BEZ ODBIORU
Lublin 2008
© 2008 by Jacek Trznadel
Wydanie I.
Wszelkie przedruki, także internetowe, tylko w porozumieniu z autorem.
Rysunek na okładce:
Robert Fludd: Chaos, Oppenheim, 1619
(verso okładki) 
POEZJE TEGO AUTORA:
Wyjście Kraków 1964
Gdzie indziej Warszawa 1971
Rana Warszawa 1973
Więcej niż można mieć Warszawa 1979
Podróże darmowe Lublin 1991
Dzikie gęsi Warszawa 1997
Utajone w oddechu. Poezje wybrane Lublin 2003
Bez odbioru Lublin 2008
Autor, rok 1935
NIC ALBO NIC
NEANDERTALCZYCY
czy neandertalczycy zostali zbawieni
tam w urwistym jarze otoczeni
przez wrogie włócznie lecące kamienie
gdy promień słońca wdarł się jasny
a oni po tym promieniu uniesieni
gdzie? do nieba?
w górze zniknęli nagle?
ale może spaleni
przez prawdziwych ludzi
na godną ofiarę
najlepszemu najwyższemu bogu?
a jeśli po prostu zadeptani w glinie
razem z hominidami praludźmi z sumatry
posłuchaj
przecież trwa ich rozpaczliwy krzyk
i płacz nad neandertalskim synkiem
pochowanym w pozycji embriona
w wianuszku leśnych kwiatów
czy mu przyznać iloraz inteligencji
wciąż zastanawia się teologia zbawienia
na domiar pismo nic o nich nie mówi
chociaż o wężach mówi i padalcach
NUREK
a gdy skarbu szukałem
tonęła planeta
papierowe łódki ratunkowe marzeń
pożar młodości gasł z sykiem
brakowało tlenu dojrzałej mądrości
jako dziecko płakałem nad nurkiem
skarb wydobyto jego zostawiono
teraz pozostała mi chwila
grabarze pamięci grają jeszcze w karty
CUMULUS
tato tato
czemuś mnie opuścił
czemuś mnie matce zabrał
jakbyś nie potrafił
inaczej świata zbawić
ogłośmy go synem boga
nie ośmielą się więcej krzyżować
ogłośmy się dziećmi boga
może śmierć się przestraszy
spłonęło czyste runo
zmilkło już beczenie
spaliła się skóra
palą się już kości
mój mniejszy braciszku
baranku biały
będzie z ciebie pogoda
idzie dym prosto do nieba
na wieczny cumulus
SŁOWA UMIERAJĄCYCH
słowa umierających nie są testamentami
królów życia
ani mądrością filozofów
czy gorzką dewizą samobójców
choć usłyszane we śnie i przeczute dawno
są jak okrzyki wobec nieznanego pejzażu
„morze jest wzburzone, a okręt niepewny”
słyszałem od starej kobiety i jeszcze
„długa noc czarna przepaść za oknem”
jak kruche łódki na wielkim oceanie
i każdy sobie sterem żeglarzem okrętem
i ty to przyznać musiałeś Adamie
gdy się nożem broniłeś przed obcym natrętem
upewnieni ostatnim uśmiechem na chwilę
odchodzimy od was odpływają oni
wypite miody w czarnej przepaści motyle
więc mów wszystko nikt już nie zabroni
1981
STARA FOTOGRAFIA
piękne są zdjęcia w ogrodzie
młodszy i starszy brat
uśmiechają się spoza kwiatów
gdy czuła ręka matki na migawce
tyle kwiatów że obraz
prawie tonie w kolorze
duży wkrótce zginie od salwy
małemu tylko odroczono
a już i na mnie czeka
odprawa bez bagażu
teraz matka ma ręce
grobem zniszczone
w ogrodzie trzyma kość na migawce
osłania nas światłem przed czasem
wszystkie kwiaty są czarne
PANTA REI
a pies co błagalnie zaglądał mi w oczy
przed śmiercią
a kot choć bez łapki głęboko wierzący
w dalsze miauczenie
upominają się o wszystkie prawa żywych
i umarłych
choć wszyscy w węgiel będziemy zmienieni
królestwo ludzi zwierząt i kwiatów
wydziedziczeni czym się staniemy
według nakazów najwyższego prawa
przedtem sprawdzeni czarnymi znakami
liter na papierze przeznaczonych
na łatwy pokarm dla płomienia
