MACKIEWICZ WIDZIANY INACZEJ
08.09.2008

Nowa, rozszerzona redakcja szkicu o książce Włodzimierza Boleckiego: Mackiewicz niezbyt prawdziwy. „Arcana” 2008, nr 82-82 (3-4). s. 256-263. Tutaj także pod zmienionym tytułem.

MACKIEWICZ WIDZIANY INACZEJ1

     W drugim wydaniu książki Włodzimierza Boleckiego o Józefie Mackiewiczu 2, uderza naruszenie proporcji. Dysproporcją zdaje się objętość (919 stron), podwójna w stosunku do pierwszego wydania, bez dostatecznego uzasadnienia tego nową problematyką, bo Bolecki nieraz jedynie rozszerza egzemplifikacje i wypisy (w tym obszerne przytoczenia z twórczości pisarza). Choć dodaje także nieznane załączniki do „sporu o Mackiewicza”, sięgając do korespondencji ze zbioru mackiewiczianów w Rapperswilu i korespondencji Jerzego Giedroycia z archiwum paryskiej „Kultury”.
     Bolecki zarzuca nas ogromem materiału ukazującego postawę i poglądy Mackiewicza wobec historii i polityki – i dzieli go na kilka okresów. Skupia się bardzo na problemie polemik i oskarżeń Mackiewicza o kolaborację z Niemcami w okresie wileńskim, dorzucając wiele materiałów do i tak bogatej egzemplifikacji z wydania pierwszego. Mniej, czy czasem wcale, interesują go polemiki pisarza z postawami politycznymi kraju pod „peerelowską okupacją”, stosunkiem do niego ideologów i niektórych pisarzy krajowych. I mimo ogromnej objętości książki –okres recepcji pisarza po jego śmierci, Bolecki pozostawia pusty, a przecież w ostatnich dwudziestu latach trwała bardzo żywa dyskusja literacka, na temat odbioru i wydawania książek Mackiewicza. Dotyczyła ona także praktyki wydawniczej Niny Karsov-Szechter, będącej w posiadaniu praw autorskich do Józefa Mackiewicza. W książce Boleckiego taka dyskusja po prostu nie istnieje.
     Czyżby ta dyskusja była bezprzedmiotowa, a zarzuty wysuwane przeciw Ninie Karsov – niczego istotnego nie dotyczyły? Choć przeciw Karsov – zarzucając jej złe obchodzenie się z puścizną pisarza – stanęli także polemiści dużego kalibru i to ze względu – zarówno – na osobistą znajomość pisarza, i własne dokonania pisarskie: jak Kazimierz Orłoś, Włodzimierz Odojewski i wielu innych. Córka pisarza, Halina Mackiewicz, wytoczyła – być może tylko pozornie teraz zamknięty – proces Ninie Karsov o prawa autorskie do twórczości swego ojca. Relacje z procesu i jego wielostronnego znaczenia – ukazywały się w prasie i w deklaracjach świadków procesu. Rezygnując z ukazania tej dyskusji, Bolecki wzoruje się tutaj na postawie samej Niny Karsov-Szechter, milczącej przez kilkanaście lat tego sporu. Jedyną aktywnością właścicielki wydawnictwa „Kontra” były zakazy wydawania książek Mackiewicza, gdy jakiś wydawca chciał podjąć taką inicjatywę. Ale także liczne procesy wytaczane przez Karsov za najmniejsze przedruki z twórczości Mackiewicza. Spróbujmy rzecz rozwinąć, aby ukazać, jak ważną sprawę świadomie pomija Bolecki w swojej książce.
     To wieloletnie milczenie Karsov, urozmaicane tylko wytaczanymi przez nią procesami o przedruki Mackiewicza, poprzedziła wstępna „proklamacja”, którą ogłosiła Karsov wkrótce po sądowym potwierdzeniu swoich praw autorskich do autora Drogi donikąd. Był to tekst umieszczany w formie nalepek na każdym wydanym egzemplarzu książek Mackiewicza:

     Decyduję się na sprzedawanie w Polsce, publikowanych przez londyńskie wydawnictwo KONTRA dzieł Józefa Mackiewicza, WBREW WOLI zmarłego pisarza i wbrew własnym przekonaniom. Józef Mackiewicz wierzył, że nigdy nie zrobię niczego, co byłoby niezgodne z Jego wolą, dlatego zostałam jedyną spadkobierczynią praw autorskich. Dziś podejmuję taką decyzję, bo nie mam innych możliwości chronienia tych praw, a zachowanie ich uważam za swój najważniejszy obowiązek. Londyn, kwiecień 1993.

     Wobec protestu zgłoszonego w paryskiej „Kulturze” 1993, nr 7/8 – przez Ninę Kozłowską i Kazimierza Orłosia – w tym samym numerze Nina Karsov (powiadomiona o tym zapewne przez redaktora Giedroycia) powtórzyła swoją „proklamację” (list datowany z 1 czerwca 1993):

     [...] przywilej zaufania, którym zostałam obdarzona, nakłada na mnie obowiązek podejmowania decyzji. Decydować mogę tylko na podstawie własnej oceny sytuacji, własnego rozumienia myśli i woli Mackiewicza, wyrażonych w Jego dziele. [...] Decyzję sprzedawania w Polsce publikowanych przez londyńskie wydawnictwo KONTRA książek Józefa Mackiewicza powzięłam zatem, w moim przekonaniu, wbrew woli Pisarza. Powzięłam ją zaś dlatego, że nie miałam już innych możliwości chronienia praw autorskich.3

