FAŁSZOWANIE HISTORII I USTAWA O IPN1
Fałszerstwo w walce politycznej jest zapewne tak stare jak historia społeczeństw uprawiających politykę. Zdarza się często i trwa, jak w życiu. Czasem nieprędko pojawia się dziecko, jak u Andersena, by zawołać: „Król jest nagi!”, wbrew wszystkim, którzy głosili wieść o nowych szatach króla.
Kłamstwo historyczne pojawia się przede wszystkim w ustrojach totalitarnych i totalnych zbiorowościach ideowych. Jakkolwiek i w demokracjach mamy do czynienia z fałszerstwami, jednak w stopniu o wiele bardziej ograniczonym, bo powszechny dostęp do informacji sprawia, że kłamstwo ma tam krótsze nogi. Kłamstwa wspierają się na potędze cenzury. Istnieją obok indeksu książek i autorów zakazanych. Sprzyjają określonej propagandzie. Kłamstwo takie istniało zawsze, ale dopiero rozwój nazizmu i komunizmu uczynił z tego nie spotykany wcześniej proceder o monstrualnym zasięgu i natężeniu.
Komunizm był ustrojem kłamstwa podniesionego do rangi ustrojowej. Dlaczego? Bo nieludzki ustrój musi ukryć prawdę o człowieku i historii.
Historia narodu oznacza także gromadzenie doświadczeń i wyciąganie wniosków z pracy pokoleń nad społecznym dobrem. Oznacza pielęgnowanie narodowej i społecznej tożsamości. Czynniki, składające się na historię i społeczną tożsamość narodu, w różny, ale ciągły sposób przekazywane są z pokolenia na pokolenie. W pewnym sensie można porównać naród z jednostką ludzką. Jednostka popadająca w całkowitą lub choćby częściową amnezję ulega zakłóceniu tożsamości, a jej kontakty z innymi stają się nieprawidłowe. Fałszywy obraz rzeczywistości narusza prawidłowy odbiór świata przez jednostkę. Podobnie, zagrożeniem dla życia narodowego staje się odcięcie społeczeństwa od wiedzy historycznej lub tej wiedzy zafałszowanie. Można na to spojrzeć także od strony nowoczesnej nauki o informacji. Im wszechstronniejsza informacja, tym większa szansa prawidłowego, a więc określonego wolnością wyboru postępowania.
Polscy romantycy, którzy znaleźli się w Polsce pozbawionej niepodległego bytu narodowego, dobrze rozumieli znaczenie historii. Wiedzieli, że naród zniewolony od zewnątrz, może jeszcze zachować wolność wewnętrzną, duchową, jeśli nie utraci swojej historii. Dlatego następnym etapem po zniewoleniu zewnętrznym bywa pozbawianie narodu jego świadomości historycznej. Pisał Norwid w szkicu: Znicestwienie narodu, II :
fałszujący historię ze złą intencją mają tę piękną stronę, iż świadczą o dwóch prawdach [...] oni wierzą, iż historia jest siłą, i oni wiedzą, że historię nie tylko stanowią wiarogodne zbiorowiska nagich faktów, ale i pojęcia, jakie naród o własnej wyrabia historii.
Nauka historii polskiej była w tym samym stopniu zakazana pod zaborem rosyjskim, co w czasie okupacji niemieckiej ostatniej wojny. Z kalendarzy zniknęły daty mające związek z historycznym życiem narodu, zniknęły podręczniki historii i książki pisarzy mających największe znaczenie dla utrwalania świadomości historycznej. Istniały prywatne wypożyczalnie książek, ale pewne tytuły były zakazane i wycofane. Po roku 1945 przywracanie części patriotycznych publikacji historycznych łączyło się z tworzeniem nowych indeksów książek zakazanych, ich wycofywaniem z obiegu publicznego czy nawet niszczeniem.
Ostatnia wojna rozpoczęła się od fałszu i prowokacji niemieckiej z rzekomym napadem polskich komandosów na niemiecką radiostację w Gliwicach. Potem Niemcy fabrykowali filmy z kampanii wrześniowej ukazujące rzekome szarże polskiej kawalerii na czołgi. Do dziś niektórzy w to wierzą. Drugi partner Niemiec, Rosja Sowiecka, napadła na Polskę głosząc propagandowe tezy o upadku państwa polskiego i „wyzwalaniu” mniejszości etnicznych, które miały popaść dopiero w całkowitą niewolę. A w kilka miesięcy później Rosja Sowiecka napadła na Finlandię po zainscenizowaniu przygranicznej prowokacji.