niezdolnego nawet do napisania kropki
MANUFAKTURA
samotność podchodzi
jak woda do ust
wspinam się na palce
lecz już nie urosnę
tylko samotność trupa jest większa
choć tak pięknie płynie
bez peryskopu
w swoim podziemnym sosnowym okręcie
płyną eskadry
cargo drewna i ciał
każdą ilość przyjmie
powszechna
dobrze znana łaskawa
manufaktura śmierci
TROFEA
bogactwo wspomnień
i co z nimi zrobić
jest trochę porządku
ale i tłok spadają ze stołu
niektóre prawie zatarte
ale tu słychać wyraźnie
jak ona gra ze mną na cztery ręce
utwór muzyczne trofea
to była piękna improwizacja
na dźwięk i na pedał zapomnienia
EX PROFUNDIS SUPPLICAVI
przyjm błaganie nasze
po stopniach się czołgające
do twojego tronu
Manetekelfaresie
od czego zależy
tych modlitw spełnienie
nim padnę trupem przed twoim ołtarzem
już wcześniej wiesz czego pragnę
i nic
tylko kciuk unosisz w górę i w dół
życie – śmierć
jakbyś masował stawy
POŻERANIE
konstelacje zwierząt w nieludzkich mgławicach
galaktyczne wiry wszechświat w czarnej dziurze
ciemność całkowita i oślepła jasność
to wszystko pożera siebie
protony i kwadrony eskadrony węgla i wodoru
wszystkie zakrzywione kosmosy
kwanty i eony co zjadają siebie
tak dokładnie że powiedzieć:
nic nie pozostanie
jest już nadużyciem istnienia i mowy
prawdziwe i nieudane tercje kukułek
a zawsze cudowne
nagłe bębnienie deszczu po dachu
tuż po zapadnięciu zmroku
wspomnienie umarłego głosu matki
i skomlenie psa sprzed pół wieku
zamilkły dowód wierności
jak wyblakłe spłowiałe fotony
bo śmierć wiekuista rządzi nami
i zawsze niesyta pożera
nie pożarta nigdy
SYLOGIZM
cierpienie to po prostu cierpienie
rozwiązanie jest w rozwiązaniu
gdy rozkwitnie róża iść o świtaniu
przerażenie mieć za zachwycenie
GILOTYNA
ujrzyj piękno życia
masz chwilę
kosmos naprawia jeszcze gilotynę
on ją stworzył
w darze dla twojej głowy
natchniony najwyższym dobrem
pięknym dobrem z wysoka
a o to co będzie
gdy ostrze spadnie z obłoków
niech już nie boli cię głowa
DZIECI SIĘ ŚMIEJĄ
dzieci się śmieją
wyrzucona piłka jeszcze nie spada
czy w tym jakaś nadzieja?
oparcie?
dzieci co dzień wracają z pogrzebu
i wierzą w wieczne wesele
ich bystre oczy patrzą daleko
dalej niż najśmiglejszy rzut kamieniem
na szczęście horyzont jest zakrzywiony
pochować drabiny
nie budować wieży
unikać podróży samolotem
ale także
nie schodzić do katakumb
KOŁYSANKA CHAOSU
na początku był chaos
i w chaosie był chaos
wszystko przezeń się stało
co się nie stało
wszystko przezeń się stanie
co nigdy nie powstanie
a co się nie stanie
już się nie odstanie
więc uśnij mój aniołku
kołysany kantyczką
na wieczne umieranie
ON PAMIĘTA
ten wszechświat co się stworzył
lub został stworzony
ale rajowi cały poświęcony
na wacie nicości skrzętnie hodowany
a potem w czarną dziurę wrzucany
jak robaczek świętojański co mignął i zginie
tak ku nicości rajskiej płynie
mojego życia mgnienie
i nie zagadać tego nadziejami
uwierzyć w boskie roztargnienie
że in excelsis deus
zapomni śmierć mi zadać pomiędzy śmierciami
WYGRANA
wszystko wyszło inaczej
miałem ją spotkać
napisać nieśmiertelne dzieło
przeszła obok nie zauważyła
że zapisuję świat
w ogniotrwałej pamięci
po co mi teraz wygrana
w pośmiertnym konkursie
jeśli zgubiłem swój los
BALAST
sen miałem że idę
prawie że bezsenny
ku ukrytemu na wysokościach
temu dla którego
wonności arabii.
