Wielka i straszna (o Wielkiej Rewolucji Francuskiej)
27.12.2005

WIELKA I STRASZNA

(o Wielkiej Rewolucji Francuskiej)1

     Jakże potrzebne są nowe książki o Wielkiej Rewolucji Francuskiej! Bo nawet u ludzi wykształconych wiedza o niej to zaledwie niejasne ogólniki. Ta rewolucja niewątpliwie otworzyła nowożytną epokę w Europie, wpływające na dalszy bieg jej historii. Nie wystarcza to zresztą do wydania oceny pozytywnej. Należy ukazać to wydarzenie jakby na nowo, nie posługując się narosłymi opiniami i mitami. Aureola chwały otaczająca rewolucję francuską, zwłaszcza w wyobrażeniach europejskiej świadomości lewicowej, to niewątpliwie pochodna zafałszowanego obrazu samej rewolucji.

     Jak większość ważnych wydarzeń historycznych Wielka Rewolucja Francuska nie była całością jednorodną. Na jej powstaniu zaważył utopijny mit o pierwotnie dobrej i całkowicie plastycznej naturze społecznego człowieka. Mit o dobrym człowieku pierwotnym głosił między innymi w swoich pismach francuski myśliciel Jean Jacques Rousseau. Główni działacze francuskiej rewolucji byli głęboko przejęci jego twórczością. Głoszona przez niego zasada natury człowieka jako tabula rasa i pierwotnego człowieka jako „dobrego dzikusa” przetrwały w różnym stopniu czas jej powstania i do dziś obecne są w dyskusjach na temat historii i psychologii człowieka. Jeśli człowiek rodzi się w zasadzie dobry i nieukształtowany, można go całkowicie przystosować do wizji nowego społeczeństwa. Wynikiem rewolucji miało więc być nowe społeczeństwo, utopijnie doskonałe, stanowiąc ideał nowoczesnej republiki. To przyszłe wyzwolenie człowieka określono w zbiorze jego praw, w ogłoszonej przez rewolucję jeszcze za życia króla Ludwika XVI Deklaracji praw człowieka i obywatela (26 sierpnia 1989).

     Niestety, konkretne wydarzenia rewolucji okazały się drogą, wiodącą – poprzez gwałt i nieprawości – ku nowemu absolutyzmowi cesarstwa. Jednak sama Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela w jej wstępnym kształcie werbalnym była wartością trwałą, jako pierwszy tak dobitny model praw jednostki w społeczeństwie i podstawa wartości republikańskich. Nowa Republika formalnie powstała już po wielkim terrorze 26 października 1794. Jednak Rewolucja i jej Deklaracja, jak i późniejszy zwycięski pochód wojsk napoleońskich w Europie, przyczyniały się także do ożywienia przemian antyfeudalnych i obalania feudalnych krzywd. Ma więc francuska deklaracja trwałe miejsce w postępie idei obywatelskich i demokratycznych. Wartość samej deklaracji sprzyjała jednak historycznej mistyfikacji – przesłaniając obraz terroru i przemocy samej Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

     Ten immanentny w Rewolucji gwałt i terror schodziły niejako na dalszy plan. Określano je nieraz, jakże niesłusznie, jako cenę wolności. Musimy jednak widzieć wszystkie składniki Wielkiej Rewolucji jako całość: dążenia, by obalić społeczną niesprawiedliwość, a jednocześnie realizowanie tych wysiłków na drodze przemocy, gwałtu i terroru. Praktyka i mit Wielkiej Rewolucji Francuskiej oddziałały na wszystkie w zasadzie późniejsze ruchy rewolucyjne w historii. Tym bardziej jest więc istotne, aby ukazać, czym była ona w całości. Chodzi więc, jak zawsze, nie tylko o przedstawienie faktów, ale także analizę ich złożonego charakteru historycznego i przekazu moralnego.

     Rewolucja Francuska, poczęta 14 lipca 1789 (symboliczna data wzięcia Bastylii przez zrewoltowany tłum), choć wstrząsnęła posadami feudalnej Europy tworząc mit republiki i model Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, była jednocześnie wielkim nieszczęściem w historii Francji. Niszcząca siła rewolucji doprowadziła wręcz do ludobójstwa. Społeczeństwo zostało zdziesiątkowane. Szermując pojęciem demokracji rewolucja wykształciła także kłamliwy system propagandy usprawiedliwiającej gwałt (retoryka takiej propagandy w XX wieku nazwana zostanie nowomową). W biegu wypadków rewolucja scentralizowała władzę w rękach jednego ugrupowania jakobinów, stając się wzorem późniejszych totalitarnych systemów jednopartyjnych. Jednak w kulturze francuskiej bałwochwalcza chwała rewolucji wyraziła się w wieku XIX przyjęciem rocznicy zdobycia Bastylii za święto narodowe. Ale także w Europie XX wieku wzór i mi t wielkiej Rewolucji Francuskiej, a później wyrosłej z niej Komuny Paryskiej, pozostały trwałymi odniesieniami skrajnych ruchów rewolucyjnych.

     Zapewne nie przeczuwał jeszcze terroru jeden z więźniów Bastylii, wybitny pisarz epoki, z instygacji teściowej uwięziony tam królewskim rozkazem „lettre de cachet”, markiz de Sade, gdy z początkiem lipca 1789 podburzał tłum do uwolnienia więźniów. Było ich zresztą w Bastylii tylko siedmiu. Nawoływania Markiza musiały być dość skuteczne, skoro komendant twierdzy pisał do ministra: „Jeśli pan de Sade nie zostanie dziś w nocy wyprowadzony z Bastylii, nie odpowiadam za fortecę króla”. 4 lipca de Sade został istotnie przeniesiony do Charenton-Saint-Maurice. Ale Bastylia i tak padła. To pierwsze symboliczne zwycięstwo rewolucji było zarazem jej pierwszym wiarołomstwem. Obiecano komendantowi Bastylii markizowi de Launay, że w razie poddania się będzie oszczędzony ze swoimi ludźmi. Po wdarciu się tłumu do Bastylii mordowano jednak jej załogę, wieszano na latarniach, komuś wydarto serce, a rzeźnik odciął głowę komendanta, obnoszoną później na pice po ulicach Paryża. Forteca, którą wzięto w stanie nienaruszonym (choć powstał mit o zburzeniu jej w czasie oblężenia!), została niedługo rozebrana kamień po kamieniu. Starcie Bastylii z powierzchni miasta miało się stać dla wielu, aż po dzień dzisiejszy, symbolem narodzin nowoczesnej cywilizacji. Mówi się, że wielki filozof Immanuel Kant po raz pierwszy w życiu przerwał swój codzienny spacer po Królewcu, gdy doniesiono mu o wzięciu Bastylii. Pewien szczegół ukazuje ją jednak także jako zagładę kultury. Jak pisze historyk, pośród szczątków, Amour de Saint-Maximin znalazł w Bastylii – kartki papieru zapisane obustronnym duktem drobnego pisma. Okazało się, że są to ukrywane notatki Markiza de Sade, jednego z ostatnich przymusowych rezydentów fortecy. Reszta manuskryptów przepadła.