     Po tym, jak stała się „właścicielką Mackiewicza”, Nina Karsov-Szechter opublikowała i rozpowszechniła w wielu tysiącach egzemplarzy to oświadczenie, którego sens można by sprowadzić do przekonania, że Józef Mackiewicz nie uważał za najważniejsze dotarcie do polskiego czytelnika, ale samo posiadanie praw autorskich przez Ninę Karsov. To zaskakujące i niebywałe, ale także – paranoiczne – stwierdzenie, Nina Karsov-Szechter umieszcza przez lat kilkanaście na każdej wydanej przez siebie książce Mackiewicza (na pierwszej stronie, w formie naklejki lub nadruku).
     Czyżby tak ważna opinia o pisarzu, rozpowszechniana w dziesiątkach tysięcy „załączników” w jego książkach mogła nie interesować monografisty tego pisarza? Rezygnacja z opisania tego faktu oznacza sprzeniewierzenie się naukowemu zapisowi, a próba ukrycia w ten sposób zachowania Karsov – stanowi po prostu manipulację.
     Relacjonowałem te sprawy4. Oświadczenie Karsov zostało złożone w chwili, gdy w wolnej od komunizmu Polsce od kilku już lat przestała istnieć jakakolwiek cenzura. I było to już po wydaniu przedtem bardzo wielu książek Mackiewicza w Polsce jako druków podziemnych. Ale nikt jakoś zresztą nie dostrzegł, że oświadczenie Karsov to także ocena wstecz – wydawania książek Mackiewicza w podziemiu, jako naruszającego wolę pisarza. Karsov pisze, że Mackiewicz był przeciw wydawaniu swoich książek „w Polsce” – po prostu w Polsce. Ale na żadną w ten lub inny sposób wyrażoną wolę Mackiewicza – Karsov się nie powoływała. I nie mogła tego zrobić, bo niczego takiego Mackiewicz nigdy nie deklarował.
     Już po śmierci Józefa Mackiewicza jego spadkobierczyni, Barbara Toporska, ogłosiła w 1985 roku oświadczenie w paryskiej „Kulturze” (prosząc o jego rozpowszechnianie), że upoważnia się wszelkie wydawnictwa (także podziemne w kraju) do druku jego książek, pod warunkiem podawania ich wersji pełnej, bez jakichkolwiek adnotacji i komentarzy.5 Wynika z tego, że Nina Karsov-Szechter, po pierwsze – jak to się mówi – kłamie w żywe oczy, że pisarz nie chciał, aby jego książki ukazywały się w Polsce, po drugie, że Karsov pomija wyraźną wolę pisarza, przekazaną w publicznym oświadczeniu Toporskiej, aby jego książek nie opatrywać żadnymi adnotacjami. Ponieważ treść tych nalepek, będąca ewidentnym zafałszowaniem woli i przekonań pisarza, może naruszać zaufanie do niego polskich czytelników, jak i fałszuje jego stosunek do kultury narodowej, której był częścią – już od kilkunastu lat Nina Karsov-Szechter powinna mieć proces wytoczony przez rodzinę pisarza, przy wsparciu instytucji ochrony prawa autorskiego (ZAIKS i Ministerstwo Dziedzictwa Narodowego).
     W literaturze europejskiej to rządy nazistowskie lub komunistyczne eliminowały niewygodnych pisarzy, pragnących dotrzeć do czytelnika. Tu usiłuje się to zrobić powołując się na rzekomą wolę autora. Ale chodzi o to samo. Nina Karsov realizuje w ten sposób ukrytą głęboko w bebechach historii – wolę postsowieckiego ładu, nakazów cenzury, które wszakże omijane były przez wydawnictwa „drugiego obiegu”. Nie wiem, czy pełni tę rolę jak paranoik ulegając jakiemuś ideologicznemu przeświadczeniu. Dodajmy, że nawet niektóre książki o Mackiewiczu drukowane przez „Kontrę”, wydawnictwo Karsov, w ogóle nie mają w Polsce debitu6. Bolecki ustosunkowuje się w książce milczkiem do tego sporu, jak prawdziwy prestidigitator, zręcznie udając, że wszystko jest w porządku.
     Bolecki stara się wystawiać jak najlepszą opinię Karsov w sporze o jej postawę jako wydawcy i realizatora praw autorskich do Mackiewicza. A zupełnie absurdalną nieprawdę zawiera zdanie Boleckiego:

     nie byłoby książek Mackiewicza w świadomości emigracji i nie dotarłyby do kraju, gdyby nie [...] Karsov7.

     A przecież przed powstaniem wydawnictwa Niny Karsov książki Mackiewicza istniały jak najbardziej na emigracji, były także tłumaczone na inne języki. A w kraju bez udziału Karsov mnożyły się wydania Mackiewicza w latach osiemdziesiątych w drugim obiegu, i wielu wydawców wydawałoby je po 1989 roku, gdyby nie – gwałtowny sprzeciw Karsov. Ja sam przygotowałem już do druku Drogę donikąd dla wydawnictwa „Editions Spotkania”, jako pierwszy tom całej serii. Potem nastąpiła groźba procesu sądowego i wycofanie się wydawcy.
     Wiemy także z oświadczeń osób, które znały Józefa Mackiewicza, że Karsov dzięki swym pokrętnym staraniom, jeszcze za jego życia udaremniła wydanie kilku jego książek na emigracji. Nie są to fakty, niestety, powszechnie znane.
     Osobny jakby problem stanowi wydany przeze mnie w roku 1997 tom, zbierający wszystko, co Mackiewicz napisał o Katyniu8. Zdawałoby się, że tom ten (w zbiorach Biblioteki Narodowej pod legalnym numerem ISBN) – zostanie potraktowany przez Boleckiego jako ważna książka Mackiewicza, którą należy omówić. Nic podobnego. Bolecki zachowuje się tak, jakby ta książka nie istniała (gdyż nie została wydana ze zgodą Niny Karsov!?). Ogranicza się prawie do notki bibliograficznej. Donosi, że książka ta została: „wyrokiem sądowym wycofana ze sprzedaży”9. Nie było jednak żadnego sądowego wyroku, lecz tylko postanowienie sądu o okresowym zatrzymanie nakładu. Bolecki nie zastanawia się nad ewidentną szkodą dla twórczości Mackiewicza, że unikalne, pierwsze wydanie polskiej wersji książki Mackiewicza o Katyniu (tłumaczonej przedtem na wiele języków światowych) już jedenasty rok nie jest rozpowszechniane. Karsov nigdy nie zaproponowała reedycji tej książki w „Kontrze”. Sama też książki o Katyniu nie wydała. A jest to książka ważna dla polskiej opinii publicznej i racji stanu, ze względu na wciąż nie zakończone śledztwo w sprawie Katynia.
     Właściwie podobnie ma się rzecz z tłumaczeniami Mackiewicza na języki obce. Były one dość częste za życia pisarza. Po śmierci pisarza i przejęciu jego praw autorskich przez Karsov nie ukazało się ani jedno tłumaczenie ważnej książki Mackiewicza (wyjątkiem jest w tym roku wydany na Węgrzech esej Zwycięstwo prowokacji . W Moskwie leży od dziesięciu lat rosyjski przekład Kontry Mackiewicza, na druk której Nina Karsov nie wydaje zezwolenia. Jakie decyduję tu względy? Podobnie zgody na przekład nie otrzymało wydawnictwo litewskie. A oto jak skończyła się chęć umieszczenia na Litwie, w internecie, dwu książek Mackiewicza. Oto list Karsov słany mailem z Londynu do Wilna, do Ryszarda Maciejkiańca:

     dowiedziałam się, że zamierza Pan opublikować w swojej witrynie internetowej www.nasz-czas.lt dwie książki Józefa Mackiewicza: „Drogę donikąd” i „Zwycięstwo prowokacji”.
     Jako właścicielka praw autorskich, oświadczam, że nie zezwalam Panu na publikowanie dzieł Józefa Mackiewicza w żadnej formie. (15 marca 2006)