Już w czasie wojny Polacy zetknęli się z komunistycznym, sowieckim fałszerstwem, dotyczącym zbrodni katyńskiej, przypisanej przez Rosję Sowiecką Niemcom. O Katyniu dowiedzieliśmy się natychmiast, bo Niemcy w swojej prasie podawali o tym prawdę. Zapamiętałem te numery „Gońca Krakowskiego”. Ale zaraz ruszyła monstrualna fabryka kłamstwa sowieckiego i funkcjonowała przez pięćdziesiąt lat. Z pomocą tego fałszerstwa Sowieci unieważnili legalny rząd polski w Londynie i powołali rząd komunistyczny na zajętych terenach.
A później przez cały czas pracowała monstrualna fabryka kłamstwa. Zacieranie dat historycznych dokonywało się także przez zakazy obchodzenia świąt, jak 3-go Maja czy Jedenastego Listopada, zastępując je datami fantomatycznymi. Były fantomami, bo często nie odpowiadało im żadne wydarzenie historyczne, jak ten manifest z roku 1944 o utworzeniu PKWN, naprawdę zakotwiczony w Moskwie, a nie w Chełmie i Warszawie. Ale perfidia polegała także na czym innym: na interpretacji narzucanej na fakty historyczne, które były odmieniane i fałszowane. Nie mówiąc o tym, że przemilczanie jednych faktów oznacza automatycznie fałszowanie innych. I jeśli społeczeństwo potrafiło wychodzić z niektórych potyczek o prawdę obronną ręką: np. nie za wiele osób było skłonnych uwierzyć w Katyń jako zbrodnię niemiecką, o tyle udało się wsączyć wiele jadu w przedstawienie samotnej i tragicznej walki Powstania Warszawskiego czy zafałszować zasadniczo dzieje Drugiej Rzeczpospolitej. Ukazywane były jako rządy polskich faszystów, przez tych, co właśnie polskimi faszystami byli, a także przygarniali do siebie najskrajniejsze i nielegalne przed wojną odłamy ONR-u i Falangi. Ale fałszowanie historii nie dotyczyło tylko dziejów najnowszych. Pierwszą Rzeczpospolitą utrwalano w pamięci kilku szkolnych pokoleń przede wszystkim jako ustrój wyzysku chłopa i anarchii szlachty, a jedyna i wyjątkowa w Europie demokracja szlachecka i jej osiągnięcia podlegały tylko szkalowaniu.
Fałsze powojennej propagandy komunistycznej, dotyczącej historii, nie były najczęściej niuansami interpretacji, odnosiły się do całkowicie sfałszowanej faktografii. W jednej ze swoich powieści Józef Mackiewicz zobrazował to bardzo wymownie. Jako odejście od fałszowania odcieni, lecz określanie białego przez czarne i odwrotnie. Także już po ostatniej wojnie fałszowanie historii poddanej dyktatowi ideologii opisał George Orwell w powieści Rok 1984 . Ministerstwo historii fałszuje tam nie tylko opracowania i podręczniki, ale także dokumenty i pisma codzienne z epoki. Wersje niewygodne spala się w tak zwanych „piecach pamięci”. Orwell uogólniał przede wszystkim doświadczenia sowieckie. Te sowieckie fałszerstwa nie odbywały się tylko na papierze, pisane były na przykład krwią egzekucji w sfałszowanych procesach lat poprzedzających drugą wojnę. W procesach moskiewskich ginęli niewygodni przywódcy komunistyczni. Oskarżani o spotykanie się w swej rzekomej działalności szpiegowskiej z agentami w nie istniejących hotelach, czy używający w podróży nie istniejących połączeń. Potem wymazywano ich twarze z oficjalnych fotografii. Piece historii...
