też niemal w pierwszej minucie po katastrofie – że prawdopodobnie winien jest sam prezydent Lech Kaczyński. Dziś znów wraca ta teoria, a głoszą ją z upodobaniem różne osoby, a przede wszystkim z niewątpliwym zezwoleniem premiera, jeśli nie wprost sterowany, jego bliski współpracownik, wiceszef Platformy, Janusz Palikot, zaś media z tym właśnie nastawieniem omawiają zapisy z czarnych skrzynek.
     
JT – Ile papieru zajęło snucie przypuszczeń, że to polski prezydent wywołał katastrofę? Jeszcze trochę, a niebezpieczny cynik Palikot będzie mówił, że w czasie lądowania prezydent przyłożył pistolet do skroni mjra Protasiuka. Namolne szukanie winy nieżyjącego, bo w czasie lotu za dużo patrzył przez okno. To wszystko tworzy zamierzony chaos, odwracający uwagę od prostych konstatacji. Ale także od całości poczynań rządu. Zamiast przybliżania się do prawdy, oddalamy się od niej, toniemy w śmiesznym, a czasem po prostu łajdackim szumie medialnym. Tworzą go ludzie pokroju Palikota. Starają się odwrócić uwagę opinii publicznej od prawdy, ośmieszyć samo dążenie do niej. W normalnym kraju, taki człowiek za samo rzucanie pomówień odpowiadałby przed sądem, tymczasem cieszy się on niezwykłym wprost pobłażaniem swoich kolegów partyjnych, samego premiera.
     WL – Dlaczego to robią? Może szukają własnej prawdy? A Palikot budzi sympatię niektórych osób, bo ponoć mówi to, o czym inni boją się mówić głośno.
     
JT – Taką opinię wyraził ostatnio, ku mojemu zdumieniu, pisarz Eustachy Rylski. Czyżby więc Rylski przyłączał się do opinii, że Kaczyński to zamaskowany wilk do odstrzelenia? Czyżby uważał, że Palikot trafnie porównuje Jarosława Kaczyńskiego do bohatera „Milczenia owiec”, czyli do psychopatycznego i niewyobrażalnie okrutnego mordercy. Sam Rylski, pisze że Palikot mówi to, co wszyscy myślą, a boją się powiedzieć, o „terrorze, jaki mniejszość zastosowała wobec większości, zażenowanej tą absurdalną katastrofą." I – że „więcej w tym Mrożka niż Szekspira”. Kiedyś głosowałem za przyznaniem Rylskiemu nagrody imienia Józefa Mackiewicza za ważny utwór literacki, a teraz on sam niszczy sobie nazwisko.
     Gdy jednak myśleć socjologicznie – działalność Palikota i jemu podobnych wydaje mi się jaskrawym przykładem dzisiejszego totalizowania się władzy i mentalności społecznej. Tego typu podburzanie opinii publicznej znamy choćby z historii Niemiec, nie mówiąc o Rosji. Prokurator Wyszyński krzyczał: „Ich trzeba zastrzelić jak wściekłe psy!” Jeśli Palikot używa sformułowań w rodzaju „ustrzelić Jarosława Kaczyńskiego”, to pamiętajmy, że po podobnych okrzykach doszło w Polsce do zabójstwa prezydenta Narutowicza! Palikot pragnie usunąć trumny pary prezydenckiej z Wawelu. Byli już tacy, co wyrzucali z grobów umarłych, w rewolucyjnej Francji i czerwonej Hiszpanii. Tylko czekać, jak rozszerzy się „palikotowa" lista niegodnych Wawelu – może Słowackiego zechce także usunąć? To podli pismacy, a nie dziennikarze dają mu kredyt i przeprowadzają z nim budzące grozę wywiady.
     WL – Stawia Pan Profesor przygnębiającą diagnozę przyszłości Polski, a może to, co się dziś dzieje, to tylko polityczny folklor i pusty szum medialny?
     
JT – Jeśli jest to nawet tylko sztuczny szum, to z pewnością służy odwróceniu uwagi od istotnych spraw Polski, a przede wszystkim – jak myślę – jest obliczony na zdeprecjonowanie i zniszczenie opozycji. Chodzi o to, aby ludzie zajmowali się bluźnierstwami Palikota, a nie prawdziwą krytyczną refleksją nad polską rzeczywistością. Dlaczego taki człowiek jest wciąż wiceszefem partii rządzącej dziś Polską! Czy to nie dziwne i straszne zarazem, że wysokiej rangi politycy, podobno normalnej partii, godzą się na zbrodniczą agitację, która ma doprowadzić do podburzenia narodu? W społeczeństwie podburzanym nienawistną propagandą typu totalitarnego zawsze znajdą się jednostki, które będą gotowe do faszystowskich działań. Tego można się naprawdę dziś obawiać.
     WL – Może to jednak tylko słowa, słowa. mniej lub bardziej głupie, Panie Profesorze?
     
JT – To są śmieszne, ale zarazem groźne słowa! Jeżeli w latach 90 Zbigniew Herbert mówił o dokonującej się w Polsce zapaści semantycznej, że słowa już tracą swoje właściwe znaczenia, to powiedziałbym, że wypowiadane dzisiaj brutalne słowa znaczą dokładnie to, co znaczą. Jeżeli Palikot mówi otwartym tekstem, że Jarosław Kaczyński jest mordercą i psychopatą, to nie jest to żadna zapaść semantyczna, lecz napaść, która powinna być ścigana z kodeksu karnego, jako że na domiar dotyczy przywódcy partii opozycyjnej w kraju podobno demokratycznym. Choć rzeczniczka Platformy mówi, że wolność wypowiedzi Palikota jest najważniejsza. Dożyłem znów czasów, w których totalizuje się opinię, by ustanowić dyktaturę jednej, jedynie słusznej formacji politycznej. Nie ma ustawy o cenzurze, ale cenzura niepisana przenika media. To dlatego, i na szczęście, rozwija się publicystyka internetowa, zastępująca to, co w stanie wojennym było papierowym „drugim obiegiem”.
     WL – Oj, naraża się Pan Profesor polskim elitom, które w swej wspaniałej większości popierają, jak chyba nigdy przedtem, obóz rządzący!
     
JT – Czyżby stworzono aż taką jednomyślność? Uważam, że dziś w wolnej Polsce opinia publiczna jest zmanipulowana przez pseudo autorytety! Dość podobnie było tuż po wojnie, kiedy wybitni, cenieni w dwudziestoleciu pisarze, nagle swym wcześniej zapracowanym autorytetem poparli stalinizm. Potem wielu z nich przeszło drogę „nawrócenia", zaprzeczenia. Sam słyszałem prowadząc wieczór autorski Adama Ważyka, jak mówił: zwariowałem! Ale nie była to próba uchylenia się od odpowiedzialności, lecz po prostu przyznanie się do klęski swego rozumu.
     WL Czy to porównanie dwu epok nie jest zbyt drastyczne, Panie Profesorze?
     
JT – Być może, ale ocena nie świadczy korzystnie o tej obecnej! Czyżby nie wyciągnięto dosyć wniosków z upadku resztek naszej elity intelektualnej, która miała za sobą straszną wojnę, i potworne przeżycia upadku człowieka, a nie zauważyła okropności stalinowskiej pokusy. A dziś jestem wprost zdumiony zapiekłą postawą wielu szanowanych przez naród starszych panów, którzy przypominają, jako żywo stalinowskich propagandystów. Można byłoby ich uznać za żałośnie śmieszne „gwiazdy” polskiej politycznej popkultury, gdyby nie skutki ich działania. Szkodliwe jest przede wszystkim to, że swymi wypowiedziami, także na forum międzynarodowym, jako znane na świecie polskie autorytety, kształtują nieprawdziwy obraz spraw naszego kraju.
     WL – Ma Pan Profesor na myśli np. Andrzeja Wajdę?
     
JT – Tak, ale nie tylko jego. Po przeczytaniu jego wywiadów w prasie zachodniej, zacząłem się zastanawiać, dlaczego to robi?! To naprawdę trudno zrozumieć. Jego reżyserska twórczość, nie przeczę, że godna uwagi, ale była do zniesienia dla propagandystów komunizmu. Nie pozwolono by mu pójść dalej, ale pozwalano na jego dzieła. Może dlatego tak bardzo znienawidził głoszące dekomunizację i lustrację PiS? Może dlatego po wygranych przez Komorowskiego wyborach mówił na łamach włoskiej prasy, że jest wspaniale, ale ten jeden Kaczyński pozostaje ciągle groźny? Czego boi się pan Wajda? Pewnie białoczerwonego tygrysa krążącego w nocy pod jego oknem.
     Ta nasza Rada Starców, od których oczekiwalibyśmy mądrości, to często rada błaznów. Ale nie mają klasy Stańczyka, dawnych błaznów królewskich. To tylko suflerzy podsuwanych głupot, jak Wałęsa. Czemu jednak dziennikarzy to interesuje, robią z suflerami wywiady, podają dziwaczne myśli do wiadomości publicznej. W ogóle, rzucanie się na różne wypowiedzi zastępuje w mediach analizę ważnych faktów.
     WL Może wynika to po prostu ze zbyt emocjonalnego zaangażowania się po jednej stronie politycznej, do czego przecież wszyscy mają prawo?
     
JT – Tak, jeśli to nie zachwyt wobec kłamstwa. Nie opisywałbym jednak tego dziwnego i groźnego zjawiska wyłącznie w kategoriach międzypartyjnej rozgrywki. Moim zdaniem mamy już do czynienia z ześlizgiwaniem się Polski ku sytuacjom totalitarnym, kłamliwej stronniczości. Pozostaje tylko nadzieja, że ludzie w końcu zaczną dostrzegać arogancję i kłamstwo. I wyrażą swoją niezgodę. Tymczasem społeczeństwo tak bardzo odzwyczaiło się od praktyk demokracji, że w ogóle nie stawia wymagań, nie domaga się podstawowych wyjaśnień!
     WL Mówi Pan Profesor o śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej?
     
JT – Tak, ale nie tylko. Są ważne fakty, o których się po prostu nie mówi. A w sprawie smoleńskiej jak potraktowano naród? Zezwolono na manipulowanie bez polskiej kontroli tak bliskimi nam szczątkami ofiar. Zostawiono bez opieki resztki samolotu, w miejscu nawiedzanym przez tłum, jak po ciekawym festynie. Pogarda. Tam także zwykłe ograbianie ofiar przez straże, więc by zetrzeć tę hańbę z Rosjan, nadaje się im polskie odznaczenia. Rosjanie chcą przesłuchiwać krewnych ofiar, może i dzieci, ale polska prokuratura uchyla potrzebę przesłuchania premiera i prezydenta elekta. A któż wie więcej od nich, co było na krótko przedtem i zaraz potem!? Sądownictwo coraz bliższe władzy wykonawczej, wbrew demokracji. Ale to przenosi się u nas na każdą dziedzinę życia społecznego. Przypomnijmy sobie niedawną powódź; dlaczego z powodu tak ogromnej klęski żywiołowej, za klęskę jej nie uznano i nie przesunięto wyborów na późniejszy termin? Czy z tego powodu rządzący nie powinni odpowiadać przed najwyższą Instancją?
     WL Wynik wyborów pokazał, że połowa Polski i chyba jednak większość polskich elit nie podziela złej opinii o rządzących, głoszonej przez przegraną „mniejszość”.
     
JT – Ale przecież ta „mniejszość” jest niemal równa „większości”! Faktem jest, że mamy dziś w Polsce dwie elity, jak w końcu XVIII wieku. Wtedy podobnie – byli patrioci po Szkole Rycerskiej, oraz ci inni, po szkole targowickiej. I jednak doszło do wielkiego wieszania. Gdy Jarosław Marek Rymkiewicz wydał swą książkę „Wieszanie”, w której opisuje samosądy na ulicach Warszawy w końcu XVIII wieku, myślałem, że tak niestety może się skończyć długi czas niesprawiedliwości bez trybunału. Oby lud nie musiał zastępować sądów!. Ta książka była ważnym ostrzeżeniem. A dzisiaj sprzeciw i postawa Rymkiewicza są tak kłopotliwe, więc chce się to ukazać jako fanaberię. Bo pokazuje istnienie innej elity. Cieszę się, że wielki talent tego pisarza ofiarowuje nam nowe dzieło.
     WL – Ale te prawdziwe wielkości są wyklęte, a oni wciąż ukazują jako symbol polskich elit, filozofa, polityka i właściciela (tak się sam chętnie przedstawia) Janusza Palikota?
     
JT – Tak, i myślę, że jego symboliczna postać będzie się błąkać po naszej historii, jak za pierwszej Rzeczypospolitej symbolicznie nie mógł znaleźć miejsca wiecznego spoczynku trup niejakiego Sicińskiego. Tego, który pierwszy, korzystając z Liberum Veto, zerwał Sejm i potem zaczęła się zagłada Rzeczypospolitej. Jak pisał Adam Mickiewicz w wierszu „Popas w Upicie”: „ Jego trucizną naród zdurzony oszalał, / On królom ręce związał, kraj klęskami zalał!” Moim zdaniem dokładnie to samo robią dziś marionetki rządzących. Na szczęście historia zostawiła nam stosowne oceny i pouczenia. Zna je bardzo wielu Polaków. Ale niestety, niektórzy będą windować Janusza Palikota na szczyty.
     WL Tymczasem więc mamy dwie Polski, żyjemy w dwu oddzielonych od siebie mentalnie i towarzysko światach.
     