„usłysz wołanie nasze”
niepojęty nieomylny
niezawodnie steruje
po czerwonym morzu krwi
z ludzkich serc
swoim dostojnym okrętem
wypełnionym balastem
białych ludzkich kości
WIECZNY KANIBAL
kto zje serce lwa
będzie mężny jak lew
a kto serce tygrysa
ten najdalej skoczy
ale stokroć przeklęty
nawet w dolinie głodu
kto się żywi ciałem bliźniego
i poi jego krwią
wtedy budzi się śmierć
mogą być spożywani kuzyni
więc pręgowane pantery
mężne pumy albo szakale
a nawet zwinne myszy
ale ja nie chcę ich jeść
w dolinie wiecznego głodu
choć wiem że przyjdzie Kanibal
w masce zimnej śmierci
do źródła nienasycenia
i wiecznego pokarmu
i cóż że zakazujemy śmierci
wiecznego kanibalizmu
i zjadani krzyczymy
na potwornej uczcie wszechświata
CAESAR I MARCUS
(odnaleziona scena)
CAESAR
(jako chłopczyk, wjeżdża taczką-rydwanem)
colligo castanea
jak mówi obrazek
przyszedłem pchać swoją taczkę
a co w taczce
zabawki igraszki
może przeznaczenie
tak wcześnie objawione
idź złoto do złota
to znaczy kasztan do kasztana
oto mój tryumf
jak czyny nasze póki
nie skurczą się i zwiędną
gdy już pleśń i choroba
MARCUS
nie sadź ich za późno
bo trzeba dotrwać
doczekać
by z najdoskonalszego
drzewo mogło wyrosnąć
a gdybyś zwlekał
zuchwałe pragnienie
by móc się ocienić
chyba że w miejscu
gdzie przyszły grób twój
tak to możliwe
a jednak prawnuk radośnie nie zbierze
plonów z cmentarza zawsze podejrzanych
zwodniczy kolor i zapach nagrobny
idź dalej mój malutki mój wielki
co się ma dopełnić
to już się spełniło
w tym klimacie kasztany niejadalne zbierasz
ale raduj się uciesz póki jeszcze możesz
(chłopiec z taczką wychodzi)
uwiózł swój tryumf maleńki
czy tryumf go uprowadził
cios cios cios i raz jeszcze
toć to wszystko jedno
nic nic i nic nie zostanie
2005
HEKSAMETR POLSKI W ŻAŁOBIE
dokąd trupie cię niosą
ciało odpada od kości
więc w ubranie ze słomy
grabarze je odziewają
wyciągnęli cię z dołu
gdzie bez trumny leżałeś
zaprzyjaźniony z piaskiem
całującym twe rany
śmierć po zapachu poczułem
strasznym i ostatecznym
lecz nie poznałem tego
co z twarzy twej pozostało
tylko koszula w paski
ta którą przedtem nosiłeś
już czeka wóz na ciebie
choć z jednym tylko konikiem
nad polem popod lasem
jesienne mgły zawiewają
na wozie trumna sosnowa
gdzie cię zamkną za chwilę
konik obrok przeżuwa
na chłopskim karawanie
pojedziesz w podróż ostatnią
a ja pójdę za wozem
skrzypienie osi to twoje
pożegnalne requiem
bądź tylko trochę cierpliwy
później przyjdę do ciebie
rażony chwilą jedną
gdy gwiazda moja zagaśnie
i ten nasz duumvirat
przy wiejskim murze cmentarnym
zaświadczy bratniej miłości
chociaż grób się zapadnie
niżej niżej
DWA ZEZNANIA
CZŁOWIEK ZABÓJCA
HOMO MORTIFER
Tak zemsta, zemsta, zemsta na wroga!
Adam MickiewiczTo są ludzie, mospanie,
Prawdziwe światu lamparty,
Gdy się bić, to nie na żarty,
To nie muchy bić na ścianie.
Lecz łby!
Juliusz SłowackiPrzez tysiąclecia, Człowiecze!
Zabijałeś, mordowałeś
I wciąż przemyśliwasz,
Jakby to robić lepiej.
Leopold Staff
symfonia, na orkiestrę perkusyjno smyczkową
i chór agonalnych kastratów
bębny obciągnięte ludzką skórą, smyczki
prowadzone po strunach z ludzkiego jelita
bij zabij historia ludzkości
zbrojny postęp przez wieki
to nie zwykłe kulinarne przelewki
to ukryta duchowa receptura
wielkiego przedsiębiorstwa
produkcji ludzkich flaków
spieszących na plac boju
w glorii spod triumfalnego łuku
by ciąć miażdżyć i łamać
i szlajających się potem
bez wieńca pociechy i mitu
na udeptanej ziemi
nocny pokarm dla psiarni
przyrządzony maczugą i mieczem
vivat canis domesticus
oboediens et vorax
nic dla wyjącego Cerbera i Garma
tak od zawsze od zawsze od zawsze
cios śmiertelny zadam lub padam
niesłuszny potop ale rzezie słuszne
jak nam święte pismo podaje
