POSŁOWIE
Anna Szczepanek rozmawia z Jackiem Trznadlem o książce:
Z
POPIOŁU CZY WSTANIESZ?
A.S. Pierwszym literackim skojarzeniem, jakie nasuwa
się po przeczytaniu kilku czy kilkunastu stron książki Z popiołu czy
wstaniesz?, jest oczywiście słynne zdanie „Ludzie ludziom zgotowali
ten los”. Sięgnęłam więc po Medaliony Zofii Nałkowskiej
i stwierdziłam ze zdziwieniem, że dziś nie zrobiły już na mnie takiego
wrażenia jak niegdyś, jakby odpłynęło z nich to życie, które pulsuje chociażby
w Innym świecie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego czy w książce
Beaty Obertyńskiej W domu niewoli i które jest również obecne
na kartach twoich opowiadań.
Bardzo wiele już przeczytaliśmy na temat
zbrodni nazizmu i może to, co 50 lat temu, dla Nałkowskiej i jej współczesnych,
było wstrząsającym odkryciem, jest obecnie zbyt dobrze znane, by mogło
poruszać z taką samą siłą? A może nie bez znaczenia jest fakt, że autorka
nie doświadczyła bezpośrednio opisywanych przez siebie zdarzeń?
J.T. Nałkowska uczestniczyła
jednak w pracach Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, tam były przesłuchania
świadków. Przeżyła hitlerowską okupację. Ja prowadziłem swoje własne badanie
zbrodni rosyjskiej w wydaniu sowieckim. Po wojnie były doświadczenia sowieckiego
terroru; stykałem się z ludźmi spod okupacji sowieckiej na kresach. Typ
tego doświadczenia jest jakby zbliżony. Ja w dokumentach zanurzyłem się
głęboko i na dłużej niż Nałkowska zaraz po wojnie w sprawy niemieckie.
Ale powiedziałaś jeszcze, że być może oswoiliśmy
się ze sprawami ludobójstwa w wydaniu niemieckim, hitlerowskim. Pytanie,
czy to tylko oswojenie, czy także pewnego typu znużenie. Na pewno w Polsce
celowo starano się pokazywać tylko zbrodnie hitlerowskie, nie było mowy
o tym, co stało się na Wschodzie. Książki przez ciebie wymienione: Gustawa
Herlinga-Grudzińskiego, Beaty Obertyńskiej, a można by jeszcze trochę
tytułów i autorów dorzucić – np. nowele-wspomnienia Herminii Naglerowej,
pamiętnik Wacława Grubińskiego z sowieckiej celi śmierci (tego wyroku
w końcu nie wykonano) – do ostatnich prawie lat dostępne były tylko
na Zachodzie.
Prawda o Rosji musiała być zapisywana poza
granicami Polski. Ale przede wszystkim powielana była wszędzie literatura
antyhitlerowska, często niewysokiego lotu. Utwory antyhitlerowskie na
dodatek nieraz opierały się na tezach kłamliwych. Tu już dotykamy naszego
tematu. Sprawa Katynia. Adolf Rudnicki napisał swoją wczesną nowelę Major
Hubert z Armii Andersa (1945), w której oskarżył Józefa Czapskiego
– bo to była nowela z kluczem – o propagandę antysowiecką
w sprawie Katynia (bo według Rudnickiego zrobili to Niemcy), co na dodatek,
jako skutek moralny, miało pociągnąć – tak jest w noweli –
załamanie się możliwości twórczych Huberta-Czapskiego. Inny przykład:
Tadeusz Borowski pisze swoją nowelę Muzyka w Herzenburgu, w której
zaprzecza zabijaniu jeńców, istnieniu łagrów i ludobójstwa w Związku Sowieckim.
Jednak ginęły tam miliony ludzi, także jeńców.
A.S. Rzeczywistość, którą
opisujesz, pozostawała poza kręgiem twoich bezpośrednich doświadczeń,
a jednak kreowane przez ciebie postaci są niezwykle sugestywne.