JT – . a w jednym z tych światów jest trochę tak, jak w Polsce sarmackiej, gdy pojęcie patriotyzmu było nikłe, gdy rządzili nami królowie pruscy i szwedzcy. Jedz pij i popuszczaj pasa, mówiono wtedy. Dziś dodaje się do tego okrzyki agresji, szyderstwa i pogardy. I jednak boję się, że może dojść jeszcze do politycznej przemocy, nie tylko intelektualnej, ale także fizycznej.

Rozmawiała Wiesława Lewandowska
(„Niedziela” 2010, nr. 31, 1 sierpnia)


 

SZWADRONY ŚMIERCI
ZABÓJSTWO EUGENIUSZA WRÓBLA
MOŻE MIEĆ ZWIĄZEK Z KATASTROFĄ SMOLEŃSKĄ

     „Nasz Dziennik" rozważa możliwość powiązania zabójstwa Eugeniusza Wróbla, jednego z najlepszych w Polsce specjalistów z zakresu komputerowych systemów sterowania lotem samolotów, z publikacją przez MAK raportu na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.”
     
„O zasadności tych sugestii wypowiedział się w rozmowie z gover.pl prof. Jacek Trznadel.”
     – Prokuratura nie może wykluczać na wstępnym etapie śledztwa żadnej możliwości. Podobno tego zabójstwa mógł dokonać syn Wróbla. Nie wierzę w to, aby ten człowiek mógł to zrobić. Tego nie mógł dokonać jeden chłopak, jeszcze z takiej rodziny – uznał Trznadel.
     – Sprawa katastrofy smoleńskiej rodzi bardzo wiele wątpliwości. Należy zwrócić uwagę na fakt, iż wiele tłumaczeń strony rosyjskiej jest nieprawdopodobnych. Taśmy czarnych skrzynek niewątpliwie zostały sfałszowane. Manipulacja przy dowodach jest oczywistym faktem. Nie ma żadnych prawdziwych nagrań z kabiny pilotów. Przecież przed samą katastrofą musiało tam dochodzić do strasznych scen. Brak nagrań z tego tragicznego momentu – podkreśla profesor.
     – Brakuje także kokpitu samolotu, być może został podniesiony przez helikopter i uprowadzony w nieznanym kierunku – powiedział.
     – Takie rzeczy mogą brzmieć nieprawdopodobnie dla ludzi, którzy nie znają sposobów działania Rosjan – dodał.
     W tym miejscu Jacek Trznadel zacytował słynny fragment z Drogi donikąd Józefa Mackiewicza:
     „Jeżeli ty albo ja, albo ktoś z normalnych ludzi w normalnych warunkach zechce na przykład zełgać, że sufit jest nie biały, a czarny, to rzecz wyda się nam zrazu bardzo trudną. Zaczniemy od kołowania, chrząkania, wskazywania na cienie po jego rogach, będziemy tłumaczyć, że w istocie swej nie jest on już tak zupełnie czysto biały. Jednym słowem, będziemy się posługiwać skomplikowaną metodą, która zresztą nie doprowadzi w końcu do celu, bo nikogo nie przekonamy, że sufit jest czarny. Co robią natomiast bolszewicy? Wskazują na sufit i mówią od razu: „Widzicie ten sufit. On jest czarny jak smoła”. Punkt, dowiedli od razu. Ty myślisz, że to jest ważne dla ludzi, że prawda jest odwrotna? Zapewne tak myślisz".
     
Rosjanie myślą, że jeżeli coś zostanie powiedziane sto razy, to zostanie to uznane za prawdę. Polski rząd przystanie na te tłumaczenia, a takie media jak na przykład TVN opowiedzą się po stronie rządu. A ta sprawa jest nie mniej tajemnicza niż śmierć gen. Sikorskiego. W sprawie gibraltarskiej także brakowało bezpośrednich, twardych dowodów. Jednak istnieją dowody pośrednie, dzięki którym można ustalić przyczyny zdarzenia. Podobnie może być w tej sprawie – ocenił Trznadel.
     – Powinno dojść do ekshumacji zwłok zaraz po ich przybyciu do Polski. Tłumaczenia, że nie można było zbadać zwłok, ponieważ sprzeciwia się temu prawo rosyjskie, są zupełnie idiotyczne.
     – To jest mit, że prokuratura jest niezależna. Dowodzi tego choćby fakt, że berliński adwokat, występujący w imienu rodzin, które straciły swoich członków w katastrofie smoleńskiej, chciał powołać na świadków Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego. Nawet jeśli ci ludzie nie mieli nic wspólnego z tym wydarzeniem, to kategorycznie przeciwstawił się temu ktoś, mający zasadniczy wpływ na prokuraturę – stwierdził Trznadel. W Polsce obecnej nie ma rozdziału władzy sądowniczej od władzy wykonawczej, co jak klasycznie postulował Monteskiusz – jest wyróżnikiem demokracji.
     – Część zwłok skremowano. Być może skremowano także części ciał, odcięte z powodu ran postrzałowych. Trumny trzeba otworzyć. Trzeba dokonać badań DNA – podkreśla Trznadel.
     – W sprawie zwłok Rosjanie przejawiają skrajny brak szacunku. W filmie wyemitowanym w rosyjskiej telewizji powiedziano, że „Lech Kaczyński nigdy nie odwiedził Moskwy. Nawet jego zwłoki od razu powróciły do Polski”.
     – Należy jednak pamiętać, że Rosja jest krajem terrorystycznym. Choć nawet w Wielkiej Brytanii, która jest demokratycznym krajem, wciąż utajnia się niektóre dokumenty w sprawie gibraltarskiej. Na Kremlu znajdują się dokumenty z rozkazami dotyczącymi zbrodni katyńskiej. Jednak dzisiaj rosyjska „razwiedka” jest silniejsza niż za czasów ZSSR , gdyż nie jest już kontrolowana przez partię i tym bardziej przez parlament.
     – Śledztwo było fałszowane cynicznie i niezręcznie. Taśmy z nagraniami nie odpowiadały dawnej normie. Brakuje kluczowych momentów z czarnych skrzynek. I nie mamy tych czarnych skrzynek. Nie możemy zbadać wraku. Samolot, który spadł z wysokości około 20 metrów, nie mógł doświadczyć takich zniszczeń. Ale Rosjanie wszystko zacierają, lekceważą autentyczność.
     – Tu prof. Trznadel przypomniał historię gen. Nikołaja Zorii, reprezentującego Rosję Sowiecką na Procesie Norymberskim: Musiał podpaść w czymś władzom sowieckim (może właśnie w sprawie Katynia?), bo nagle znaleziono go w jego pokoju z dziurą w głowie. Oficjalnie powiedziano, że popełnił niezręczność przy czyszczeniu broni. Skomentował to wtedy jeden z dzienników angielskich, pytając retorycznie, czy jego bronią nie mógł zajmować się ordynans i czy czyści się ją przystawiając pistolet do skroni? Znałem syna Zorii. Mówił, że nie mieli pogrzebu ojca, bo nie wydano rodzinie ciała.
     – Co do efektów rosyjskiego śledztwa, to myślę, że oni stwierdzą, iż była bardzo zła pogoda, ale samolot był w doskonałym stanie. Oni już wiedzą, że winę za tę katastrofę ponoszą polscy piloci – powiedział profesor.
     – Czy możemy łączyć sprawę zabójstwa byłego ministra Eugeniusza Wróbla z katastrofą smoleńską? Był specjalistą, który mógł trafnie reagować na raport MAK, choć nie możemy przesądzać, że te wydarzenia są ze sobą powiązane – podsumował profesor Trznadel.

(za: gover.pl, 21 października 2010)