     Walka z arbitralną represją społeczną była dla Sade’a ważna. Ten, który przyczynił się może do wzięcia Bastylii, po wybuchu rewolucji sprzeciwił się potem w rewolucyjnej sekcji Picque, jako jej wiceprezydent, niehumanitarnej ustawie, która miała się stać nowym prawem. Później ci-devant Sade wypowiada to zdanie: „Moje narodowe uwięzienie, gilotyna przed oczyma, bolała mnie sto razy więcej niż mogłyby to sprawić wszystkie wyobrażone bastylie” (list z 21 stycznia 1795, do adwokata Gaufridy). Ostrze gilotyny, pod którym i on miałby zginąć, a którego pracę widział ze swoich okien, spadło tam prawie dwa tysiące razy w ciągu miesiąca. Markiz, wieloznaczny w swych pismach moralista, publicznie wypowiedział się wyraźnie przeciw karze śmierci, zadawanej na chłodno, w majestacie prawa. Dlatego też zrezygnował z udziału w sekcji Picque. W czasie, gdy mógł to zrobić, nie skorzystał z możliwości posłania na gilotynę swojej teściowej, odpowiedzialnej za jego udręczenia. Ten, który ukazywał w swoich utworach niemożliwe już do prześcignięcia, infernalne wynaturzenia, związane z naturą ludzką, zaprotestował przeciw prawu do zabijania, w imię lepszego ładu ludzkości. Kto wie, czy skrajny amoralizm utworów Sade’a, których lektura staje się często wręcz niemożliwa – nie oddał w nich właśnie najgłębiej straszności epoki. Skądinąd pamiętamy, że przywódca jakobinów Robespierre najpierw występował przeciw karze śmierci. Jak widać rewolucja za nic miała zasady ogłoszone w Deklaracji praw Człowieka i Obywatela, wszystko okazywało się dozwolone.

     Na francuskiej prowincji i w Paryżu, między innymi na Place de Greve (dzisiaj Place de l’Hôtel de Ville) i Place de la Révolution (dzisiaj Place de la Concorde) spadło ponad 60.000 głów pod ciosami ostrza gilotyn. Dokonywano egzekucji pod iluzorycznymi często oskarżeniami o wyznawanie poglądów kontrrewolucyjnych, pod koniec wielkiego terroru nawet bez formalnego prawa do obrony. Kwitło posyłanie na gilotynę w wyniku nieudokumentowanego delatorstwa, jak później po rewolucji w Rosji.

     Do liczby straconych należy dodać eksterminowanie całej prowincji Wandei, zbuntowanej przeciw rewolucji, gdzie rozkaz nakazywał rewolucyjnemu żołdactwu mordowanie wszystkich mieszkańców: dzieci, kobiet, mężczyzn. Liczba ofiar wyniosła ponad 100.000. Biorąc pod uwagę wielkość zaludnienia ówczesnej Francji były to liczby olbrzymie. Wobec dzisiejszych danych demograficznych należałoby je pomnożyć kilkakrotnie. Historycy francuscy mają kłopoty z obliczeniem ilości ofiar rewolucji, także dlatego że w 1913 roku antymonarchiści zniszczyli część archiwów.

     Wielka Rewolucja Francuska była połączeniem antyfeudalnego przewrotu z próbą realizacji utopijnej republiki, w której – jak głosiły hasła – panowałaby wolność, równość i braterstwo. Był to pierwszy tak znaczący przypadek praktycznej chęci wcielenia mitu, choć przedtem istniały próby opisywania utopii: Platon, Morus. Najbardziej radykalni ideolodzy i przywódcy rewolucji, Jakobini (od byłego klasztoru św. Jakuba, gdzie się zbierali), zgrupowani wokół Robespierre’a, mieli poczucie, że wychodząc od określonych idei społecznych epoki Oświecenia, realizują projekt społeczny, jaki nigdy nie istniał w epoce nowożytnej. Stanowi więc ostatni krok społeczeństwa ku wyzwoleniu i początek nowej ery.

     Taką właśnie świadomość silnie miała uwydatnić uchwała, aby odejść od tradycyjnego gregoriańskiego, ale i chrześcijańskiego, kalendarza i posługiwać się nowo ustanowionym kalendarzem republikańskim. Kalendarza został wprowadzony w życie i obowiązywał przez kilka lat. Liczenie czasu rozpoczynało się od roku pierwszego (zapowiedź nowego kalendarza ogłoszono 22 września 1792, a wprowadzono go 5 września 1793). Stąd często spotykane w opracowaniach historycznych Wielkiej Rewolucji Francuskiej podwójne oznaczanie czasu: według rewolucyjnego i tradycyjnego kalendarza. Nawiązywano tu tak do historii Rzymu (czas liczony ab Urbe condita , czyli od założenia Rzymu), jak i kalendarzy chrześcijańskich, juliańskiego i gregoriańskiego, jako mitów początku, ale tym razem początkiem miała być rewolucyjna Republika. Wprowadzono inne, świeckie nazwy dni, miesięcy, dzieląc je na dekady, a nie tygodnie (wbrew dawnemu kalendarzowi). Warto powiedzieć, że do tej ideologii o nowej erze ludzkości odwoływała się także komunistyczna rewolucja bolszewicka w Rosji roku 1917, choć nie doszło do zmiany kalendarza. Ale na przykład echo wprowadzonego 10 czerwca 1792 nakazu tytułowania: „obywatelu” – trwało w Rosji porewolucyjnej, ale i w Polsce za rządów „jedynej” partii.