J.T. Starałem się, by postaci
tych Rosjan były konkretne. Nie byłem świadkiem tamtych wydarzeń, ale
jednak było ważne, że należałem do pokolenia okupacyjnego, które znało
różne fakty ze słyszenia od osób najbliższych. Że to nie były tylko dawne
wydarzenia historyczne na papierze.
Nie znałem oczywiście żadnej z ofiar, ani
żadnego z katów nie widziałem osobiście na własne oczy, jedynie Tokariewa
i Soprunienkę na kasecie wideo. Odczucie postaci, podtekst emocjonalny
to była sprawa intuicji. Natomiast zetknąłem się z dokumentami odnoszącymi
się właśnie do pracy tej biurokratycznej machiny mordu, tych urzędów,
gdzie działania przygotowywano i utrwalano na papierze. Sporo tego miałem
w swoim ręku.
Natomiast nie ma wiarygodnych dokumentów
z samych rozstrzeliwań, poza relacją Tokariewa o Twerze i ułamkami wspomnienia
Syromiatnikowa o Charkowie. Ale to może zostawiało mi swoisty obszar wolny,
który nazywam obszarem apokryfu. Relację z rozstrzeliwań w zeznaniu Tokariewa
przeżyłem bardzo silnie. Bez tego moje pisanie byłoby zupełnie inne. Mam
poczucie, że zacząłem pisać we właściwym momencie, po wchłonięciu tego
wszystkiego.
A.S. Jakie szczegóły zawarte
w tych dokumentach zrobiły na tobie największe wrażenie? Czy pewne informacje
posłużyły ci jako punkt wyjścia do skonstruowania fabuły niektórych opowiadań?
J.T. Wziąłem pewne pomysły
i realia nowel z tych materiałów. Weźmy przesłuchanie Tokariewa, który
był szefem NKWD w Kalininie (Twer). Tokariew kłamliwie negował swój udział
w zbrodni, wspominał, że raz tylko rozmawiał z młodziutkim skazańcem,
blisko tej „kamery”, czyli pomieszczenia do rozstrzeliwań.
Ta wzmianka zainspirowała moją nowelę Prawie dziecko. Tokariew
wychodził chwilami z odgrywanej roli – tylko świadka, używając czasem
zaimka „my”, gdy mowa o rozstrzeliwaniach, ale zaraz poprawiał
się. Z tego nurtu rozważań Tokariewa wysnułem też nowelę Arytmetyka.
Mówił, że z początku nie nadążali z rozstrzeliwaniem przed wschodem słońca.
Tokariew w czasie przesłuchania popija czaj i parokrotnie się śmieje.
Tak z taśmy dźwiękowej wyłaniał mi się obraz zła, wdrażanego jako codzienne
zajęcie.
Ludzie-kaci dożyli do naszych czasów jako
zasłużeni. Protest przeciwko temu też skłaniał mnie do pisania. Tak byłoby
i w Niemczech, gdyby nie proces norymberski i denazyfikacja. Dekomunizacji
nie dokonano w Rosji nigdy.
A.S. Okruchy rzeczywistości,
którymi dysponowałeś, pozwoliły ci na dokonanie pewnych uogólnień. Nakreślone
przez ciebie postaci nie były przecież zawieszone w próżni.
J.T. Próbowałem paroma
kreskami ukazać typy psychologiczne, ale i środowisko. Chyba większość
ludzi z aparatu była pochodzenia chłopskiego. Dając im pozorny moralnie
awans, wykorzeniono ich jednocześnie z ich tradycyjnej moralności, odcięto
od korzeni religijnych. Żyli namiastką nowej wiary. Przyzwyczaili się
od dziesiątków lat do terroru i fałszu. Jest w dokumentach rosyjskich
mowa o planie, nie wykonanym, napisania książki wyjaśniającej powody psychologiczne,
dla których jakoby właśnie Niemcy dokonali tej zbrodni. Dotykamy tutaj
jakiejś monstrualnej obłudy.
Ale jednocześnie doznawałem uczucia, że
Rosjanie nie przyznają się do swoistego „współuczestnictwa rosyjskiego”
w zbrodni. Zrobili to jacyś kaci, siepacze, jakiś Stalin, jakaś NKWD.