trup hektora w pyle włóczony
i roland krwią tryskający
gdy dmie w olifanta
chociaż wyrżnął tylu saracenów
że anioły po niego zstępują
bogu prawą rękawicę podaje
tymczasowe pokazy wytwarzania flaków
zakładano w przygodnych chwilach
w miejscach potyczek i na polach bitew
w szczęku oręża i żałosnego
chrapliwego rzężenia
oto poczet wiekopomnych flakotwórców
rzeźnik aleksander wielki
flakochętny hannibal
possessor intestinarum caius julius caesar
i jego rozpruwacz brutus
tak słodko grają pasterze
w cieniu rozłożystych drzew
trzymając flety przy ustach
gdy skaczą rozkosznie źrebaki
wietrzyk pieści wiosenne trawy
druhny śpiewają i tańczą
otaczając wybraną
od gór dalekich po morze
bieg słońca i deszczów dar
i idą w swaty druhowie
idą w brzuchach zapiętych
do skoku i wzlotu
zapominając o ostrzu
niechybnie przeznaczonym
gdy pika sztylet i grot
dalekosiężnej strzały
otworzą im kołduny
i ich skarbów treść
vivat temistokles chwała salaminie
ryby kolorowe skubią ludzkie szczątki
greckie perskie jaka to różnica
nelson wynajdzie nowe fructa maris
po nelsońsku obmyje
hiszpańskie ciała w wodzie
ku uciesze atlantyckich ryb
na ofiarę dla plutona
„flaki z flacców wypruto”
pod cannae zostawione rozrzutnie
kartagińskie i rzymskie wnętrzności
jak struny chore w żałosnym jazgocie
płaczą i wyją póki nie zamilkną
leżą dobrze zmiażdżeni
na ołtarzu ojczyzny
bez ostatniego tchnienia
na tryumf w elizeum
zapał i rozpacz sięgają milczenia
i cuchną pięknie resztki współobjęte
tchórzliwe mężne nie do odróżnienia
nie rozpoznane w kawałkach
a teraz dla psów ostateczne łupy
klęska zwycięstwo
tym to wszystko jedno
a u słowian rzeźnicza sielanka
cóż za obfitość była pod grunwaldem
kopią chłopy podziemne flakarnie
specyały krzyżackie polskie i litewskie
magazyn na tysiąc lat
idź flaku do flaka
my polacy jadamy żelazo
drewnianymi łyżkami
i nawet zgruchotani
posieczeni zrąbani
połamani przeszyci
wciąż dumnie powstajemy
szlusuj flaku do flaka
nawet bez broni idą w bój
na stos na stos legiony to
ofiarnych jatek los
kiedyś na placu rewolucji
wolni-kaci-obywatele
chcieli brzuchy oszczędzić
traktując skazańców z wysoka
gilotyny ostrzem litosnym
co zazdroszcząc egipskim
piramidę z czaszek wznosiła
powoli do wież notre dame
równaj głowo do głowy
razem sięgniecie wyżyny
nikt już was nie przymierzy
do oddzielonej szyi
rewolucja zapewnia
nietykalność dla brzuchów
równych i wolnych tułowi
posłusznie głowy spadały
do miękkich trocin w koszu
bez bełkotu języka
korpusy pobratane
od czaszek wyzwolone
bratersko były nietknięte
gdy danton i robespierre
przykładnie kark nadstawili
rewolucyjny skręt kiszek
zostawił pokoleniom
wolność duchowych wymiotów
bonaparte zaś cenił
pocisk co spada z góry
i na cząstki rozdrabnia
dumnych kirasjerów
i konie szwoleżerów w galopie
więc znowu hurraaa flaki
w wąwozie somosierry
więc w cwał i w huk po bigos
ludzko koński wyborny
zwycięski w salwach baterii
choć rozszarpany polonez
a cóż ci kartaczami
zgruchotani zmiażdżeni
spod marengo i z tabor
i z rzeźni austerlitz
w otoczeniu pachnących ziół
jeszcze ręce wciskały flaki
w nie zaszyte brzuchy
jeszcze vive l’empereur i sztywność
a flaczary zdejmują pierścienie
otrząsając się z bryzgów krwi
lecz mięsa się przechowują
najlepiej w zimowej porze
pojął cesarz nad berezyną
i spojrzał na tle śniegu
rozrzucone wnętrza szwoleżerów
były jak promienista tęcza
choć zszarzały kolorowe
lamowane złotem mundury
a zwycięstwo ogłaszał praporszczik
chociaż był już nie cały
choć kikuty nóg krwawo płakały
nad resztą która odbiegła
tylko ręce siniały od mrozu
więc rzekł gospodin colonel
nim wypijem araku na zgodę
daj dłonie zagrzać w twym brzuchu
niech widzi cesarz i car
potem nagle uniosła ich ciemność
gwarantowaną ludzką mieszaninę