     Na 900 stronach drugiego wydania książki Boleckiego o Mackiewiczu i po dziesięciu latach od wydania pierwszego – spodziewalibyśmy się jakiegoś kanonicznego i bezbłędnego podania w książce faktów z życia pisarza. Jednak na podanych tu faktach nie sposób się oprzeć. Dotyczy to także dat życia rodziny pisarza. Czy Barbara Toporska była ślubną żoną Józefa Mackiewicza, nie jest zbyt ważne dla oceny jego twórczości. Niemniej, fakty biograficzne się liczą. Bolecki stale przedstawia Barbarę Toporską jako ślubną żonę Józefa Mackiewicza. Jednak pierwsza żona Mackiewicza, Antonina Kopańska nigdy nie rozwiodła się ze swoim mężem. Bolecki utrzymuje, że Mackiewicz, przed drugą wojną, zawarł z Barbarą Toporską ślub w cerkwi w Wilnie. Skądinąd wiadomo o różnych osobach, które – z powodu trudności z uzyskaniem rozwodu kościelnego – zmieniały wyznanie. Taki ślub byłby jednak niewątpliwie głośny w Wilnie. Ślub Mackiewicza z Toporską nie został potwierdzony w badaniach archiwalnych w Wilnie, a w zbiorach z Rapperswilu też nie ma takiego dokumentu. Bolecki stale pisze: „Barbara Mackiewiczowa”, ale czysto formalnie nie jest to prawdą. Raczej nie można też brać dosłownie oświadczenia Mackiewicza o przejściu na prawosławie (s. 74). Była to czysto ideowa deklaracja (wypowiadana tuż po wojnie), dla podkreślenia protestu przeciw polityce sanacyjnej wobec cerkwi unickiej i prawosławnej. Jak wiadomo, pogrzeb Józefa Mackiewicza w Londynie, odbył się w ceremoniale katolickim. Dopiero po nim panichida.
     Bolecki, starając się uwolnić Mackiewicza od zarzutu „kolaboracji”, wytaczanego z powodu druku jego publicystyki i fragmentów prozy, w 1941 roku, na łamach koncesjonowanego przez Niemców wileńskiego „Gońca Codziennego” – przeprowadza gigantyczne śledztwo z drobiazgowymi rozróżnieniami, polemizując z przeciwnikami Mackiewicza z czasów okupacji i czasów powojennych. Te wywody, przynoszące także nieznane szerzej szczegóły, były podstawowym i cennym elementem w pierwszym wydaniu książki. Obecnie Bolecki rozszerza podobne wywody broniąc Mackiewicza przed późniejszymi oskarżeniami środowiska AK. Jednocześnie jednak wnioskuje:

     Spieranie się o treść artykułów Mackiewicza z czasów okupacji jest zajęciem jałowym. Nie o treść chodzi, lecz o miejsce publikacji. [...] w prasie okupanta pisać nie należało. Żadnego okupanta. Poza dyskusją. I dorzuca jeszcze: nie bronię decyzji publikacji w organie hitlerowskim.10

     Jak to więc? Broni Mackiewicza czy go potępia? Broniąc, Bolecki jednocześnie przyjmuje, że formalne zakazy władz podziemnych były nienaruszalne. Więc jednak potępia? – N i e    n a l e ż a ł o !?
     Z dzisiejszej perspektywy – nie zgadzam się ani z oskarżaniem Mackiewicza o kolaborację, za przekroczenie zakazu druku w gadzinówce (formalizm konspiracyjnego legalizmu!), ani z tym, że analiza treści nie jest tu ważna (ten argument jest niestety bezkrytycznie powtarzany przez recenzentów Boleckiego). Ta treść była niesłychanie ważna. Przecież fragmenty prozy Mackiewicza (z „Gońca Codziennego”), opisujące okrucieństwa dopiero co zakończonej sowieckiej okupacji, godziły w nowego sojusznika, Polski i Anglii! Jednocześnie jestem pewny, że urabianie opinii antykomunistycznej było tą „wyższą koniecznością”, która zadecydowała o druku w jedynym organie docierającym do szerszej publiczności! A już absolutnie nie mogę się zgodzić z Boleckim, że „treść nie jest ważna”, gdy chodzi o polityczny, aktualny wtedy artykuł Mackiewicza: To dopiero byłaby klęska... . Bolecki nazywa miękko ten tekst „komentarzem politycznym do porozumienia angielsko-sowieckiego”, jednocześnie stwierdzając, że ten komentarz „pokrywał się w całości z polityczną [czyli niemiecką!] linią redakcji”.11 Pokrywał się, ale pozornie, nie w intencji Mackiewicza.
     Była to – dodajmy – przecież także reakcja na zgubne niedopowiedzenia w porozumieniu Sikorski-Majski, zawartym 30 lipca 1941. W Londynie wywołało to kryzys w polskim rządzie, a lęk przed zwycięskim wkroczeniem Sowietów na polskie ziemie był tam oczywisty. Bolecki urywa tę analizę, boi się zasadzki, boi się podejść do tekstu Mackiewicza bliżej! Pamiętam, że wtedy jako młody chłopak czytywałem gadzinowy „Goniec Krakowski”, ale także „Krakauer Zeitung”, a na odtrutkę była prasa podziemna. Oczywiście, to było w Krakowie, nie w Wilnie, mało kto znał tam okupację sowiecką, jak na przykład mój Ojciec. Jednak wymowa tekstu Mackiewicza, dla przeciętnego środowiska konspiracyjnego w Krakowie byłaby zaskakująca. Bo przynajmniej słowo Anglia, podobnie jak w Wilnie, było słowem świętym. Z jakim strachem, ale słuchaliśmy cudownego sygnału radia Londyn. Wtedy naszą pierwszą reakcją na atak niemiecki na Rosję była nadzieja, że Hitler połamie sobie tam zęby. Mackiewicz jednak pisze już w sytuacji, gdy można się było spodziewać, że Niemcy dojdą do Uralu. I co wtedy? Jak wcześniej, pozostawałby tylko nasz jedyny sojusznik: Anglia. Niemcy nie wypowiedziały jeszcze wojny USA. Aby poddać krytyce sojusz brytyjsko-sowiecki trzeba było strategicznej zdolności Mackiewicza i braku wszelkich iluzji wobec sowieckiego komunizmu. Myślenie Mackiewicza dotykało rzeczy podstawowych. Więc nie można tak po prostu obejść tego szokującego zdania wydrukowanego w „Gońcu”:

     zwycięstwo koalicji anglo-sowieckiej byłoby dla Polaków największą klęską, jaka nie tylko ich w tej wojnie spotkać [by] mogła, ale klęską przewyższającą wszystkie dotychczasowe na przestrzeni dziejów [...] los narodu polskiego przypieczętowany może na wiek.12