Jakby jacyś Marsjanie w stosunku do narodu. Nazywam to wyrzucaniem sprawstwa
zbrodni na zewnątrz. Jelcyn powiedział, że Rosja nie jest za to odpowiedzialna.
Kiedy na początku lat 90 mówiłem Siergiejowi Stankiewiczowi, doradcy Jelcyna,
że oni powinni płacić odszkodowania, tak jak płacili je Niemcy –
to Stankiewicz odpowiedział: – Wy chcecie, żeby ofiary płaciły jeszcze
odszkodowania?
Tak więc nurt sprzeciwu wobec wyrzucania
przez Rosjan odpowiedzialności na zewnątrz wzmacniał we mnie przekonanie,
że powinienem pokazać takich zwykłych ludzi rosyjskich, realizujących
zalecenia systemu.
A.S. Wspomniałeś wcześniej,
że oprócz odnalezionych w rozmaitych źródłach faktów miałeś przed sobą
pewien „obszar wolny”, który również domagał się zapełnienia.
Czy mógłbyś powiedzieć o tym coś więcej?
J.T. O zbrodni w lesie
katyńskim dowiedzieliśmy się najwcześniej, ale wciąż wiemy o tym najmniej.
Nie ma dokumentów. Są tylko relacje mówiące o krążeniu między Gniezdowem,
dokąd oni przyjeżdżali pociągiem, a lasem, a także daczą w lesie i dołami
śmierci, karetek więziennych, zwanych czornymi woronami. Nie
można spędzić całej grupy i strzelać po kolei, bo nastąpią ucieczki, bunt.
Natomiast w czornym woronie każdy więzień siedział w osobnej
celce, która była celą śmierci.
Podobną tezę postawiłem wcześniej w trybie
historycznym i stąd ten obraz w noweli Zginie, co z chmur. Już
po opublikowaniu moich nowel, przeczytałem książkę Wiktora Suworowa Kontrola,
gdzie jest scena rozstrzeliwania w lesie. Więźniowie są zamykani do pojedynczych
metalowych celek. Potem ich stamtąd po jednemu wyciągają. Suworow tych
scen z lat trzydziestych (czystki Jeżowa) sam nie doświadczył, ale zna
historię swojego kraju.
Ale oczywiście myślałem także o zagadce
człowieka uczestniczącego w akcie ludobójstwa, o jego psychice. Jeżeli
rozstrzeliwało się tak masowo i jednocześnie tak fachowo, to przecież
musiały być jakieś instruktaże. W przesłuchaniu jeden ze świadków, a może
i morderców, Syromiatnikow, wyraził pogląd, że takie instruktaże odbywały
się. Próbuje to pokazać moja nowela Lekcja, czyli manekin.
  Inna zagadka łączy się ze śmiercią ważnego
świadka zbrodni, Iwana Kriwoziercewa (Długie ręce). Tę nowelę
z Kriwoziercewem wysnułem z podejrzanych okoliczności jego śmierci po
wojnie, w Szkocji. Znaleziono go powieszonego w stodole. Najpewniej to
był mord dokonany przez NKWD, wykonany wyrok, co sugeruje także Józef
Mackiewicz, który dopominał się o śledztwo.
Takie teksty, powtórzę, nazywam apokryfami.
Apokryf to zapełnienie luki w relacji o prawdziwych wypadkach. Może zresztą
nadużywam tego słowa, bo cała literatura odnosząca się do wypadków historycznych
jest najczęściej takim apokryfem. Nowela Ju-jitsu wychodzi od
motywu oficerskiej czapki, którą znalazł w lesie katyńskim Józef Mackiewicz
w 1943 roku. Jednocześnie w zeznaniu Tokariewa jest mowa o tym, że jeden
z oficerów próbował uciekać. Że go gonili. Połączyłem te fakty razem.
Natomiast motyw walki metodą ju-jitsu wymyśliłem, żeby uprawdopodobnić
ucieczkę i może wytłumaczyć szczególne krępowanie jeńców tylko w niektórych
przypadkach. Brzytwa Solingen ma swe konkretne inspiracje w wiadomości,
że któryś z rozstrzeliwujących ze Smoleńska – stało się to przed
rozstrzeliwaniem Polaków – poderżnął sobie gardło na strychu. Tokariew
wspomina jeszcze o trzech – choć daleko późniejszych – samobójstwach
katów polskich oficerów.
