CZĘŚĆ I
SŁOWACKI
SAM W ELSYNORZE
1.
KORDIAN
Porządek apokryfu
CZŁOWIEK CZYNU?
Oficer go nie widzi...
rękę podniósł w górę.
Oficer najpierw usłyszał, a potem i zobaczył adiutanta, pędzącego co koń wyskoczy, by odwołać egzekucję Kordiana. Ale nie mógł opuścić ręki, gdyż pluton pociągnąłby wtedy za cyngiel; w idealnym wypadku rozległby się jeden zwielokrotniony wystrzał. Więc trzymając wciąż podniesioną szablę, zbliżył się do plutonu i rozkazał żołnierzom opuścić broń do nogi.
Ułaskawiony Kordian zemdlał zaraz i ledwo oddychał. Zwolniony od służby na czas choroby, leczy się i leczy. Ledwo chodzi, śrubka w jego mózgu nie może się dokręcić. Żyje jak we śnie i sam siebie nie rozumie. Czuje się winny. Każdy potrafiłby to zrobić, zabić cara, a on nie.
Ale spotyka się ze spiskowcami, i tamtej fatalnej, a jak chcą inni – wielkiej nocy listopadowej, wlecze się pod Belweder. Ślisko, mokro, mgła. Drzewa jak mary. Spóźnił się. Widząc, że spiskowcy opanowali pałac, był pewny, że Wielki Książę nie żyje. Gdy dowiedział się prawdy – o paradoksie! kamień spadł mu z serca. Oni także nie potrafili! Wbrew wszelkiej logice i uczuciu nienawiści do cara i jego rodziny był tej nocy najszczęśliwszym z powstańców. Śrubka dokręciła się nagle, był znów młody i silny. Robił więc to, co inni, i chciał to robić. Wtedy nie wiedział Kordian, że padło nowe pytanie: a oni – w tę noc, tego dnia, miesiąca, roku – dlaczego nie potrafili? Potem wysuwano nowe pytania, odnoszące się do innych, podstawowych węzłów historii Polski.
Dalsze losy Kordiana są mało znane. Wiadomo tylko, że był jednym z adiutantów Chłopickiego. Walczył w bitwie o Olszynkę Grochowską. Tak długo robił ze wszystkiego problemy, że teraz wodzowi całkowicie wierzył. Zginął, jak wielu, ci co to widzieli, zginęli także lub zatracili ten obraz wśród pękających pocisków. Oto pędzi z meldunkiem do Krukowieckiego. Nie doręczył. Świst – i kartacz rozrywa się uderzając w jego pierś.
Wykonał rozkaz, zginął w akcji, nie zaniechał czynu. Nie doręczył meldunku, powstanie przegrało, szansa została zaprzepaszczona. Może dlatego? Kto to wie? Czy jest jakaś reszta, pokarm dla historyka, dla literatury? Idea nowa? Nikt się nie zgłasza z pytaniami. Więc to, co oczywiste, słuszne, jakoś dopełnione, może też być niczym?
Sam Kordian liczył, że spełni jeszcze wielki czyn o wielkich owocach, odzyska straconą szansę, będzie miał taką godzinę. Myślał o Hamlecie i umieszczał się dopiero w jego drugim akcie. Ale czy można liczyć w życiu na interwencję literackich modeli? Wbrew logice sztuki Poloniusz w przebraniu Rusa wychylił się zza zasłony olszynki i dźgnął go kartaczem w pierś. Kto ośmielił się zmienić w historii tekst tej sztuki? Kto?
A może to, czego nie zrobił Kordian wcześniej, to był też czyn? Choć nie zrozumiał tego nigdy? Bo czy nie było tak, że tam, na pokojach zamkowych odrzucił krwawe widmo Terroru samotnego Energumena, który wbrew obojętnej zbiorowości, a nawet przeciw niej, zanurza ostrze w ciepłe, żywe mięso? Że mękę ducha i ciała przebył, by uczynić ten nie-czyn? By nie zabić śpiącego człowieka? Mordu nie dokonać? Świadomie chciał, ale to co uformowało jego nieświadomość, w gorączkę go wpędziło i zemdleć kazało przed carską sypialnią? Z prywaty to się stało, czy z wyższych celów? Co zeznaje na ten temat świadek – Duch Narodu?