dla hołoty rosyjskich kundli
wreszcie rzeźnicy zmełli rzeźników
vieille garde pod waterloo
ale ścierwo nowiutkie
i znowu psy w historii
i wycie na bankiecie
utrzymała tradycję
kuchnia prusko francuska z verdun
nad okopem jedność bebechów
niestrudzone dostawy
dawaj jeszcze i jeszcze
bo maximy mają ochotę
i choć soli i pieprzu brak
świeży ołów doprawia zakąskę
w douaumont centryfuga śmierci
kości tańczą w powietrzu
wyzwolone z grubymi bertami
szczęki proszą o setkę
uczepione kikutów drzew
fachowej rzeźni dostawy
zapewnia święta droga
usnęli na wieczność piechurzy
w tranchée des baïonettes
już sanitariat szczurów
uprząta resztki przed psami
hau hau hau hau uwaga
podaj apel dalej
zgłodniałym psom hau hau
nikt ludzkości nie powstrzyma
od manii otwierania brzuchów
bo przecież miłość do flaków
suprema lex esto sieg heil
takie ma wymagania
ceni świeże wątróbki żołądki
dorzucając kruków krakanie
na bankiecie z ludzkich filetów
a zewsząd żałobne werble
to w krwawą ścianę śmierć stuka
nim brzuch rozpłata i serce
mlaskający homo mortifer
morderca smakosz wszechświata
w rytualnym uboju
na d-day przygotowano
dwadzieścia tysięcy chłopców
przesyłek do masarni
otwieranych ochoczo w pikniku
na normandzkich plażach
tylko nieśmiertelniki
z nazwiskami tych mięs
po konsumpcji zostały
a jeszcze tamci w chmurach
armada śmiercią nadziewana leci
naciskając łagodnie spusty
nowych bombowych przepisów
dobrą proporcją trotylu fosforu
by zmienić w parę ludzi na dole
nim sami spłoną podobłocznie
i już w burzy ognia
hamburgery pieczone
i steki po drezdeńsku
haniebnie przypalone
móżdżki z hiroshimy
z radioaktywnych rusztów
powtórzcie somosierrę straceńcy
pójdźcie zabijać i mścić
zostaniecie na zawsze młodzi
bo już rakarskie cassino
na trupy tysięcy chłopców
serwuje generał hycel
zaś drugi generał przenosi
cmentarz z ziemi włoskiej do polskiej
pomnik wzniesiemy miastu
z gruzów ludzi i z kości domów
na pohybel wrogom na wieki
historia już obżarta
ale wciąż jeszcze chętna
więc serwuje powstańcze flaki
triumfalnie obwieszczane
przez ryczące krowy
w sylogizmie oddaj życie a za to
dam ci krzyżyk brzozowy
z wieńcem maszynowej serii
gdy dialog honoru z niebytem
prowadził już niemy i głuchy
a przecież ciągle walczący
krwawy na barykadzie strzęp
nie bój się to nie koniec
człowiek zabójca ten flakoskrętny
poszukiwacz glorii już wkrótce
wynajdzie wnętrzności zwycięskie
wybuchające wewnątrz terrorystów
napełnionych śmiercionośną treścią
w genetycznym eksperymencie
zrodzonych z dynamitem
z czarnej śmierci wirusem
jakby nigdy nic przyjdą
w niewinnej porze mleczarza
i różowej aurory gdy chmurki
pewną wróżą pogodę
i zamiast mleka zostawią
krwawiące szczątki na progu
w roli gości weselnych zatańczą
wybuchem w living roomie
nawet z dżungli wypełzną hutuhutu
z maczetami zamiast odnóży
w ciałach tutsitutsi wyrąbią
drogę wszechmocnym tamtamom
ukażą zakażone dziryty
aż z uszu rzuci się krew
ebola ebola ebola
w erze rzezi globalnych
ze wszystkich kontynentów
porwani pięknym wybuchem
niesieni przyjaznymi wiatrami
opuszczą planetę ziemię
by stworzyć nową flaków galaktykę
w kosmicznym eterze i przedwiecznym ogniu
inde mare, inde aer, inde aether, ignifer ipse
deus incognitus prowadzi nieśmiertelne zastępy flaków
homines mortiferos
krwawa barwa wieczoru
posoką ludzką tonie w Acheroncie
2006
Z PASZCZĘKI
A każdy mi trup mówił: „Dobra droga!”
Wiedząc, że idę ze skargą do Boga
Umrę – lecz główkę tę rzucę przed Pana.
Juliusz Słowacki: Poema Piasta DantyszkaBroń mnie przed sobą samym – maszże dość potęgi!
Adam MickiewiczA jeśli Bóg, cudaczną urażony pychą.
Wzgardzi mną, jak nicością, obutą zbyt licho,
Ja – gniewny, nim się duch mój z prochem utożsami,
Będę tupał na niego tymi trupięgami!