     Dumałem nad tym wszystkim w pogodny wieczór lipcowy 1983 roku, gdy z jednego ze wzgórz XX dzielnicy Paryża obserwowałem feerię sztucznych ogni, wznoszących się ku niebu w okolicy Hôtel de Ville i samego Placu Bastylii Te fajerwerki miały przydać splendoru święconej 14 lipca rocznicy rewolucji, a zarazem świętu narodowemu. Nie byłem sam w tę cichą i pogodną noc, ale być może należałem do osób zgoła nielicznych pośród tej gromadki ludzi, patrzących na to widowisko ze sceptycyzmem.

     Samo znaczenie dziejów dawnej Bastylii zeszło, można powiedzieć do podświadomości publicznej, tak jak oglądane przeze mnie niejednokrotnie w jednym z tuneli metra nr 5 pod Placem Bastylii – wyryte na ścianie oznaczenia przebiegu murów tej starożytnej fortecy (i oznaczenie wieży, gdzie przebywał de Sade). Na samym placu wzniesiono później Colonne de Juillet, na cześć ofiar rewolty 1830 roku. Pamiętam, jak na tym placu Bastylii lud paryski. przepleciony z chuligańską młodzieżą radykalną i anarchizującą, świętował objęcie władzy przez socjalistycznego prezydenta Mitteranda.

     Bo jakby na dowód, że społeczeństwa i narody raz dotknięte jednym nieszczęściem nie potrafią później uchronić się od jego symbolicznego zaklinania, mit ten stał się podstawą i odwołaniem ruchów lewicowych w tym kraju aż do chwili obecnej. I we Francji właśnie, za rządów socjalistycznego prezydenta, François Mitteranda, święcono uroczyście bi-centenaire de la Révolution , czyli dwóchsetlecie Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Pod auspicjami prezydenta Mitteranda otwarto na Placu Bastylii, choć nie dokładnie w tym miejscu, gdzie wznosiła się dawna forteca – wielki gmach Opery Paryskiej. Miał to być namacalny dowód, że Wielka Rewolucja nie tylko burzyła przestarzały porządek, lecz przede wszystkim wznosiła nowy.

     Epizod Wielkiej Rewolucji Francuskiej trwał tylko kilka lat. Jednak od pierwszej rewolucyjnej komuny paryskiej słowo komuna oznaczające pierwotnie określoną społeczność, gminę, nabierało dodatkowego znaczenia w stylu jakobińskich ideałów. Już przecież w czasie Wielkiej Rewolucji zaczął się tworzyć mit rewolucji oddolnej i ludowej, nie tylko z powodu udziału motłochu i ludu w Wielkiej Rewolucji. Podczas Rewolucji reprezentował ideę tego ruchu ludowego Georges Babeuf. Babeuf opublikował w 1 790 roku dzieło o opodatkowaniu wielkich posiadaczy jako prawie równości dla ludu Paryża . W roku 1794 założył dziennik Le Tribun du Peuple , a w 1795 utworzył grupę Społeczność Równych (Société des Égaux). Karol Marks miał go za pierwszego „działającego komunistę”. Już po ścięciu Robespierre’a 7 thermidora (27 lipca 1794) i upadku wielkiego terroru (teoretycznie 1 sierpnia 1794) Babeuf domagał się stosowania konstytucji z 1793, poprawiającej tę z 1789: z prawem do oświaty dla ludu i pomocy społecznej. Zatrzymany w 1796, został ścięty w maju 1797.

     Należy się zastanowić, jak patrzeć na koniec rewolucji. Można przypisywać go członkom Konwentu, którzy zastraszeni grożącym im terrorem – choć sami go tak długo podtrzymywali – obalili ostatniego przywódcę i twarde jądro terroru – Maksymiliana Robiespierre’a. Ukazał ten moment Benoît Jacquot w swoim filmie o markizie de Sade i rewolucji (2000). Film ten, nakręcony we Francji i przez Francuza, ukazuje, że wyostrzyła się tam krytyka Wielkiej Rewolucji. Tym, co mnie tu szczególnie przejęło, było nie tyle odtworzenie w filmie losu zagrożonego w czasie rewolucji markiza de Sade, ani poruszająca scena ścięcia Robespierre’a, lecz nocny transport korpusów i głów zgilotynowanych ofiar – do ogromnego dołu śmierci. Narzucało się skojarzenie z filmowymi materiałami, ukazującymi zbrodnie nazizmu i komunizmu. Gdy „pracownicy gilotyny” zaczynają sortować ubrania pozostałe po ściętych, przychodzą na myśl obrazy posortowanych ubrań i butów z Auschwitz.

     Człowiekiem, który praktycznie przeprowadził Paryż i Francję przez kolejne etapy likwidowania rewolucji i ustanowienie cesarstwa na miejscu obalonego królestwa, a potem i republiki – był Napoleon Bonaparte, generał rewolucji, Pierwszy (potem dożywotni) Konsul, wreszcie Cesarz. – Napoleon jest końcowym wykwitem Rewolucji, w pewnym sensie jej przedłużeniem i konsekwencją. Przywództwo jednej wyobcowanej grupy w rewolucji („partia” jakobinów), doświadczenie terroru, prowadziło do władzy absolutnej. Wielka Rewolucja Francuska nie stałaby się może tak łatwo jednym z „założycielskich” mitów nowożytnej Europy, gdyby nie znalazła ujścia we wstrząsach i wojnach epoki napoleońskiej. Być może ostatecznym akcentem Wielkiej Rewolucji było rozproszenie tłumu rojalistów przed Tuileries, salwą kartaczy na rozkaz generała Napoleona Bonaparte (1795), rozpoczynającego swój kilkuletni pochód ku władzy.