MÓJ KOMENTARZ PÓŹNIEJSZY

     Syn Eugeniusza Wróbla przyznał się do winy, ale natychmiast odwołał to po aresztowaniu. Myślę, że to pierwotne przyznanie się było wymuszone jakimś groźnym szantażem ze strony samych sprawców. Poćwiartowane ciało jego ojca znaleziono w okolicy, w Zalewie Rybnickim, jednak trumna w czasie pogrzebu nie zawierała głowy, której nie znaleziono. Czemu sprawcy wysilili się aż na tak makabryczny efekt psychologiczny? Chodziło zapewne o silniejsze echo zbrodni. Zginął specjalista, wykładowca Politechniki, który miał konsultować raport MAK. A syna – jak donosi prasa – w toku krótkiego śledztwa uznano za tak chorego psychicznie, że niepoczytalnego. W tej sytuacji nonsensem byłoby dalsze jego przesłuchiwanie. Izolowano go bezterminowo w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Nie znalazłem doniesień, że śledztwo jest kontynuowane. Odkrywam więc, że w Polsce z powodzeniem dokonano przeszczepu rosyjskiej instytucji „psychuszki”. Oby tylko pacjent nie „targnął się” na swoje życie.
     Naliczono już przez ostatni rok kilka tragicznych zgonów powiązanych w ten czy inny sposób ze sprawą smoleńską. Tylko jedno wydarzenie było całkowicie obnażone i jawne. W atmosferze politycznej „posmoleńskiej”, morderca, przeciwnik PiS-u, chcąc zamierzyć się na Jarosława Kaczyńskiego, dokonał znanego mordu w biurze łódzkim PiS-u. Użył skutecznie broni palnej, a potem noża, ale druga zaatakowana ofiara przeżyła. To morderstwo polityczne tak ewidentne i głośne, w efekcie społecznym odegrało jednak w jakimś sensie rolę maskującą, pozwalającą mniej myśleć ludziom o innych sprawach wysoce podejrzanych.
     Takie podejrzane a jednocześnie tragiczne sytuacje były wymieniane i wspominane na blogach internetowych. Łatwo byłoby zwrócić uwagę na kilka z nich, ale ja chciałbym tutaj wspomnieć zwłaszcza o jednym wydarzeniu, wyprzedzającym kwietniową datę katastrofy smoleńskiej o kilka miesięcy. Prasa donosiła pod sam koniec grudnia 2009 roku o samobójstwie Grzegorza Michniewicza, z kancelarii premiera Donalda Tuska. Wiadomości były nader skąpe, a pogrzeb także odbył się wyjątkowo skromnie i bez rozgłosu. Grzegorz Michniewicz nie był jednak jakimś zwykłym „kancelistą”, był Dyrektorem kancelarii premiera, urzędnikiem o długim i interesującym stażu. Dodajmy, że podobno on tylko sam był zdolny do deszyfrowania pewnych tajnych kodów NATO czy UE.
     Stało się to w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia 2009, wszystko było już zaplanowane dla spędzenia świąt razem z rodziną. Dzień zaiste nietypowy dla zaistnienia takiej grozy. Michniewicz, jak doniosła prasa, powiesił się na kablu od elektrycznego odkurzacza. Nie wiemy, czy go odciął, czy odkurzacz stał się dodatkowym „kamieniem u szyi”. Ten szczegół wydaje się dosyć ciekawy i po trosze absurdalny, gdyż w każdym chyba mieszkaniu mamy do dyspozycji wiele różnych sznurów i kabli, których można użyć nie uciekając się do kabla z zablokowanym końcem. Znam historyczne opowieści o samobójstwach, które nie dziwiły nawet najbliższego otoczenia, bo była to powiedzmy, druga, trzecia próba, wreszcie spełniona. Tutaj stało się to bez uprzedniej depresji i prób, wzbudziło najwyższe zdziwienie. Relacje w Internecie mówią o „dziwnym powieszeniu”, właściwie na drzwiach: „z nogami opartymi o podłogę”.
     W tym wydarzeniu coś jednak każe pomyśleć o późniejszej katastrofie smoleńskiej. Stało się to bowiem tego dnia, gdy fatalny „smoleński” Tupolew wylądował w Warszawie po remoncie w Samarze. Na internetowym blogu Janusza Palikota znalazłem anonimowe pytanie: „Panie Januszu, czy to prawda, że szef kancelarii Donalda Tuska, Grzegorz Michniewicz wiedział, że w czasie remontu w Samarze rosyjscy terroryści pułkownika KGB Władimira Putina zainstalowali ładunek bomby termobarycznej i dlatego musiał zginąć w dniu, w którym TU154M przyleciał do Warszawy po remoncie?” Napisane dla wygłupu? Dla słownej prowokacji?
     Nie mam podstaw, by analizować ten wątek. Ale pozostaje pytanie, czy Michniewicz nie dowiedział się nagle o czymś bardzo ważnym i groźnym? Czy mógł przejąć nie przeznaczoną dla niego zakodowaną informację? A sznur się zacisnął, nim zdążył tę wiadomość przekazać dalej? A może zdążył? « Z ustaleń „Wprost” wynika, że tego wieczoru Michniewicz napisał także kilka SMS-ów do swojego przełożonego, szefa kancelarii Tomasza Arabskiego. Nie wiadomo jednak, czego dotyczyły, ani o której godzinie zostały wysłane. Minister nie odpowiedział na nasze pytania w tej sprawie".» Nie znalazłem wiadomości, że pytano go o to w śledztwie. Czy to normalne, że tak ważne doniesienia dziennikarzy śledczych pozostają bez dalszego ciągu?
     Cytaty: „Czy bowiem to zwyczajne, że w dużym domu, w którym nie brak odpowiedniego miejsca i wysokości, człowiek wiesza się niemal na klamce. jak w więziennej celi?” „ Za drzwiami pomieszczenia zobaczyłem przewrócony odkurzacz. Po lewej stronie odkurzacza zobaczyłem Grzegorza Michniewicza w dziwnej pozycji, niby klęczącego, siedzącego jednocześnie na piętach. Wokół szyi Grzegorza Michniewicza widziałem zaciśniętą pętlę ze sznura odkurzacza, który zawiązany był na ukośnej belce w przejściu z kuchni do pokoju – zeznawał jego kierowca.”
     Czy nie powieszono więc już uduszonego? I wygląda na to, że wyciszono wręcz jakąś wielką aferę. Nastąpiły potem masowe dymisje z rządowego Centrum Bezpieczeństwa.
     Przecieki ze śledztwa budzą zastanowienie. Już po tygodniu skremowano ciało, musiało być na to pozwolenie prokuratury. Czy stało się tak dlatego, że wszystko zbadano, czy dlatego, by czegoś ważnego nie znaleźć? Przeczytałem komunikat prokuratury o umorzeniu śledztwa, ogłoszony jesienią ubiegłego roku. Zawiera dość śmieszną konstatację: „że nikt go nie namawiał do samobójstwa”. Urzędowe słowa, a wyglądają na kpinę. W tym orzeczeniu brak jednak konstatacji, że śledztwo wykluczyło zabójstwo. Na koniec przepiszę notatkę internauty, który dzieli się refleksję: «wraz z upływającym czasem od tragicznej śmierci G. Michniewicza, Dyrektora Generalnego Kancelarii Premiera, oraz obserwując znamienną CISZĘ rządową, coraz mocniej narasta we mnie intuicyjne przekonanie, że uzyskanie odpowiedzi na pytanie: DLACZEGO TO „ZROBIŁ” byłoby jednocześnie odkryciem CAŁEGO ZŁA drążącego od podstaw III RP!»
     Ta opinia pokrywa się z opinią Aleksandra Ściosa z wydanej niedawno jego książki, że gdyby wyjaśniono do końca śmierć ks. Popiełuszki, komunizm nie mógłby przepełznąć do III Rzeczypospolitej, a jeśli nie wyjaśnimy do końca sprawy smoleńskiej, upadnie nasza suwerennośc. Słusznie, bo chodzi o te najważniejsze, wielkie zbrodnie. Ale nie tylko one zostały popełnione. I w komunizmie PRL-u i w tak zwanej III Rzeczpospolitej Szwadrony Śmierci cały czas zbierały swoje żniwo. Tak jak dzieje się to wciąż w Rosji Putina. Przezwyciężenie Rosji jest więc pierwszym zadaniem naszej walki przeciw śmierci, o wolność i niepodległość, o więcej szczęścia w ojczyźnie.
     Bo jednocześnie nie mogę jednak zapomnieć, że takich niewyjaśnionych śmierci osób, mogących być depozytariuszami informacji ważnych lub groźnych dla różnych przestępców jest wiele w dziejach nieudolności? śledczych i prokuratury III RP. Tak, młody jeszcze Michał Falzmann, umiera nagle deszyfrując tajemnice nadużyć w aferze FOZZ. Szef NIK, prof. Walerian Pańko, ginie po eksplozji luksusowego samochodu na ważnej szosie katowickiej (policjanci, dokonujący oględzin wypadku „topią się” niedługo potem w zwykłym stawie). Marek Karp, szef Instytutu Studiów Wschodnich, staranowany przez białoruski TIR, szczęśliwie wyleczony z obrażeń, wychodząc już ze szpitala spotyka niespodziewanie dwu panów i znika na zawsze. I już w bliższej odległości od „katastrofy” smoleńskiej, nagle odnajduje się w rzece zniekształcone zwłoki szyfranta (natowskiego?) Stefana Zielonki. Jednak jego suche, nieuszkodzone dokumenty leżą na brzegu (a już rozsiewano wiadomości, że zdezerterował do. Chin). Zwłoki Dariusza Ratajczaka, wykładowcy uniwersytetu w Opolu, zostają odnaleziony rankiem w stanie rozkładu, w samochodzie na parkingu przed tamtejszym supermarketem. To było lato 2010 roku. Był na tyle świetnym publicystą, że uprzednią nagonką na niego kierowała sama „Gazeta Wyborcza”. To było łajdackie szczucie. Gdy usunięto go z uniwersytetu, pisał do mnie przejmujące listy. Śledztwo umorzono – nikt go nie zabił... Musiał jednak już po swojej śmierci, w stanie rozkładu, sam doprowadzić samochód na ten parking supermarketu, i dopiero, nieboszczyk, runął w środku.
     A wiadomość – w sukcesji morderstwa Stefana Zielonki – że 12 czerwca 2011 roku w Wejherowie znaleziono powieszonego oficera nasłuchu i kontrwywiadu Polskiej Marynarki? Tę wiadomość ogłoszono dopiero po miesiącu! Razem z informacją, że rozmowy 10 kwietnia 2010 w prezydenckim Tupolewie mogły być słyszane przez nasłuch służb Polskiej Marynarki. Nikt tego nie komentował, i ja nie mam tu nic więcej do powiedzenia.

(kwiecień-maj-lipiec 2011)

SPĘTANY ORZEŁ BIAŁY
Z PROF. JACKIEM TRZNADLEM,
PRZEWODNICZĄCYM RADY POLSKIEJ FUNDACJI KATYŃSKIEJ,
ROZMAWIA PAULINA JAROSIŃSKA

     PJ – Czy zaskoczyła Pana nominacja prezydencka do Orderu Orła Białego Adama Michnika?
     
JT W pewnym sensie ta nominacja nie zaskoczyła mnie, ponieważ jest zgodna z obecną polityką rządową Donalda Tuska i nowego prezydenta, to znaczy jest kontynuacją tej polityki, która nastała po katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia. Natomiast budzi ona we mnie protest, ponieważ Order Orła Białego nie jest i nie może być pionkiem doraźnej gry politycznej, jak by to chciał prezydent, czy premier, ale jest symbolem tkwiącym głęboko w historii Polski, odznaczeniem ustanowionym jeszcze w okresie I Rzeczypospolitej. Order Orła Białego jest symbolem niezwykle ważnym, jeśli chodzi o tradycje Polski niepodległej i suwerennej. To, że osoba Adama Michnika znajduje się na liście nominowanych budzi moją konsternację. Adam Michnik to zły, przewrotny i zamaskowany duch w polityce polskiej. Uważam go za osobę, która swoją postawą polityczna, linią poglądową stworzonej przez niego „Gazety Wyborczej”, warstwą informacyjną tego dziennika, nie wpisuje się we właściwie pojętą demokrację. Odwrotnie – stanowi ona aksjomat sprzeczny z egalitaryzmem i etosem demokratycznym. Ja sam na początku lat 90. polemizowałem z postawą Adama Michnika, a swoje tezy zawarłem w opublikowanej potem w 2004 roku książce „Spór o całość”. Mówiłem wówczas, ze jest to bardzo niebezpieczne osoba dla funkcjonowania demokracji w Polsce, m.in. przez postawę, która jest postawą swoistej obrony wartości postkomunistycznych, Okrągłego Stołu, który stanowił rozejm z komunistami, także w sytuacji pookrągłostołowej. Przez cały okres dwudziestolecia III RP „GW” pełni dwuznaczną rolę, szkodliwą, bo służącą do utrwalania konkretnego sposobu myślenia, myślenia ściśle związanego z ideologią komunistyczną bądź rehabilitacją systemu komunistycznego. Adam Michnik nie raz zaprzeczał temu, że Polska znajdowała się pod okupacją komunistyczną. To znamienne. A teraz „Gazeta Wyborcza” Michnika służy kłamstwu na temat katastrofy smoleńskiej.
     PJ – Nie sposób, jak Pan słusznie powiedział, nie zauważyć, jak ogromny wpływ na kształtowanie sposobu podchodzenia do wartości patriotycznych ma „Gazeta Wyborcza”, która przewartościowuje poszczególne aspekty z tym związane.
     
JT – „Gazeta Wyborcza” stała się we współczesnej Polsce nośnikiem bardzo szkodliwych treści, poglądów i idei, które stanowią zaprzeczenie tego, co prawdziwe wiążę się z tradycją i tożsamością narodową. Już na początku lat 90 formułowałem wobec tej działalności zastrzeżenia. Określiłem postawę Michnika jako posttotalitarną, bo inaczej jej nazwać nie można. Michnik napisał kiedyś, że nie uważa, aby Polska po 1945 roku była jakoś specjalnie bohaterska. W sposób cyniczny zlekceważył on całą rzeszę ludzi walczących z systemem totalitarnym, AK-owców walczących w lesie i tych wszystkich, którzy po prostu walczyli o wolną Polskę. To jest tożsame z nomenklaturą, z której wychodzili postkomuniści. Ojciec Michnika, partyjny komunista, był sądzony przed wojną za zdradę narodową. Nie chodzi o to, że zachodzi konieczność w ponoszeniu odpowiedzialności za winy rodzinne, ale Michnik zamiast wyrażać wstyd i jawnie krytykować zbrodnie swoich krewnych, usprawiedliwiał ich. Zachodzi tu jakaś daleko idąca konsekwencja w wypowiedziach Michnika. Był zawsze chętny bronić najgorszego status quo, które by przedłużało jakoś funkcjonowanie systemu komunistycznego, jego wpływów tak w sensie personalnym, jak i instytucjonalnym. Mówił swego czasu jako o ludziach honoru o Kiszczaku i Jaruzelskim – to była potwarz przeciwko tym, którzy walczyli z komunizmem. Dla mnie jest to postawa antypolska. Nie mam wielkich nadziei na inną politykę prezydenta Komorowskiego, ale mimo to, ta ostatnia nominacja rodzi w sposób naturalny moje oburzenie. To pokazuje w jasny sposób, jaki będzie nurt polityki historycznej prezydenta i rządu.
     PJ – Ewidentnie widać do jakiego środowiska jest najbliżej prezydentowi Komorowskiemu.
     
JT – Najbliżej mu do środowiska, które jakoś kontynuuje spuściznę PRL. Kiedyś walczyło o demokrację, potem przyjęło postawę oportunistyczną wobec bezpośrednio uczestniczączych w tym systemie, a teraz wyraża jeszcze dziwne zaufanie do państwa rosyjskiego.
     PJ – Wracając do Adama Michnika – trudna ocena – mówić o jego zasługach.
     
JT – Nawet jego „walka” o socjalizm z ludzką twarzą, jego działalność studencka, wygłaszanie tez o walce z totalitaryzmem, pobyt w więzieniu, rodzi wątpliwość, czy nie była to działalność podszyta wiarą w to, że ustrój socjalistyczny może mieć jakiś pozytywny aspekt – przypomina to postawę trockistowską – paradoksalnie również karaną więzieniem w ZSSR. Sam fakt siedzenia w komunistycznym więzieniu nie musi być oceniany z góry jako coś na kształt wyróżnienia, tym samym implikującego do przypisywania niebotycznych zasług. Ważne jest to do czego prowadzi działalność człowieka – a w tym przypadku mamy niechlubną kontynuację niedobrych poczynań.
     Adam Michnik nie zasługuje na to odznaczenie. Być może otrzymają je jeszcze nieraz osoby, które na to nie zasługują. To jest szafowanie zaszczytnym odznaczeniem i zarazem oszukiwanie opinii publicznej. Mam wielką wątpliwość, czy prezydent Komorowski będzie właściwie w kolejnych latach przyznawał te ordery i odznaczenia. Przypomina mi się pewien incydent: prywatne grono osób spotkało się kiedyś u Jarosława Marka Rymkiewicza, na początku lat 90, wśród nich byłem również ja, ale także Adam Michnik. Była tam mowa o tym, że jest potrzeba pomocy Polakom (Wileńszczyzna), których brutalność historii umieściła poza granicami państwa Polskiego. Michnik powiedział wówczas, że mamy na razie inne potrzeby polityczne, a tym zajmiemy się później. Obecni na spotkaniu (m.in. prof. Skarga) odnieśli się bardzo krytycznie do tych słów. Świadczy to jednak dobitnie o sprzeciwie , z jakim już dawno spotykał się Adam Michnik. Niech to będzie konkluzją mojej odpowiedzi na pytanie, czy zasługuje on na najwyższe odznaczenie państwowe – Order Orła Białego.

Dziękuję za rozmowę.