Bolesław Leśmian
pytasz jaki bóg
okrył mnie nicością
choć trochą życia
na chwilę przyozdobił
nic o nim nie wiem
bo on sam milczy milczy
jak wypomniał poeta
jeden na miliard
i nie nazwał dialogiem
nieskończonej ciszy wszechświata
on się ukrył na zawsze
nawet przed samym sobą
zaklęty w milczeniu
nie zdradza się działaniem
absconditus et non agens
próżne szepty modlitw i śpiewy
i z psalmem okrążanie
gładkiej czarnej skały
na jałowej pustyni
w beznadziejnej miłości
a jeśli to nie ty
zamknąłeś nas w klatce
z potworami kosmosu
na świecie który istnieje
byśmy istnieć przestali
w nicość wpełzli jak ty
to rację miał co pisał
aurea prima sata est aetas
złoty wiek bez obaw
aby cię przypasał
piorunem pierworodnym
perkun do mocarnego dębu
mogłeś czcić góry
strumienie i gaje
różę wiatrów i morza
przyjazne ludzkości
poronionej przez chaos
w dobrowolnym przymusie
quae vindice nullo
a potem kto to wymyślił
że winni są jaskiniowcy
posępni i włochaci
co ledwo odkryli
ogień i sumienie
na drzewie wiadomości
a już ich poszczuto
odpowiedzialnością zbiorową
toczy się na nich grzechu
pierworodna skała
miłość i wolność zamknięto
we wszechmocnym uścisku zła
nad każdym człowiekiem widmo
rany zadanej bogu
a stygmat winy
jak nowotwór wszystkich piętnuje
bo nikt nie jest bez grzechu
mówi sztuczka z wolną wolą
noworodek jest winny
jeśli ujrzy świat
już swego trupka niesie
do ukrytego boga
na zniszczenie ciał
cicho nie płacz maleńki
uśpijmy śmierć
lulaj nicości lulaj
niech o nas zapomni
od bytu ją utulaj
tu wciąż chcą nas biczować
cierpieniami boga
niepokalanie poczętego
implantu z kosmosu
że winniśmy tej śmierci
którą przypominają
nam miliony krzyży
podobno była to męka
mąk wszystkich zadana
najokrutniej na świecie
nawet myślenie o niej
spływa krwawym potem
a przecież rzymscy żołnierze
jeszcze nie byli potworami
przemawiają za nimi
okoliczności łagodzące
starali się być powściągliwi
nie łamano mu palców w odrzwiach
nie wyrywano paznokci
nie był obdzierany ze skóry
pojony wrzącym ołowiem
oprawcy nie obwijali
wnętrzności wokół krzyża
nie wykłuwali oczu
nie zmienili go w żywą pochodnię
nie zaciskali stryczka
jednocześnie zrzucając ze skały
nie topili go w wodzie
nie zakopywali żywcem
nie karmili trucizną
więc czemu mamy płakać
gdy wszystko się dobrze skończyło
bo w trzy dni z martwych powstał
zabliźnił dziury po gwoździach
w triduum śmierci odszedł
aby potem bezpiecznie
na eliaszowym rydwanie
do niebieskiej powrócić bazy
lecz ty który wstrzymałeś
rękę abrahama
wszechmocny nie miałeś sposobu
by uchronić ludzkość
od pierwotnego skażenia
aby ją zbawić inaczej
niż przez niewinne cierpienie
by przezwyciężyć zło
dozwoliłeś zabójstwo
na osobie boga
by je nam przypisać
a pomysł wolnej woli
która morduje miliony
nie był do przewidzenia
przez twoją wszechwiedzę
jakże ty wszechmogący
absolut wszelkiej mądrości
znawca ukrytej przyszłości
mogłeś tak lekkomyślnie
stworzyć takiego człowieka
nie dając mu dobroci
nim zaplanuje mord
czyś musiał krzyż pozostawić
co w ziemię i w niebo sięga
nad nami ramiona rozpina
i mnie wieszają po jego
lewej i prawej stronie
na odkupienie zła
więc crucifixus na darmo
bo to nic nie zmieniło
każdy ukrzyżowany
śmierć pozostała władcą
właśnie w tej galaktyce
a ja nie zmartwychwstanę
nawet za milion lat
kiedy kosmos przeminie
jeśliś najwyższą dobrocią
i nie ty nas stworzyłeś
to przyjdźże nam z pomocą
przeciw eonom zła
bo w naszym eonie
każdy jest pożerany
i nie ujdzie paszczęce
musi go w końcu pochłonąć
zimne energii spalanie
boże bądźże człowiekiem
zlituj się ty ukryty
ocal od śmierci każdego
o gdybyś nie był jednią
w rozświetlonym trójkącie
o gdybyś był pentagramem
w rombie albo w kwadracie
czy to by wszystko zmieniło
i cóż że na pociechę
zostawiłeś swe ciało
obecne nieobecne
byśmy cię mogli pożywać