     Rozległy rzut perspektywiczny w spojrzeniu na Wielką Rewolucję Francuską, ze szczególnym uwzględnieniem jej jakobińskiego „czarnego jądra”, i napoleońskiej kontynuacji, zarysował Jan Prokop w swoim ciekawym eseju Od Robespierre’a do Lenina. 2 Przedstawił, jak chwała, ale i nędza Wielkiej Rewolucji Francuskiej ukazywane były we francuskiej literaturze i historiozofii, od konserwatywnych krytyków rewolucji w XIX wieku, po jej współczesnych apologetów wywodzących się z kręgów francuskiej i komunistycznej lewicy (widzimy, jak komentują epokę jej świadkowie: pisarze, historycy i publicyści). Analizuje tam także mit napoleoński, wyrosły z cienia Rewolucji, a szczycący się podjęciem jej blasku. Autora uderzają raczej cienie napoleońskiego epizodu i podkreśla fakt, że Pierwszy Konsul (1799), Napoleon, ten grabarz rewolucji, dziedziczył wiele z najgorszych cech jakobińskiego rozumienia państwa i władzy. Prokop zwraca uwagę na bezwzględność generała Bonaparte, gdy podczas kampanii syryjskiej, należącej jeszcze do schyłku rewolucji, kazał rozstrzelać półtora tysiąca jeńców. Mówiło się także o rozkazie otrucia tych z własnych żołnierzy, którzy zarażeni byli dżumą. Ponieważ pogłoski o tym otruciu były rozpowszechniane we Francji, Napoleon zamówił w 1804 r., u malarza Antoine-Jean Gros, obraz, na którym 11 marca 1799, Bonaparte odważnie odwiedza zadżumionych w Jaffie (obraz wisi w galerii Louvre).

     Esej Prokopa, oparty także na szerokich aluzjach i porównaniach historycznych zostaje uzasadniony już przez sam dobór cytatów. Przepiszmy tu ten cytat z Alain Besançon’a, którym otwiera Prokop swoją rozprawę:

     „Lenin podziwiał jakobinów właśnie dla ich krwiożerczości. Gdy tylko objął władzę, zadekretował wprowadzenie terroru, świadomie odwołując się do terroru jakobińskiego. Wielokrotnie cytował Wandeę jako przykład rewolucyjnego zdeterminowania w walce z kontrrewolucją [...] Ale trzeba wspiąć się wyżej, aż do piętra metafizycznego, aby rozpoznać podobieństwo krajobrazu Konwentu i XX wiecznych totalitaryzmów. Rzeczą podstawową okazuje się tu, że zło będzie dokonywane w imię dobra.”3

     Pojęcia Oświeceniowe, a zwłaszcza myśli Jean Jacques Rousseau na temat kondycji człowieka i właściwości natury ludzkiej, które fascynowały ludzi w rodzaju jakobinów francuskich, okazały się trwalsze niż sama rewolucja, którą myślowo przygotowywały i zapowiadały lepszy po niej ład świata. Wystarczy uwolnić człowieka od gnębiących go warunków społecznych a jego dobra z samej swej istoty natura – dokona reszty. Do pokolenia czynnych jakobinów należeli na ogół młodzi ludzie, a jednak im się spieszyło. Własnymi rękami chcieli stworzyć podstawy nowego ładu i go utrwalić. Cena była wysoka. Jak pisze współczesny amerykański psycholog, Steven Pinker, przesłanką była teza, że natura ludzka jest jak plastelina, jest czystą kartą (tabula rasa), na której wszystko można zapisać, kształtując społeczeństwo wedle wszelkich utopijnych zasad:

     „Pierwszą rewolucją, której przyświecała wizja utopijna, była Wielka Rewolucja Francuska – przypomnijmy sobie jak opisywał owe czasy Wordsworth, radując się «cudownym odrodzeniem natury ludzkiej». Rewolucja obaliła odwieczny ład, próbując zbudować zupełnie nowy porządek, oparty na ideałach wolności, równości i braterstwa oraz na przekonaniu, że warunkiem zbawienia jest oddanie władzy w ręce moralnie wyższej rasy przywódców. Oczywiście wodzowie rewolucji trafiali – jeden po drugim – na gilotynę, bo żaden z nich nie dorównywał kolejnym uzurpatorom, którzy rościli sobie większe prawa do mądrości i cnoty. Żadna ze struktur politycznych nie przetrwała owej «rotacji kadr», wskutek czego postała pustka, którą wypełnił dopiero Napoleon. Wizja utopijna była też siłą napędową rosyjskiej rewolucji październikowej, która – podobnie jak rewolucja francuska – doprowadziła do upadku kilku kolejnych przywódców, by wreszcie przyjąć postać stalinowskiego kultu jednostki.”4

     Publicysta i filozof francuski, Alain Finkielkraut, obnaża z dzisiejszej perspektywy podstawy moralno filozoficzne jakobinizmu:

     „Matryca współczesnego progresizmu tkwi nie w Marksie, lecz w Rousseau, który twierdził, że ludzkie zło jest bez reszty społecznie uwarunkowane: «Nienawidzę poddaństwa jako źródła wszelkiego zła w człowieku.» «Wszelkiego» – proszę zauważyć, to wielka rewolucja intelektualna, a my jesteśmy jej spadkobiercami. Pomyślmy, jeżeli całe zło jest społeczne, to by z nim skończyć, wystarczy wybudować nowe społeczeństwo. Wyłącznie jako uczeń Rousseau Robespierre mógł nazywać politykę: «Wojną ludzkości przeciwko swym nieprzyjaciołom». A Sartre: «Wojną ludzkości przeciwko złu». Tak więc wraz z pojawieniem się Rousseau obserwujemy narodziny polityki absolutnej. Opartej na koncepcjach absolutnego dobra i zła. [...] Lewica progresistowska nie wierzy dziś w postęp w sensie naukowym czy technicznym. Ale nadal wierzy w postęp w sensie moralnym, w to, że zło tkwi wyłącznie w nas i można je z nas usunąć. Ta lewica pozostała prometejska w sensie moralnym.

     Natomiast grzech pierworodny jest ostrzeżeniem, barierą wymyśloną przez teologów przeciwko utracie przez człowieka poczucia miary. Bo gdy grzech pierworodny zastępujemy dobrem pierworodnym – tak jak rousseau’ańska lewica – nie mamy już żadnej bariery....”5

     Pochodną mitu rewolucji wydaje się także porewolucyjny kult Napoleona, nie tylko we Francji, ale i w Polsce, nawet już po doświadczeniach Księstwa Warszawskiego i wyprawy moskiewskiej 1812. Zdaje się on zasłaniać rzeczywisty wymiar tej postaci. Polska szarża na wąwóz Somosierry, kampania napoleońska, opromieniona w historycznych wspomnieniach (choć pełna na przykład tragicznych sprzeczności w Popiołach Żeromskiego), jeśli ją ujrzeć od strony hiszpańskiej (co i Żeromski okazuje), to także przemoc zaborców i bohaterstwo obrońców wąwozu czy Saragossy. To zależy, jak patrzeć na tę wojnę: od strony złudzeń polskich uczestników wojny napoleońskiej, czy na przykład poprzez wielkie malarstwo Goyi. Oczywiście takie wydarzenia mają swoje wielowarstwowe znaczenie. W desakralizację mitu Cesarza wpisała się ostatnia powieść Eustachego Rylskiego Warunek(2005). Polski epizod roku 1812 nie jest tu tragicznym odwrotem, lecz groteskową rejteradą.

