RYMKIEWICZA FALSYFIKAT O POWSTANIU
23.12.2008

I. KINDERSZENEN

     Fortepianowe Kinderszenen Roberta Schumanna w nagraniu Vladimira Horovitza to wykonanie delikatne, ale wyjątkowo nasycone. Kilka minut utopijnego, uroczego świata dziecinnego raju. Wiek XIX. Jaki związek ma książka Rymkiewicza z nadanym jej schumannowskim tytułem? Raj dziecinny i okrutne zdarzenia w warszawskim powstaniu ’44. Jednak autor, ukazany tu jako dziecko, nie był w czasie powstania w Warszawie. Jeśli nie był wtedy pod bombami to dzieciństwo miał rzeczywiście cudowne. Muzyka może się odnosić do tej idylli dziecięcej, ale co z okrucieństwem powstania? Tragiczna drwina? Czy to drwina z niemieckości, która u Schumanna stworzyła idyllę, a w czasie okupacji i powstania warszawskiego – koszmar? Czy chodziło o pokazanie, że pomimo tej wspaniałej niemieckiej kultury i muzyki, Niemcy zdolni są do największych potworności w historii? Ale chyba żaden Niemiec nie przymierzyłby Schumanna do obrazu Drezna bombardowanego przez tysiące samolotów alianckich w lutową noc 1945 roku. Miasta zamienionego w morze płomieni i gruz.
      W takiej wyrafinowanej literackiej metaforze epatowanie kontrastem: proszę, tu niemieckie ludobójstwo i tu – niestety – ta sama kultura w innym, wspaniałym artystycznym wydaniu! – wydaje mi się nadużyciem. Porównywanie rzeczy, nie nadających się do porównania, nie licujące z powagą takiego tematu. Literacki parnas stylistyczny w zestawieniu z ludzkim dramatem.

II. SZALEŃSTWO, SZALEŃSTWO

     W rozdziałku Powstanie jako wybuch szaleństwa Rymkiewicz uparcie cytuje wszystkie powtórzenia tego słowa u Poboga Malinowskiego w jego Najnowszej historii Polski , by słowo to będące u Poboga synonimem najwyższej nieodpowiedzialności tych, którzy zdecydowali o Powstaniu – uznać za swoje, podnieść jego rangę do cechy całego narodu, afirmującego powstanie, uznać je wreszcie za niezbywalną cechę tamtej sytuacji historycznej. Rymkiewicz ze swoją, obywającą się bez rzeczowych argumentów, choć stanowczą, krytyką Poboga Malinowskiego, określającego powstanie jako szaleństwo, a jego decydentów jako szalonych – mógłby się powołać na znaną romantyczną terminologię Adama Mickiewicza z jego rozprawki w „Pielgrzymie Polskim”, z roku 1833: O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych. Według tego tekstu Mickiewicza, o zgubie Polski w okresie rozbiorów zadecydował płaski sofistyczny pseudo rozsądek egoizmu złych obywateli Rzeczypospolitej – przeciwstawiających się ludziom szalonym, których symbolem byli na przykład Rejtan czy Kościuszko:
     rozsądek pojedynczy jest często w sprzeczności z rozumem narodowym, z rozumem rodu ludzkiego.
Przeniesienie tych romantycznych pojęć w wiek dwudziesty jako kwalifikacji „rozumu narodowego” i oceny Powstania, (choć Rymkiewicz nie powołuje się na ten tekst), może tu być jakby dodatkowym uzasadnieniem poetyckiej wizji Rymkiewicza, wywiedzionej z racji polskości naszego bytu narodowego, jako najwyższej instancji moralnej. Rymkiewicz uważa, że powstanie było niezbywalnym odruchem obrony – samej istoty prześladowanej i zagrożonej polskości:
     szaleństwo Polaków, którzy zdecydowali się na swoje szaleńcze powstanie, było tylko odpowiedzią na szaleństwo, wobec którego stanęli […] jak gęsty tuman, słowiańska czy prasłowiańska mgła otacza nas i każe nam szaleć […] Szaleństwo Polaków było odpowiedzią na szaleństwo Niemców. To znaczy na szaleńcze mordowania, w które z jakichś przyczyn popadli niemieccy mordercy. […[ Trzeba było dać sobie radę z niemieckim mordowaniem […] powiedzieć Niemcom, że ich szaleństwo napotkało na coś, z czym (przez wieki całe – chcąc mieszkać obok nas) będą musieli się liczyć. Polacy musieli odpowiedzieć swoim szaleństwem, jeśli chcieli nadal istnieć na kuli zie mskiej.
Pod szaleństwo narodu niemieckiego podciąga Rymkiewicz prócz zachowania Niemców w II wojnie – także szaleństwo chorego psychopaty Hitlera, z jego planem zniszczenia Warszawy. Tu trzeba przypomnieć, że w ostatnim okresie wojny Hitler postulował nie tylko zniszczenie Warszawy, ale i całych Niemiec, a taktykę „spalonej ziemi” traktował jako środek zniszczenia także narodu niemieckiego, niezdolnego do wygrania wojny. Pereat Germania…
     Tego nacjonalistycznego klucza do zachowania wolności Polski, bo to poprzez powstanie jesteśmy wolni! także w przyszłości, wobec wiecznych Niemiec, a może i przyszłego powstania, jakie być może będzie konieczne – nie używa jednak Rymkiewicz w stosunku do Rosji. Czy chce w ten sposób skrytykować okupacyjne przekonanie o „dwu wrogach”, a może przekonać lud polski, że okupacji rosyjskiej nie było? Tak czy inaczej archetyp szaleństwa jako klucz do słowiańskiej, polskiej historii, zdaje się podstawową metodologią autora Scen. Jeśli jednak decydenci powstania, których oskarża Pobóg, postąpili słusznie, to znaczy także – według autora Scen – że inaczej postąpić nie mogli. Praktyczna ocena sytuacji militarnej i historycznej w chwili decyzji o powstaniu nie wchodzi w zakres „manifestu” Rymkiewicza. Wspierający Bora i Chruściela Okulicki uważał powstanie właśnie za polską manifestację wobec świata. Kryje się za tym dewiza pieśni: „Bo kto zginie wolnym już!” To najgorsze zdanie w polskim dekalogu narodowym. Ale należałoby też zapytać, o czym nie pisze Rymkiewicz odcinając się od postawy ludzi „rozumnych”.
     Nie pisze o tym, że powstanie nie miało szans. Uważa niezgodnie z prawdą, że Powstanie to była wojskowa robota świetnych wojskowych fachowców. O czymże tu się nie wspomina? Że przed powstaniem nastąpił odpływ broni z Warszawy, by wspomóc akcję „Burza” na prowincji. Dlatego Okulicki na odprawach mówił o zdobywaniu broni przy pomocy siekier. Nie mówi się o tym, że odwołanie pierwszego terminu wybuchu powstania było już dekonspiracją jego planu wobec niemieckiego dowództwa wojskowego. Że wybór godziny „W” na rozpoczęcie akcji bojowej w pełnym świetle długiego sierpniowego dnia, zdecydował o hekatombie wielu pierwszych ataków. Że Bór otrzymawszy błędną informację Montera o spowodowanym przez czołgi rosyjskie wyłomie: „wdarły się w przyczółek niemiecki” i że zajęły one Radość, Miłosną, Wołomin. Według podobnej relacji Monter mówił – „że Rosjanie są przed Pragą”. Bór nie sprawdził informacji i wydał rozkaz bez porozumienia ze swoim sztabem i wbrew uprzednim opiniom części sztabowców, że nawet gdyby te rosyjskie czołgi rzeczywiście były na Pradze, nie należy jeszcze rozpoczynać. Rozkaz Bora wywołał wkrótce konsternację niektórych sztabowców.
     Dla Rymkiewicza liczą się tylko jakieś metafizyczne hipotezy, realność przed nimi ustępuje. Czy przywódcy powstania liczyli się z ilością bezpośrednich ofiar i z tym, co stanie się z ludnością po klęsce? A ryzyko geopolityczne dla Polski? Przecież po dokonanej aneksji Lwowa i Wilna, aresztowaniu akowskich oddziałów na kresach, co musiało być jasne dla głównodowodzącego AK – dwa z pięciu miast stanowiących esencję i kulturę polskości już przepadło. Po przepadku Stolicy pozostawałby tylko Kraków. Gdyby Niemcy pałali tylko żądzą zniszczenia – zniszczyliby także Kraków, nic łatwiejszego. Gdyby został ogłoszony Festung Krakau, jak Festung Breslau – z Krakowa, jego elit, zabytków archiwów i bibliotek, architektury, ostatniej już ostoi polskości – nic by nie pozostało. Jak po czeskiej bitwie pod Białogórą, może po dwustu latach nastąpiłoby nieśmiałe „polskie odrodzenie”. Czy Bór zastanawiał się, czym będzie zagłada elit w powstaniu – po klęsce 39 roku, po eksterminacjach niemieckich i sowieckich, powstaniu w getcie, i że będzie to dalszy ciąg zagłady Katynia? O tym autor nie mówi, bo jest jest jak prowincjonalny szlachcic przy preferansie rozprawiający o wojnie i polityce i oceniający ją przez pryzmat jednej reduty. Książka Rymkiewicza nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, ale nawet nieliczne pochwały publicystów to retoryka dymiących się głów, jak w staropolskiej karczmie. Jakże to przypomina żywe pochodnie męczenników rzymskich za wiarę chrześcijańską, w tym wymuszanym przez religię samobójstwie męczenników, nie stwarzających swoim gestem żadnego dobra, którego może byłoby więcej przy sekretnym wyznawstwie.
     Tak naprawdę tylko komuniści i Stalin mogli dążyć do wybuchu powstania. Dowódcy frontu białoruskiego i ukraińskiego (a więc Stalin) mieli wszystkie karty w ręce. Bo dlaczego Maria Dąbrowska nazywała Rokossowskiego „katem Warszawy”? Głupia naiwność polityczna, że front sowiecki nie zmiecie później – nawet zwycięskiego powstania, choćby w długomiesięcznym okrążeniu, jak było potem przy obronie niemieckiej Festung Breslau. Wiadomo, że alianci zachodni nie ruszyliby palcem, gdyby Armia Czerwona szła na zachód pozostawiając okrążoną Warszawę, gdzie powstańcy biliby się już w efekcie przy boku Hitlera. A pozbawienie kraju stolicy, w efekcie powstania, ułatwiło potem Rosji i polskim komunistom panowanie nad sytuacją w kraju.