A.S. Ważnym składnikiem
tej prozy są znakomite dialogi, na przykład w noweli Zwykła warta.
Z jakiego budulca powstają w umyśle piszącego zdania wypowiadane w sytuacjach,
których nie było mu dane doświadczyć?
J.T. Czułem, że najbardziej
odpowiedni będzie tu chyba splot naiwności związanej z pochodzeniem tych
ludzi (chyba najczęściej można się domyślać pochodzenia chłopskiego),
ze stosowaniem nowomowy, uproszczonego, fałszywego myślenia – typu
ideologicznego. Ale chodziło też o coś więcej: żeby oddać jednocześnie
grozę, ukrytą pod niefrasobliwą pozornie mową tych ludzi. Nie wiem, na
ile się to udało. Czasem miga mi myśl, że może przydały się także lektury
tych mistrzowskich krótkich nowel Antoniego Czechowa z ich niezwykłymi,
ironicznymi dialogami. Natomiast chyba nie było wzorowania się na Aleksandrze
Sołżenicynie czy nowelach Warłama Szałamowa. A jeśli, to przez jakieś
takie bezwiedne odczucie tak zwanej „duszy rosyjskiej”.
A.S. Ciekawym elementem
konstrukcyjnym tych dialogów jest obecny w nich często „duch języka
rosyjskiego”. W jaki sposób wczułeś się w ten język, który nie jest
ci szczególnie bliski?
J.T. Trochę uczyłem się,
trochę czytałem po rosyjsku. W ostatnich latach stykałem się dużo z oryginalnymi
dokumentami rosyjskimi. Były pewne rozmowy z Rosjanami, choć właściwie
nie umiem mówić po rosyjsku. Z tym, że te moje dialogi nie są rozbudowane,
więc może jest to nieświadome, skądś tam zaczerpnięte, odczucie prostych
formacji języka rosyjskiego.
Tutaj problem: jeśli kiedykolwiek tłumaczono
by te nowele na język rosyjski, jak oddawać te wtręty rosyjskie? Cały
koloryt widoczny dla polskiego czytelnika by się zatracił. To tak, jak
ginie w przekładzie francuskim koloryt rozmów arystokracji rosyjskiej
mówiącej u Tołstoja po francusku. Robiłem także świadome kalki językowe.
Rosyjskie. One się pewnie pojawiały na kresach. Ale tu chodziło o to,
żeby zabarwiać tekst rosyjskim, już nie cytując tyle po rosyjsku. No i
w dialogach sposób myślenia jest właśnie taki, jak to sobie wyobrażałem,
że oni mogli myśleć, a więc i mówić.
A.S. O oryginalności twojej
książki stanowi w znacznej mierze fakt, że dramat katyński przedstawiony
tu jest nie tylko od strony ofiar, lecz przede wszystkim – co zapowiada
już okładka pierwszego wydania – od strony katów. Co zadecydowało
o tym, że wybrałeś jako dominującą tę właśnie optykę?
J.T. Oficerowie polscy
zachowali się przykładowo. Walczyli przecież często już w 1920 roku, odznaczano
ich często za to Virtuti Militari, a później wszyscy zamordowani zasłużyli
na to odznaczenie. Etos tych bohaterów znamy. Mówię bohaterów, bo gdyby
oni chcieli iść na współpracę, nie zostaliby rozstrzelani. Natomiast banalne
zło w wydaniu rosyjskim – o tym niewiele jest w literaturze polskiej.
Napisałem te nowele myśląc o ofiarach, ale
chciałem ujrzeć ludzi, którzy dokonywali eksterminacji, spojrzeć na machinę
sowieckiego ludobójstwa. Ci ludzie sowieccy długo bowiem byli pod ochroną
i u nas, i na świecie, obnażenie ich zła i zła systemu było powściągane
ze względu na światowe lobby komunistyczne i rosyjskie. Właśnie psychologia
zbrodni dokonywanej przez ludzi-instrumenty totalitarne interesowała mnie
najbardziej.