     Kampanie napoleońskie, które miały stworzyć wielką mocarstwową Francję, zakończyły się klęską po wyprawie moskiewskiej i ostatniej bitwie Napoleona pod Waterloo (1814). Do liczby ofiar rewolucji dołączyły się ofiary bitew: ponad milion żołnierzy. Francja nigdy już nie odzyskała swojej wielkości. Po okresie napoleońskiego cesarstwa i monarchii, Paryżem wstrząsają kolejne rewolty: w 1830 i w 1848 roku. W tym właśnie roku Marks pisze swój Manifest Komunistyczny. W 1830 i 1848 roku miał się na chwilę odrodzić mit rewolucyjnej walki, nie miał jednak zabarwienia owej społecznej utopii, jaka charakteryzowała ambicje Wielkiej Rewolucji. Taki moment miał się zdarzyć jedno pokolenie później, na fali załamania się państwa francuskiego w wyniku klęski w wojnie francusko-pruskiej.

     Gdy wojna wydana Prusom 19 lipca 1870 przez cesarza Napoleona III zmieniła się 2 września w klęskę militarną, symbolizowaną nazwą Sedan (kapitulacja armii i niewola cesarza Napoleona III), proklamowano 4 września Republikę. Od 19 września trwało oblężenie Paryża przez armię pruską. To wtedy, aby podtrzymać opór, Gambetta opuścił Paryż na balonie. Wobec braku odpowiedniego aktywizmu ze strony rządu, utworzono w Paryżu straż narodową w sile prawie 400 000 ludzi. 31 października, po kapitulacji Metzu i rozpoczęciu rokowań z Prusami, straże narodowe domagały się upadku rządu wznosząc okrzyki  „Niech żyje Komuna!”. 7 stycznia chodziło im już o rząd ludowy. 29 stycznia zostaje ogłoszony rozejm francusko-pruski, narzucający Francji ciężkie warunki, między innymi rozbrojenie fortyfikacji Paryża, oraz zabór przez Prusy Alzacji i i jednej trzeciej Lotaryngii. W Paryżu delegacja 20 dzielnic wysuwa żądanie utworzenia republiki, która na wzór republiki z 1789, dającej ziemię chłopom, byłaby korzystna dla robotników, potrafiłaby zapewnić wolność polityczną i równość społeczną. Wśród radykałów byli robotnicy należący do komunistycznej Międzynarodówki. Prototypem i wzorem dla Komuny Paryskiej staje się Wielka Rewolucja Francuska.

     Jednak 1 marca Zgromadzenie Narodowe ratyfikowało traktat z Prusami, przyjęty przez szefa rządu Thiersa, mimo protestów deputowanych z Alzacji i Lotaryngii. Na jeden dzień wkroczyła do Paryża armia pruska. Ten moment opisał świadek tych dni, wybitny polski pisarz Cyprian Norwid, którzy przeżył oblężenie Paryża przez Prusaków. Zgłaszał się nawet wcześniej do Gwardii jako ochotnik, został jednak odrzucony ze względu na głuchotę. Samej Komuny Norwid nie akceptował. W ten sposób konsekwentnie przedłużał swoją ocenę Wielkiej Rewolucji, jak wtedy gdy wspominał swoją rozmowę z Rozalią Rzewuską, której matkę zgilotynowano:

     „ś.p. Rozalia Rzewuska opowiadała mi, jak nieletnią dzieweczką będąc, widziała prowadzoną na gilotynę matkę swoją, a potem tułała się po brudnych domach przedmieść paryskich, umywając talerze i słuchając cynicznych piosenek”.6

     Surowo oceniał Komunę:

     „Moja protestacja przeciw więzieniu duchowieństwa i burzeniu kościołów [...] przeciw obaleniu kolumny Vendôme” (list z czerwca 1871) „I jeżeli tu, za Terroryzmu, podnosiłem głos i protestowałem publicznie, do odmówienia służb terrorystycznej Komunie nakłaniając lub inne tejże treści akty popełniłem, to jedynie na tym prawie, że g o d n o ś ć – c z ł o w i e k a i c h r z e ś c i j a n i n a , obrażone i zagrożone będąc, przez to samo prawo protestu nadawały każdemu”. (lipiec 1871, list do W. Czartoryskiego)7

     Choć nie odmawiał wcześniej wysokiego tragizmu walce o postęp ludzkości, na przykład pisząc o ofiarach bitwy pod Solferino czy obrońcach wartości republikańskich w czasie wypadków paryskich w grudniu 1851 (oceniał je inaczej niż Zygmunt Krasiński):

     „[...] kilka lat temu – przechodząc po tych płaskich kamieniach, po których się idzie bulwarami do Magdaleny, trzeba było przestępować ostrożnie przez strumień czerwonej krwi ludzkiej, spływającej od strony Ministerium Spraw Zagranicznych przez szerokość ulicy na dół.

     Ta krew była wylaną przez konających ludzi, którzy może się omylili, ale wylewali tę krew ze wszystkich żył swoich na to, aby ci, co po ich śmierci żyć będą, byli swobodniejsi i wyżsi, i szczęśliwsi.

     Ja obuwiem moim przestępowałem przez ten strumień krwi l u d z k i e j.”