III. KUKURUŻNIK I „WANIA”

     Mówiąc o istocie powstania, trzeba naciskać na słowo: Rosjanie. „Bór” Komorowski wydał rozkaz powstania nie dlatego, że ludność Warszawy zaczęła być masowo eksterminowana i groziła jej zagłada. A tak można by sądzić z tekstu Rymkiewicza:
     szaleństwo Polaków, którzy zdecydowali się na swoje szaleńcze Powstanie, było tylko odpowiedzią […na ] szaleństwo niemieckiej wojny
     Był to jednak moment odwrotu Wehrmachtu pod naciskiem ofensywy frontu białoruskiego i ukraińskiego Czerwonej Armii, popłochu i słabości, widocznej także w Warszawie. Niemcy wiedzieli już, że ich wojna jest przegrana, i my wiedzieliśmy to także. I że będą dobici przez zawodowe armie Sprzymierzonych także bez polskiego udziału. Zaledwo dziesięć dni wcześniej Hitler cudem uszedł w zamachu pułkownika Stauffenberga, cudem więc także nie doszło w Berlinie i w Wehrmachcie do ściśle już zaplanowanego zamachu stanu.
     Ale w tych „scenach” Rymkiewicza Rosja Sowiecka i problem rosyjski w ogóle się nie pojawiają. W jednym tylko rozdziałku dziecko-Jareczek został ostrzelany przez nisko latający rosyjski „Kukuruźnik” daleko poza Warszawą. Z tego rozdziałku zresztą nic a nic dla tekstu książki nie wynika. Rosję sowiecką, która jest zasadnicza dla sprawy powstania, a nawet więcej: mieści się w celu powstania, którym nie było samo oczyszczenie stolicy od Wehrmachtu, bo to i tak miało się dokonać w ciągu dni lub miesięcy – autor całkowicie pomija. Jak napisałem kiedyś: w powstaniu bito się z Niemcami zastępczo, by uchronić Polskę (zresztą i tak daremnie) przed rosyjsko sowiecką okupacją. Rymkiewicz krytykuje komunistyczną propagandę na temat Powstania, ale gdyby ukrytym celem Powstania nie była sprawa obrony przed rosyjską okupacją, nie byłoby i połowy tej komunistycznej antypropagandy. Miron Białoszewski w swym znakomitym, z autopsji pisanym Pamiętniku , pominął problem rosyjski, no bo – albo wszystko, albo wcale (cenzura!). Rymkiewicz, niezgodnie z prawdę historyczną, choć może zgodnie z emocjami części tamtych warszawiaków, pomija rosyjską motywację powstania, uwydatniając swój antyniemiecki nacjonalizm, ale i luki historyczne wiedzy o tamtym czasie. Relacja w osobnym rozdziałku z dziennika młodego żołnierza Waszenki, z oddziału RONA, pacyfikującego i rozstrzeliwującego warszawską Wolę, wywołuje dziwne wrażenie. Waszenko, właściwie zmuszony do walki, jest raczej niewinny i tragiczny. Bo to Germanie zmusili tych Słowian do walki przeciw Warszawie. O tym, że zachętą do walki był spodziewany rabunek mienia, że w wyniku tajnych żądań wycofano ich z Warszawy i że sam szef SS z Krakowa rozstrzelał ich dowódcę Kamińskiego, nie ma ani słowa.
     Więc o tym, że to zbliżający się Czerwonoarmiści, byli powodem wydania rozkazu powstania przez Bora, Rymkiewicz nie wspomina słowem. Dziwny wybór! Autor zapomina o tych antysowieckich wierszach, świadomych sytuacji uczestników powstania: „Czekamy na ciebie, czerwona zarazo…” (Ziutek – Szczepański).