Metody działania okupantów komunistycznych od 1939 roku we Lwowie i po wojnie w całej Polsce były dość perfidne. Ich celem nie było samo zwalczanie nauczania polskiej historii, a tylko uczynienie z niej pustej, martwej fasady, czyli jak określała to nauka Stalina: polskość miała być zewnętrzną formą socjalizmu. Napisy na tej fasadzie natomiast miały być sfałszowane. Cały nowy kształt historii opierał się na fałszu.
Sfałszowano całkowicie obraz polskiej emigracji politycznej poczynając od wybuchu wojny. Ilu ludzi wierzyło w zdradzieckie wyprowadzenie przez Andersa wojska polskiego z Rosji do Iranu... Nie wiedzieliśmy tylko, że chciał tego sam Stalin, a oddziały polskie przewożono przez Morze Kaspijskie sowieckimi okrętami. Ile teorii wojskowych wymyślono, by uzasadnić sowieckie zatrzymanie frontu po wybuchu Powstania Warszawskiego. Wszystkie wielkie powojenne procesy polityczne były sfałszowane także co do faktów.
Wiadomo, że po utracie świadomości historycznej spójnią społeczną i narodową pozostaje przede wszystkim język, choć język sam nie gwarantuje przekazywania więzi historycznych i społecznych. Zaborcy dziewiętnastowieczni wiedzieli coś o tym, wprowadzając język rosyjski do biur i do szkół, opisywała to polska literatura. Ale znów po ostatniej wojnie taktyką komunizmu nie była rusyfikacja językowa. Choć narzędziem zniewolenia pozostawał także język. Ich taktyką było to, co George Orwell nazwał „nowomową”. Było to wtargnięcie sfałszowanego języka publicznego do mediów i szkół, a często i do domu, języka bez treści i znaczenia, języka zaprzeczającego swemu celowi – wyrażaniu treści. Najtrafniej ujął to Orwell w dewizie nowomowy: „Prawda jest fałszem, fałsz jest prawdą”. Utrata historyczności i skostnienie języka w żargon propagandowy nie oddziaływały jednak tylko w sensie doraźnym. Jeśli przyjąć, że w czasie ostatnich pięćdziesięciu lat skończyły szkołę co najmniej trzy odrębne pokolenia, że urodzeni w roku 1945 mają dzisiaj lat pięćdziesiąt, oznacza to, że przeważająca większość naszego społeczeństwa przeszła przez szkołę utraty historii i języka (fałszu i nowomowy).
I nie chodzi tylko o historyczność, chodzi o autentyczność oceny i kształtowania międzyspołecznych więzi, zdolności jednostki do życia społecznego i politycznego w wymiarze autentycznym. Spłaszczone kryteria oceny, społeczeństwo zmienione w licznych kręgach w bezmyślny tłum – oto wynik tych lat niewątpliwy, skoro nawet i intelektualiści deklarują często, jak trudno wyzwalać się im ze sfałszowanych faktów, schematów myślenia i oceny. Brak znajomości historii wytwarza całkowitą dezorientację w postawach obywatelskich.
Ale mam poczucie, że w tej, także i mojej, drodze przez bezdroża były fakty, które przyczyniały się do wydobycia jakiegoś wewnętrznego sygnału prawdy, który – choć przygłuszony – dawał po chwili znać o sobie. Były to zawsze przekazy historycznego doświadczenia konkretnych ludzi, ich osobistych przeżyć. Ale także przypomnienia przeżyć osobistych. Gromadzę wiedzę historyczną o drugiej wojnie, ale nic nie zastąpi tragicznych przeżyć chłopca we wrześniowe dni 39 roku pod bombami i bronią maszynową niemieckich samolotów. Lub opowieści Ojca o ucieczce w Krakowie z kotła Gestapo. Innym przykładem mogą być (znów) opowieści mego Ojca o przeżyciach pod okupacją sowiecką we Lwowie (dwukrotnie tam zatrzymany w 1940 przez NKWD, i uciekający z transportu do Kazachstanu) czy dotyczące tego samego okresu wspomnienia Oli Watowej. Fakt, że neo trockistowską rewolucję studencką roku 68 w Paryżu przeżyłem w osobistym doświadczeniu i że to moi studenci szli wówczas na barykady, które obserwowałem z bliska od strony studentów i funkcjonariuszy CRS – sprawił, że nigdy potem nie nabrałem się na deklaracje o pozytywnym znaczeniu tego ruchu i tej ideologii, znaczonej portretami światowych przywódców komunistycznych, zawieszonych na podworcu Sorbony.