(„Nasz Dziennik”, 2010, nr 262, 9 listopada)

SEKWENCJA ŻAŁOSNYCH KŁAMSTW
RAPORT DLA GENSEKA

     Raport MAKu jest obliczony na niską, przeciętną mentalność sowieckiego człowieka. W Polsce przez ostatnie 50 lat także nastąpiła ogromna degradacja mentalności. Dlatego też wersja rosyjska nie jest powszechnie odrzucana. Jak słuchałem raportu MAK w telewizji, i polskich komentarzy, nadeszła ta nagła myśl – brakuje tylko szczekaczek na rogach ulic (pamiętam przecież niemiecką okupację). Doszło w Polsce do sytuacji, w której ludzie mówią pod presją okupacyjną i kłamią. Lub gorzej – wierzą w to, co mówią.Wyjątkiem była konferencja Prawa i Sprawiedliwości.
     Oczywiście spodziewałem się przedstawienia takiej treści raportu. Przypomina on żywo komunikat komisji Burdenki w sprawie Katynia. Jest to żałosne fałszerstwo. Niemcy w ciągu kilku tygodni od ogłoszenia wiadomości o zbrodni katyńskiej powołali międzynarodową komisję składającą się z uczonych – patomorfologów z wielu uniwersytetów europejskich. Studiowałem dokładnie niemiecki „urzędowy komunikat” na temat zbrodni katyńskiej. Nie ma tam ani jednego kłamstwa. Z ludności okolicznej Niemcy powołali pięciu świadków, natomiast Burdenko powołał ich sześćdziesięciu! W 1989 roku miałem okazję rozmawiać w Gniezdowie z jednym z nich. Nazywał się Michaił Kriwozercow. Był to człowiek bardzo zaawansowany wiekiem. Bał się na ten temat rozmawiać. Powiedział mi, że podpisał raport jako świadek, ale nie wiedział nawet, co podpisuje. Został do tego zmuszony. Co ciekawe, obecnie w Rosji nadal można usłyszeć, że Katyń był zbrodnią niemiecką. No cóż, współczesna Rosja jest dziedzicem Rosji Sowieckiej i jej mentalności.
     Przez miesiące, które upłynęły od „katastrofy” smoleńskiej pilnie śledziłem informacje, oglądałem zdjęcia. Poprzez pierwsze kłamstwa interpretacji, połączone z cenzurą, wykluczającą inne myślenie, niż lekkomyślny błąd pilotów – utwierdzałem się w myśli, że mógł to być zamach. Przy tak sprawdzonych pilotach i prostym lądowaniu, na lotnisku, gdzie nikt inny już nie miał lądować, musiało się więc zdarzyć coś nadzwyczajnego, co doprowadziło do katastrofy. Raport MAK ukrywa to w sekwencji żałosnych kłamstw. Mówi się, że mjr Protasiuk podjął decyzję o lądowaniu, podczas gdy wiadomo, że po zejściu do wysokości kontrolnej padło słowo „odchodzimy”. Bo nie było warunków do lądowania. Jest całkowicie niewiarygodne, że ci piloci mogliby postąpić inaczej. I wtedy właśnie zaczęły dziać się bardzo dziwne rzeczy. Samolot nagle zaczął opadać z niezwykłą, nie dającą się opanować szybkością. Wkrótce znalazł się na poziomie drzew, 20 metrów nad ziemią. Widzę tu tylko dwa możliwe powody: – uszkodzenia steru wysokości samolotu (z zewnątrz?), bądź deregulacja wysokościomierzy i autopilota, dokonana z zewnątrz impulsem elektronicznym (meaconing). A działo się to w gęstej mgle, której przed chwilą nie było (oglądaliśmy w filmie holenderskim Pilisa rosyjską, niezwykłą maszynę do wytwarzania mgły). W takiej mgle, podwyższającej ryzyko, piloci na pewno nie chcieliby zejść poniżej 100 metrów. I nie zeszli – to tylko niesterowny już Tupolew spadł na poziom drzew. Myślę, że major Protasiuk w tej ostatniej chwili próbowałby lądować awaryjnie, w lesie. Przeżyło by to wiele osób.
     Jestem przekonany, że to nie wszystko o zamachu w tej jego zamachowej wersji. Oprócz zejścia na poziom „fatalnej brzozy”, w ostatniej chwili mogła wybuchnąć w samolocie bomba termobaryczna, która powoduje ogromne zniszczenia. Nic innego nie tłumaczy takiego zniszczenia samolotu i zmiażdżenia ciał. Interesowałem się tematyką katastrof lotniczych i widziałem różne szczątki samolotów. Po upadku z 10 000 m nad Locerbie widać na zdjęciu cały kadłub, tyle że poprzerywany. Czy upadek samolotu z 20 metrów może spowodować takie obrażenia? Identyfikowano ciała na podstawie badań DNA! A przecież nie było wybuchu paliwa! Jak to wytłumaczyć? Z rozmowy załogi z wieżą wynika, że mieli jeszcze kilkanaście ton paliwa! Co się z nim stało?
     Niedawno była katastrofa Tupolewa w Rosji, lądowanie w lesie, wiemy o wielu ocalonych. W Smoleńsku zginęli wszyscy. Rosyjskie media „wiedziały” o tym wcześniej, niż skończyłaby się lekarska obdukcja ciał. Wśród rumowiska żelastwa z samolotu, pierwszego dnia, widziano podobno kokpit. A w nim przypiętych pilotów. Kokpit zniknął wraz z całością aparatury sterowania. A udostępnione do badania fragmenty wraku (jeśli to prawdziwy...) mogłyby doprowadzić do stwierdzenia wgięć nie do środka (efekt upadku), lecz na zewnątrz (efekt wybuchu w korpusie samolotu).
     Ale Rosjanie usunęli także inne dowody... To zwłoki naszych bliskich i znajomych. Badane w Polsce pokazałyby zapewne, że takich obrażeń nie doznaje się z 20 metrów! Były wiadomości, po przywiezieniu trumien, że na ich otwarcie nie zezwala rosyjskie prawo... W Rzeczypospolitej?! Do dziś prokuratura nie godzi się na żadną ekshumację! Prokuratura i sądownictwo są podporządkowane rządowi, ich niezależność nie jest lichej próby. Czy nie bez woli premiera i prezydenta! Ich zgoda, by Rosjanie upokorzyli nas tymi „zespawanymi” trumnami. Czy nikt z urzędników nie próbował zerwać tego pancerza? Istnieje zapewne coś takiego jak szczelność afer!
     Kłamstw słucham już od 10 kwietnia. A tezę o zamachu od początku wzmacniały we mnie właśnie zgodne z rosyjskimi, fałszywe komentarze. Wystarczyło posłuchać i trochę pomyśleć, i jeszcze przeżyć to jako polską tragedię, żeby wiedzieć, że coś nie jest w porządku. Oddanie śledztwa przez Tuska – wbrew naszej wiedzy o Rosji posowieckiej – to więcej niż błąd. To hańbiące posunięcie, które doprowadziło do obecnej treści raportu MAK.
     Katastrofa smoleńska jest katastrofą narodową – historyczną, podobnie jak Katyń 1940. Mimo że liczba ofiar była zupełnie inna w obu przypadkach, uważam za uprawnione zestawienie Katyń 1940 – Smoleńsk 2010 (już to czyni opinia publiczna). W przypadku Smoleńska 2010 sprawa polska wygląda bardzo źle. Bo mamy mniej lub bardziej suwerenne państwo, nastąpiła natomiast zdrada polskiego rządu, jaką było oddanie śledztwa Rosji.

(„Nasz Dziennik”, 2011, Nr 11, 15-16 stycznia)


TUSK WIE I UKRYWA
Z PROFESOREM JACKIEM TRZNADLEM, PISARZEM, POETĄ, ESEISTĄ, BADACZEM KATYŃSKIEGO LUDOBÓJSTWA, ROZMAWIA WALDEMAR ŻYSZKIEWICZ

     WŻ Polski premier zachował się tak, jakby 10 kwietnia pod Smoleńskiem rozbiła się prywatna Cessna jakiegoś biznesmena, z kilkoma osobami na pokładzie.
     
Dziewięć dni po katastrofie prezydenckiego Tupolewa skierował Pan do premiera Tuska list otwarty, domagając się powołania międzynarodowej komisji dla zbadania przyczyn katastrofy w podsmoleńskim lesie. Jakie były tego powody?
     
JT – Przypomniały mi się analogie historyczne, ale przede wszystkim natychmiast zobaczyłem, że działania podjęte przez premiera Tuska i jego rząd to wręcz lekceważenie rozmiarów tragedii, jaka dotknęła nasz naród, beztroska wobec sytuacji, w jakiej znalazło się państwo polskie, pozbawione nagle nie tylko prezydenta, ale również szefa sztabu i dowódców wszystkich rodzajów broni.
     WŻ Czego, Pańskim zdaniem, zabrakło?
     
JT Byłem przekonany, że w tak krytycznym momencie premier w ciągu najwyżej dwóch godzin wygłosi telewizyjno-radiowe orędzie do narodu, w którym odniesie się do wyjątkowości i ogromu straty, którą ponieśliśmy jako zbiorowość, ale również zapewni nas, że wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa zostały postawione w stan podwyższonej gotowości.
     WŻ Skąd miałoby nadejść zagrożenie?
     
JT – Od blisko dekady świat zachodu mówi o zagrożeniu terrorystycznym, a polskie siły zbrojne biorą udział w wojskowych misjach NATO, więc eliminacja głowy państwa i dowództwa armii mogła być przecież początkiem szerzej zakrojonej akcji przeciwko Polsce. I chodzi jeszcze o to, kto wykorzysta personalnie wakaty tylu strategicznych stanowisk.
     WŻ Al-Kaida zaatakowałaby nas pod Smoleńskiem?
     
JT – Wątpię , by Al-Kaida działała pod Smoleńskiem, a to, czy rzeczywiście ktoś działał i jak, musimy dopiero sprawdzić. Ale różne środowiska i czynniki, także u nas, mogłyby chcieć wykorzystać sytuację zachwiania się władzy państwowej, gdy prezydent i strategiczna część polskiej elity państwowej zginęła w wyniku katastrofy. A ze względu na widoczne w świecie i w Europie zagrożenie terroryzmem – możliwość zamachu nie powinna być zlekceważona. A ze względu na rodzaj lotu oraz listę pasażerów powinna być rozpatrywana jako jedna z hipotez podstawowych.
     WŻ To prawda, że w Rosji w ciągu ostatnich lat miała miejsce cała seria ataków terrorystycznych...
     
JT – ...o które Kreml oskarżał różnych islamskich radykałów, choć budzi to wątpliwości. Ale mniejsza o islamistów. „Nieznani” sprawcy mordowali też niezależnych dziennikarzy i działaczy (choćby przypadek Politkowskiej i Litwinienki). Poprawna metodyka prowadzenia śledztwa nie może wykluczać wątków poszlakowych, narzuca więc ściśle określone rygory, o które rząd Tuska, ze względu na rzucającą się w oczy uległość wobec wielkiej Rosji, zupełnie nie zadbał.
     WŻ Polski rząd nie próbował ani skorzystać z uprawnień, jakie stwarza załącznik 13 do konwencji chicagowskiej, ani też, co powinno być jeszcze łatwiejsze, z postanowień dwustronnej umowy polsko-rosyjskiej, z roku 1993. Czym to tłumaczyć?
     
JT – Argumentacja, że próby użycia przysługujących nam uprawnień mogłyby przywołać klimaty z czasów zimnej wojny, naruszyć proces rodzącego się zaufania (słowo klucz propagandy rządowej) lub pogorszyć jakość rosyjskiego śledztwa, nie świadczą najlepiej o kierowaniu się zasadą priorytetu polskich racji przez polskiego premiera. Podobnie, jak ujawniona przez Tuska obawa, że władze Rosji mogłyby odmówić naszej prośbie o podstawowe polskie śledztwo.
     WŻ To akuratnie dość łatwo można sobie wyobrazić.
     
JT – Ale jedynie w przypadku, gdyby strona rosyjska miał coś istotnego do ukrycia. A wersja zamachu nie musiałaby być wcale oskarżeniem państwa rosyjskiego, bo w każdym kraju mogą kryć się elementy ekstremalne. Ale pomijając wersję zamachu, wystarczy przypomnieć niedostateczne np. wyposażeniu lotniska lub błędy wieży kontrolnej. Media rosyjskie, a także niemała część polskich, karmią nas od samego początku natłokiem sprzecznych informacji, ale mimo tego obraz uciekających przed milicją kontrolerów z lotniska Siewiernoje, wryły się jednak w pamięć dość mocno.
     WŻ Minął już 30-dniowy okres żałoby, Polska pochowała ofiary smoleńskiej tragedii, a na miejscu zdarzenia nadal można znaleźć fragmenty poszycia i wyposażenia samolotu, różne przedmioty, a nawet szczątki ciał osób, które tam poniosły śmierć.
     