IV. GORZEJ NIŻ ZBRODNIA, TO BŁĄD

     Powstanie poniosło klęskę, pomija się często jej rozmiary. Ale napisać jak Rymkiewicz, że to największe wydarzenie w naszej tysiącletniej historii, w sensie pozytywnym, nasze zwycięstwo, to pominięcie tych setek tysięcy osób, które zginęły w rozkazie samospalenia stolicy i dla których nie było to nasze zwycięstwo.
Powstanie Warszawskie było największym wydarzeniem w historii Polaków – w całej naszej historii nie było (i pewnie już nie będzie) większego wydarzenia. […] Powstanie zwyciężyło. Dowód na to, dobrze widoczny, całkowicie wystarczający, jest tuż obok, wokół nas – i my wszyscy, którzy teraz tu żyjemy, też jesteśmy dowodem.
     Więc te dwieście tysięcy mieszkańców Warszawy, którzy „teraz tu nie żyją” i nie żyli od czasu powstania, te dwadzieścia tysięcy młodych powstańców ginących heroicznie na barykadach, a stanowiących niewątpliwie elitę polskiego patriotyzmu i narodu polskiego, i nie ma ich „wokół nas” – to jest „dowód” czy antydowód?
     Decyzja powstania, którą podjął „Bór” była błędem o niewyobrażalnych i nieoszacowanych do dziś katastrofalnych skutkach. Rymkiewicz krytykuje potępiającego tę decyzję Pobogać Malinowskiego i wychwala fachowość wojskową oficerów przywodzących powstaniu. Czyją fachowość? Bora Komorowskiego – kawalerzysty, bez wojskowego doświadczenia strategicznego (jeśli nie liczyć kawaleryjskich sukcesów na olimpiadzie Berlin 1936, co poprawi w chwili kapitulacji jego ocenę w sztabie niemieckim)? Podejmującego swoją decyzję na podstawie mylnej wiadomości, bez wiążącej decyzji doświadczonych oficerów ze sztabu? Także tych sceptycznych: Bokszczanina, Sanojcy, Muzyczki? Bo nazwałby go tchórzem pijak Okulicki? Wobec dyrektyw wodza naczelnego z londyńskiego rządu, gen. Sosnkowskiego, który dawał do zrozumienia, że jest przeciwny powstaniu w Warszawie? A radiowcy (zwolennicy Mikołajczyka?) w Londynie, tuż przed powstaniem, przetrzymali radiogram Wodza Naczelnego o zakazie powstania? Przeciw powstaniu był także generał Anders, który zresztą bez potrzeby poświęcił życie tysiąca młodych chłopców w ataku na Monte Cassino, którego nie zdobył?
     Oczekiwanie powstania nie było powszechnym polskim odruchem, o tym Bór musiał wiedzieć. Na przykład pułkownik Wacław Lipiński (przedwojenny sekretarz Instytutu Badania Najnowszej Historii Polski) – „ został aresztowany przez Gestapo [luty 44], a następnie po dłuższych przesłuchaniach zwolniony. Miał bowiem przy sobie decyzję podziemnie działającego Konwentu [Organizacji Niepodległościowych, ugrupowania czasu okupacji niemieckiej] potępiającą polski terror zbrojny i projekt wywołania powstania w Warszawie. Był tej akcji przeciwny, gdyż pociągała za sobą straty niewspółmierne do zysków. Reprezentował raczej politykę przeczekania, stosowaną z dodatnim wynikiem przez Czechów.”
     Na każdym posiedzeniu sztabu w Warszawie wałkowano, jak może zachować się wobec powstania zbliżająca się Armia Czerwona (mniej pytano o dyslokację dywizji pancernej Hermann Göring). Sztabowcy szukali momentu, w którym Rosjanie nie będą się mogli wycofać. Mówili, że nie wystarczy, że Rosjanie będą na Pradze, a nawet na mostach! Zresztą mostów już by nie było. Może byłoby decydujące, gdyby jak chciał kiedyś Tuchaczewski, Armia Czerwona wchodziła z okrążenia, od północy i zachodu. Głównym problemem sztabowców nie byli więc już straszni Niemcy, ale Rosjanie.
     Ale wiedzieli, że Warszawa nie jest ufortyfikowaną warownią czysto wojskową, jak Modlin. Że jest tu milion cywilnych mieszkańców, a narażenie ich na walkę byłoby pogwałceniem wszelkich klauzul traktatu haskiego o ludności cywilnej (wiedzieli też, że Niemcy będą je gwałcić bez mrugnięcia okiem). Jeszcze raz powtórzę, czym byłaby utrata Warszawy po utracie Lwowa i Wilna. A co by było, gdyby garnizon Krakowa (z poduszczenia Hitlera lub Stalina) bronił się? Młodsi mieszkańcy Krakowa nie pamiętają, jak miasto było wówczas ufortyfikowane (prace nad tym trwały począwszy od powstania). Wszystkie narożniki kamienic były zabudowane na bunkry, wielkie betonowe kolosy stały na brzegach ulic, by – przewrócone – mogły stać się barykadami. Podminowane były wszystkie mosty i wiadukty, miejsca strategiczne. Gdyby w gruzy poszedł Wawel, ale przede wszystkich biblioteki wraz z Jagiellońską i elity Krakowa – z Polski nie pozostałoby już nic. Z Polski nie pozostałoby już nic. Dlatego mam za swoją tę linijkę z wiersza Adama Ważyka (nie szkodzi, że ze złego okresu jego poezji; potem odrzucono także część znakomitą): „Wyrok stu głupców wisi nad przyszłością”.
     Bór i jego sztab wiedzieli, że nie ma żadnych gwarancji sojuszniczych. Że jako na sojusznika liczą tylko na drugiego okupanta Polski podczas tej wojny. Kompromitująca wydaje się zwłaszcza postawa Okulickiego, byłego więźnia Zamarstynowa i Łubianki. A straty w oddziałach powstańczych miały sięgać 90% stanów! I co z tego, że – po śmierci Sikorskiego – drugorzędny polski polityk, Mikołajczyk, właśnie rozmawia w Moskwie ze Stalinem)… A jest już nonsensownym absurdem pogląd niektórych, że armia podziemna bez rozkazu i tak ruszyłaby do boju.