Może także byłbym trochę kimś innym, gdyby nie fakt, że moim wychowawcą klasy maturalnej i nauczycielem łaciny (którą zdawałem na maturze) był cichociemny, szef Kedywu AK w Łodzi, major Andrzej Trybus (potem aresztowany na długich siedem lat przez SB). Przychodził do klasy w battledressie, bez dystynkcji.
Chcę przez to wszystko powiedzieć, że strażnikiem prawdy historycznej jest w społeczeństwie także konkretny przekaz osobistych doświadczeń poszczególnych ludzi, prawda zakorzeniona w odruchach, a nie w wykutych na egzamin datach.
Fałszowanie historii odbija się także na tym, jak mogą nas widzieć i jak widziały nas długo inne narody. Widziały ją często przez pryzmat komunistycznej, często sowieckiej dezinformacji, rozpowszechnianej przez lewicowców na Zachodzie. Mój długoletni pobyt na uczelni Sorbony przekonał mnie, że nawet tamci naukowcy często widzieli polską Drugą Rzeczpospolitą jako państwo faszystowskie, a jeśli faszystowskie, to podobne Niemcom Hitlera. Dziwić się, że część opinii przypisuje Polakom stworzenie Auschwitzlager? Na egzaminie końca studiów pytana przeze mnie francuska studentka w ogóle nie wiedziała, że istniały w dwudziestoleciu niepodległe państwa bałtyckie. „Przecież to Rosja” – powiedziała, wskazując na mapę. A mój francuski kolega, profesor Sorbony, uważał, że Polska nie miała literatury renesansowej, bo jeśli Rosja jej nie miała, to jak mogła ją mieć Polska?
Nie tak dawno wydana na Zachodzie poważna książka amerykańskiego historyka Tony Judt'a, ukazuje właściwie historię ucisku krajów Europy Wschodniej, w tym Polski, jako historię rozgrywek komunistów. Bo tylko to na Zachód wiarygodnie docierało. Prześladowania na wschodzie to procesy moskiewskie, procesy komunistów Węgier, Rumunii, Czechosłowacji po ostatniej wojnie. O Polsce pisze autor, że podobno w Polsce zginęło po wojnie 400 osób (zapewne komunistów). Unicestwienie polskiej demokracji, państwa podziemnego, proces szesnastu, to w ogóle prawie nie istnieje. Źródłem wiedzy czy modelem widzenia był tu Chruszczow, który ludobójstwo w Rosji sowieckiej opisał w tajnym referacie na XX zjeździe partii jedynie jako czystki Stalina wśród komunistów.
Komuniści starali się o tworzenie swojego wydania historii na eksport, popierali tłumaczenia pewnych książek, dawali stypendia. To jest poważna sprawa. Jak łatwo się zorientować, wciąż ciągniemy za sobą fałsz komunistycznej epoki. Są wciąż potężne lobby rozpowszechniające ten fałsz, często w bardzo perfidnej formie.
Nadrabianie tych braków jest zadaniem palącym i musi postępować równocześnie na wielu polach. Naród, który zna dobrze swoją historię, ucząc się na błędach i osiągnięciach, posiada inną motywację wyborów wartości, tworzy autentyczne społeczeństwo obywatelskie.
1993-2005
Post scriptum 2006
W czasie, gdy pisałem to wystąpienie, trwała u nas intensywna debata o prawdzie historii i kłamstwie historycznym. Jej swoistym odbiciem i odgałęzieniem stała się ustawa o IPN z 18 grudnia 1998 roku. Stosowny zapis mówi tam, w Rozdziale 7, Artykuł 55:
Kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom, o których mowa w art. 1 pkt 1, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości.
Przypomnijmy, że w artykule I pkt 1 mówi się ogólnie o „zbrodniach hitlerowskich i komunistycznych”.