świętości kanibale
i ogryzali z ciała
twoje boskie kości
na pamiątkę chłeptali twą krew
zdejmij zły urok spektaklu
tamtego ukrzyżowania
win naszych potwierdzenie
za które ginie bóg
by nas od zła ocalić
i dobrych oddać śmierci
a jeśli człowiek powstał
tak sobie bez przyczyny
artefakt ten koślawy
ex machina złośliwy
to po co go obwiniać
za śmierć co w nim majstruje
by nie zaprzeczyć bogu
święci samospaleńcy
wstępowali w pogański ogień
lub sami wysyłali
na chrześcijańskie stosy
boże sługi katarów
jak smolne ludzkie bierwiona
próżno ikonoklaści
nie chcieli obrazów na krzyżu
na których wszyscy wisimy
i mordercy i święci
jednak pustkę ukrytą
obnoszą twoi kapłani
w ornatach i sutannach
służby mundurowe
na przejściu nieobecnego
sypią dziewuszki kwiaty
biją dzwony wysoko
rzesze hymny śpiewają
na twój przemarsz zwycięski
hojnie błogosławiący
choć ty niewidoczny przemykasz
patrzysz z wielkiego ukrycia
jak władca co się boi
zaczajonego snajpera
w niewidce incognito
by cię nikt nie zobaczył
nim ujrzy własną śmierć
boże palącej suszy
ofiaruj nam kłos jeden
boże strasznej powodzi
choć dachy zostaw nad wodą
boże wielkiego trzęsienia
zachowaj jedną ścianę
boże strasznego pioruna
zwęglij mnie tylko w połowie
przez śmierć malutkiego dziecka
nawróć się o panie
przez śmierć kochanego brata
spojrzyj na mnie panie
przez konanie rodziców
bij się w piersi panie
nie bądźże już potworem
byśmy ci nie musieli przebaczać
za ostatnie tsunami
błagamy cię panie
o gdybyś się odmienił
jeszcze dziś byłbyś z nami
tylko w ciszy wiejskiego kościółka
gdy zmilknie głos organu
i truchty polnych myszy
co kryją się za ołtarzem
szlocha proboszcz siwiutki
że gdy ciało w ziemię przemieni
rychło ciebie zobaczy
ani myśląc że czeka
strasznego końca świata
i góry straci i morze
i w śpiewie żywioł wszelki
widzialny i ukryty
obecny i nieobecny
wszystko we wszystkim
kryje się i wszędzie się mieści
po nie zrodzone eony
nieprzeniknione i przeniknięte
a eon święty obok nas przemyka
bo on raz rudą wiewiórką
raz złotą pszczołą przeleci
jak świat ten wielki wokoło
co pozwala się ujrzeć
choć sam jest w sobie dla siebie
lecz cały nam się oddaje
wśród najciemniejszej nocy
kukułka dal nam objawia
i rosa się nie ukrywa
w porannym słońcu wśród trawy
brązowe sarny czmychają
naocznie w zielony las
powietrze rozedrgane
pod wielkim białym obłokiem.
deszcz podświetlony smugą
różowym i żółtym cieniem
a on chce to wszystko opuścić
dla abstraktu marzenia
krótko żył w tym wszechświecie
polny konik biedronka
niedorosłe nasze rodzeństwo
cichutko umarł pies wierny
czy winny był bo szczekał
radośnie na powitanie
żegnał świat patrząc w igliwie
w leśną ściółkę wczepiony mój brat
dotknięty odłamkiem z obłoku
ja cię za niego pozywam
jak kiedyś Dantyszek Piast
świat jaki jest nie broni
nam siebie lecz się oddaje
dokładnie się odsłania
świat cały obecny i wielki
jak tchnienie bliskiego oddechu
znak życia ręka przy oczach
wypatrujących na ścieżce
z oddali idącej miłości
dla takich najwyższych uniesień
by trwały nieśmiertelnie
ludzkość dosięgła nadludzkie
w śpiewie gregoriańskiej ekstazy
w locie gotyckich wież
wciąż bardziej siebie przekraczać
a co z miłością zrobili
słudzy boga wszeteczni
zmienili ją w widmo zarazy
i nękającej nas plagi
wyklęli tristana z izoldą
abelarda i heloizę
orfeusza z eurydyką
więc odrąbali erosa
ze starych greckich posągów
bo sprzeczne z dekalogiem
jedenaste przykazanie
najwyższe wcielenie jedności
miłości duszy do ciała
odłupali z tablicy
jak skopcy z siekierami
co wszystko pojęli dosłownie
odrąbując swą miłość
w boskiej i krwawej panice
rozkazano za miłość
kamienować i palić
jak za przydrożny mord
by miłość nie była wzlotem
lecz tylko wołem w jarzmie
nie patrz w nią jak w lustro
bo migocze zajączkami szatana
dlatego jałowość ciał
nakazano kapłanom