     W Wilnie, w sierpniu roku 1941, ten tekst czytany bez świadomości drugiego dna, mógł się wydać po prostu proniemiecki, była tu zresztą mowa, jak u Goebbelsa, o „świętej misji” Niemiec! Ale intencja tekstu była całkiem inna. Chodziło o o to, aby pokonany został zagrażający nam Związku Sowiecki! Ewentualną gwarancję angielską dla Polski Mackiewicz uważał za mistyfikację. Choć ludziom, wydanym teraz przemocy niemieckiej okupacji – zagrożenie sowieckie mogło się wydawać nieistotne, oddalone.
     Jak sądzę, Mackiewicz podejmował swoją decyzję publikowania w „Gońcu Codziennym”, w drugiej połowie 1941 roku, jako sprawę wyższej moralnej i narodowej konieczności, jakby mało sobie ważąc sprawę osobistego ryzyka. Wiedział jednocześnie, że dla publikacji w „Gońcu Codziennym” nie dało się tekstu zredagować inaczej, jaśniej, bez obsłonek, nie było „dobrego” wyjścia. W obliczu całej tamtej sytuacji gesty Mackiewicza nie miały cech kolaboracji, lecz świadczyły o sile jego charakteru, w podejmowaniu decyzji, z których nie miał żadnych korzyści osobistych, a które podejmował tylko w polskim interesie publicznym. Jako najważniejsze i niezbędne ostrzeżenie dla tych, co zechcą zrozumieć. Na kresach polskich, po okupacji sowieckiej, zrozumieć to było na pewno łatwiej. Ale – heroiczny ryzykant – za to ostrzeżenie mógł rzeczywiście zapłacić życiem. Trzeba pamiętać o świętym formalizmie, na który chorowała polska myśl podziemna w kraju, a także w Wilnie, gdzie „łatwo pociągało się za spust”. Ofiarą „kolaboracji” stał się redaktor „Gońca Codziennego”, antykomunista Czesław Ancerewicz, wyrok niepotrzebny, gdy oszczędzano redaktorów gadzinówek w Gubernatorstwie. W nekrologu pisano o Ancerewiczu jako o „wiernym synu ojczyzny”, a pogrzeb zgromadził tłumy, raczej przekonane, że zabili go bolszewicy lub Litwini... Nic o tym u Boleckiego. Jeszcze w 1955 roku Paweł Jasienica pochwalał ten wyrok...
     Sądzę, że Mackiewicz szybko zdał sobie sprawę z tego ryzyka, przestał publikować w „Gońcu Codziennym”. Trzeba zauważyć, że decyzja urwania współpracy też nie była bezpieczna. Pamiętamy, że wcześniejsza odmowa redagowania „Gońca Codziennego” spotkała się z ostrą niemiecką reakcją. Nagłe wycofanie się ze współpracy dziennikarskiej z „Gońcem” mogła być widziana jeszcze gorzej. Ale potem, znów, służąc Polsce, przyjął w 1943 roku zaproszenie niemieckie, zdecydował się pojechać do Katynia, choć tu bardziej się zabezpieczył, uzyskując zgodę AK. Tę sprawę Niemcy wykorzystywali propagandowo, ale ważniejsza było potwierdzenie zbrodni na polskim narodzie. I mimo że Mackiewicz ogłosił wywiad o Katyniu w „Gońcu Codziennym” Niemcy nie patrzyli na niego przyjaźnie. Po wyjeździe Mackiewicza z Wilna, z paszportem litewskim, na wiosnę 1944 roku – (Niemcy nie chcieli wydać mu dokumentu podróży, a potem szukało go Gestapo): „niemiecki gubernator Wilna, Hintz, pytany – przez pośredników – o powody, wyjaśniał:

     Pan Mackiewicz odmówił nam pomocy, i ja osobiście nie mam nic przeciw temu, żeby go bolszewicy powiesili.13

     Zwycięstwo Niemców lepsze więc niż zwycięstwo Armii Czerwonej, a wraz z nią Brytyjczyków? Tak, bo jedyną zaporą przeciw zajęciu ziem polskich przez bolszewizm i komunizm mogły być wtedy, według Mackiewicza, Niemcy. Wyjaśniał to w książce, pisanej już po artykule w „Gońcu” zapewne w roku 1942 (w tej książce, której rękopis przechowywał w budce dla szpaka): Prawda w oczy nie kole (Kontra 2002), odnalezionej po latach w Bibliotece Litewskiej Akademii Nauk. Tutaj, w rozdziale Straszny cień pada od wschodu, daje Mackiewicz opis swoich przekonań, szerzej już rozwinięty od tych wyrażonych w „Gońcu Codziennym”, w sierpniu 1941 roku:

     zwycięstwo koalicji na zachodzie pociągnęłoby za sobą nieuchronnie wystąpienie Sowietów przeciwko zdruzgotanym Niemcom. Stałoby się to poprzez nasze ziemie po trupie „Polski burżuazyjnej”. Wydani byśmy zostali w ręce bolszewików. Byłaby to klęska nie do odrobienia dla nas. W Europie, ba, na całym świecie nie istniałaby w takiej chwili potęga, mogąca się przeciwstawić potędze bolszewików. [...] Anglia nie broniła nas przed Sowietami w czasie, gdyśmy byli jej sojusznikami, a Sowiety jej przeciwnikiem politycznym w obozie proniemieckim. Czyż więc można się było spodziewać, że Anglia weźmie nas w obronę wtedy, gdy Sowiety będą jej sojusznikiem i pomagać będą w rozgromieniu Niemiec!? Nonsens!14

     Tego zwycięstwa Niemiec nad Rosją życzył sobie i wcześniej, zanim Hitler zdecydował się na drugi front, życzył sobie nawet za cenę rozgromienia Anglii:

     Sądziłem dalej, że wojna na wschodzie nie dojdzie do skutku wcześniej, zanim nie zostanie zakończona na zachodzie. Dlatego całym sercem pragnąłem, ażeby Niemcy jak najprędzej rozbiły Anglię, ażeby usunęły tę kłodę, która nas przykuwa do niewoli niemiecko-bolszewickiego sojuszu. [...] Bolszewicy przygotowywali uderzenie, oczywiście w kierunku najmniejszego oporu, przede wszystkim na przeciwnika pobitego, słabego, w idealnych dla nich warunkach, na obydwie strony, o ile by spłynęły na tyle krwią, żeby się wyczerpały ostatecznie.15