JT – Brak poszanowania dla ludzkich zwłok pozostaje w naszym kręgu kulturowym przejawem cynizmu, może wręcz nihilizmu moralnego. Ale niefrasobliwość rosyjskich śledczych wobec majestatu śmierci wyraziła się też natychmiastowym przewiezieniem ciał ofiar do Moskwy bez uprzedniego zawiadomienia i porozumienia ze stroną polską.
     WŻ Krewnym przyjeżdżającym w celu identyfikacji ofiar zapewniono darmowy pobyt w hotelu...
     
JT – ... ale poddano też dziwnemu przesłuchaniu, o czym dowiedzieliśmy się np. z relacji Małgorzaty Wassermann i brata Stefana Melaka, Andrzeja. Trudno więc mówić o jakiejś szczególnej empatii rosyjskich władz wobec ludzi, którzy stracili swych bliskich w podsmoleńskim lesie, co dość mocno kontrastuje z gestami, jakimi premier Putin czy prezydent Miedwiediew okazywali publicznie swe współczucie dla Polaków.
     WŻ Na terytorium Rosji, wraz z niezależnym Prezydentem, ginie część kierownictwa naszego państwa, które po półwieczu zdołało się wyrwać z orbity imperialnych wpływów... Dziwne, że w tej mało zręcznej dla siebie sytuacji Kreml nie zaproponował Polakom samodzielnego wyjaśniania przyczyn katastrofy.
     JT – Jest wręcz odwrotnie, śledztwem i wyjaśnianiem przyczyn katastrofy zajmują się specjaliści i prokuratorzy rosyjscy. Polska strona musi się zadowolić tym, co łaskawie przekazują im właściciele tamtych postępowań. Skąpo odmierzane informacje, zmieniające się wersje, niewiarygodne interpretacje – to z pewnością nie jest grunt, na którym mogłoby wzrosnąć wzajemne zaufanie, o którym tak chętnie mówią politycy z polskiej ekipy rządowej.
     WŻ Kwestionuje Pan przejrzystość działań w tej sprawie?
     
JT – Wszystkie dowody rzeczowe, w tym czarne skrzynki, rejestrujące parametry działania urządzeń samolotu i rozmowy pilotów, wciąż znajdują się w rękach strony rosyjskiej. A także telefony. A przecież prezydencki samolot, nawet roztrzaskany na terytorium Rosji pozostaje własnością państwa polskiego. Według pierwszych zapowiedzi, mieliśmy otrzymać czarne skrzynki po paru dniach, potem mówiono o tygodniach, teraz w grę wchodzą już miesiące. I nie ma mowy o samych rejestratorach tylko o odczytanych z nich zapisach. Taki czas pozwola na stronnicze odczytanie zapisów lub ich zniekształcenie.
     WŻ Kiedyś jednak wreszcie skrzynki dotrą. I według ponawianych zapewnień, zostaną ujawnione.
     
JT – Ale bez tzw. treści intymnych. Treści „intymne” w kokpicie podczas lotu? Wygląda to na zwykłą zapowiedź, że zapisy zostaną ocenzurowane, co nieuchronnie podważy wiarygodność oficjalnej wersji raportu. Nie wspominając już o możliwościach manipulowania zapisem przynajmniej w części rejestratorów Tupolewa 154M.
     WŻ O 8.56 na lotnisku włączono syreny alarmowe. Ale pierwsze notki o katastrofie na smoleńskim forum internetowym pojawiły się już około 8.20 czasu polskiego.
     
JT – Godziną wypadku, której ustalenie nie powinno nastręczać żadnych wątpliwości, od początku żonglowano. To nakazuje nam sceptycyzm i daleko posuniętą uwagę. Może w tych 15 minutach coś ważnego się stało? Podobnie jak nieupublicznienie zeznań ludzi obsługujących wieżę tamtejszego lotniska. Zeznają przypadkowi mieszkańcy Smoleńska, właściciele pobliskich działek, którzy przypadkiem okazują się emerytowanymi pilotami, a personel z wieży jakby zapadł się pod ziemię.
     WŻ Czy są jeszcze szanse na rzetelną rekonstrukcję wydarzeń, które doprowadziły do śmierci blisko stu osób?
     
JT – Działania wyjaśniające, prowadzone przez Rosjan, którzy chcąc nie chcąc są stroną w tym postępowaniu, każą powątpiewać w ich wiarygodność. Pamiętamy, że śledztwo, od razu narzucało opinii warunki pogodowe oraz winę pilota, a u nas nawet winę prezydenta! Czy to sprzyja poznaniu prawdy? Jedynie prace międzynarodowej komisji technicznej mogłyby przydać wiarygodności poczynionym ustaleniom, dlatego właśnie zdecydowałem się napisać do premiera.
     WŻ Czy w otoczeniu Donalda Tuska nie było nikogo, kto tuż po smoleńskiej tragedii potrafiłby realistycznie ocenić sytuację?
     
JT – Trzeźwa ocena sytuacji może prowadzić do działań z nią sprzecznych, być może jej wtedy nie zabrakło, tylko premier zachował się tak, jakby pod Smoleńskiem rozbiła się tylko prywatna cessna znanego biznesmena, z kilkoma osobami na pokładzie. Albo jakaś niewielka maszyna pasażerska bez VIP-ów. Wtedy rosyjskie śledztwo byłoby nawet czymś naturalnym. Ale przecież samolot prezydencki był cząstką terytorium naszego kraju, a jego pasażerowie stanowili elitę Rzeczypospolitej...
     WŻ ...którą jednak potraktowano jak zwykłą grupę wycieczkową.
     
JT – Pozostawiono ich samym sobie, wydając na pastwę obcych. I właśnie to ludzi wzburzyło. Tłumy Polaków z całego kraju ciągnęły pod Pałac Prezydencki, na Wawel, żeby oddać hołd prezydentowi i jego żonie. Tego doradcy Tuska nie przewidzieli. A oddani im artyści (np. Wajda) potępili uroczystości na Wawelu...
     WŻ Pański list do premiera, opublikowany w prywatnej witrynie, poparło swymi podpisami już przeszło 38 tys. osób.
     
JT – I to podpisy z całego świata. Pisząc, nie zastanawiałem się nad skalą możliwego odzewu. Chciałem pokazać, że postawa zwykłej nieufności wobec wyników pracy komisji rosyjskiej nie jest, wbrew głosom medialnych autorytetów, żadną manią potępianych teorii spiskowych. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się ani uzyskania tylu podpisów, ani późniejszego wsparcia ze strony Ruchu 10 Kwietnia.
     WŻ Jak zareagował premier Tusk?
     
JT – Ludzie z jego otoczenia powiedzieli dziennikarzom, że premier nie zna sprawy (znanej dziesiątkom tysięcy obywateli), bo listu jeszcze nie dostał. Więc wysłałem 12 maja list pocztą tradycyjną, za zwrotnym potwierdzeniem odbioru.
     WŻ Czy Ruch 10 Kwietnia przekształci się w próbę odzyskania przez Polaków wpływu na to, co dzieje się z ich ojczystym domem?
     
JT – Uważam Ruch za coś niezmiernie pożytecznego, za przedsięwzięcie pobudzające naszą świadomość i wzmagające potrzebę suwerenności. Czy stanie się zaczątkiem fali, zdolnej – jak pisał kiedyś Herbert – obalić niemoralny kształt państwa? Zobaczymy.

(„Tygodnik Solidarność” 2010, nr 22, 28 maja.
Ogłoszone pt. Donald Tusk nie zna sprawy )

POLSKA POZOSTANIE...