Jak się zdaje, zapis ten należy uważać za dość bezpośrednią pochodną zapisu z francuskiej ustawy z 14 lipca 1990 tzw. „Loi Gayssot” (podpisał ją prezydent François Mitterand). Artykuł 24 bis tej ustawy głosił, że:
Będą karani [...] ci, którzy będą negować [...] istnienie jednej lub wielu zbrodni przeciw ludzkości, które definiuje artykuł 6, statutu międzynarodowego trybunału wojskowego, artykuł dołączony do porozumienia z Londynu z 8 sierpnia 1945.
Jeśli pamiętać, że jednym z sygnatariuszy londyńskiego porozumienia z 1945 roku był Związek Sowiecki, to odwołanie do tego porozumienia nie mogło odnosić się jednak do zbrodni komunistycznych. Być może polska ustawa o IPN w Rozdz. 7, art. 55 wzorowała się właśnie na ustawie francuskiej, która została przegłosowana, jak relacjonuje David Irving (Norymberga ), głównie głosami deputowanych komunistycznych.
Uważam ten artykuł ustawy w ustroju demokratycznym za niepotrzebny i szkodliwy. Podobną opinię na łamach „Życia” z 23 października 2000 wyrażał Piotr Gontarczyk (Dla błądzących. Nieporozumieniem jest angażowanie autorytetu prawa do ustalania prawdy historycznej).
Sądzę tak zresztą nie ze względu na historyczną (lewicową i komunistyczną) genezę podobnych zapisów prawnych, ale ze względów ogólnych. Wszelkie bowiem regulowanie prawdy naukowej (tutaj historycznej) przepisami prawnymi, nie godzi się z samą istotą nauki. Wywodzi się z totalizmu lub nosi w sobie jego zalążek. W chwili uregulowań londyńskich z 1945 roku opinia uważała, nie bez słuszności, że ustawa ta zahamuje negację zbrodni nazistowskich i tak zwanego „kłamstwa o Auschwitz”. Zwalczanie jednak takich fałszerstw przy pomocy prawa było daleko idącym uproszczeniem i zmniejszeniem skuteczności tego zwalczania.
Rzecz także w tym, że w interesie propagandy sowieckiej położenie nacisku na zbrodniach hitlerowskich miało na celu ukrycie sowieckiego ludobójstwa. W pierwszym okresie po roku 1945 zawyżano na przykład celowo ilość ofiar Auschwitz (różnica szła w miliony). Miało to zapewne także na celu „pokrycie” w ofiarach Auschwitz tych ubytków demograficznych, które były wynikiem eksterminacji ludobójstwa sowieckiego (archiwa oświęcimskie wywieziono do Związku Sowieckiego). Ukrytym celem porozumienia londyńskiego z 1945 roku było także sfałszowanie prawdy o zbrodni katyńskiej (w Polsce było ścigana opinia, że nie było to dziełem hitlerowskim), w perspektywie wniesienia tej zbrodni jako niemieckiej na forum procesu norymberskiego.
Nie można jednak – powtórzmy – ustalać naukowej prawdy historycznej przepisami prawnymi Prawdy nie egzekwuje się więzieniem (nawet stosunkowo krótkim) lub niewysoką grzywną. Musi istnieć wolność głoszenia na placu publicznym, że słońce kręci się wokół ziemi, jak i przekonania że bitwa pod Kannami była wielkim zwycięstwem starożytnego Rzymu czy wreszcie, że Krzyżacy zwyciężyli pod Grunwaldem. Nie musi to oznaczać zgody dyrektora szkoły publicznej na głoszenie w klasie takich prawd przez nauczyciela, jednak sankcją może być tylko wymówienie mu posady. Dziennikarzowi zaś może grozić zarzut śmieszności, nierzetelności czy zdjęcie jego tekstu, ale nie przez cenzurę państwową.
Myślę, że duch poprzedniej, autorytarnej epoki, pojawił się tutaj w obu przytoczonych decyzjach parlamentu francuskiego i polskiego. Ponieważ ustawa o IPN z 1998 roku wciąż obowiązuje, te uwagi uważam za aktualne.
2006
1Zmodyfikowany tekst eseju opublikowanego w „Arcanach”, Kraków 1995, nr 3 (czerwiec). Wygłoszone jako referat 22 stycznia 1995 w Krakowie na VII ogólnopolskiej konferencji: Edukacja, wychowanie, młodzież .