Zależało mi, aby każda z nowel dorzucała
do tych charakterystyk nowy rys. Starałem się urozmaicić postaci Rosjan,
także przez ukazanie różnych szczebli i funkcji – od prostych wartowników
poczynając, przez wykonujących wyroki, przez śledczych – do samego
naczalstwa NKWD.
Czasem próbowałem ten obraz Rosjan rozciągnąć
w czasie, ukazać ich przeszłość, dzieciństwo, na przykład w noweli Lekcja
czyli Manekin, czy Zginie, co z chmur, ale nie demonizując
szczególnie tej przeszłości. Lekcja czyli manekin pokazuje tego
samego kata w wiele dziesiątków lat po zbrodni, kiedy jest już siwy i
ma wysokie szlify oficerskie. Pije. Zbrodnia została mu w pamięci, ale
i jest z niej dumny. Więc to, co prezydent Reagan nazwał imperium zła
– trwa jeszcze.
A.S. W tym zbiorowym portrecie
Rosjan, wykonawców rozkazu zagłady polskich jeńców, najbardziej uderza,
że wydają się tacy zwyczajni. Są wrażliwi na przyrodę: Klim z opowiadania
Zginie, co z chmur – „lubi plamy słońca w lesie”
i „gonitwy chmur”, a Sasza ze Spokojnego zachodu słońca
obserwuje żuka, mrówki i z przyjemnością słucha śpiewu ptaków (tylko określenie
kucia dzięcioła jako „mały kaliber” od razu przywołuje nas
do rzeczywistości!). Są tacy, którzy reagują skrajną depresją (samobójca
z opowiadania Brzytwa Solingen) i tacy, w których budzą się ludzkie
uczucia (major T., któremu „prawie dziecko”, czyli Tadzio,
przypomina nieżyjącego syna). Dlaczego nakreśliłeś taki właśnie portret
psychologiczny tych postaci?
J.T. Myślę, że to byli
także zwyczajni ludzie, mieli rodziny, dzieci, to jest lepiej rozeznane
przykładami od strony niemieckiej. Filozof niemiecki, Hannah Arendt napisała
po wojnie swoją słynną książkę Eichmann w Jerozolimie. Eichmann,
szef i organizator transportów ludności żydowskiej do Oświęcimia, został
po wojnie skazany na śmierć w Izraelu (jeśli chodzi o eksterminację polskich
oficerów, odpowiednikiem Eichmanna w Rosji był Soprunienko, który dożył
spokojnie naszych czasów). Ważna jest w książce Hannah Arendt pewna teza
o zbrodni: że zło jest banalne. Mnie najbardziej interesowała ta zwykłość.
I im niżej szło się w aparat wykonawczy, tym więcej musiało być banalnych,
zwykłych ludzi. Najgorsze w doświadczeniu totalitaryzmu było to właśnie,
że wszystko stawało się codzienne i masowe. Niemcy masowo poparli Hitlera,
Rosjanie Stalina. Społeczeństwo totalitarne nie składa się z psychopatów,
ustrój represji podpierają zwykli ludzie. Są to często ludzie naiwni,
których pułap intelektualny nie sięga wysoko, a tych jest większość. Ale
nawet człowiek naiwny może mieć głęboko ugruntowaną moralność, dlatego
te ustroje celowo i długotrwale niszczą moralność.
A.S. Najbardziej przerażający
w tych ludziach jest fakt, że swój udział w zbrodni traktują nieomal jako
najzwyklejszą w świecie pracę: „Pracujemy tylko w nocy” –
tak jakby chodziło o nocną zmianę... Starają się, niczym sumienni rzemieślnicy,
żeby praca ta była wykonana jak najstaranniej; stąd przeciwstawienie pojęcia
„fuszerki” („partaczyć nie wolno”) i „dobrej
roboty” („wypijemy po jednym, za dobrą robotę”). Chwilami
ma się wrażenie, że chodzi o precyzyjnie wykonywaną operację chirurgiczną
(studiowanie szczegółów anatomicznych w Lekcji) lub wielką inwestycję
przemysłową (koparka w Arytmetyce). I to zauroczenie techniką:
„technika musi być, jak należy”. Czy sądzisz, że takie właśnie
potraktowanie zjawiska masowego zabijania było typowe tylko dla „ludzi
sowieckich”?