     Hitler zlekceważył jednak to, co Mackiewicz (nie wiedząc, czy Hitler zdecyduje się na utworzenie drugiego frontu na wschodzie – „pułapka Napoleona!”) nazywał „angielską kłodą”, zastępującą Wehrmachtowi drogę do uderzenia na Związek Sowiecki. Zaistniała więc nadzieja w Niemcach, w sile Wehrmachtu. Dlatego Mackiewicz pisze o „świętej misji Niemiec”. Bo nawet wspólne, angielsko sowieckie zwycięstwo nad Niemcami nie zapewniłoby Polsce ochrony po przejściu przez nasze ziemie Armii Czerwonej. Nie mylił się przecież, potwierdziło to już spotkanie w Teheranie. Ale Hitler zdecydował się na drugi front i choć ważyły się szale tej konfrontacji, uległ jednak Czerwonej Armii, wspomaganej strategicznie przez koalicję angielsko-amerykańską. Po trupie „Polski demokratycznej” Czerwona Armia dotarła do zdruzgotanego Berlina. Koalicja zachodnia oddała zwycięskim Sowietom Polskę, całą Europę wschodnią i pół Niemiec.
     Tylko Niemcy hitlerowskie uważał Mackiewicz za zdolne do pokonania Rosji Sowieckiej. Pisał to zresztą w apogeum sukcesów militarnych Niemiec, po zajęciu przez nich kontynentalnej Europy, potem u wrót Moskwy. Szanse te istniały jeszcze w roku następnym, gdy ważyły się strategie niemieckie: na Moskwę czy Stalingrad i Kaukaz. Wnioskowanie swoje formułował Mackiewicz nie dlatego, że chciał dobrze dla Niemiec, że sprzyjał ich racjom. Nie był przecież kolaborantem, nieco wcześniej nie zgodził się na redagowanie „Gońca Codziennego”. Było to czyste geopolityczne rozumowanie. Nie był zgoła filogermański. Nie wierzył w idee narodowego socjalizmu. W 1939 roku życzył sobie, aby Polska mogła oprzeć się niemieckiemu najazdowi. Nie miał złudzeń co do nazistowskiej polityki wobec podbitych narodów. Potępiał zachowanie się Niemców na podbitych przez nich terenach. Za zbrodnię uważał ich postępowanie wobec Żydów od czasu ustaw Norymberskich. Jeszcze przed opisem eksterminacji na Ponarach, ukazywał zbrodnie na Żydach w rozdziale Żydzi w rozprawie Prawda w oczy nie kole:

     Żyd. [...] Człowiek napiętnowany żółtą gwiazdą fizycznie i moralnie, zepchnięty w stan najniższego bytowania, w dół do kloaki życia, albo wprost do wspólnych grobów, z żonami, dziećmi, rozstrzeliwanych bez sądów. Takie to jest prawo hitlerowskie względem Żydów. [...] I z takim państwem, które takie prawa ustanawia dla Żydów, „żydowsko”-komunistyczny rząd sowiecki zawarł w sierpniu 1939 roku umowę przyjazną!16

     Choć mniej trochę było wtedy wiadomo o zbrodniach komunistycznych niż dzisiaj, w epoce Czarnej księgi komunizmu, i po tym czego Sowieci po 1944 roku dokonali w Polsce, Mackiewicz nie miał najmniejszych złudzeń, że w tej wojnie ścierają się dwa pokrewne sobie potwory, z których potwór bolszewizmu jest jeszcze groźniejszy i nie wiadomo, co uczyni z Polską.

     Anglia za pomoc sowiecką przeciwko Niemcom zapłaciłaby więcej, o wiele wiele więcej, niż tylko Polską, która ją zresztą nie kosztuje nic.17

     A ponieważ Historia, rękami Niemiec, bliska była zadania ostatniego sztychu potworowi bolszewickiemu, Mackiewicz pragnął tego. Zaś potem, gdy nastała nowa sytuacja militarna w Europie i na świecie liczył zapewne także na wyczerpanie się potęgi niemieckiej. To nie były myśli człowieka, który chciałby kolaborować.
     Jeśli był konsekwentny, musiał Mackiewicz akceptować także przyłączanie się pewnych państw Europy wschodniej do niemieckiego wysiłku militarnego. Udział wojsk węgierskich, rumuńskich i ochotniczych „błękitnych” dywizji hiszpańskich czy francuskich w walce z Armią Czerwoną. Konsekwentnie doceniał potem wysiłek zbrojny tych biednych poddanych Stalina, którzy walczyli przeciw niemu w ROA, armii Własowa. Gdy w 1939 i 1940 roku Finlandia nie poprosiła Anglii o pomoc w walce z Armią Czerwoną, to – według Mackiewicza – Mannerheim wiedział, co robił:

     Finlandia [...] Wolała przegrać, niźli się skompromitować w bloku angielskim.18

     Bo raczej wiadomo, Anglia nie dotrzymałaby umów, a w Helsinkach osiadłby rząd prosowiecki.
     Nie znaczy to, że całe podobne myślenie Mackiewicza nie zawierało w sobie niewątpliwej groźby. Bo kto miałby potem powstrzymać Niemcy? Po zwycięstwie nad Rosją przed Niemcami otwierałyby się nieskończone zasoby strategiczne i surowcowe tego kraju. Militarnie rzecz biorąc Rommel zająłby Libię i Suez, Egipt. Za bliskim Wschodem był daleki Wschód, oś Berlin-Tokio zaczęłaby się żwawiej obracać. Czy angielska „kłoda”, odosobniona wyspa za wąskim kanałem, mogłaby się obronić? To już jest futurologia, będąca w tym wypadku obszarem rozpaczy, czy jak to nazwałem wcześniej „rozpaczliwej próżni”.19 Choć po ostatniej wojnie specjaliści od rozważań alternatywnych uważali, że Niemcy zostałyby pokonane przez sojusz brytyjsko-amerykański. Bomba atomowa mogła spaść na Berlin, a nie na Nagasaki. Nie były to jednak opcje rozważań na czas rozpaczliwych doraźnych myśli w środku tamtej wojny
     Mackiewicz wybierał zwycięstwo Niemiec, przynajmniej na razie, gdyż mimo wszystko uważał je za mniejsze zło. Nie było wyboru między dobrem i złem. Dobro historyczne dla Polski nie istniało. Wybór był po stronie jednego z wcieleń najgorszego zła, ale jednak uważał je za mniejsze. Zresztą druga połowa 1942 roku już zapowiadała koniec tej wizji. A rok 1943 oznaczał już klęskę tej opcji geopolitycznej (jeśli wykluczyć podpisanie odrębnego pokoju z Niemcami przez którąś z walczących z nimi stron). Przypominam sobie przecież na początku 1943 roku pierwszą stronę wielkoformatowego „Das Reich” Goebbelsa, całą w czarnej obwódce wielkiego nekrologu dla armii Paulusa w Stalingradzie. Mackiewicz w Wilnie też musiał ją widzieć. Jeśli były jeszcze wątpliwości, znikały po bitwie na łuku Kurskim. Znikało pole do wielkiej strategii. Dalsze myślenie Mackiewicza odnotowane w jego zapisach i działaniach należało już do ważnej, ale tylko doraźnej „taktyki” w obliczu postępującej nieuchronności. Zaś w dziedzinie jednostkowych losów pozostawało mu tylko wycofywanie się, a właściwie ucieczka przed zbliżającą się Czerwoną Armią, przed cywilizacją komunistyczną – z Wilna do Warszawy, stamtąd do Krakowa, a z Krakowa w ostatniej chwili – przez Śląsk i Wiedeń, do Rzymu, na Zachód, tam, gdzie być może nie dojdzie Armia Czerwona.