      Słyszę narzekania na rząd, społeczeństwo, polską mentalność i historię, i często czytam o wynikających stąd myślach czy postanowieniach: dłużej tu żyć nie mogę, muszę stąd wyjechać. Zresztą wyjeżdżają... Autorzy tych refleksji powołują się nieraz na Norwida, którego trudno przewyższyć w krytyce polskiego społeczeństwa. Ale przecież on nigdy nie poszedł śladem myśli, która mu w pewnej chwili mignęła: odwrócić się od Polski, mieć tylko francuską publiczność. Za dużo go z Polską (choć zniewoloną) wiązało. Był niedługo później inny pisarz, za młodu i przez rodzinę tak „wmieszany” w Polskę, że trudno bardziej: to Konrad Korzeniowski. Jako niedorostek z rodzicami deportowany do Rosji, potem jego ojciec pośród przygotowujących Powstanie Styczniowe, a wuj pośród przywódców (i wtedy właściwie zamordowany w pojedynku). Młodziutki Konrad, po wyjeździe z ówczesnej polskiej beznadziei, podjął decyzję: zostanę pisarzem angielskim. Został Josephem Conradem. Jednym z najwybitniejszych pisarzy w ubiegłym stuleciu! Jakże krytykowała go za tę decyzję i „z powodu braku patriotyzmu” Eliza Orzeszkowa! Niesłusznie. Każdy ma prawo odejść od przypisania go do narodu, w którym się urodził. I może mieć ku temu swoje własne, bardzo ważne, niewymienne powody. Ale istnieje też, na niższym poziomie, tendencja do traktowania wielostronnego i skomplikowanego związku ze swoim narodem, jako niesprawiedliwego przymusu. Coś nakształt przygody Guliwera w kraju Liliputów. Skrępowali go tysiącem przemyślnych więzów. Odbiciem takiej sytuacji są powiedzenia: dlaczego los kazał mi się urodzić w Polsce a nie we Francji, w Anglii, w USA?
     Odmieniłbym ten obraz przylegający do niektórych: bo na ogół jednak zamiast więzów mamy tu sytuacje, które wznoszą nas w górę, ponad poziom tylko uzależnienia. Musi się to widzieć, jeśli było się długo w swoim kraju na dobre i na złe. Jeśli odczuwało się z nim więź społeczną, a jego historię jako własną – oznacza to, że ta historia wznosiła nas do bogactwa przeżyć, jakiego nie zaznalibyśmy, odcinając się od współodczuwania i współprzeżywania, nawet jeśli byłoby one w jakiejś mierze narzucone przez los. Nic o tym nie wie pustelnik zaszyty latami w swojej grocie w głębi lasu. Te pokazane tutaj alegorie czy przykłady mógłbym też zastąpić refleksją nad własnym życiem: dlaczego akceptuję to, że jestem Polakiem i co mnie do tego losu, przeznaczenia, a od pewnej chwili także wyboru, przypisało. Myślę, że przede wszystkim przeżycia, których nie da się wymazać i które stały się niezbywalną częścią mojego ja.
     Leżę pod niemieckimi bombami, niedorosły chłopak, w rzadkim lesie, serie ckm-ów z nisko lecących niemieckich samolotów ścinają gałęzie. Obok spieszeni ułani polscy trzymają za uzdy swoje konie. Słyszę prośbę leżących na ziemi ludzi: – Panowie żołnierze, odejdźcie od nas! Oddalcie się! – Ale we mnie jest uczucie chłopca: i wobec przerażonego konia, i żołnierza w mundurze. Pragnę: Niech zostaną! Niech się tu ocalą, nie zginą na otwartej przestrzeni polany! – A nazajutrz, w ucieczce, przenocowani przez chłopów w odległej od szosy wiosce, zostajemy przez niemieckich komandosów – razem z gospodarzami i ich dziećmi – postawieni pod płotem, naprzeciw egzekucyjnego plutonu. Za ulitowanie się nad naszą dolą – oni, ci gospodarze, postawieni obok nas. Ale niemiecki oficer, jak potem mówi mi matka, zmienił decyzję, możemy wszyscy odejść, ja i mój wiejski rówieśnik. I na zawsze będę pamiętał ten wspólny polski los, spanie na słomie podścielonej suto w wiejskiej izbie, starą kobietę podającą mi mleko. To były nie tylko okrutne przeżycia, ale w tym najgorszym losie także zbliżające do ludzi, z którymi łączy mnie język, przeciw Niemcom, których w niczym nie rozumiałem, ta zapamiętana na zawsze chata, obok kawałka rżyska, wypalonego przez pocisk. To diament w skarbcu mojej pamięci.
     Nie będę przypominał całej swojej biografii. Myślę o Ojcu, ściganym przez NKWD i GESTAPO, członku AK, z lęków o niego i radości pozostały mi ważne odniesienia moralne. Myślę o Matce, która do piątego roku życia nie mówiła po polsku (ojciec – góral z Czarnego Dunajca, ale matka Niemka), i o tym jak to dziecko potem starało się, by polskie wyrazy prześcignęły tamte, niemieckie. Jakim pięknym polskim językiem potem mówiła, dała dzieciom najpierwszy dar życia: mowę. To dzięki tej, a nie innej, na przykład angielskiej mowie, mogłem doznać wartości wydobytych z tej mowy, wiążących mnie z życiem i metafizyką: słowa w błyskach meteorów u Słowackiego, w barwności konkretu Mickiewicza, w bogactwie docierania do krańców mowy i myślenia – u Leśmiana. Dziś, uzbrojony także w inne języki, wiem, że gdybym był Francuzem czy Niemcem, docierałbym najgłębiej do światów w ich językach wyrażonych, ale – oceniając także niepowtarzalne zalety tamtych światów literatury i języka – nie zamieniłbym się.
     Historia naszego kraju dostarczyła mi głębokich przeżyć rozumienia ludzi i społecznej grupy narodowej, w takich a nie innych konkretach, ale do tego, co najgłębiej ludzkie, w rozmaitych reakcjach społecznych, docierałem właśnie przez te konkrety. To, że słyszałem w czasie okupacji głos prof. Konopczyńskiego, dochodzący do mnie z pokoju obok, w czasie tajnych wykładów wydziału historii Uniwersytetu Jagiellońskiego – w mieszkaniu siostry ojca, nauczyło mnie, że nauka historii nie jest byle czym, jeśli dla niej można narażać się na wejście Gestapo, z wiadomym skutkiem. Uczyłem się też w późniejszym życiu, gdy historia dawała o sobie znać, raczej klęskami i tragediami, rzadziej radością, że to wszystko nie jest epizodem oderwanym w czasie, lecz jest kawałkiem tej właśnie Polski, do której należę, najpierw z przypisania mi jej przez język, a potem przez wspólne losy. Że uczy mnie to związku i miłości nie tylko do najbliższej rodziny, ale i tej szerszej, do narodu, w którym jestem osobą. Że to szczebel do wartości ludzkich, inny w treści od tych niemieckich czy francuskich, ale moralnie podobny.
     Jeśli Polska wypełniła mi pustą przestrzeń psychiki i uczuć całą gamą przeżyć łączących ze światem, to na pewno jestem bogatszy, od tego, wymienionego na początku, pustelnika w leśnej grocie, którego ominęły dziejowe sprawy, a ludzie, którzy przeszli obok i zajrzeli do groty, byli dla niego tylko fantomami, dublującymi jego własną jaźń. Jednocześnie jednak ta Polska nie zawłaszcza mojej osobowości metafizyczno egzystencjalnej. Śmierć, ocalenie, nicość, Bóg – pozostają jako problemy uniwersalne. Życie w historii ich nie zabierze. Być może tylko bardziej intensywna kultura pozwoliła na wyrażenie problemów filozoficznych Pascalowi, ale wykształcenie pozwala nam je zrozumieć. Nasza kultura pozwoliła Leśmianowi na postawienie ostatecznych problemów trwania ludzkiego losu i jego ostateczności. Bo jak mówił Norwid: każdy naród jest pierwszym narodem wobec innych, z których wszystkie są także pierwsze.
     Odchodzę teraz od swojej biografii, która – także przez sumę przeżytych lat – odnosi się przede wszystkim do ludzi mojego pokolenia. Większość ludzi w otaczającym mnie społeczeństwie jest ode mnie młodsza. Ale myślę teraz o pewnych formułach naszej publicystyki z ostatnich lat. O określaniu osobno tych – „młodych wykształconych, którzy przybyli do wielkich miast”. Dokonano wyróżnienia generacyjnego tej grupy społecznej w Polsce. I zastanawiam się, w jakim sensie to niezbywalne bogactwo, którym polskość, przez zrządzenie losu, ale i przez moje potwierdzenie i wybór, obdarzyła mnie – jest im także ofiarowane, i zależy od ich wyboru. Zdaje się, że ze swojego statusu generacyjnego, różnorodnego wyposażenia społecznego, grupa ta dosyć jest zadowolona i nieźle ocenia także swoją wolność, tę istniejącą i tę podlegającą wyborowi. A jednak uważam, że oni mniej zdają sobie sprawę z pewnej pustej przestrzeni w ich psychice i losie, która czegoś wciąż oczekuje („natura nie znosi próżni”). Myślę, że zależne od tej „pustej przestrzeni”, są marzenia o życiu „w zielonej Irlandii” czy wszechstronnym USA.
     Wynika to według mnie także stąd, że do generacji tej nie dotarła w pełni wielowymiarowość polskości, jej zróżnicowane bogactwo. Niepodległość państwowa naszego polskiego kraju została im dana, niejako za darmo, wraz z dobrodziejstwem pojawienia się na świecie. Nie dostrzegają ceny, którą ci, co o niepodległość i wolność walczyli, musieli zapłacić. Pomniejszyło to gwarancję zrozumienia wagi tej niepodległości i związanych z nią poczynań współziomków. I nie chodzi już o samą cenę, ale świadomość wartości wypełniających stąd nasze życie.
     Europejskie trendy kosmopolityczne wybijające na plan pierwszy ogólnikową więź ponadnarodowej wspólnoty – wzmacniane przez rodzime prądy liberalne (ale także oczywiste braki historycznej edukacji) i moda na lekceważenie najpierwotniejszych własności i cech narodowych – wzmacniają w tej młodzieży poczucie ponadnarodowego „złotego wieku”, nie związanego z Polską. Dodajmy do tego – i w okresie PRL-u, ale także ostatniego prawie ćwierćwiecza – kampanie publicystyczno historyczne, usiłujące obniżyć wartość etosu narodowego, wartość Polski także w całym uprzednim stuleciu. Istotną cechą tych kampanii było dążenie, by ukazane prawdy historyczne zostały zdominowane przez narzucanie świadomości narodowej upokorzenia i stresu, poczucia niższej wartości. Przyczyniały się do tego niewiarygodne media.
     Ich objawienia nie były jednak prawdą. Ale bywały potwierdzane przez rządy, niezbyt zajęte zdobywaniem wysokich standardów egzystencji dla ludzi w Polsce, także dla instytucji naukowych, zapewniających świetność uniwersytetom i instytucjom badawczym wysokiego pułapu. Nie jest to jednak cecha polskości, lecz wynika w dużej mierze z niezdolności społeczeństwa do wybrania dobrych rządów w tym państwie. To społeczeństwo nie zawsze służy „młodym-zdolnym” najlepszym przykładem. Nie zawsze więc mają za wzór dobry mechanizm społeczny i dobry miernik zachowań. Jak mówiłem wyżej, ich losy generacyjne nie ofiarowały im potrzeby i możliwości walki z niektórymi uciążliwymi przymusami. To dobrze, ale taka sytuacja byłaby jednak także pomocą w uświadomieniu podstawowych wartości życia tu i teraz, czyli wartości polskiego życia. Nie wiem bowiem, czy obok tego, co może być ich życiem, czym zostali obdarowani, zdają sobie sprawę z tego, czym sam los historyczny ich nie obdarzył, a co trzeba jednak świadomie poznać i wiedzieć.
     Nie wiem, czy będą w życiu szczęśliwi – pytam jednak siebie, czy będą w pełni twórczy, jako osoby, mogące korzystać z niezmiernego bogactwa tego, czym w sensie języka i historii obdarzył ich los – przypisaniem do polskości – jeśli nie do końca będą rozeznawać się w tym swoim bogactwie. Myślę o tym, co ofiarowuje świat w sensie swej różnorodności, ale także o szczególnym wyposażeniu moralnym, po które można sięgnąć lub nie. Chodzi o świadome uczestnictwo w losie i życiu tej właśnie polskiej grupy narodowej, korzystanie ze zdobyczy jej doświadczeń historycznych i jej udziale w tworzeniu polskiej i uniwersalnej kultury. Jesteśmy przecież zakorzenieni co najmniej w tysiącletnich naszych dziejach i w ponad tysiącletnim kształtowaniu okna na świat, którym jest dla nas język polski.

( „Nasz Dziennik” 2011, nr 31, 6-7 lutego)