(list z 19 maja 1862)8

     Komuna trwała zaledwie kilka miesięcy: od mniej więcej 18 marca 1871 do końca maja tegoż roku. Spiskowcy zdołali narzucić miastu ludowe wybory, ludową władzę. Podobnie jak Wielka Rewolucja, także Komuna Paryska (26 marca powstaje jej Conseil Général) stała się później odwołaniem dla ruchów lewicowych i rewolucyjnych. Marks, najpierw przeciwny rewolcie paryskich robotników, po 18 marca przyłączył się do zwolenników Komuny. Jak pisał w Wojnie domowej we Francji : „Była to pierwsza rewolucja, w której klasa robotnicza podjęła sama inicjatywę społeczną do której przyłączyły się ludzie klasy średniej: sklepikarze, handlowcy, kupcy; wyłączeni byli jedynie bogaci kapitaliści.” Wielu delegatów centralnego komitetu republikańskiego dwudziestu dzielnic należało do komunistycznej Międzynarodówki. Na komunardów paryskich oddziałał także wzór działalności rewolucjonisty z okresu rewolty 1830 i 1848 roku – Augusta Blanqui i grupy „blankistów”. Marks uważał, że Komunie brakowało właśnie takiego przywódcy jak Blanqui (podczas Komuny zwolennicy jakobinizmu usiłowali wymienić uwięzionego Augusta Blanqui za arcybiskupa Paryża Darboy). Deklaracja Komuny z 19 kwietnia wyjaśniała jej cele ludowi francuskiemu: uznanie i konsolidacja Republiki, już nie scentralizowanej, lecz będącej federacją wszystkich komun Francji: „Naszą misją jest dopełnienie nowoczesnej rewolucji, najszerszej i najpłodniejszej ze wszystkich, które rozjaśniały historię.”

     Pisząc o rewolucyjnych wypadkach 1917 roku, określanych potem jako Wielka Rewolucja Październikowa, Lenin porównywał władzę sowietów do organizacji Komuny Paryskiej, gdy źródłem prawa nie były ustawy przygotowane przez parlament, lecz „inicjatywy oddolne”, czyli oddanie broni w ręce całego ludu. Po analizach Marksa i Lenina, dołączyli się do nich komunistyczni przywódcy totalitarnych rewolucji na świecie, Mao Tse Tung czy Fidel Castro. Władzę ludu miała zastępować dyktatura jednej partii.

     To zresztą raczej wkraczające do Paryża 21 maja 1971 roku oddziały rządowe Thiersa wprowadziły terror bezwzględny. Zdobywano miasto dzielnicę po dzielnicy, dom za domem, rozstrzeliwując wszystkich, których ujęto z bronią w ręku. Podczas walki z regularnymi oddziałami „wersalczyków” Thiersa komunardzi przypomnieli sobie zapewne historię Bastylii podpalając symboliczne budynki publiczne: Prefekturę Policji, część Pałacu Sprawiedliwości, Hôtel de Ville, Palais Royal i Tuileries (oszczędzono jednak la Sainte-Chapelle i Notre-Dame). Jakby na wzór słynnych „ tricoteuses” przysłuchujących się kiedyś obradom Konwentu z robótkami w ręku, działały „pétroleuses”, kobiety z tłumu, podpalające budynki butelkami napełnionymi naftą. W razie ujęcia rozstrzeliwano je na miejscu. Powstanie zostało zdławione za cenę wielkich ofiar z obu stron, ale przede wszystkim wśród oblężonych. Ogromnemu zniszczeniu uległa też zabudowa Paryża, w tym wielkie gmachy publiczne.

     W dniach ostatecznej walki odrodził się rewolucyjny terror. Komunardzi rozstrzelali 52 zakładników, w tym arcybiskupa Paryża, Mgr Darboy. Terror był jednak przede wszystkim dziełem oddziałów rządowych. Na cmentarzu Pere-Lachaise, ujętych tam, broniących się 200 komunardów, rozstrzeliwano po dziesięciu pod murem cmentarza (o czym informuje dziś odpowiednia tablica). Po upadku Komuny sądy wojskowe wydawały wciąż wyroki śmierci. Kobiety ubogie i źle ubrane uchodziły za „pétroleuses” godne rozstrzelania. Świadkowie mówią, że Sekwaną płynął potok krwi. Zginęło około 30 000 osób. W ten sposób, choć nie przy pomocy gilotyny, osiągnięto prawie liczbę ofiar paryskich egzekucji Wielkiej Rewolucji. W Wersalu znalazło się ponad 38 000 więźniów. Sądy wojenne funkcjonowały do roku 1874. Deportowano wielką liczbę tych więźniów do Nowej Kaledonii i Gujany. Inni salwowali się ucieczką do Belgii, Szwajcarii i Anglii. O amnestię dla komunardów dopominał się, choć sam nie sympatyzował z Komuną, przebywający wtedy w Belgii, wielki pisarz Victor Hugo. Ogłoszono amnestię dopiero w 1880 roku. Rozstrzeliwani przez formacje wojskowe Thiersa rewolucjoniści nie zdążyli zaprowadzić swoich porządków i likwidowani krwawo – urośli do rangi bohaterów. Młody poeta Arthur Rimbaud napisał w tym czasie swoje słynne wiersze ku chwale komunardów, a pomiędzy nimi: Les mains de Jeanne-Marie (Ręce Joanny Marii):

Jak one cudownie zbladły
W słońcu co miłość daje
Na bronz mitraliez się kładły
W Paryżu który powstaje!

     Podsumowując lekcje Komuny Karl Marks, napisał jako pierwszy: „Robotniczy Paryż i jego Komuna, stał się na zawsze sławny jako ognisko nowego społeczeństwa. Jego męczennicy będą zachowani w wielkim sercu klasy robotniczej”. Jednak rządy Komuny sprawowali w większości drobnomieszczanie, brak było idei dyktatury proletariatu.