J.T. To jest sposób myślenia
typowy dla społeczeństwa zdemoralizowanego, które przyjęło nową, totalitarną
moralność jako codzienną zwykłość. Kategoria pracy była bardzo ważna we
wszystkich ustrojach totalitarnych, związanych z socjalizmem (niemiecka
partia hitlerowska nazywała się Narodowo Socjalistyczną Niemiecką Partią
Pracy). To miały być ustroje pracy wyzwolonych robotników. Do dzisiaj
jeszcze można przeczytać na bramie obozu oświęcimskiego napis: ARBEIT
MACHT FREI (PRACA WYZWALA). Podobnie było w rosyjskich gułagach, gdzie
podnoszono zalety pracy, którą zresztą mordowano ludzi w skali ludobójstwa.
Jakby podobnym czy mieszczącym się w przegródce pracy określeniem jest
wymienione przez ciebie słowo „technika”.
Tokariew mówi: „technika, jak należy”.
A więc odpowiednio przygotowane pomieszczenie do rozstrzeliwania, drzwi
dźwiękoszczelne wyścielone wojłokiem z wielbłądziej sierści. I oczywiście
dobra broń to też technika, podobnie jak ta koparka „Komsomolec”,
która wykopie kilkadziesiąt dołów śmierci. Pistolety niemieckie typu Walther
miały spory kaliber 7,65, kule o stalowej powierzchni, które przebijały
łatwo czaszkę dwa razy. Pistolet przy masowych rozstrzeliwaniach był „narzędziem
pracy”. Przecież rozstrzeliwano kilkaset osób dziennie. Zbrodni dokonano
przy pomocy odpowiedniej technologii. Na ogół mówi się to tylko w stosunku
do zbrodni hitlerowskich.
A.S. Ludzie ci bronili
się przed poczuciem winy przerzucając odpowiedzialność za zbrodnię na
ofiarę. W Zwykłej warcie jeden z wartowników wyraża swoją niechęć
do Polaków wspominając, że są zawszeni, drugi nazywa ich darmozjadami.
W opowiadaniu Gad jest to wręcz nienawiść: „Ja bym im głowy
dziurawił na sito!” W Lekcji natomiast wykonujący wyrok
zdejmuje z siebie odpowiedzialność za zabicie człowieka, gdyż w jego pojęciu
został on uśmiercony już wcześniej rozkazem „z góry”: „bo
skazany, on już nie żyje”. Czy dowiedziałeś się czegoś o poczuciu
winy tych ludzi, z którymi zetknąłeś się pośrednio przez ich zeznania?
J.T. Nigdy i nigdzie nie
zetknąłem się z deklarowaniem poczucia winy u Rosjan z tamtego okresu,
odpowiedzialnych za zbrodnie. Pisałem także na podstawie intuicji czy
uogólnienia tych postaw. Ale sama nienawiść była odgórnie wyuczana: że
słusznie nienawidzą, bo tamci powinni być skazani na zagładę, bo tylko
my reprezentujemy lepszy świat. U Niemców to była lepsza rasa, u Rosjan
– rewolucja i lepsza klasa, która zmieni świat. Pytałaś o poczucie
winy u konkretnych ludzi. Nie zauważyłem tego w zeznaniach Tokariewa ani
Soprunienki. Byli zresztą przesłuchiwani nie jako oskarżeni, lecz tylko
jako świadkowie.
A.S. Mówiliśmy dotychczas
głównie o Rosjanach, ale i polscy oficerowie, choć pojawiają się jak gdyby
w tle, ukazani są w sposób bardzo wyrazisty.