VIRTUTI MILITARI

     Wielkie wydarzenie historyczne, jakim była Katastrofa Smoleńska, rozpatrywana jako ZAMACH, z punktu widzenia kryminologii zdaje się posiadać tylko jedną, pewną cechę: odnalezione zostały zwłoki osób, na których popełniono morderstwo. Byłaby to odpowiedź na pierwsze pytanie:
     Pytanie pierwsze: KOGO ZAMORDOWANO. Ale już przy próbie odpowiedzi, zdaje się pewnej, na to pierwsze pytanie, pojawia się wątpliwość. Część zwłok została – jak wynika z opisów identyfikacji przeprowadzanych w Moskwie – tak zmasakrowana, że nie było stuprocentowanej pewności, że chodzi na pewno o osoby, których nazwiska umieszczono na trumnach. Do identyfikacji służyły także zdjęcia ofiar i wreszcie badania DNA. Ponieważ strona rosyjska przeprowadzała te operacje bez kontroli, brak pewności, że w niektórych wypadkach zdjęcia odpowiadały zwłokom, a także, że nie dokonano prostych manipulacji na danych DNA. Wiadomo więc tylko, że wszystkim zwłokom przypisano nazwiska osób, znajdujących się na pokładzie Tupolewa. Zawsze jest możliwy efekt celowej manipulacji. Nie dotyczy to fragmentów ciał, oderwanych od zwłok, które mogły sprawiać obiektywne trudności identyfikacyjne. Tutaj niepewność zaklasyfikowania jest siłą rzeczy ogromna. Ale biorąc ogólnie, brak jest też całkowitej pewności, że nazwiska na trumnach są zgodne z zawartymi w nich szczątkami.
     Pytanie drugie: KTO TO ZROBIŁ. I tutaj, z punktu prawidłowego śledztwa, poruszamy się w największej ciemności. Jeśli zamach był zaplanowany przez osoby XXX, nie dysponujemy żadnymi dowodami czy poszlakami, istnieją tylko podejrzenia co do ogólnego sprawstwa. W ramach „podwykonawców” (brzmi to strasznie) – sprawstwo może także dotyczyć ewentualnie zbrodniczego nakierowania samolotu przez wieżę kontrolną w kierunku katastrofy. Ale w prowadzonej dyskusji analitycznej na blogach internetowych wyrażana jest niepewność, czy wszyscy ponieśli śmierć w katastrofie, jeśli pamiętać o tak zwanym filmie Koli (1 min 24 sek), z możliwą interpretacją słyszanych strzałów jako dobijania ocalałych i rannych. Byłyby to finalne zabójstwa dokonane przez dobijanie ofiar, bo przecież „wsie pogibli”.
     Pytanie trzecie: KIEDY TO SIĘ STAŁO. Katastrofa lotnicza musi mieć charakter punktowy. Dotyczy zawsze tej chwili, kiedy statek powietrzny uderza o ziemię. I tutaj także, właściwie począwszy od pierwszych komunikatów emanujących z rozmaitych źródeł obok miejsca zdarzenia – czas katastrofy oznacza się przez różne, czasem znaczne warianty punktowe. Różnice nie są sekundowe, lecz wielominutowe. Wystarczy porównać znane komunikaty agencyjne ze Smoleńska i lotniska Siewiernyj. Ta wątpliwość przyczynia się także do ogólnej atmosfery wątpliwości osnuwających to tragiczne zdarzenie. I rzutuje na niepewność odpowiedzi, związanej z następnym pytaniem.
     Pytanie czwarte: GDZIE DOKONAŁA SIĘ ZBRODNIA. Bo jeśli nie można określić dokładnej chwili, w rozważaniach analityków pojawiła się niepewność: czy rzeczywiście wszystko dokonało się na lotnisku smoleńskim Siewiernyj, jeśli nikt nie może tego potwierdzić dokładnie, łącznie z kontrolną wieżą lotów („odlecieli”). Bez szczegółowej analizy powiedzmy tylko, że wymieniane są także inne lotniska, jako miejsca sprowadzenia samolotu na ziemię: Smoleńsk Jużnyj, czy Briańsk. Chwilę katastrofy powinny odnotować dokładnie przyrządy pomiarowe w kabinie załogi i czarne skrzynki. Jednak wśród fotografii szczątków samolotu brak jest kokpitu. Czarne skrzynki zostały zagarnięte przez stronę rosyjską i nic pewnego już nie powiedzą, nowoczesna technika pozwala na daleko idące zafałszowanie lub usunięcie danych pomiaru. Wygląda to tak, jakby całe zdarzenie dokonało się w innych wymiarach czasu: na przykład na wojnie, gdzie nikt nie zastanawia się nad dokładną chronologią i godziną np. wysadzenia mostu. A przecież na Siewiernym było to jedyna katastrofa, i nie zakłócona innymi wydarzeniami. Niektórzy analitycy zamachu smoleńskiego sugerują, że jeśli by zbrodni dokonano nie na Siewiernym, w Smoleńsku, ciała pasażerów mogłyby być szybko „dostawione” na Siewierny – helikopterami. W ten sposób miejsce „maskirowki” wyposażone by zostało we wszystkie konieczne realia.
     Pytanie piąte: JAK TEGO DOKONANO. Obszar tego pytania jest tak rozległy i potencjalnie wielonfukcyjny, że można to tylko zasygnalizować, ale nie wyczerpać. Dotyczyć musi koncepcji organizacyjnych i logistycznych zamachu, dotyczących czynności, które należało wykonać p r z e d zamachem, i szczegółów technicznych, sprawiających, że potężna maszyna mogąca przewieźć stokilkadziesiąt osób, kończy swój lot uderzeniem w ziemię. W literaturze katastrof lotniczych, prócz błędów pilota, wymienia się wiele opisanych i możliwych okoliczności. Nie będę mnożył ich wyliczania, przykładowo może to być tzw. dziura powietrzna, nagły atak huraganu. Komisja MAK z całą stanowczością wykluczyła nagłą techniczną niesprawność Tupolewa. Widzę to jako tak zwane pobożne życzenie, co nie zamyka jednak pola podejrzeń że ewentualnie wywołano jakąś podstawową niewydolność maszyny, w której wnętrzu przygotowano, mające w określonej chwili zadziałać, uszkodzenia (np. w układzie sterowania), lub umieszczono ładunek wybuchowy (jak to miało miejsce w katastrofie pasażerskiego Boeinga amerykańskiego Panam nad Lockerbie, w Szkocji). Nie można też wykluczyć uderzenia pociskiem z zewnątrz lub sfałszowania wskazań aparatury pomiarowej przez tzw. meaconing czyli pocisk laserowy z zewnątrz. Wymieniono w rozważanich analitycznych możliwość bomby wolumetrycznej, nowej broni o szczególnej sile rażenia, być może tłumaczącej powody, dla których Tupolew, rozpadł się na drobne kawałki, choć przed chwilą utrzymywał się jeszcze na wysokości mniej niż dwudziestu metrów (uderzenie skrzydłem w brzozę). Tytułem analogii powiem, że Boeing, w którym wybuchła libijska bomba na wysokości 10 000 m, ukazywał na zdjęciach cały właściwie, choć poprzerywany na kilka części kadłub.
     Powie jednak ktoś, dlaczego używam słowa ZAMACH, skoro z przeprowadzonej wyżej suchej i schematycznej analizy wynika, że niczego nie można określić i udowodnić na pewno, żadne okoliczności domniemanej zbrodni nie są pewne. Pewne jest oficjalnie – w komunikatach polskich i rosyjskich – że Tupolew rozbił się na terytorium państwa rosyjskiego, wszyscy zginęli, a ilość trumien ze zwłokami pasażerów i załogi, które przyleciały na lotnisko na Okęciu, równała się w zasadzie, ilości osób, które podróżowały w Tupolewie i na jego pokładzie zginęły. To przypomina mi pewien utwór poetycki, ukazujący, jak w logikę zdarzenia wkrada się absurd. Ponieważ walkę dwu zwaśnionych mężczyzn w wierszu Leśmiana ukrywała „czapka-niewidymka” – nic nie można o tej walce powiedzieć, znamy tylko jej efekt: dwa trupy i obok leżącą czapkę niewidymkę.
     W obrazie katastrofy smoleńskiej i jej tragicznym rezultacie nie mamy jak dotąd żadnej utrwalonej pewności co do jej przebiegu, kryje go „czapka-niewidymka” – znamy tylko jej rezultat: dziewięćdziesiąt sześć zwłok. W literaturze kryminalnej takie wypadki ma się chęć określać nazwą „zbrodni doskonałej”, to znaczy takiej, gdzie wykrycie sprawcy wydaje się prawie niemożliwe. Jeśli feruje się tu wyrok, można popełnić błąd sądowy. Literatura kryminalistyczna zna wypadki oskarżonych zwalnianych z więzienia po latach, gdyż ujawnił się niespodzianie jakiś szczegół, obalający wyrok poszlakowy. Ale w wypadku Tupolewa i jego pasażerów, lecących 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska, sumuje mi się wszystko, nawet to, co wydaje się tu w analizie absurdalne, na moją pewność zamachu. Gdyż wynik analizy kłóci się także z pewnością zwykłego lotniczego wypadku. Są tu jednak zasadnicze fakty, które trudno przymierzyć do zwykłej katastrofy. Uzasadniają odczuwaną niepewność.
     Chodzi o kilka spraw rangi zasadniczej. Śledczy MAK „przegięli pałkę” ukazując wszystko, co rosyjskie – w świetle doskonałych działań, łącznie z konstrukcję bezawaryjną Tupolewa. Trudno wprost przypuścić – choć pozornie jest to możliwe – aby piloci klasy „mistrzowskiej”, jak major Protasiuk, mogli nie zachować należytej ostrożności i omylić się w prostym lądowaniu, na lotnisku, które znali – z powodu tylko mgły. To tylko na filmach grozy spieszący się kierowca taranuje szereg samochodów, by na czas dotrzeć punktualnie do celu, nie zważając na rodzinę, którą wiezie, ani na swoje bezpieczeństwo. Krew się leje, ale on sam z pasażerami dociera nienaruszony. Sytuacja Tupolewa pokazuje, że na ogół musi stać się odwrotnie... Wbrew temu, co twierdziły media rosyjskie i nasi byle jacy dziennikarze, priorytetem tego lotu nie było dotarcie na czas na uroczystości, lecz całość Prezydenta i pasażerów. Nasze media, szukając słabych podobno punktów majora Protasiuka, uruchomiły krańcowo kłamliwe i łajdackie określenie priorytetu działania polskiej załogi Tupolewa. Gwardia przyboczna prezydenta wiedziała, że w niebezpiecznych wypadkach priorytetem jest ochrona jego życia, nawet za cenę własnego. Pamiętam dokument filmowy, gdzie pokazano, jak zamachowiec postrzelił w płuco prezydenta Raegana. Ochroniarz natychmiast zasłonił go własnym ciałem, ewakuując do samochodu. Nie ma powodu przypuszczać, że kapitan Protasiuk źle pojmował swoje obowiązki czuwania nad życiem polskiego Prezydenta. Lub że miał odruchy głupiego, kilkunastoletniego młokosa. Powtarzam po raz któryś: tylko łajdacy mogą tak myśleć.
     Ja myślę odwrotnie: ponieważ nie znamy ostatnich chwil tych naszych przyjaciół i znajomych, tych naszych autorytetów i po prostu ludzi, których życia nie mamy powodu lekceważyć – możemy także uruchomić film – domniemany oczywiście – z tych ostatnich zdarzeń, gdzie załoga osłania Prezydenta, bo Protasiuk, wykonuje manewr tak, aby ryzyko skupiło się na kokpicie, a nie reszcie kadłuba Tupolewa. Wykonuje ten manewr, przerażony awarią przyrządów pomiarowych i sterów wysokości samolotu. Cała siła uderzenia szłaby właśnie na kokpit (nie ma jego szczątków). Tak kiedyś Leopold Okulicki, jeszcze nie generał, z narażeniem życia obezwładnił bolszewicki kulomiot podczas ofensywy Czerwonej Armii w 1920 roku. Jeśli jednak samolot był jeszcze „cały” na wysokości (jak pokazują przyrządy) 20 metrów, to upadek z tej wysokości nie tłumaczy „rozproszkowania” kadłuba, ani stanu w jakim znalazły się pokawałkowane ciała. Ani częściowego ogołocenia ich z ubrań. Musiało więc stać się jeszcze coś, co pokrzyżowało bohaterskie próby pilotów, by wylądować awaryjnie.
     Ja wbrew wszystkim innym opiniom – mam potrzebę wyobrażania sobie ostatnich działań polskiej załogi Tupolewa w sposób właściwy dla beznadziejnej sytuacji, w walce ze strasznymi zamachowcami. Załoga działała bohatersko i bezbłędnie – proszę przytoczyć argumenty, obalające to moje przekonanie! Tej tragicznej załodze, poległej na polu chwały – w sercu moim przyznaję odznaczenie Virtuti Militari.

(kwiecień 2011)


WŁADYSŁAW I LECH

     Różne, podawane oficjalnie fakty tragedii smoleńskiej, widzianej tylko jako katastrofa – są tak ze sobą sprzeczne i niewiarygodne, że powinni to widzieć zwykli trzeźwi ludzie. Dlaczego zatem tyle osób nie wzrusza ramionami słysząc, co ludzie „rządowi” i bliska władzy prasa i telewizja podają do wiadomości na temat Smoleńska? Dlaczego bez zastanowienia przyjmują wersję katastrofy? Czym można wytłumaczyć taką społeczną naiwność? Chyba jednak z podświadomego lęku negowania tego, co oficjalne. Przez pięćdziesiąt lat XX wieku (1939-1989) negowanie tego, co oficjalne było kłopotliwe, a często niezbyt bezpieczne. I wymagało pewnego wysiłku myślowego. Zmieniło się też funkcjonowanie dziennikarzy. Część z nich to „wynajmujący się” propagandyści. A trudniej myśleć niezależnie, gdy czyta się, że wersja zamachu smoleńskiego szkodzi porozumieniu Polski z Rosją.
     Na tym przykładzie także można dojrzeć, że lata niewoli odzwyczaiły ludzi od niezbywalnej potrzeby trzeźwego, zdroworozsądkowego spojrzenia. Choć nie grozi już sankcja za krnąbrne zdanie wypowiedziane w autobusie. Psychologia społeczna uczy jednak, że nawet po zdjęciu kajdanów pozostają one jeszcze w psychice. Behawioralne doświadczenie na zwykłej kurze: najpierw szamocząc się zrozumiała, że kolorowy sznurek wiążący łapkę do deski – jest faktem. Ale gdy zastąpiono sznurek grubą linią od kolorowej kredy przechodzącą przez łapkę – kura nadal przez chwilę sądziła, że jest uwięziona.
     A oto kilka przykładów niewątpliwych sprzeczności:
     1/ Pomiędzy katastrofą, jako upadkiem Tupolewa z wysokości 15-20 metrów, a stanem zwłok pasażerów. Wydaje się niewiarygodne, że przy upadku samolotu z tak małej wysokości i bez eksplozji paliwa (kilkanaście ton) nikt nie przeżył, choćby znaleziony w stanie agonalnym. Przy tak wielkiej ilości zwłok (prawie sto) – stwierdzenie prawie natychmiast po katastrofie, że wszyscy zginęli w tej samej chwili, może tylko budzić podejrzenia, że powodem zgonów nie był sam wypadek lotniczy. Zgony i agonie zawsze są rozłożone w czasie, jeśli upadek nie nastąpił z wysokości 10 000 metrów.
     Tymczasem podawano, że część zwłok nie nadawała się do wizualnej identyfikacji bez badań DNA. Wytłumaczyć to można jedynie eksplozją bomby wewnątrz samolotu lub uderzeniem w samolot pocisku z zewnątrz.
     2/ W samolocie było (wraz z załogą) 96 osób. W ciągu pierwszych kilku godzin po godzinie „zero” (godzina wypadku) było wokół wielu świadków. Nie słyszałem jednak o obecności wielu ekip lekarskich stwierdzających żmudnie, w bezpośredniej autopsji, zgon poszczególnych pasażerów i podpisujących odpowiednie dokumenty. W związku z tym (co ma podstawowe znaczenie konstytucyjne) nie ma dokładnej godziny śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej, a przejęcie władzy nie nastąpiło po lekarskim stwierdzeniu zgonu i sporządzeniu właściwego aktu z legalnymi podpisami! Stanowi to skandal moralny i konstytucyjny!
     3/ Podczas sprowadzania zwłok w trumnach na lotnisko w Warszawie krążyła wiadomość (ciekawe, gdzie się najpierw ukazała?), że prawo rosyjskie (!) nie zezwala na otwieranie trumien. Kilka osób z rodzin zmarłych zgłosiło chęć ekshumacji i otwarcia trumny (brak pewności, że nie nastąpiła podmiana zwłok). Upłynął przeszło rok od oficjalnej daty zgonu, i jak dotąd Prokuratura nie udzieliła nikomu takiego zezwolenia. Ten zakaz prowokuje do oczywistych podejrzeń, że Prokuratura boi się otwierania trumien, by ukryć tajemnicę, jaką kryją zwłoki. Zakaz niesłychany w cywilizowanym świecie! Istniał w średniowiecznej Europie, gdy zaraza dżumy zabierała kilkadziesiąt procent populacji. Czy nasz rząd i prokuraturę dotknęła moralna dżuma?
     4/ Wypowiedzi służb rosyjskich zaraz po katastrofie, ale także wysokich władz, głoszące, że nie ma ocalonych („wsie pogibli”) – bez wiadomości o przebadaniu wszystkich zwłok, wskazywać mogą na nieznany nam sposób dokonania masakry pasażerów TU154M. I być może w nieznanym miejscu. Takie podejrzenia wyrażane są na blogach internetowych.
     W epoce służbowych kamer filmowych i sprzętu wyrafinowanej dokumentacji fotograficznej nie ma dokumentacji fotograficznej z miejsca odnalezienia zwłok i szczątków ciał po katastrofie, ich rozrzucenia wokół samolotu.
     5/ Brak też pełnej dokumentacji fotograficznej rozbitych szczątków samolotu. Uległ on w większości nieprawdopodobnemu rozdrobnieniu. Nie dopuszczono polskiej strony do badań nad wrakiem, który długo niszczał bez przykrycia. Ale sprawa zupełnie podstawowa: nikt nigdy nie wydał orzeczenia, że szczątki wraku są autentycznymi szczątkami polskiego TU154M, którym Prezydent udał się w podróż do Smoleńska. Wchodzimy już w obręb prawa karnego. Można sobie wyobrazić, że w razie wywołanego wypadku samochodowego, w miejscu oddalonym od policji, sprawca niszczy wóz, w którym uszkodził hamulce i podstawia wóz tej samej marki, ale bez karygodnych uszkodzeń, które spowodowały wypadek. W Rosji wycofanych z obiegu Tupolewów „mnogo”. Skąd mamy pewność, że fotografowane i zebrane w końcu w jednym miejscu szczątki są autentyczne? Może to tylko, nazywana tak u nas poza oficjalnym obiegiem – „maskirowka”? A chodzi zawsze o powód wypadku. Po upadku amerykańskiego samolotu Panam nad Locerbie dopiero po roku znaleziono miniaturowy szczątek zapalnika bomby, pozwalający oskarżyć o terroryzm Libię Kadafiego.
     Polska komisja min. Millera badająca smoleńską „katastrofę” – to zbrodnicze pośmiewisko. Wyobraźmy sobie śledztwo na temat morderstwa w rozbitym samochodzie – bez próby nawet obdukcji zwłok kierowcy i pasażerów, i bez zbadania rozbitego wraku samochodu! Członkowie komisji popełniają karalny błąd sądowy, a plama na ich życiorysie nigdy się nie zmyje! Ich zwierzchnicy i mocodawcy rządowi wierzą, że w Polsce zdolność do myślenia jest niższa od jednego promila (1 0 / 000 ).
     Brak takiego myślenia i takich pytań w naszych oficjalnych mediach i komisji Millera świadczy o tym, że na polskiej giełdzie psychicznej i moralnej prawda stoi bardzo nisko. Tak jest tam, gdzie rządzi głupota, bezmyślność, brak wyobraźni, podszyte występnym tchórzostwem.
     W rozważaniach i zamachu smoleńskim brak mi także określonych refleksji historycznych i historycznych analogii (poza katastrofą gibraltarską). Powinny one służyć jeśli nie porównaniom, to odczuwanemu wyobrażeniu narodowej ciągłości. Jeśli Prezydent może być odczuwany jako niekoronowany król (zwłaszcza w Polsce, kraju elekcji) – byłby LECH drugim polskim władcą, który ginie poza granicami, extra muros, pierwszym był potomek Jagiellonów, Władysław III Warneńczyk, który zginął w bitwie pod Warną, na obcej ziemi w 1444 roku, w wieku 20 lat. Osobliwością tej śmierci był fakt, że ciała nie odnaleziono, więc trwały długie poszukiwania. Są tacy, którzy myślą, że to może opóźniło o trzy lata intronizację jego następcy, Kazimierza Jagiellończyka. Jeśli taki powód opóźnienia był mitem, to samo stworzenie mitu jest faktem. Wobec niepewności – opóźnienie w przejęciu władzy wydawało się chwalebne, Kazimierz Jagiellończyk nie spieszył się, jak przeszło 500 lat później uzurpator, niejaki Bronisław.