Ale Hamlet też nie zabija modlącego się Klaudiusza. Nie z szacunku czy z litości, lecz aby król na pewno dostał się do piekła. Etyka zemsty, bo losy Klaudiusza za grobem nie dotyczą już ziemskiej sprawiedliwości. Kordian inaczej, nie zabija cara – bo ten śpi?... Bo uczono go na żołnierza, a nie na zamachowca-terrorystę?
Brak tu jeszcze jakiegoś elementu. Może brak tego właśnie, co pomyślał Kordian nagle, w ogniu walki, w Olszynce, gdy zrozumiał, że nie zabił wtedy cara także dlatego, że czuł się samotny – przez wszystkich zdradzony. A wszak chodziło mu w tym zamiarze o danie początku powstaniu, a nie o samo morderstwo cara... Czy myślał tak o swoim bohaterze Słowacki?
A potem, potem – gdy strzelał Berezowski i nie trafił – czym było to dla świadka, Ducha Narodu? Ale wiemy, że Duch Narodu zawsze milczy. Więc – dla tych, co mówili w jego imieniu?
Można zresztą sobie wyobrazić inną wersję Kordiana, to nie bardziej zuchwałe niż inne wersje historii: Kordian zabija cara.
Straże Wielkiego Księcia Konstantego biegną i chwytają Kordiana. Postawiony przed plutonem egzekucyjnym zdejmuje opaskę i nie mruży oczu. Pogrzebany za miastem w nieznanym miejscu.SUKCESSYA CAROBÓJSTWA
(odnaleziona wersja Kordiana)
Słychać dzwon na jutrznię.
KORDIAN
Ktoś mi przez ucho
Do mózgu sztylet wbija...
Jezus, Maryja!
Chwieje się, lecz zaraz odzyskuje równowagę.
Naprzód!
Tym imieniem Maryji sztylet już stępiony!
Widzę oczyma duszy puginał szatański,
Jego ostrze sczerniałe i całkiem stopione!
Zdrowaś Maryjo, jak na Anioł Pański!...
Rękę na klamce odrzwi sypialni cara kładzie.
Jak bramę piekielną otwieram podwoje
I wchodzę! Oddech słyszę i woń siarki czuję!...
Car tchnie jak Belzebub... Śmiało na pokoje!
Ten kielich krwi carskiej utoczmy! Perswaduję
Go w wasze ręce mściciele ojczyzny posępni!
Postąpię krokiem – masz! wnet serce pęknie!!
Wbija bagnet w pierś cara.
CAR
Umieram, ktoś ty, straszne brata oczy!!!
Ty – Polak!? Żołnierz!?
KORDIAN
Cicho! Bo śmierć kroczy
Już do ciebie. Powiedz: Maryja! Ona ciebie zbawi
I w tej chwili ostatniej przed tronem postawi
Już nie ziemskim, lecz wiecznym...
Car umiera.
Nie żyje!!
O Boże! Ktoś mi w głowę wielkie gwoździe bije!!!
Słania się, mdleje i pada.
Śmierć cara nie stała się hasłem do powstania, nikt nie był przygotowany i nic nie było przygotowane. Wielu liczyło na dumę Konstantego z Polaków. Ale nowy car Konstanty nie potrzebuje już swojej Polski, koronuje się w Katedrze carem Wszechrosji. Na pogrzebie cara w Warszawie lud klęka i w piersi się bije. Car Konstanty każe wystawić bratu mauzoleum w środku miasta. Ta mogiła cara wszechobecną się staje, trup puchnie i wchodzi do mieszkań.
Z ukazu nowego cara Warszawa stolicą imperium rosyjskiego! Wkrótce zapełnia się Rosjanami, jest już ich więcej niż Polaków, którzy muszą mieć zgodę na osiedlenie tutaj. Rządzi Konstanty, a właściwie kamarylla dworska. Kraj zapełnia się lasem szubienic: z każdego miejsca ma być widoczna szubienica! Telegraf grozy Paskiewicza! Niejaki Murawiew będzie potem ubolewał, że ukradziono mu pomysł.
Wszędzie wyrastają cerkwie, do których chodzenie jest teraz obowiązkowe. Kościoły idą w ruinę lub są burzone. Jak dawniej łaciny, szlachta uczy się teraz rosyjskiego. Nie mówią: rosyjski, mówią: nasza nowa mowa, lub po prostu: nasza nowomowa. Chłop w ucisku, choć nie ma pańszczyzny, jest barszczyna. Nieliczni patrioci, wymierająca rasa, uważają: – I cóż, gdyby nawet zabić cara? – Najskrajniejszy program to: przemycić w cerkiew i w cyrylicę nasze polskie obyczaje, złagodzić tamto barbarzyństwo. Pocieszają się obłością cerkiewnych kopuł.