J.T. Oczywiście, chodziło
o to, żeby – choć w przebłyskach – pojawili się ci polscy
oficerowie. W ramach swojej ankiety, gdy pisałem książkę Powrót rozstrzelanej
Armii, stykałem się z członkami rodzin katyńskich, oglądałem fotografie,
wyobrażałem sobie tych oficerów, nim zostali rozstrzelani. Żyłem jakby
w atmosferze ich życia. Podziwiałem jako dziecko ich mundury przed wojną.
W Liście postać Polaka jest na pierwszym planie, konkretny enkawudysta
pojawia się dopiero na końcu. Ta nowela próbuje przenieść akcję także
na plan metafizyczny, porządku świata. Jakby problem manicheizmu, czy
Boga-Cara z Mickiewiczowskiej improwizacji Konrada, zresztą wobec tego
samego, rosyjskiego zła. Inne nazwy, ten sam problem. Dopiero na końcu
ten oficer zdobywa się na modlitwę, która jest w połowie listem córeczki,
a w połowie Ojcze nasz.
A.S. W moim doświadczeniu
literackim jest to najbardziej przejmująca modlitwa, z jaką się zetknęłam.
J.T. Mam tu taki szczególny
odsyłacz literacki, dopiero po napisaniu to sobie uświadomiłem. Chodzi
o ostatnią modlitwę Longinusa Podbipięty w Ogniem i mieczem Sienkiewicza.
Bohater stoi pod drzewem, otoczony przez wrogów, i Tatarzy strzelają do
niego z łuków. Co świśnie strzała, on mówi kawałek modlitwy. To jest modlitwa
podczas egzekucji, która jednak jest trochę rozłożona w czasie. Jest to
podobne doświadczenie moralne i historyczne – „antemurale”,
obrony cywilizacji śródziemnomorskiej i chrześcijańskiej przed światem
azjatycko-totalitarnym.
A.S. Czy miałeś już jakieś
sygnały, jak odbierają twoją książkę Rosjanie? Jaki będzie ich stosunek
do takiego wizerunku ich rodaków? Czy powstanie rosyjski przekład, czy
raczej będą chcieli się od tej książki odciąć? Choć oczywiście, jak mówiłeś,
jakaś warstwa tej książki jest nieprzetłumaczalna.
J.T. Nic nie wiem, nawet
czy jakiś Rosjanin już tę książkę przeczytał. Chyba należy z góry założyć,
że byłyby tu reakcje różne. Docierają do mnie czasem echa od polskich
czytelników, od rosyjskich nie było żadnego. Miałem jednak list od kogoś
z Niemiec, ten ktoś znający rynek niemiecki zastanawia się, czy byłaby
to książka pożądana, ze względu na panującą w Niemczech tak zwaną „poprawność
polityczną” (political correctness) wobec Rosjan czy Rosji.
Bo przecież jest to oskarżenie „duszy rosyjskiej”, sformułowane
nie przez Rosjanina. Więc czy ktoś taki jak ja ma prawo to robić?
Przy lekturze przekładu byłoby mi na pewno
czegoś żal. Chciałem przekazać pewne treści uniwersalne, ważne dla wszystkich,
ale to powstało w tym języku i tylko w tym języku zachowuje swój kształt
właściwy. W ujęciach językowych dialogów zawarta jest szczególna ironia.
Nie wiem, czy ktoś czytający w innym języku potrafiłby ją odczuć.
A.S. Twoje studia nad problematyką
katyńską zostały nieco wcześniej uwieńczone książką szkiców historycznych
Powrót rozstrzelanej Armii. Dlaczego zdecydowałeś się na jej
artystyczne dopełnienie w postaci zbioru nowel?
J.T. Miałem poczucie, że
utwór literacki może bardziej przemawiać i bardziej pozostać w pamięci
niż rozprawy historyczne. W zasadzie jedynie tekst artystyczny może wywołać
nie tylko obraz prawdy, ale i wstrząs emocjonalny, oczywiście pod warunkiem,
że udało się wznieść utwór na pewien poziom. Nie możemy zapomnieć u Lwa
Tołstoja tego fragmentu, kiedy książę Andrzej Bołkoński leży ranny po
bitwie pod Austerlitz i widzi nad sobą wysokie niebo z sunącymi po nim
obłokami.