V. STOS OFIARNY JAKO GWARANCJA

SUKCESU W HISTORII

     Rymkiewicz albo udaje, że o tym wszystkim nie wie, co samo w sobie podważa wiarygodność książki, albo nie pamięta, gdyż jak większość pobierał zastrzyki na niepamięć historyczną. Nie wiadomo, co gorsze. Nie wiadomo też, dlaczego w żadnej linijce swojej książki nie pokazuje bezpośrednio męstwa i heroizmu żołnierzy powstania, ani dowódców liniowych, nie pokazuje epopei kanałów (nawiasem mówiąc nikt nie zginął ze ścisłego sztabu Bora, ocaleli wszyscy przywódcy Powstania!). Ale pisze, owszem, o żółwiach w Warszawie… A co mogą mówić porównania z historią? Że niewiele, poza galijską Alezją, przykładów takiego ryzyka. W klęsce pod Cannae nie ważył się los Romy, pod Termopilami – Aten, generał Franco nie chciał forsować zbytnio szturmu samego Madrytu, a w '44 to komuniści francuscy chcieli wzniecić powstanie w Paryżu, a własowcy ocalili czeską Pragę. Nigdy nie czytałem wielkiej, nieistniejącej monografii o polskich stratach podczas powstania. Rymkiewicz ubolewa, i słusznie, nad tragedią budynku, który runął na Stroińskiego i Gajcego. Pamięta o Baczyńskim. Ale pisarze wszystkich pokoleń, którzy zginęli w powstaniu? Miłosz ocalił się, bo wypuszczono go z ostrzeliwanego magazynu na peryferiach. Ale zginęli członkowie Polskiej Akademii Literatury: Karol Irzykowski, Juliusz Kaden Bandrowski, Zenon Przesmycki Miriam… Tę straszną listę strat z różnych dziedzin kultury można by ciągnąć. Skracam. Powstaniu należna jest Księga Strat, której nie wydało Muzeum Powstania: imienny spis pomordowanych i zabitych w Powstaniu, z podaniem wieku i zawodu. To dobrze, że chłopczyk Rymkiewicz przeżył obok powstania. Ale to nie wystarczy, gdy ginęły resztki narodowej elity.
     W tym, co napisał Rymkiewicz jest jakaś obojętność dla polskiej kultury. Żadnych odwołań do ewidencji strat, ludzkich i piśmiennictwa, architektury (ja wiem, że ta książka to ostatecznie natchniony poemat). To, że nigdy nie przeczytam dwu trzecich niewydanych listów Krasińskiego do Delfiny, bo spłonęły od miotaczy ognia na Okólniku… Te słowa to mniej niż przykłady.
Zamiast tego obraz i analiza masakry na ul Kilińskiego, symbol męczeńskiego? nie, bo tu akurat nie z wyboru – samospalenia i zagłady tłumu mieszkańców, a potem także i rannych Starówki.
     Zawsze rozumiałem, że patriotyzm jest ideowym, często heroicznym wyborem. Ale śmierci w tym spektakularnym wybuchu na Kilińskiego, który przede wszystkim interesuje Rymkiewicza – nikt nie wybierał, nie działo się to w walce, tylko w gwarze zgromadzonej gawiedzi. Nawet nie wiadomo, czy na to liczyli żołnierze Wehrmachtu, pozostawiając ten wóz amunicyjny. Może tylko chcieli usunąć barykadę (czym innym były Goliaty, tak zasłużone potem w obronie „Festung” Breslau). Na pewno zabrakło doświadczenia wojskowego (wychwalanego przez autora) powstańczych saperów (nie wiem, czy wielu ich było, a jak bez nich walczyć?), i zwykłego rozkazu: „Odsunąć się!”. To straszne kartki opisu masakry u Rymkiewicza, często będące cytatami ze wspominających. Według mnie, nie bardzo nadają się na fragment dzieła literackiego, a tym bardziej w recytacji, bo zbyt są szczegółowe, nachalne, budzące torsje przerażenia i paniki. Nie należy chyba, dla podkreślenia wymowy i idei dzieła literackiego przesadzać z takimi opisami. Nie każdy atak serca u czytelnika się opłaca, można chyba osiągnąć efekt w literaturze bardziej ludzkimi środkami. Zwłaszcza, że jest to ZAMIAST heroizmu i poświęcenia. Nie pokazuje się walki, lecz przypadkową masakrę. W konwencji wprawdzie realizmu, ale autor eksponuje zmielenie ludzi, jak w antycznych bajkach o potworach, żłopiących z morza zgromadzonej krwi. Dużo lepiej znoszę tamte wyolbrzymienia.
     Polska Rymkiewicza jest jak wampir: żyje dzięki krwi przelanej w Powstaniu. Zresztą, nie po raz pierwszy pojawia się u tego autora delectatio morosa… Nie da się drugi raz przeczytać bez mdłości opisu skutków wybuchu amunicji na ul Kilińskiego. Tak starożytni Aztekowie od składania krwawych ofiar z ludzi uzależniali trwanie ich świata i trwanie słońca. Wszystko jest dziełem ludzi, więc to jakiś aztecki pisarz stwarza ten mit.
     To ewokowanie PUŁAPKI jako czynnika stwarzającego warunki poświęcenia narodu. Bez przypomnienia, że to właśnie Bór zrobił swą decyzją z Warszawy taką pułapkę dla wszystkich.
     Te obrazy z Podwala, z Kilińskiego i z Wąskiego Dunaju właśnie tyle mówią – […] że Polacy już się z tego nie podniosą i że Polaków już nie będzie, bo nie starczy ich na to, żeby była Polska. […]Ale minęło ponad pół wieku i straszna zapowiedź nie sprawdziła się […] okazała się pomyłką. Dlaczego? Dlatego, że powstanie zwyciężyło.
     Trzeba zresztą powiedzieć, że przywódcy powstania nie myśleli tymi kategoriami, bali się rzezi, ale podjęli jej ryzyko. Mordowanie przez Niemców miało się zresztą ku końcowi, ich wojna była definitywnie przegrana. Apogeum mordowania niemieckiego odbyło się wcześniej, a armia podziemna chciała walczyć, nie szaleć. Po prostu przywódcy powstania nie dorośli do decyzji, które mieli podjąć. Nie byli strategami polityki międzynarodowej, ale także strategii wojskowej. Nie zemsta była głównym wyznacznikiem podjętej akcji, lecz walka o niepodległość w obliczu sowieckiego zagrożenia. Była chęć odwetu, ale ryzyko podejmowanej akcji przekraczało granice największego dozwolonego ryzyka. Już zostało to napisane.
     A obrazki Warszawy pogrążonej w plemiennej, prasłowiańskiej mgle, pchającej do szaleństwa – to nawet w okresie Młodej Polski nie byłoby na miejscu. Mordowanie dobywa się z natury ludzkiej, ale przesłanek jego wybuchów należy szukać w historii. Ten paradygmat germańsko-słowiański nie sprawdziłby się, gdyby tylko wziąć pod uwagę naszego drugiego okupanta – opcję rosyjską, słowiańskość, mordującą Polaków w czasie II wojny równie łatwo jak niemiecka opcja germańska.
     Poza tym decyzji nie powzięli wszyscy Polacy, ani nawet wszyscy mieszkańcy Warszawy, ani wszyscy wojskowi. Dość przypomnieć raz jeszcze memoriał pułkownika Lipińskiego. Zdecydował zapewne historyczny charakter niektórych mitów narodowych, w których wychowywali się decydenci wybuchu powstania. Na temat wielkości tych mitów wrzeszczał na zebraniach sztabu komendy głównej Okulicki. Czy przedtem w czasie wojny nie było szaleństw? Były, ale mniejsze. Dla jasności: nie była szaleństwem obrona Westerplatte, w tamtej chwili wojny. A nawet obrona Warszawy, we wrześniu 1939 roku, mieściła się w ludzkich granicach oczekiwania na ripostę armii francuskiej. Rommel jednak nie wydał na zagładę Warszawy, i nie przedłużył jej obrony do 63 dni. Nie była szaleństwem walka warszawskiego getta.
     Jedynego szaleństwa o najgłębszym sensie w tym czasie dokonali wysocy oficerowie Wehrmachtu, ręką pułkownika Stauffenberga. Pragnęli ocalić także dziesiątki tysięcy zamordowanych kilka miesięcy potem przez Angloamerykanów mieszkańców Drezna. Zamachowcy byli cywilni i wojskowi. Ogromną ilość rozstrzelano, a część powieszono z rozkazu Führera na hakach rzeźniczych. Generał Rommel, jeden ze spiskowców, mit niemieckiej strategii wojskowej, „Lis pustyni” z Afrikakorps, musiał zażyć cyjanek. To co Rymkiewicz lubiący ogólniki nazywa niemiecką wściekłością narodową, nie było wtedy udziałem oficerów Wehrmachtu od spisku na Hitlera, ani spiskowców z Krzyżowej, Ani Abwehry Canarisa. Historia jest konkretna, nie można jej zastępować pisaniem poematów o prasłowiańskiej i pragermańskiej mgle wściekłości. Antyhitlerowsko nastawieni żołnierze i oficerowie musieli być także w niemieckim garnizonie Warszawy.
     Zadziwia mnie ta bałwochwalcza część kultu powstania warszawskiego, największej przegranej bitwy polskiego tysiąclecia. Jest to fałszowanie świadomości narodowej, a życie w fałszu nie jest dobre dla narodu. Chwała należy się tylko bohaterom. A pamięć wszystkim tym, którzy zginęli podczas tej bitwy. Nie wiem, jakie są zamierzenia i plany Muzeum Powstania, ale czekam na tom, w który imiennie spróbuje się odnaleźć i opublikować dwieście tysięcy nazwisk cywilów, którzy w jakimś sensie dla powstania i z jego powodu oddali życie. Tyle że nikt ich nie pytał, czy się na to godzą. A także dwadzieścia tysięcy nazwisk żołnierzy powstania, ginących w granicach 90% stanów początkowych.
     Brednie krytyków o doświadczeniu duchowym, z racji Powstania, którego nie mają Czesi i Bułgarzy... Czesi może mieliby, gdyby nie to że Pragę uwolnili sojusznicy Hitlera – oddziały Własowa. Bo historia pisze się pokrętnie, ale nie zależy od wyziewów mgieł z pradziejów.