(maj 2011)

Projekt listu

DO SEJMU I DO SENATU RZECZYSPOSPOLITEJ POLSKIEJ


     Ja, obywatel Rzeczypospolitej, w obliczu rosnącego zagrożenia naszej Ojczyzny – wysoce szkodliwymi dla Polski działaniami Rządu RP, pod przewodnictwem Premiera Donalda Tuska, zwracam się z apelem do Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej o postawienie przed Trybunałem Stanu osób, których działania doprowadziły Polskę do granicy jej bezpieczeństwa i suwerenności.
      Domagam się postawienia przed Trybunałem Stanu RP następujących osób:

Premiera Donalda Tuska
Marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego
Ministra Spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego
Ministra Obrony Narodowej Bogdana Klicha
Wszyscy oni celowo lub przez zaniechanie dopuścili się Zdrady Stanu i winni być postawieni przed Trybunałem Stanu Rzeczypospolitej Polskiej.

     A oto główne zarzuty, które należy przedstawić wyżej wymienienionym:
     Niszczyli autorytet głowy Państwa, Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, tak w naszym kraju, jak i poza jego granicami, inspirując i prowokując działania mogące pośrednio lub bezpośrednio wpływać na wykonywanie przez Prezydenta jego obowiązków, ale także mogących naruszać jego bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo Prezydenta i towarzyszących mu osób zostało naruszone. W ten sposób naruszano także bezpieczeństwo Państwa Polskiego.
     Zdegradowali znaczenie wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu do roli czysto prywatnej, mimo że wizyta ta miała charakter wysoce ważnej misji międzynarodowej, mającej na celu ukazanie pełnej prawdy o rosyjsko-sowieckim ludobójstwie, spełnionym na narodzie polskim. Premier Donald Tusk z naruszeniem polskiej racji stanu zgodził się na kadłubowy (bo bez Prezydenta) udział w uroczystości w lesie katyńskim, ulegając woli premiera obcego państwa. Donald Tusk przypisał sobie nie należny mu wymiar przywódcy narodu. Zaś po tragedii widzieliśmy, po raz pierwszy w dziejach wolnej Rzeczypospolitej, jak kierujący polskim rządem rzuca się z usłużną wdzięcznością (za co?) w ramiona swego rosyjskiego odpowiednika.
     Wizyta polskiego Prezydenta nie została zabezpieczona merytorycznie i należytym rozpoznaniem terenu jego wizyty w Rosji, i z odpowiednim wyprzedzeniem w czasie. Nie zostało należycie sprawdzone i zabezpieczone użycie lotniska Siewiernyj w Smoleńsku. Dotyczy to rozpoznania uwarunkowań tego lotniska pod względem logistycznym i technicznym. Nie zadbano o środki ostrożności w dniu odlotu Prezydenta do Smoleńska. Nie wynegocjowano obecności polskich służb technicznych do współpracy i kontroli w obsłudze lotniska. Nie chciano zauważyć, że lotnisko przestało już być zabezpieczone tak, jak kilka dni wcześniej na przyjazd premiera Putina. Po katastrofie samolotu prezydenckiego zabrakło polskich służb do zabezpieczenia samego terenu katastrofy, by uniemożliwić obcym i postronnym osobom ewentualne przestępcze penetrowania szczątków samolotu i ofiar wypadku.
     Premier rządu nie wystąpił natychmiast z orędziem do Narodu i nie zwrócił się do strony rosyjskiej z żądaniem, aby całość śledztwa prowadziła strona polska. Stroną poszkodowaną była przecież wyłącznie Polska, zaś ofiarami jej obywatele, a w katastrofie zginął Prezydent RP, najwyżsi dowódcy Armii Polskiej i NATO, i wielu najwyższych urzędników i kierowników duchowych naszego Państwa. Nic straszniejszego nie mogło się wydarzyć, a jednak Premier Tusk i jego urzędnicy pozostali w stanie inercji i nieodpowiedzialności. Obniżono rangę tragedii wobec społeczeństwa. Dotyczy to nie tylko posunięć praktycznych, ale i braku odpowiedniej reakcji moralnej. Zwłoki ofiar i szczątki samolotu zostały otoczone przez kordon wyłącznie obcych służb.
     Pod nieobecność służb polskich stworzono wszelkie warunki do zacierania śladów katastrofy, istotnych dla śledztwa, i ewentualnego niszczenia i zabierania istotnych dla tego śledztwa dowodów (czarne skrzynki). Uległy przejęciu przez obce państwo elektroniczne nośniki informacji i ewentualne dokumenty, będące przed katastrofą w posiadaniu ofiar. Strona rosyjska weszła w posiadanie licznych przedmiotów będących własnością ofiar, ale także mogła poznać ich DNA. Rząd polski wyraził zgodę na przewiezienie zwłok do Moskwy, a nie do zakładów patologii sądowej w Polsce. Ta manipulacja naruszała godność ofiar. Strona rosyjska poddawała nieraz natarczywym przesłuchaniom rodziny ofiar. Orzeczenia rosyjskich patologów sądowych były na poziomie wiejskich znachorów. Nikt z tych lekarzy (a później polskich specjalistów) nie odważył się zmierzyć z problemem, dlaczego w tej katastrofie (bez pożaru samolotu i upadku z ledwo kilkunastu metrów) połowa zwłok tworzyła bezkształtną masę. Pamiętamy też, że ze strony polskiej (co byłoby całkowicie normalne) nie padło żadne przypuszczenie czy hipoteza poddająca w wątpliwość postulowaną ufność do strony rosyjskiej. Jeden z nowych szefów resortu uznał za „więcej niż zbrodnię” dopuszczenie obywateli do swobodnych wypowiedzi i interpretacji ostatnich zdarzeń.
     Premier Tusk i jego Rząd zignorowali całkowicie postulaty specjalistów i oczekiwanie społeczeństwa, żeby powołać Komisję Międzynarodową dla badania tej katastrofy. W ciągu niewielu dni pod postulatem utworzenia Komisji Międzynarodowej podpisało się ponad 50 (pięćdziesiąt) tysięcy osób. Liczba ta wciąż rosła. Postulaty społeczne były demonstracyjnie ignorowane przez rząd. Wiecowy slogan wypowiedzi Marszałka Sejmu i członków rządu o zaufaniu do strony rosyjskiej, urągał logice sądowej, zaś w sferze państwowej oznaczał zrzeczenie się atrybutów suwerenności na rzecz władz Federacji Rosyjskiej. Miały one także kłamliwie oswoić społeczeństwo z ewentualnymi dalszymi ustępstwami w kontroli prowadzonego śledztwa. Na przykład prokuratorzy z góry obwieszczali, że niecała treść nasłuchu wypowiedzi pilotów z czarnych skrzynek zostanie podana do publicznej wiadomości. Premier Tusk na konferencji prasowej popisał się celowym nieuctwem, że nie wie, co to są zdjęcie satelitarne.
     Efektem całej informacyjnej akcji rządowej, wraz z pozostawieniem ciężaru informacyjnego sensacyjnym kłamstwom dziennikarzy – było pogrążenie społeczeństwa w szumie informacyjnym, zaprzeczających sobie doniesień, Miało to na celu ułatwić swobodne (jak przy zamachu stanu) przygotowanie się Rządu do przejęcia, wakujących po strasznej katastrofie, kierowniczych stanowisk w państwie. Ale była to także usłużna gotowość przyjęcia wszelkich wyników rosyjskiego śledztwa i z pominięciem znanych już pewników.
     Samonapędzające się wypowiedzi najwyższych czynników rządowych, emanujących z partii, która zwyciężyła w ostatnich wyborach: że państwu nic się nie stało, że „obroniło się” po tej katastrofie – uwłaczały godności i nie dającej się niczym zastąpić wartości dla Polski tych, którzy zginęli. Tego rodzaju wypowiedzi pogrzebowe, bo w trakcie lub tuż po pogrzebach, nie mają właściwie precedensu w dziejach Rzeczypospolitej. W ogłoszeniu żałoby narodowej triumfował czczy formalizm Premiera, który zlekceważył tragedię narodu. Marszałek Sejmu w płaskiej mowie pogrzebowej w Krakowie ośmielił się mówić o „korzyści” z tragedii, korzyści dla porozumienia rosyjsko polskiego, gdyż odtąd Polacy będą postrzegać Rosjan z większym zaufaniem. W ogóle słowo ZAUFANIE osiągnęło nieznaną dotąd nośność: synonimu zdrady narodowej.
     Oddaję więc pod osąd Wysokiego Sejmu i Senatu postawę tych członków Rządu RP, którzy w tragicznej dla Narodu chwili nie stanęli na wysokości wymagań stawianych ich urzędowi. Byli nieudolni i nie sprostali moralnie sprawowaniu wysokich urzędów Rzeczypospolitej. Osobiste i partyjne cele, które chcieli osiągnąć, stały w sprzeczności z niezbywalnymi postulatami moralnymi, dotyczącymi państwa i narodu. Wobec tej miary zaniedbań nie można zadowolić się tylko ewentualną dymisją rządu.
     Uważam, że postępowanie wszystkich wymienionych osób może ocenić właściwie tylko Trybunał Stanu. Wzywam Sejm i Senat Rzeczypospolitej do uchwalenia takiego wniosku.

(pisane w czerwcu 2010)


STRATOSFERYCZNI

(Muzyka do tego tekstu Bohdana Błażewicza; płyta „Miejmy nadzieję”, Warsztaty Idei, Actum)

oni wracają choć bardzo zmienieni
bez rąk i nóg i bez twarzy
na okrutnej smoleńskiej ziemi
leżą strąceni Ikarzy

stratosferyczni po niebieskiej toni
do ojców lecieli Ikarzy
spaleni śmiertelną bronią
już nic złego im się nie zdarzy

ze swych ciał potrzaskanych wysiadają
kto ma rękę lub nogę szczęśliwy
jak to trupy pożegnalnie nas witają
i próbują mówić jak to żywi

rozerwani jeszcze o coś proszą
machają odrąbanymi rękami
choć jak bagaż wstydliwy się noszą
idąc z oderwanymi głowami

po kolei znakiem tajemnym
ręką przyłożoną do serca
przenikają w nas wiedzą podziemną
znają twarz strasznego mordercy

choć na baczność leżą na trawie
jeszcze ustami ruszają choć niemi
wierni aż do końca sprawie
nie zginęła tylko my giniemy

spojrzyj w górę rozpatrz się po niebie
płyną we krwi uprane obłoki
stratosferyczne wszystkie obok siebie
wiecznie żywe w korabiu wysokim

(„Nasz Dziennik”, 2011, Nr 11, 15-16 stycznia)