     I tak się rozpoczął ten odwrót z miasta do miasta, jak spadanie z drzewa, gdy się człowiek łapie po kolei za każdą gałąź.20

     Na tej jego drodze odwrotu ważna była działalność w Warszawie, ale przede wszystkim w Krakowie (wyjechał z Warszawy dzień przed wybuchem powstania).
     Po tych analizach powróćmy jeszcze do innych spraw z książki Boleckiego. Same fakty biografii Mackiewicza pisane są tu wyrywkowo, nawet gdy były naprawdę ważne. I tak w relacji z pobytu Mackiewicza w okupacyjnej Warszawie brak wzmianki o ważnych poglądowo spotkaniach i wymianie dokumentów z płk. Wacławem Lipińskim. Szło tu przecież także o pewien aspekt myślenia geopolitycznego o Polsce w czasie okupacji. Wszystko to potem zostało zatarte przez komunistów. Spotykał się z nim również w Krakowie, a na emigracji, w 1949 roku, po jego zabiciu w więzieniu UB, napisał nekrolog. W Warszawie, aktywny i działający, spotykał się zresztą z różnymi ludźmi (m.in. z Miłoszem), publikował swoje aktualne analizy i apele w nieznanych nam niestety do dzisiaj kilku numerach pisma „Alarm”. Jeśli chodzi o Kraków, to został przez Boleckiego przeoczony niezmiernie charakterystyczny fakt związany z wybuchem warszawskiego powstania. Jak wspomina Adam Ronikier w swoich Pamiętnikach 1939-1945>21 – kilka dni po wybuchu Powstania Józef Mackiewicz uczestniczył w szczególnej akcji. Udał się mianowicie z hr. Adamem Ronikierem, Jerzym Rogowiczem, Aleksandrem Bocheńskim do Księcia Metropolity Adama Sapiehy z prośbą, by ten podjął starania u podziemnych władz polskich i władz niemieckich o zawieszenie broni. Po odmowie Metropolity Sapiehy Ronikier został wezwany przez wysokiego funkcjonariusza Gestapo, Oberführera Bierkampa, i 11 sierpnia rozmawiał z nim w obecności jego zwierzchnika, Obersturbannführera Hansa Schindhelma. W spotkaniu uczestniczyli także Jerzy Rogowicz, Kazimierz Okulicz i Józef Mackiewicz. Było to już po ogromnej łapance, którą Niemcy zrobili w Krakowie po wybuchu Powstania, w pierwszą niedzielę sierpnia, zapewne dla zastraszenia ludności. Tę łapankę i ucieczkę z niej przeżyłem na własnej skórze. Po spotkaniu, które nie przyniosło żadnych rezultatów, jego polscy uczestnicy spotkali się znów z Księciem Metropolitą Sapiehą. Przedtem zredagowali „apel do władz wojskowych” (zapewne obu stron), ale Metropolita nie zechciał go podpisać. Ronikier sam więc podpisał ów apel i wręczył go Obersturmbannführerowi Schindhelmowi. Ten epizod uzupełnia w sposób niesłychanie ważny współpracę Mackiewicza z hr. Ronikierem. Mówi o jego patriotyzmie i zaangażowaniu. Przecież oni wszyscy pchali się w paszczę lwa! Przed ogłoszeniem pamiętnika Ronikiera wiadomo było tylko, że Mackiewicz wydał w Krakowie z pomocą Ronikiera, jako nielegalny druk, broszurę Optymizm nie zastąpi nam Polski. Poszukiwany i wydany ostatnio przez „Kontrę” tekst jest być może autentyczny.
     Wnioski płynące z tej broszury, jak i odbytego wtedy w Krakowie spotkania z kolaborantami: Skiwskim i Burdeckim (wydawcami kolaboracyjnego, krypto-podziemnego pisma „Przełom”), spotkania, opisanego po kilku latach w szkicu Ludzie z głębszego podziemia (1947), mówią jasno, że Mackiewicz w obliczu grozy niemieckiego panowania (a nie tylko oczywistej już przegranej Niemiec) uważał – że:

     za wszelką cenę unikać należy jakiejkolwiek ugody, nawet cienia kontaktu z Niemcami, w przeciwnym bowiem wypadku każdy wysiłek antysowiecki z góry skazany być musi nie tylko na niepowodzenie, ale na zagładę.22

     Zaś we wspomnianej powielanej broszurze z końca 1944 roku raz jeszcze uzasadniał swoje dawne pragnienie, aby Niemcy pokonały Związek Sowiecki i ostrzegał przed nadchodzącym nieuchronnym niebezpieczeństwem nowej niewoli, postrzegając ją jako gorszą od wszelkich przeszłych zaborów:

     Zabór sowiecki w równym stopniu rokuje nam pewność, że z niewoli tej nie wyjdziemy, i jako naród zostaniemy zgładzeni z oblicza ziemi.23

     Tak beznadziejnej rozpaczy wobec niewoli i zagłady próżno szukać w całej polskiej literaturze. Wyrażał ją nie bierny odludek spoglądający na historię z punktu widzenia wieczności, lecz aktywny pisarz, cały czas działający piórem – człowiek czynu. Takim miał pozostać do końca życia, na emigracji. Bolecki jednak nadal wyciąga mu w swojej książce teksty z „Gońca Codziennego”. Że Mackiewicz potem konsekwentnie nie przyznawał się do tej pierwszej serii artykułów w „Gońcu Codziennym”. Za co Bolecki go potępia. Choć niby przytacza opinie (w przypisie 360, na stronie 202), że musiał to przemilczać. Ale sprzecznie z tym, w głównym tekście czytamy:

     nie przyznał się otwarcie do publikacji tych tekstów. A nawet ich istnieniu zaprzeczał. W moich oczach to go najbardziej obciąża.24

     Więc znów – nie same teksty dzisiaj są ważne, ale późniejsza gra wobec atakujących emigrantów? Strasznie naiwne. Że niby postąpił niehonorowo!? Nawet po wojnie, przyznanie się na emigracji do tej współpracy przekreślałoby misję, którą Mackiewicz uznawał za świętą. Nie dano by mu ani żyć, ani publikować. Tego Bolecki nie rozumie, choć trzeba przyznać, że dostrzega mimo wszystko jakieś światełko w tej swojej szarpaninie:

     Nie można już dłużej uprawiać historii lat 1939-1945, posługując się pojęciami, normami czy racjami politycznymi wytworzonymi w czasie okupacji... [...] tak jakby wojna nigdy się nie skończyła.25