VI. TU STOJĘ… NA DYNAMICIE

     Jak na sceny dziecięce przystało, nie brak tu także zwierzątek, bo dzieci lubią zwierzątka lub się nimi interesują. Razi mnie jednak minoderyjność tych zestawień, śmierć zwierzątek w zestawieniu, kilka kart książki dalej – z masakrą setek tysięcy ludzi. Autor powstrzymał się już od takiej sztampy, żeby te zwierzątka – na tle ludzi – ginęły w powstaniu, bo oczywiście zginęły wtedy koty, psy i żółwie, szczury domowe i myszy. Niektóre zostały zjedzone. Jednak w zestawieniu tych rozdziałków jest dla mnie coś nieprzyzwoitego. Bo powstanie jawi się jako ideologiczna sztanca zniszczenia życia, poświęcenia i szału, ale mało jest tutaj konkretnego człowieka. Idąc dalej w szczegóły, wydaje mi się jakąś nieprzyzwoitością eksponowanie faktu, że dom, gdzie autor przypadkiem mieszkał przy Kilińskiego, to akurat epicentrum fatalnego wybuchu i masakry. Jak autor podkreśla, jego dom przy Żeromskiego był miejscem historycznie pustym.
     Więc los pisarski spowodował, że autor mieszkał w miejscu historycznie pełnym, przy epicentrum wybuchu? Wykorzystać to dobitnie, użyć tego dla większego uwydatnienia grozy? Czyżby jej potęgowanie było tu potrzebne? To tak jakby w Hiroshimie podkreślać, że idę spać akurat w miejscu nad którym wybuchła bomba A. Potęgować grozę, że może pod fundamentami są nie ekshumowane szczątki ludzkie? Nie każde potęgowanie grozy jest dobre literacko, ale także strawne estetycznie i moralnie. Co by było gdyby Rymkiewicz zamiast ukazania skutków sekundowej eksplozji opisał po kolei 200 tysięcy śmierci, czasem nagłych, czasem powolnych, ludzi zgniecionych uduszonych, konających długie godziny i dni.