by te blaski zniknęły
w imię pańskie hosanna
dziewice mają się strzec
mężczyzn i inkubów
z aniołem proszę bardzo
miłość barwną jak ziemia
na światłość zmienili niebieską
by nicość ukryła przed nami
i potop czasu co spod nóg
skrawek lądu ostatni wydziera
by wielką pieśń ginącego
zagłuszyć hymnem o raju
człowiek to nie grzech otchłani
ten odpadek bez zmazy
który wypadł z kołyski eonu
nie potrzebował odkupienia
lecz wyzwolenia z chaosu
linoskoczek ponad nicością
świadomość ponad materią
choćby na jedno mgnienie
na rok dzień i godzinę
gdy błysk zwierzę przenika
kiedy wstaje różanopalca
stanowi z wolna człowieka
by widzieć świat poprzez ład
na śmierć wieczną wydać infamię
w życiu ścinanym przez czas
triumf krótki ognika na bagnie
w którym toną wiewiórki
lotne konie kosmate niedźwiedzie
a z wysokiego obłoku na mnie
nagonka i polowanie
już promień strzelisty naciera
ten niebieski laser
a nad bagnem biało czarne
jak brzozy spalone piorunem
maszty naszej żeglugi
w kosmiczną zapadają się głąb
tak jak idą zapomniane szeregi
australopiteków i pitekantropów
i po cóż stopę w lawie
odciska przed milionem lat
opuszczona afrykańska Lucy
ale temu się nie dziw
bo on opuścił nawet swego syna
neandertalskiego chrystusa
co zawisnął na krzyżu daremnie
daremnie obiecywał zbawienie
i został zapomniany
zaś oni z rąk naszych zginęli
potwierdzając potęgę zła
nie do pokonania
przez pokolenia chrystusów
homo sapiens umył ręce w potoku
i tak sobie żyjemy
bo poskąpiono dobroci
i nikt dotąd nie wyznał
tych czaszek rozłupanych
maczugą z niedźwiedzimi zębami
tych poderżniętych gardeł
naszych braci pobocznych
nawet prawie rodzonych
zbłąkanych na oceanie chaosu
ich śmiech i radość i łzy
ich wiara w nas jak w aniołów
a my z szatańskiego plemienia
zamiast ich wznieść in excelsis
kołysaliśmy chaosem
cantus firmus ich śmierci żałobny
a miała być dobroć dobroci
obiecująca pobyt
w krainie jasnych duchów
o której nie wiadomo
czy warta licytacji
z ich cudowną jaskinią
tym niemniej nasi przodkowie
powoli ich dorzynali
ostatni neandertalczyk
spojrzał w niebo i westchnął
napotykając cios
zamiast boskiej dobroci
jeśliś mógł ich ocalić
czemuś tego nie zrobił
pytanie bez odpowiedzi
bo żaden z chrystusów
nie pogasił ofiarnych stosów
gdzie z chłopców żużel ognisty
i nadal serca bijące
wyrywano dzieweczkom
a abrahamowie palili
izaaków pierworodnych na stosie
choć absolutny absolut
nie potrzebuje ofiary
podobno życie chciał kupić
a śmierć nam pozostawił
niechybnie przeznaczoną
dla świeżo narodzonych
z ciemnych łon matek
dla wiekuistej ciemności
pośmiertny nicości spadek
mam na nią pozwolenie
od kiedy pokwitowałem
cyrograf za cud narodzin
że śmierć mnie oczekuje
gdy nadejdzie ta noc
niedopełnionej obietnicy
że dziś jeszcze będę w raju
bo ku zachodowi chyli się czas
wtedy ona uderzy ukryta
i zawsze bez godności
jak seryjny morderca
któż więc ośmiela się mówić
o godnej śmierci co depcze
wszystkie wartości do końca
wymiotując nicością
na ciebie jeszcze żywego
ex parte enim cognoscimus
w pożerającym się świecie światów
a już w łakomej paszczęce
która się zowie
mala aperta
i kłapie co chwila
gdy zawsze nieobecna
charitas abscondita
sicut aes sonans aut cymbalum tiniens
maior autem horum est charitas nostra
Miłość i tylko Ona
jasność codzienną ratuje
non divinus rei humani nuntius
codziennych naszych spraw
zwiastun i odnowiciel
choć wobec śmierci bezsilna
2006
SPIS RZECZY
NIC ALBO NIC
Neandertalczycy 8
Nurek 9
Cumulus 10
Słowa umierających 11
Stare zdjęcie 12
Panta rei 13
Manufaktura 14
Trofea 15
Ex profundis supplicavi 16
Pożeranie 17
Sylogizm 18
Gilotyna 19
Dzieci się śmieją 20
Kołysanka chaosu 21
On pamięta 22
Wygrana 23
Balast 24
Wieczny kanibal 25
Caesar i Marcus 26
Heksametr polski w żałobie 28
DWA ZEZNANIA
Człowiek zabójca 31
Z paszczęki 42