     Jeszcze jeden cytat ze współczesnej publicystyki historycznej, ujmujący długą tradycję nowszej historii. Amerykański jej przedstawiciel, Daniel Bell, patrzy już krytycznie na całą tradycję Rewolucji:

     „Rewolucja francuska miała natomiast charakter społeczny, występowała pod sztandarem wolności, równości i braterstwa, dążenia do szczęście jako celu wszelkich ludzkich wysiłków. Z pomocą terroru usiłowano wyeliminować arystokrację. Święta, takie jak to ku czci Istoty Najwyższej, zastąpiły Kościół, stając się instytucjami nowego, świeckiego świata. Rewolucja Francuska – a przynajmniej rządy jakobinów – dobiegła kresu wraz z 9 thermidora i 18 brumaire’a, datami rewolucyjnego kalendarza, z których Marks uczynił punkty orientacyjne dla przyszłego ruchu rewolucyjnego. Ten ruch używał retoryki swego poprzednika, a rewolucja 1917 uznana została za zwieńczenie dzieła Rewolucji Francuskiej. Ta retoryka i te ambicje stanowiły pożywkę dla konfliktów klasowych rozprzestrzeniających się od Europy po Chiny, na wielkich obszarach Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej.”9

     Temat Wielkiej Rewolucji Francuskiej w Polsce budzi także refleksje: jak okres ten – pomijając specjalistyczne prace historyczne – odbił się w polskiej świadomości historycznej i w literaturze. Jak wiemy, hasła Wielkiej Rewolucji Francuskiej nie znalazły poparcia u schyłku zagrożonej rozbiorami polskiej Pierwszej Rzeczpospolitej. Jakby odpowiedzią na francuską proklamację Republiki stała się Konstytucja 3 Maja. Łatwo przeciwstawić obraz radosnych tłumów na Placu Zamkowym w Warszawie po uchwalenie Konstytucji 3 Maja w roku 1791 – wizji uwięzionego już króla Francji i – za niespełna dwa lata – spadającej do kosza z trocinami głowy Ludwika XVI. I pamiętajmy, że to w Paryżu po rewolucji lipcowej roku 1830 pisze Mickiewicz o polskiej Konstytucji słowami Pana Tadeusza: „Vivat Król, vivat naród, vivat wszystkie stany!” W Polsce rozbiorowej słowo rewolucja oznaczała często coś innego: insurekcję, czyli powstanie przeciw państwom zaborczym.

     Dla polskich wielkich romantyków słowo rewolucja oznaczało przede wszystkim przywracanie wolności uciemiężonym narodom, w tym Polsce. W swej późnej twórczości Zygmunt Krasiński zna już słowo komunizm, wymieniane przez Marksa i ruchy lewicowe. Odnosi się do pojęcia komunizmu negatywnie. Późny romantyk, Norwid, który przeżył Komunę Paryską, miał do niej – jak widzieliśmy – stosunek negatywny, krytykował ograniczenie wolności i terroryzm.

     Literatura wielkich polskich romantyków nie jest literaturą zachwalającą królobójców. Pamiętamy, jak waha się Kordian w dramacie Słowackiego pod tym tytułem, podobnie jak i w życiu zawahali się podchorążowie i mimo rozdanych już ostrych nabojów nie doszło do zamachu na cara podczas manewrów wojska po koronacji cara w Warszawie na króla Polski (1829). W każdym razie potencjalną ofiarą był wtedy nie własny, lecz obcy zaborczy monarcha.

     Trzeba pamiętać, że polska literatura romantyczna powstaje już po Wielkiej Rewolucji Francuskiej i po zamknięciu się historycznej epoki napoleońskiej. Choć głosi ta literatura niewątpliwy kult Napoleona, ale przecież nie jako uczestnika rewolucji, ani nawet sprawcę jej epilogu, lecz żołnierza-oswobodziciela naruszającego status quo ówczesnej Europy. W Panu Tadeuszu Mickiewicz nazwie Napoleona „Bogiem wojny”, ale powstrzyma się od kontynuowania epopei poza granice Polski w przynoszącej klęskę moskiewskiej wyprawie. Pomny Mickiewiczowskiego przekazu Żeromski także zatrzyma akcję Popiołów na progu wypadków 1812 roku. Postać Napoleona powracającego spod Moskwy ukaże Juliusz Słowacki jako apokryf do poematu Mickiewicza, na tle niewinnie zaśnieżonego pejzażu Soplicowa. W Paryżu, podtrzymają kult Napoleona: Słowacki w wierszu Na Sprowadzenie prochów Napoleona, Mickiewicz w publicystyce paryskiej „Trybuny Ludów”, nawiązującej zresztą swoim tytułem, lecz z charakterystyczną zmianą, do pisma Georges Babeufa z czasu Wielkiej Rewolucji. Ale przecież i Kordian Słowackiego i trąbki oddziałów polskich w Panu Tadeuszu to echo nie rewolucji, lecz insurekcji, głęboko przeżytego, nieudanego Listopadowego Powstania. Nie była to rewolucja, lecz walka o wolność narodową. W Horsztyńskim Słowackiego sceny zemsty motłochu wileńskiego na zdrajcy i targowiczaninie, Kossakowskim (czy nie ma tu echa także warszawskiego wieszania na latarniach przez tłum?), ujął poeta w geście literackiej pogardy dla rozruchów motłochu, a motłoch w każdym narodzie jest podobny.

     Do napisania kilku późniejszych kart literatury romantycznej skłoniła polskich romantyków wieloznaczna historia. Potęgowały się nastroje insurekcyjne. Radykalizm postulatów rewolucyjnych wyraził Ryszard Berwiński:

Więc gdy stary Bóg nie słucha,
Pomódlmy się do obucha.
uściśnijmy noże
I dalej za morze
Krwi!
Za czerwone morze!

(Marsz w przyszłość, 1844)

     Tak się złożyło, że na apel Psalmów przyszłości (1845) Zygmunta Krasińskiego, w których wzywał do solidaryzmu społecznego pod przywództwem szlachty, najpierw odezwała się historia. Powstanie narodowe roku 1846 załamało się, nim się właściwie zaczęło. Upadło nieudane powstanie krakowskie w lutym 1846 roku, w którym – z ręki najeźdźcy – zginął radykalny Edward Dembowski, napotkawszy na swej drodze nie sprzymierzonych w insurekcji patriotycznej chłopów, lecz wojska austriackie. A w Galicji wschodniej opłacony przez zaborcę Jakub Szela wywołał rewoltę chłopską, co nazwano rabacją galicyjską. Krzyk zrewoltowanego chłopskiego tłumu podpalającego dwory i rżnącego szlachtę długo jeszcze będzie odbijał się echem w polskiej literaturze (Wesele Wyspiańskiego). Ta rzeź pochłonęła tysiące ofiar.

     Odpowiedź na Psalmy Przyszłości pisał Słowacki, gdy gorzały jeszcze łuny galicyjskie (opublikował ją w 1848 roku). Na solidarystyczne apele Krasińskiego („Jeden tylko, jeden cud, z szlachtą polską polski lud”) odpowiedział Słowacki słowami: „A ty zląkł się, syn szlachecki”, ujmując temat przewrotu rewolucyjnego w kategoriach mistycznych.