VII. MIT NIE PODLEGAJĄCY ANALIZIE

     Rymkiewicz ani przez chwilę nie próbuje analizować historycznie Powstania, widząc w nim tylko zawęźlony supeł MITU. Tak jest w polemice z Pobogiem Malinowskim o decyzji powstania. Nie mówi się także, że od pewnego momentu (początek września) można już było skapitulować, bo i dalszy ciąg walki i jej koniec był wiadomy. Te tendencje kapitulacyjne, tendencje rozważne, pośród Polaków w powstaniu – nie są nieznane. Pisał o tym także Ferdynand Goetel. Przeważyły tendencje do wykrwawienia się. O kapitulacji ostatecznej przecież też zdecydowały nastroje ludności! Mówiąc o niszczeniu ludzi i substancji Warszawy przez Niemców, a jednocześnie wychwalając Bora, trudno nie pamiętać, że powstanie, już ewidentnie przegrane i nie spełniające swych celów – mogło być kilkakrotnie przerwane, a było podtrzymywane przez stronę polską, z powodu złudnych nadziei, i by imponować światu ogromem przelanej krwi. To przedłużanie powstania nie leżało w interesie polskim, a jedynie niemieckim i rosyjskim. Rosyjskim, bo wykrwawiały się polskie elity, a kraj pozbawiony stolicy łatwiej będzie poddać okupacji. Interes niemiecki – bo przedłużanie powstania ze względu na związaną z tym bezczynność Frontu Białoruskiego (atak rosyjski poszedł na Bałkany) stabilizowało im Armię Heeresgruppe Mitte. Dało to Niemcom prawie czteromiesięczny odpoczynek. Powstanie angażowało zresztą tylko ograniczone niemieckie siły. Kto wie, czy wojna bez powstania nie skończyłaby się wcześniej.
     Pochwała szaleństwa u Rymkiewicza zdaje mi się wysoce szkodliwa dla polskiej świadomości narodowej. Autor uwziął się na Poboga Malinowskiego, ale krytyków decyzji powstania jest legion, lekceważąco się ich pomija. Przeciw powstaniu był wódz naczelny, gen. Sosnkowski. Nie mówi się jakoś o tym, że zgodnie z poleceniami Wodza Naczelnego tylko Brygada Świętokrzyska nie wykrwawiła się daremnie na przełomie roku 1944/45 i przemykając się między oddziałami Wehrmachtu przeszła na Zachód. Nazywali ich komuniści po wojnie faszystami i zdrajcami. Nie wspomina Rymkiewicz o dogłębnej krytyce powstania wypowiadanej przez samych powstańców. Wybitny historyk literatury, Zofia Stefanowska, której ojciec był osobistym lekarzem Piłsudskiego (zginął w Katyniu), była sanitariuszką w powstaniu na najgorszym może terenie, na Powiślu. Mówiła mi wręcz: „Bora Komorowskiego należy postawić przed sąd wojskowy!”
     Nie rozumiem, dlaczego ogołocony z historycznych składników mit bohaterstwa Polaków w powstaniu, zastąpiony został obrazem przypadkowej masakry z ul. Kilińskiego. Jeśli symbolizuje to wszystkie masakry dokonywane na ślepo przez pociski i bomby spadające na Warszawę przez te 63 dni, to cyfrę ofiar tej masakry należałoby podnieść do 200 tysięcy. Straszna jest ta masakra u Rymkiewicza, a przecież tania – liczbą ofiar. Czytamy, że Powstanie
     ze wszystkimi swoimi legendami zadecyduje o przyszłości Polaków.
     Zadecyduje dwieście tysięcy trupów? Chyba nie zginęli z hymnem narodowym na ustach. Po kilku dniach mieli dość, nie chcieli ginąć. Co chwilę później napotykano na opór ludności cywilnej, niektórzy za zgodą Niemców wychodzili. Nie da się i nie wolno porównać ludności Warszawy do świętych męczenników śpiewających nabożnie w piecu ognistym. Rymkiewicz jak średniowieczny medyk wierzy, że upuszczanie krwi ma zbawienny skutek. I czym w ogóle miała być ta przyszłość? Jakie były skutki Powstania? Po Teheranie – w Jałcie i Poczdamie Powstanie nie zmieniło decyzji o przyszłej okupacji sowieckiej Polski, ani o kształcie terytorialnym sowieckiego zaboru. Natomiast osłabiło lub zniszczyło żywe siły patriotyczne, istniejące w stolicy Polski. Ubyło patriotów, bo ubyło ludzi. Zniszczono siatkę Państwa Podziemnego i różne siatki powiązań personalnych. Osłabiony lub rozbity został przyszły doraźny lub długofalowy opór – tak w sensie fizycznym jak psychicznym. Panowało poczucie klęski. Niepodległość, która była celem Powstania, została na pół wieku odebrana.
     Nie sądzę też że Powstanie zadecydowało o rozpadzie Związku Sowieckiego i o nowej niepodległości. Czyżby tylko wielki mit klęski miał idącą przez stulecie siłę sprawczą? Klęska jako klucz do historii? W każdej analizie związanej z historią nie można odbiegać od zwykłego poczucia rozsądku. Że wspomnienie walki w oderwaniu od wszelkich realiów, jako fantasmagoryczny mit, mogło mieć po upływie pół wieku taką siłę sprawczą? Dla kogo? Dla wyrwanych ze swojej kultury chłopów, dla chłoporobotników, mieszkańców prowincji, dla nowego pokolenia, które nigdy nie widziało Warszawy, dla Warszawy wreszcie, pozbawionej już tradycji, zaludnionej wszelką imigracją i pracownikami komunistycznej administracji? A wszyscy mieszkający w blokach betonowych nowej socjalistycznej architektury? Powstanie jako pradawna bajka o żelaznym wilku lub uśpionej od wieków husarii? Czy ta cieniutka warstewka niedobitków dawnej inteligencji, dawnych kombatantów, zadecydowała o nowej, ułomnej w wykonaniu i praktyce nowej niepodległości, której Polacy się dopiero uczą, gdy po spadku drugiej Rzeczypospolitej – Państwie Podziemnym, zgruchotanym ostatecznie w Powstaniu – nic nie pozostało? A jeśli już – to sprawił to nie wyzionięty ostatecznie w powstaniu narodowy oddech polskości, szerszy i głębszy od siły fatalnej jednej przegranej bitwy.
     Rymkiewicz nie jest przecież jedynym, który chce w ten sposób pocieszyć Polaków. Ale czy takie kłamstwo rzeczywiście jest twórcze? Mit powstania zaczęto zatwierdzać i przywoływać już po odzyskaniu niepodległości. By ożywić w obywatelach jakąś transfuzję tradycji i historii. Czy jednak nie bez kuglarstwa? Nie znam bowiem kraju, w którym powstało podobne naszemu Muzeum Powstania – muzeum klęski. Nie ma w Paryżu muzeum klęski Wielkiej Armii Napoleona w Rosji i muzeum Waterloo. Nie ma w Niemczech muzeum Grunwaldu czy klęski stalingradzkiej. A to, co można by nazwać muzeum Verdun, to długi na sto metrów pawilon kości, kostnica, Ossuaire Verdun.
     A przecież jest w książce Rymkiewicza rozdział, który dość przewrotnie pokazuje patologię, obłęd klęski, zrozumianej sadomasochistycznie jako zwycięstwo. Archaiczny pokład w podświadomości dziecka polskiego. Takie poddanie się szaleństwu ukazał Rymkiewicz w rojeniach dziecka, będącego alter-ego autora, w scence zarysowanej wokół ślizgawki w Dolinie Szwajcarskiej. Ponieważ matka nie pozwala chłopczykowi wejść na lód, gdzie ślizga się jego siostra, snuje on przedsenne fantasmagorie: jak tę swoją klęskę zmienić w zwycięstwo.
     Wyobrażałem więc sobie (siąkając nosem – pewnie trochę szlochałem pod kołdrą), że stoję przy zielonej balustradzie w Dolinie Szwajcarskiej[…] gdy oto z dwóch stron, przez Szopena i przez Aleje Ujazdowskie, od Mokotowskiej i od Szucha, nadjeżdżają budy i wyskakują z nich straszliwi niemieccy żandarmi z blachami na piersiach i z rozpylaczami. […] zamiast załadować do swoich straszliwych bud łyżwiarzy i widzów, wyładowywali z nich ciężkie karabiny maszynowe i ustawiali je z dwóch stron Doliny – od Szopena i od Alej Ujazdowskich. A kiedy serie z niemieckich karabinów maszynowych położyły już na lodzie tych wszystkich, co się tam ślizgali, oraz tych wszystkich, co się temu przyglądali – dzieci, młodzież oraz dorosłych, mężczyzn i kobiety, bo nie ma litości i nie będzie jej dla nikogo– ja, jedyny pozostały przy życiu, ostatni z żyjących, posłuszny wezwaniu niewidzialnej orkiestry (ponieważ widzialna została też wymordowana), posłuszny wezwaniu walca Na sopkach Mandżurii, wyjeżdżałem na lód – na łyżwach! na łyżwach! – i zasypiając, na wpół uśpiony, między snem a jawą, między marzeniem a przerażeniem, między grozą a szczęściem, krążyłem, piruetowałem, holendrowałem pomiędzy porzuconymi na lodowisku trupami.
     Rymkiewicz podstawił tę scenę jak przeraźliwe zwierciadło swoim ocenom masakry na Kilińskiego, jako zbawiennej dla przyszłości Polaków. To nic, że nie ma tu realizmu. To bliskie jest całej książce. Bo oczywiście tak przeciętne polskie dziecko w wieku 6 lat nie mogło myśleć. Wszystkie dzieci (może oprócz dzieci Volksdeutschów) były wtedy śmiertelnie wystraszone tym, co widziały, co im opowiadano, co opowiadały sobie, przed czym ostrzegano, przed czym wielokrotnie uciekały. W powietrzu unosił się symbol wszechobecnego potwora z głową w kształcie trupiej czaszki zdobnej swastyką. Mały Jarek upodabnia się do swojego małego koleżki, dziecka esesmańskiej rodziny, mieszkającej w Warszawie, gdyby zechciało zaprzęgnąć swego ojca do jakiejś krwawej rozprawy z polskimi dziećmi na ślizgawce. Przymierzałby wtedy przed lustrem czapkę ojca z trupię główką. Te serie z karabinów maszynowych SS i holendrowanie na krwi lodowiska między trupami (także matki i siostry!)… Ale upodobnienie się do zwycięskiego wroga jest zasłoną, kompensacją, pod którą kryje się, chce się ukryć ponura prawda o klęsce narodu polskiego. Zwycięski mały łyżwiarz jako autor książki wypisuje swoimi piruetami na lodzie hasło, że swoją wolną twórczość zawdzięcza masakrze w Powstaniu. Chwała ocalonym z masakry!
     Ale przymiarka Kinderphilosophie do wielkiej historii pozostaje tu mimo wszystko minoderyjną sztuczką. Bo przecież połączenie w książce biografii małego Jarka z powstaniem pozostało nieuzasadnione. Jego przeżycia zgoła nie mają wymiaru moralnego i wagi egzystencjalnej w stosunku do prawdziwej historycznej tragedii jaką było powstanie. No bo bagatela – czytamy, że to dziecko nie doświadczyło powstania, nie było go w tym czasie w Warszawie. To tylko sztuczne ognie liter na papierze. To teatralizacja, jak obraz kurtyny na Krakowskim Przedmieściu.