     Cóż, słuszne słowa... Bolecki zdał sobie jednak sprawę, że zarys poglądów Mackiewicza, zgromadzony na użytek książki, może pomóc w uruchamianiu nowego spojrzenia i na dzieje wojny, i okupacji, i ukazać głębokie usztywnienie myślenia walczącej z Mackiewiczem emigracji po-akowskiej. Nie potrafili na nowo zobaczyć tej historii, w której sami byli podmiotem. Chcieli trwania praw Rządu Podziemnego i AK przez następne sto lat. Bolecki pisze, że potrzebna jest nowe oświetlenie historii okupacji i wojny. Szukając po omacku wyjaśnienia postawy Mackiewicza, książka Boleckiego przyczynia się jednak do rewizji naszego stosunku do historii Polski w XX wieku, rozumienia komunizmu, hitleryzmu, problemu kolaboracji.
     Kto wie, może ma to i dobrą stronę dla czytelnika, że książka Boleckiego jest dosłownie przygnieciona cytatami z Mackiewicza. Choć narusza to jasność i proporcje. Jednak widać już, że historia wojny i dwu okupacji w Polsce, oraz historia polskiej emigracji po wojnie – musi być na nowo napisana (głęboko rozumie to Paweł Wieczorkiewicz w swojej książce Polska 1935-1945 , ale to dopiero początek). Tej właśnie krytyki rządu emigracyjnego i podziemnego, i późniejszych poczynań AK – nie mogli przyjąć oponenci Mackiewicza.

     Ale jeśli tak, to Bolecki powinien po prostu stwierdzić, że teksty z „Gońca Codziennego” budzą dziś inne myśli, nie jako dowód prymitywnej kolaboracji, lecz rozważań antykomunisty o wyższej konieczności historycznej? Podobnie jak miejsce ich ogłoszenia! By nie zajmować setek stron wręcz detektywistycznymi szczegółami, nie różniących się znów tak bardzo, tamtych polemik. Oczywiście, że wspomniany artykuł Mackiewicza w pamięci niektórych osób, które go przeczytały – był dowodem na sprzyjanie Mackiewicza Niemcom. Bolecki tylko przedrukowuje ten tekst, tak w pierwszym jak i drugim wydaniu swojej książki, ale unika komentowania tego właśnie, domniemanego oczywiście, „sprzyjania Niemcom”, jakie można by przypisać Mackiewiczowi.
     Bolecki, który zresztą cytuje mnie w swojej książce, nie zauważył, publikowanych wcześniej rozdziałów o Mackiewiczu, w moim tomie: Ocalenie tragizmu (Lublin 1993), a także obszernego eseju O Mackiewiczu, w książce: Spojrzeć na Eurydykę (Kraków 2000). Właśnie tam we fragmencie Rozpaczliwa próżnia zanalizowałem po raz pierwszy szczegółowo ten poruszający i tragiczny tekst Mackiewicza, przewidujący ostateczną klęskę Polski, co się sprawdziło. Pisałem tam o tym najbardziej spornym tekście Mackiewicza nie jak o prognozie militarnej, lecz cywilizacyjnej i geopolitycznej, z punktu widzenia Polski.
     Bolecki ma za złe Mackiewiczowi druk w „Gońcu Codziennym”, ale szuka wciąż okoliczności łagodzących. Podkreśla więc, że współpraca z prasą okupacyjną „była zjawiskiem o dużej skali”.26 I przerzuca ciężar dowodu na artykuły drukowane przez polskich pisarzy w strefie okupacji sowieckiej. Bolecki zdaje się stawiać znak równości między zachowaniem tych pisarzy i Mackiewicza. Jest to na pewno błędne. Wspomina kolaborację lwowską, ale nie bierze jakbypod uwagę na przykład napisanej na ten temat mojej obszernej książki: Kolaboranci. Tadeusz Boy-Żeleński i grupa komunistycznych pisarzy we Lwowie 1939-1941, Warszawa 1998. A ile na ten temat pisał Bohdan Urbankowski!
     To, co ogłaszał Mackiewicz o wojnie i polityce w „Gońcu Codziennym” w 1941 roku, posiada swój nie-kolaboracyjny sens, jeśli odczytujemy to dzisiaj. Nie da się jednak tego powiedzieć o tekstach polskich pisarzy drukowanych w latach 1939-1941 we lwowskim „Czerwonym Sztandarze”, wychwalających sowiecką okupację. Myślę, że Mackiewicz widział tu podstawową różnicę, gdy decydował się na uświadamianie społeczeństwa na łamach „Gońca Codziennego”. Daje pod tym względem do myślenia reakcja pisarza, gdy w czasie okupacji sowieckiej spostrzegł w wileńskim kiosku – lwowskie „Nowe Widnokręgi”, z artykułem Boya:

     Boy. Patrzę i ja. [...] Ale nazwisko tego członka Akademii Polskiej, w takim czasie. w takim miejscu, w komisariacie, na którejś tam stronicy, pod refleks sunącego za oknem śniegu. Dziwne uczucie, nieuchwytne uczucie. Tak już? Tak zaraz?27

     Pojawiającymi się w książce Boleckiego nowymi dokumentami z archiwum paryskiej „Kultury” są listy Lucjana Krawca do Jerzego Giedroycia, oskarżające Józefa Mackiewicza o kolaborację. Czy nie należało jednak raczej przesunąć na margines tych listów – wobec dokumentów, odnalezionych w Wilnie przez Sławomira Andruszkiewicza i opublikowanych następnie w dwugłosie: Sławomir Andruszkiewicz i Jacek Trznadel, w krakowskich „Arcanach”?28 Ukazują one co najmniej dużą życzliwość dla Krawca ze strony cieszącego się poparciem okupantów sowieckich na Wileńszczyźnie – Stefana Jędrychowskiego, komunisty i aparatczyka, kolaboranta, zresztą przedwojennego kolegi Czesława Miłosza w Klubie Włóczęgów. Za okupacji sowieckiej „wybrany” go na członka Rady Najwyższej ZSSR. Jędrychowski skierował do władz sowieckich prośbę ( Pokazanije ), której oryginał zachował się. Apeluje tam do władz NKWD o uwolnienie Krawca z więzienia, gdyż może okazać się jeszcze „pożytecznym pracownikiem sowieckim” dla dobra „socjalistycznej ojczyzny”. Bolecki to cytuje. Krawiec istotnie został uwolniony. Nie wiemy, czy postawa „pracownika sowieckiego” pozostała tu w sferze intencji Jędrychowskiego, czy może określała później stosunek Lucjana Krawca do Mackiewicza?
     Kazimierz Zamorski, zresztą były szef „dwójki” u Andersa, gdy zapoznał się z dokumentami, odkrytymi przez Andruszkiewicza, pisząc do mnie na dwa miesiące przed śmiercią, wybrał opcję, podważającą zaufanie do Krawca:

     Rewelacja! Chodzi o dokumentację artykułu Andruszkiewicza. Ale kto dziś, po tylu latach, postawi pytanie, dlaczego tak wierzono agentowi bolszewickiemu Krawcowi (Korboński i spiritus movens całej kampanii przeciw Mackiewiczowi: Jan Nowak)!? Ten ostatni jest jak niegdyś Ronald Reagan teflon coated . Zdążył zgnoić polskie życie intelektualne, nie tylko na emigracji, ale i w kraju.29

     I jeszcze jedna drobna uwaga. Jeśli cytuje się swego autora, należy bezwzględnie sygnalizować przypisem oczywiste, duże jego pomyłki. Cytując tekst Mackiewicza (ze Sprawy pułkownika Miasojedowa ) opisujący operację „Clarion”, czyli nalot aliancki na Drezno, 13/14 lutego 1945 r. – nie zwraca Bolecki uwagi, że liczba ofiar podana przez Mackiewicza (350-400 tysięcy) nie wytrzymała nijak próby czasu. Ustosunkowywał się do tej liczby już David Irving w swej książce Zagłada Drezna i był krytykowany za liczbę przekraczającą 100 tysięcy. Jak się zdaje, w toku polemik ustalono liczbę trochę mniejszą od 50 tysięcy.
     Ściśle literacką twórczość Mackiewicza omawia Bolecki jakby tylko na dodatek, i przedstawia ją pod presją poruszanych politycznych i historycznych tematów, a mniej jak literaturę piękną. Ta ograniczona prezentacja zajmuje ledwie jedną dziesiątą liczącej przeszło dziewięćset stron książki. Omówienie książek Mackiewicza na końcu, to raczej ich streszczenie.
     Na koniec jeszcze wrócę na chwilę do wychwalanej przez Boleckiego postawy Niny Karsov-Szechter. Bolecki zdaje się nie pamiętać o drukowanej przez „Kontrę”, zaledwie trzy lata po śmierci pisarza, książce Icchaka Rubina: „Żydzi w Łodzi pod okupacją niemiecką 1939-1945”, Kontra, 1988. Książka jest poprzedzona „Listem autora do wydawcy” (Icchaka Rubina do Niny Karsov). Odkrył ten zapis Grzegorz Eberhardt, a ja zwróciłem nań uwagę na sesji w Rapperswilu, we wrześniu 2006 roku. Tak na przykład komentuje Rubin słowa Mackiewicza o potrzebie przemocy wobec komunizmu:

     Wystarczy w tej tyradzie zastąpić słowo ‘komunizm’ słowem ‘Żydzi’ i będziemy mieli antysemicki bełkot Hitlera, ale i bez tego jest to niemal identyczne z ideami i leksykonem Führera.
     Do tej paranoicznej deklaracji przyłączyła się oczywiście wierna małżonka autora, nawet go wyprzedziła w czasie.30

     Jak widać, Rubin nie tylko oskarża Mackiewicza i Toporską o antysemityzm, ale także o ich antykomunizm, zaś opcja wojny z komunizmem zaszkodziłaby – Żydom. Tej książki Rubina ani Józef Mackiewicz, ani – przekazująca prawa do jego twórczości Ninie Karsov – Barbara Toporska – zobaczyć już nie mogli. Zauważmy, że „List autora do wydawcy” nie stanowi integralnej części książki i mógł być przez Karsov usunięty. Dlaczego w trzy lata po śmierci Mackiewicz i Toporskiej – Karsov decyduje się opublikować w „Kontrze” paszkwil na nich z tak haniebnym oskarżeniem o antysemityzm?
     To dobrze, że książka Boleckiego wymusza wręcz prowadzoną tu dyskusję. To jej zaleta pomimo niektórych błędnych tez i przemilczeń. Choć wobec ukazanych wyżej sprzeczności, tom Boleckiego wydaje mi się raczej ruiną kolosalnego projektu. Wolałbym, aby był to zaczątek – wciąż niedokończonej budowli.

Jacek Trznadel

1 Nowa, rozszerzona redakcja szkicu o książce Włodzimierza Boleckiego: Mackiewicz niezbyt prawdziwy. „Arcana” 2008, nr 82-82 (3-4). s. 256-263. Tutaj także pod zmienionym tytułem.
2 Bolecki: Ptasznik z Wilna, Kraków 2007, Arcana, s. 919.
3 Cytat za „Kulturą”, Paryż, 1993, nr 7-8).
4 „Prawa autorskie do Józefa Mackiewicza, Nasz Czas”, Wilno 2006, Nr 17 (12 października – 8 listopada), s. 30-33 (wydanie postdatowane).
Czytaj także: inne materiały o Mackiewiczu umieszczone w portalu autora: www.jacektrznadel.pl
5Toporska Barbara: Oświadczenie w sprawie praw autorskich Józefa Mackiewicza. „Kultura”, Paryż 1985, nr 3, 170-171.
6 Np. W. Lewandowski: „Józef Mackiewicz”. Londyn 2000, Kontra.
7 Bolecki, tamże, s 278.
8 Józef Mackiewicz: Katyń – Zbrodnia bez sądu i kary. Zebrał i opracował Jacek Trznadel. Warszawa 1997.
9 Bolecki, tamże, s 274.
10 Bolecki, tamże, s. 202, 448.
11 Tamże, s. 196, 198.
12 Józef Mackiewicz, „Goniec Codzienny” nr 16, Wilno 10 sierpnia 1941, cyt. za: J. Mackiewicz: Nudis Verbis. Kontra 2003, s. 322.
13 W liście Barbary Toporskiej do Marii Zadenckiej, z 1985 roku. Cytuję za: Grzegorz Eberhardt: Pisarz dla dorosłych. Opowieść o Józefie Mackiewiczu. Biblioteka Solidarności Walczącej. Wrocław 2008, s. 188.
14 Józef Mackiewicz: Prawda w oczy nie kole. Londyn 2002, s. 166.
15 Tamże, s. 165-166.
16 Tamże, rozdz. Żyd, s. 180-181.
17 Tamże, rozdz. Straszny cień pada od wschodu, s. 167-168.
18 Tamże, s. 169.
19 Tytuł rozdziału o Mackiewiczu w książce Spojrzeć na Eurydykę. Kraków 2003.
20 Ucieczka przed „wyzwoleniem”, w książce: Fakty, przyroda, ludzie. Kontra s.
21 Adam Ronikier, Kraków 2001.
22 W zbiorze Fakty przyroda i ludzie. Kontra 1993, s. 117.
23 Optymizm nie zastąpi nam Polski, Kontra 2005. s. 20.
24 Bolecki, tamże, s. 202. Podkreślenie moje.
25 Tamże, s. 599, 198.
26 tamże, s. 198.
27 J. Mackiewicz: „Nowe Widnokręgi”. „Lwów i Wilno” 1948, nr 98; 26 grudnia).
28 2000, nr 2.
29 Monachium, list z 11 paźdz. 2000.
30 Icchak Rubin, Żydzi w Łodzi..., List autora do wydawcy. Kontra 1988, s. 12.