     Na samą rabację Słowacki patrzył zapewne poprzez przedstawiane w jego dramatach oddolne rewolty ukraińskie, kozackie, wywoływane feudalną nierównością, i uciskiem narodowym, w państwie, które nie było dla Ukraińców Rzeczpospolitą Trojga Narodów (nigdy taka nie powstała). Słowacki będzie bronił ogólnej mistycznej zasady zmian dziejowych:

Wygnaj z myśli Mary jusze,
Cezary i Robespiery.
„Słaby”, mówisz, „rzeź wybiera” –
A czy wiesz, co On wybierze?... [...]
Wieczny Rewolucjonista,
Pod męką ciał - leżący Duch.

     Z tej perspektywy widać, jak inny od ideologii Francuskiej Rewolucji był nurt polskiej literatury, oceniającej – także w nawiązaniu do kultury francuskiej – problematykę rewolucji. Najdalej wychodzącą w przyszłość wizję spadku po Wielkiej Rewolucji Francuskiej w Europie przedstawił może, trzeźwo myślący jako historiozof, Zygmunt Krasiński:

     „Rosja jest wytworem i zbiorem pierwiastków najbardziej złowrogich i najbardziej rozkładowych, jakie są w historii. Zepsucie, wyrafinowanie ostatnich czasów Bizancjum, przeszło w jej dyplomację. [...] Rosja jest wielkim komunizmem, rządzonym przez władzę zarazem wojskową i teokratyczną; ta władza zaś, równa terrorowi z roku 1793 w okropności, jest od niego nierównie wyższą w swojej organizacji i w swojej zdolności trwania.”10

     Po dwu zamachach na cara Aleksandra II: pierwszym nieudanym w paryskim Lasku Bulońskim, gdzie strzelał samotny Polak, Antoni Berezowski (1864), drugim udanym w Petersburgu, w wykonaniu członka Narodnoj Woli, Ignacego Hryniewickiego (1881) – nastąpiło utworzenie w Rosji rewolucyjnej Narodnoj Woli. Zaś na terenie Polski powstało ugrupowanie rewolucyjne, tak zwany Wielki Proletariat (1882). Nie jest jednak celem tego eseju wskazywanie na dalsze polityczno historyczne dzieje idei rewolucji w Polsce i na świecie (powstanie SDKPiL, wybuch rewolucji bolszewickiej w Rosji, Komunistyczna Partia Polski, jej zagłada zaprogramowana przez Stalina). Warto tylko wspomnieć utwór literacki Władysława Broniewskiego, niejednokrotnie w swej poezji popierającego komunistyczne tezy walki klasowej i rewolucji. Chodzi mi o Komunę Paryską (1929). Broniewski widział w Commune do Paris antycypację komuny proletariackiej XX wieku.

     Wielką Rewolucję Francuską dzieliła oczywiście od późniejszych ruchów rewolucyjnych także cała nowoczesna przepaść cywilizacyjna. Dotyczy to poziomu techniki, uzbrojenia, przekazywania wiadomości (jednak w sierpniu 1794 tylko godzinę zajmował przekaz stu słów przez optyczny telegraf „semaforowy” między Paryżem a Lille). Tylko gilotyna nie uległa zmianie od pierwszej paryskiej egzekucji 25 kwietnia 1792, aż do roku 1979, kiedy wykonano we Francji ostatni (kwestionowany) wyrok śmierci. Jakobini mieli jednak pomysły techniczne już na miarę hańby totalitaryzmu XX wieku. Saint-Just publicznie mówił o możliwości wykorzystania skóry kobiet z Wandei do produkcji ubiorów, zaś rozprawę z buntownikami Wandei projektowano może także przy pomocy „chemii” (znaleziono ogromny zapas arszeniku, którym można było zatruć wodę w studniach).

     Zewnętrznym przejawem tego cywilizacyjnego dystansu, który dzieli nas od okresu Rewolucji, są ilustracje z epoki. To jakby dodatkowy wymiar jej świadomości. Przyzwyczajeni dziś do brutalnego realizmu fotografii i filmowej kroniki, mielibyśmy podświadomą tendencję do traktowania tych dawnych ilustracji (szkiców, sztychów, rysunków lub obrazów z epoki) i ich treści, jako odnoszących się do tworów wyobraźni. A przecież nic bardziej mylnego! Gdyby pisać historię o sto lat późniejszej Komuny Paryskiej, sztychy zostałyby już zastąpione przez fotografie, nie mówiąc o dokumentach filmowych, na których oglądamy fragmenty Rewolucji Październikowej czy innych rewolucji na świecie. Patrząc na te portrety i obrazki, przedstawiające wydarzenia z Wielkiej Rewolucji Francuskiej podświadomie przesuwamy ich zawartość w dziedzinę sztuki, co sprzyja raczej mylnemu przetworzeniu tragedii naocznej w swoistą katharsis historii. Ten efekt malarski jakże jest zwodniczy. Dopiero gdy uświadomimy sobie, do jakich faktów się odnosi, tragizm Rewolucji odzyskuje pierwotne, namacalne, okrutne znaczenie.


pisałem jesienią 2005 Jacek Trznadel


1 Esej ten został napisany jako domniemany wstęp do książki o Wielkiej Rewolucji Francuskiej: Nie znalazłszy miejsca w takiej książce publikuję go osobno.
2 Jan Prokop: Od Robespierre’a do Lenina. Ideologie – mity polityczne – wyobraźnia zbiorowa. Kraków 2002. „Arcana”
3 tamże, s. 7
4 Steven Pinker: Tabula rasa. Spory o naturę ludzką. Przekład Agnieszka Nowak. Gdańsk 2005. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, s. 476
5 Alain Finkielkraut: Europa nie rodziła się w Auschwitz „Europa”, Warszawa 2005, nr 28/05
6 C. Norwid: Dzieła zebrane. Listy.Warszawa 1971, t. 9, s 177
7 tamże, s. 484, 488
8 tamże, s. 36
9 David Bell: Moralność i zło. „Europa”, Warszawa 2005, nr 40/79
10 Cytuję za: Zbigniew Sudolski: Krasiński. Opowieść biograficzna, Warszawa 1997, Ancher, s. 491