VIII. PRAGERMANIE I PRASŁOWIANIE

     Ale mit dotyczy też przeciwstawienia Polacy – Niemcy i cech istnienia niemieckiego:
     Można w tym widzieć oznakę szaleństwa (Niemców ogarnęło szaleństwo klęski), ale można też widzieć dowód na to, jak głęboko pragnienie wyłącznego istnienia było w psychice niemieckiej (w jej ciemnych głębiach) zakorzenione.
     Z tego samego rozdania jest przekonanie o „krwiożerczym charakterze” genus germanorum (Meine Herren).
     Rymkiewicz z odrazą opisuje lotniczy plan Greima, by zdławić powstanie unicestwiając miasto w totalnym bombardowanu, bo to plan niemiecki, dlaczego jednak nie powie, że podobnie myśleli stratedzy anglosascy? Dziesiątki tysięcy samolotów anglosaskich niszczących w kilka godzin Drezno, czy jeden bombowiec amerykański niszczący w ciągu jednej sekundy prawie sto tysięcy mieszkańców Hiroshimy i potem Nagasaki?
     Nie zrozumiemy niczego z hitleryzmu niemieckiego, jeśli będziemy nań patrzeć z perspektywy nacjonalistycznie pojętego pragermańskiego instynktu. Nie będę przypominał okoliczności dojścia Hitlera do władzy. Nie wszyscy Niemcy, jak chce Rymkiewicz, poszli na hitleryzm. Autor nie pamięta o emigracji z Niemiec wielu przedstawicieli elit, o ich walce z reżimem. Nie pamięta o zamachach na Hitlera, w tym ostatnim, dokonanym przez płka Stauffenberga. Lekceważy to bohaterstwo, które było bliskie sukcesu, a wtedy na pewno nie byłoby powstania. Lekceważy to, co szef Abwehry, Canaris, myślał o możliwym polskim powstaniu (antyhitlerowiec, powieszony przed końcem wojny). I bywały też zdarzenia, choćby jednostkowe, w czasie powstania, ale symboliczne. Wiadomo, że rozstrzeliwano powstańców z Mokotowa, gdy błędną drogą wyszli włazem przy ul. Dworkowej. Ale pamiętam też, co mówił mi mój przyjaciel Jan Józef Lipski, że gdy wyszedł – nie z przewidzianego włazu w Alejach Ujazdowskich naprzeciw Wilczej (nie dotarł tam z powodu niemieckiej blokady) – pewny strzału, z ciężko ranną, poharataną ręką – ale młody esesman zdjął swój własny niezbędnik z opatrunkiem.
     Wreszcie Rymkiewicz lekceważy to, że Powstanie wybuchło, skierowane politycznie przeciw Związkowi Sowieckiemu, by uniknąć nowej czerwonej okupacji. Książka Rymkiewicza tak ściśle i dokładnie pomija problem rosyjskiego, sowieckiego komunizmu, naciskając tylko na niemiecki pedał, że zdejmuje z Rosji jakąkolwiek odpowiedzialność za klęskę i gruzy Warszawy.
     A cechy istnienia polskiego?
     nawet jeśli uznamy, że jest coś takiego, co jest zakorzenione w najgłębszych warstwach naszej historii oraz naszej narodowej psychiki, i co się właśnie stamtąd, z jakiejś słowiańskiej głębi, wydobywa, i jak gęsty tuman, słowiańska czy prasłowiańska mgła, otacza nas i każe nam szaleć – to wtedy w roku 1944, była to tylko odpowiedź.
     Ten nacjonalistyczny i – choć raz trzeba użyć tego słowa – paranoiczny dyskurs – zaiste toczy pianę z ust:
     Potężna pięść akowskich batalionów […] uderzyła w Niemców i pokazała im, kim są i co potrafią Polacy – nawet nie mając czołgów armat, pociągów pancernych i samolotów – a skutki tego będą widoczne (w naszej narodowej psychice, a więc i w dziejowych wydarzeniach) przez stulecia.
          Ta polemika pomija fakty. Że ta pięść akowska wiele razy była przez Wehrmacht amputowana, że w nakazanych na początku przez Chruściela atakach ginęło do 90% akowskich oddziałów, że wypierano akowców z kolejnych dzielnic, aż Bór Komorowski z Chruścielem zatknęli białą chorągiew kapitulacji na górze setek tysięcy polskich trupów. Rymkiewicz pomija fakt, że tak wielu poważnych historyków uważa powstanie za więcej niż błąd, że wybitni Polacy w Krakowie, w parę dni po wybuchu powstania, z Adamem Ronikierem i Józefem Mackiewiczem, udali się do najwyższych wojskowych władz GG, by sugerować możliwe do przyjęcia przerwanie walk.
     Ten pisarz z mgłą prasłowiańską, przesłaniającą personalizację cierpienia młodych wspaniałych chłopaków z AK na barykadach, widzi Polaków – wbrew logice historycznych konkretnych indywidualnych zdarzeń – jak anonimowego prasłowiańskiego Wielgoluda, broczącego krwią w szaleństwie i odradzającego się przez stulecia.
     Ale nawet ci z komendy głównej i sztabu AK, debatujący wcześniej codziennie nad sensem rozkazu powstania – nigdy głosem większości nie poparli rozkazu Bora. Nie wiadomo, jakby było, gdyby doszło jednak do odprawy sztabu. Może nie byłoby Powstania, padłoby może trochę przypadkowych wystrzałów. To była dobrze zdyscyplinowana i nie szalona podziemna armia. A ludność Warszawy, która oparła się dotąd wybuchom szaleństwa, od pewnej chwili powstania optowała za kapitulacją. Ja nie mówiłbym o szaleństwie (co u Poboga było metaforą), ale o podjęciu bezsensownego ryzyka przez Bora, Chruściela i Okulickiego. A szaleństwem było nie pamiętać, że ryzykuje się stolicą kraju, po zniszczeniach i zabitych roku 1939, po zniszczeniu terenów getta, po systematycznym mordowaniu mieszkańców w egzekucjach i deportacjach. Łatwo pisać o powstaniu, trudno byłoby je przeżyć, i nie wiem, jak zachowałby się piszący o szaleństwie autor, wpatrujący się w ogień na kominku, gdyby ktoś mu zaproponował śmierć za ojczyznę właśnie teraz, przed tym kominkiem.
     Dużo w książce Rymkiewicza o polskiej krwi i istnieniach oddanych płomieniom lub ziemi, bez śmierci których nie istnielibyśmy tak, jak istniejemy. Śmiem w to wątpić. Mit przetrwał, ale jego skutki były i są mniejsze, niż gdyby przetrwało miasto, jego mieszkańcy i jego elity. Myślę, że obecność elit, które zginęły w powstaniu osłabiłaby destruktywność peerelowskiego komunizmu, a istnienie dawnej stolicy z jej dawną ludnością dałoby więcej ciągłości z drugą Rzeczpospolitą, mimo enkawudowskich wywózek, które by nastąpiły, które i tak nastąpiły. A Warszawa, stolica Polski, nie miałaby zniszczonej wielesetletniej zabudowy, nie byłaby zaludniona ludnością przypadkową i nową, gdy zadbano, by „lud i pracownicy UB weszli do Śródmieścia”. Autor Scen nie chce także pamiętać o amputowanych fragmentach polskiej kultury, których żaden wysiłek i szaleństwo nie odbudują. Spalone archiwa i rękopisy. Rymkiewicz pisze, że stać by było nas i na drugie powstanie, jeśli byłoby tego trzeba. Znów szafuje się życiem ludzkim, hojnie, bo nas to już nie będzie dotyczyć. Nie wiadomo jednak, czy nie zaczynamy żyć w epoce, w której upominać się należy nie o polskość, ale – jak chciał Norwid – o POEZJĘ I DOBROĆ.
     Różne były opcje i strategie nawet w najwyższych rejonach nazistowskiej władzy, a co dopiero w Wehrmachcie i opozycji. Pisać tak ogólnikowo to wyznawać właśnie jakieś plemienne metafizyczne przeznaczenia i zupełnie lekceważyć konkretną historię, jak właśnie robi Rymkiewicz. Lekceważyć ją zresztą i od strony niemieckiej, jak i polskiej. Np. dlaczego nie słychać głosu tych bohaterskich powstańców, którzy nolens volens walczyli i potem potępili powstanie?
     Bo jak powiedziałem – o samym przebiegu powstania w książce Rymkiewicza właściwie nie pisze się nic, streszcza się ono do przypadkowego wybuchu amunicji na roku ulicy Kilińskiego i masakry szpitali powstańczych na Starówce. Ta wszech masakra respektująca tylko promień odległości od amunicyjnego składu, nie ma nic wspólnego z powstaniem ‘44. Obejmującego losy, wolę i zmaganie dwu przeciwników: Armii Krajowej i formacji niemieckich Wehrmachtu i SS, oraz oddziałów pomocniczych. Los walki poza epizodami masakry nie ma tu konkretnych przebiegów.