A.S. To jest jeden z tych
obrazów literackich, które zostają na długo w pamięci. Czytając te fragmenty
twoich nowel, w których jest mowa o obłokach, wracałam myślą właśnie do
księcia Andrzeja. A także do Henryka Sandomierskiego z Czerwonych
tarcz Iwaszkiewicza. To właśnie obłoki, widziane przez otwarte okno,
były ostatnim pomostem łączącym śmiertelnie chorego Henryka z „pięknością
świata”. Przypominają się też Obłoki Czesława Miłosza i
Obłoki nad Ferrarą Zbigniewa Herberta.
J.T. Motyw obłoków istnieje
także w mojej poezji. Tutaj chodziło mi zresztą o coś szczególnego, może
najwyraźniej występuje to w noweli Zginie co z chmur. Chciałem,
żeby akcja utworu odbywała się na kilku planach. Jeden z tych planów,
to byłby plan nieba. Jest takie powiedzenie Flauberta o Madame Bovary:
że właściwie w tym utworze chciał tylko oddać pewien odcień szarości.
To zdanie było dla mnie ważne, zapisane na kartce długo leżało na moim
biurku. I może właśnie obłoki w tym pierwszym utworze uważałem za odpowiednik
tego flaubertowskiego „odcienia szarości”. One odgrywają rolę
w wyobraźni i tego oficera, i tego enkawudysty. Chciałem, aby przez skomplikowanie
tego obrazu nieba, fakt, że kat zachwyca się obłokami – a dlaczego
nie? – uczynić go bardziej ludzkim, a jego działanie – przez
kontrast – jeszcze bardziej okrutnym.
A.S. Zwróciłam uwagę na
jeszcze jeden element w twojej książce, związany z obrazem natury, mianowicie
wiatr. Uderzyło mnie to w pierwszym opowiadaniu: „Było zimno, ale
w lesie nie czuło się wiatru, szedł tylko wierzchołkami sosen”, a
potem w noweli Gad: „górą sosen szedł chłodny wiatr”
i dalej: „Było już cicho, cichuteńko, tylko wiatr szumiał”.
Ten wiatr wydaje mi się tutaj ważny, zarówno sam wiatr, jak i fakt, że
on szedł górą. Bo w dole działy się straszne rzeczy, zabijanie ludzi i
tak dalej, natomiast natura „w górze” jest jakby ponad tym,
trwa, i te dwie płaszczyzny nie mieszają się ze sobą.
J.T. Natura, którą odczuwamy
jako dobrą – choćby czasem była groźna – pokazuje tym silniej
okrucieństwo, jakie dzieje się za sprawą ludzi i z ludźmi. Byłem w lesie
katyńskim, choć nie przy ekshumacjach, które widziałem tylko w lesie charkowskim.
I pora roku była ta sama, i wiatr chłodny szedł wierzchołkami drzew, i
odzywały się głosy ptaków, o których myślałem, że musiały milczeć przy
wystrzałach. To był zupełnie normalny, kilkudziesięcioletni sosnowy las,
czasem brzozy, olchy. Nie podobało mi się w filmie Marcela Łozińskiego,
że pokazuje las katyński (lub udający katyński) poprzez szczególny efekt,
jako silnie przemglony, powiedziałbym, groźnie romantyczny. Film grozy,
mgła, zaraz zobaczymy zamczysko w Szkocji... A to już jest odejście od
zwykłych, choćby strasznych spraw ludzkich, w jakąś metafizykę, która
dla mnie byłaby tu zupełnie niestosowna.
Ale w opisach pejzażu u mnie jest może nieraz
jeszcze coś innego. Natura jest obojętna. Pisał o tym Pascal: „Wszechświat
nic nie wie o tym”. O tragedii ludzkiej. Na tle przejmującego, obojętnego
piękna natury uwydatnia się silniej okrucieństwo, jeśli ma miejsce, spraw
ludzkich.
(Rozmowa z 12.XI.1995. Tekst skrócony, autoryzowany. Pierwodruk w: „Topos”,
Sopot 1997, nr 5-6)