Nim krągła bania obciąży wieże Jasnej Góry, w tajemnicy obraz uwieziony zostaje do Rzymu. Powstaje tam zakon polski; przez wiek cały jeszcze młodzi przekradać się będą przez granicę, by do tego zakonu wstąpić. Solidariuszami ich nazywają, a polską mówią mową jak lud prosty, choć szlachta jej już zapomina. Chwała Jasnogórskiej Pani, Królowej Polskiej Korony w Rzymie! Papież modli się też przed obrazem i nie upomina krnąbrnych zakonników Kordianów, gdy o jego pielgrzymce do Polski mówią.
Piękne to, jeśli pomyśleć, że przed potęgą rosyjskiego imperium drży Europa. Ale Polski – nie ma.
GLOSA
Ten drugi Kordian, tu „odnaleziony”, to Kordian wywiedziony z pesymistycznego jądra monologu Kordiana „Nie będę z nimi”. Słowacki zapowiadał tu wersję jeszcze gorszej rzeczywistości, niż była w chwili pisania tego dramatu. To gorzka drwina zarazem z lepszej, „korzystniejszej” akcji dramatycznej i historycznej, niż jej rozwiązanie w 1829 (historycznej) i w 1833 (w literaturze, czyli w samym dramacie o Kordianie).
Bo możliwa była i chyba nawet wielce prawdopodobna jeszcze inna historia. Oczywiście, gdyby... Jeśli car zostałby zabity, Konstanty zabity, to czy nawet polscy legitymiści nie musieliby z tego pośpiesznie wyciągnąć wniosków? Jeśli bowiem powstanie miało szansę militarnie w roku 1830-31, to miało ją i w roku 1829.
Na tym tle „moja” wersja Kordiana i glosa do niej mówią o tym, że nawet powodzenie „spisku koronacyjnego”, przy samotności spiskowców i nieudolności elit – mogło zakończyć się klęską. Samotność spiskowców, nieudolność elit – to anachroniczne aluzje do współczesności.
Myślę, że gdyby nawet Słowacki napisał taką wersję, jaką tu wymyśliłem, optymistycznie-ironiczną, nie ogłosiłby jej drukiem, gdyż byłaby ona jeszcze większym oskarżeniem elit powstańczych, które doprowadziły powstanie do klęski, a także oskarżeniem tych, co nie dokonali zamachu stanu potem, już w powstańczej Warszawie, tak aby doszły do głosu inne elity, inny rząd, inni wodzowie wojskowi Powstania. Co nie znaczy, że to co naprawdę Słowacki ogłosił, nie mówi, że elita zawiodła zupełnie, a szarym patriotom, choćby bez skazy, Kordianom, w takim świecie, z taką młodością, zabrakło niezbędnej woli, aby wbrew elitom program działania w sprawie niepodległości wykonać.
Ostatni wniosek z myślenia apokryficznego: a gdyby powstanie się udało? Wtedy nie byłoby zapewne nie tylko Kordiana ale i Dziadów! Natomiast także w tamtej, wolnej Polsce Pan Tadeusz mógłby powstać! Ceńmy ten utwór tak niezależny od wariantów historii. Choć w tym że Kordian i Dziady zależne są od historii, w tym despektu dla nich nie ma. Obaj pisarze zresztą chcieli tę historię opuścić. Mickiewicz przez apoteozę męczeństwa w Dziadach i przez nie dającą się zweryfikować historycznie wizję zmartwychwstania Polski, a także przez apoteozę przeszłości sarmackiej narodu w Panu Tadeuszu.
Słowacki nie zadowolił się prostotą mistrza, który nie chce przekroczyć siebie. Próbował – później, później – stworzyć coś zupełnie karkołomnego: historię odnieść do nad-historii, odkryć zupełnie inny, niewidoczny świat przyczyn. Nie odbędzie się to od razu i tak łatwo jak u Mickiewicza. Na razie – w Kordianie i Horsztyńskim – Słowacki zechce wydusić jak cytrynę widzialną historię przyczyn i skutków w dziejach narodu. Tak będzie się trzymał widzialnego, że tam gdzie – jak sądził – historia się urwała, tam urywają się głucho, jakby wbrew regułom dramatycznej sztuki, jego tragedie. Tak jest w Kordianie, podobnie – kto wie, może z takich samych powodów – i w Horsztyńskim.