IX. NA DODATEK OGÓLNIE O OKUPACJI

     Kiedy myślę o epizodach wybuchu ostatniej wojny ma dla mnie sens heroiczna obrona Westerplatte, czy jeszcze w październiku ostatnie walki formacji gen. Kleeberga. Czy obrona Grodna przed Armią Czerwoną. Bolesna obrona Warszawy w końcu września skończyła się kapitulacją, gdy dalsza walka groziła już unicestwieniem stolicy Polski. Czy można było jeszcze inaczej? Takie pytanie zadałem w latach dziewięćdziesiątych Adamowi Bieniowi, ostatniemu wicepremierowi rządu polskiego w czasie powstania. Po wojnie, jak wiemy, z szesnastką rządu polskiego, został wywieziony do Moskwy, by tam stanąć przed bezprawnym sądem rosyjskim. Odpowiedział na moje pytanie, że
     „gdyby przed wrześniem roku 1939 decydował za rząd, oddałby Niemcom Gdańsk, a także zezwoliłby na eksterytorialną autostradę do Prus Wschodnich przecinającą polski „korytarz”. Miałoby ogromne znaczenie, gdyby to mogło choćby o rok odwlec napaść Hitlera. Bo walka z Niemcami w 39 roku była skazana na klęskę.”
     Podnosi się, i słusznie, wysoką wartość narodu polskiego, który w czas okupacji potrafił stworzyć jedyne w Europie Państwo Podziemne i podziemną armię AK. Wszystko to zawaliło się po 63 dniach funkcjonowania, już bez konspiracji, tego państwa i armii w Powstaniu Warszawskim. Można zadać sobie pytanie: czy Powstanie było konsekwentnym wynikiem tej wspaniałej, wymagającej heroizmu i poświęcenia konstrukcji podziemnej Polski? Na pewno nie! Choć niestety w pewnej mierze tak. To bardzo osobisty mój pogląd, prowadzący do tak sprzecznej konkluzji. Uważam mianowicie, że nie każda aktywność zbrojna państwa podziemnego była potrzebna, choć czasem wychwalano ją za skuteczność i heroizm. Działo się to zresztą w zgodzie z naszą tradycją kulturową pielęgnującą taki heroizm. Nikt u nas nie pisał o pierwszej wojnie ze zgrozą, jak we Francji Céline, czy w Niemczech Erich Maria Remarque. Dopiero po ostatniej wojnie odszedł od heroizacji walki wojennej Józef Mackiewicz (w Lewej wolnej – o wojnie 1920 roku). A w czas ostatniej okupacji zbyt wielu młodych wspaniałych ludzi straciło życie w tych dywersyjnych poczynaniach. Jeśli chodzi o polski wysiłek podziemny w kraju, to istotnie przyczyniła się do zwycięstwa nad Niemcami tylko aktywność naszego wywiadu. Natomiast nie da się tego powiedzieć o doraźnych akcjach dywersyjnych.
     Niektórych aktów terroru wykonywanych w „rewanżu” przez Niemców można by uniknąć. Mówi się, że po udanym zamachu na Franza Kutscherę terror niemiecki zelżał, ale nie jestem pewien, czy nie jest to analiza życzeniowa. Wiem natomiast, że zginęli wszyscy wspaniali chłopcy z komanda zamachowców, a następnego dnia rozstrzelano ponad pięciuset niewinnych ludzi. Można szukać analogii, ale nie chciałbym rozbudowywać tych wywodów. Czesi w Czechach nie zdecydowali się poświęcić Lidic za Heydricha, dokonali tego czescy spadochroniarze z Anglii. Wszyscy zginęli, rozstrzelano też wszystkich mężczyzn ze wsi Lidice. Czy zmieniło się życie w Czechach? Bliżej mi tu do filozofii Czechów niż Polaków.
     Terror wojskowy w wyniku którego ginęli pojedynczy żołnierze niemieccy, za co wywieszano listy straconych, nie był formą ratowania narodowej substancji. Ileż było takich spacyfikowanych i puszczonych z dymem wsi polskich w wyniku represji okupanta po akcji polskiej partyzantki? Jeszcze tylko jeden, symboliczny przykład: zamach na Igo Syma. Wyeliminowanie tego austriackiego aktora filmowego i przedwojennego szpiega na rzecz Niemiec, to tylko zdjęcie go z dyrektorstwa teatrów warszawskich. Miał przyjść inny Niemiec. Ale ilu wybitnych aktorów polskich wywieziono w ramach represji do obozów! Stefan Jaracz po tych obozach wrócił po wojnie tak chory, że zmarł po kilku miesiącach na gruźlicę. Chwalono się tym wyczynem, czy naprawdę się opłaciło?
     To jest długa tradycja filozofii dziejów Europy a także Polski, że życie ludzkie mało się liczy, liczy się poświęcenie, wielka masakra i bój. Dlatego Rewolucja Francuska i Napoleon, dwa wydarzenia, które były zbrodnią – jeszcze dziś opływają w chwałę. Ale prawdą jest że oba te zjawiska tak wykrwawiły Francję, że już nigdy nie mogła stać się mocarstwem. Stąd Sedan 1870, Verdun 1914-18, i klęska 1940.
     Zabijanie polskich kobiet i dzieci z punktu widzenia SS i Gestapo było sensowne i usprawiedliwione. A zabijanie niemieckich kobiet i dzieci? Drezno, Hamburg? Pogwałcenie – za Niemcami – przez aliantów wszystkich konwencji haskich. Wspomina o tym krytycznie w czasie wojny George Orwell. Na użytek konkretnych wydarzeń historycznych nie ma co mówić o genetycznych skłonnościach homo sapiens (lub jak to ja określiłem homo mortifer ). O tym wyższym sensie mordowania, niedostępnym nikomu, jak pisze Rymkiewicz (Głowa wojny), nie warto tu nawet wspominać. I nie warto rozważać powstania z takiego punktu widzenia. Tu musi nam wystarczyć historia i widoczny w niej obraz społecznej moralności.

grudzień 2008