Z POPIOŁU CZY WSTANIESZ?
W obozie opustoszało. Tydzień temu eskortowano do pociągu trzech ostatnich oficerów. I z nimi już koniec. A teraz porządki. Wczoraj i przedwczoraj, po rozmowie z Moskwą zebrano do worków różne papiery drugorzędnego znaczenia, które zostały w kancelarii, a przede wszystkim liczne listy, które przyszły z Polski w ostatnich dwu tygodniach. Okólnik dla poczty, że listy mają być odsyłane z pieczątką „RETOUR-PARTI”, wyszedł dopiero kilka dni temu. Więc nazbierało się tego wszystkiego wiele worków. Otwieranie listów, przeglądanie dla celów operacyjnych (już ich nie zamykano), notowanie niektórych adresów, to wszystko także dawno już zakończono. Więc naczelnik K. po telefonie służbowym z Moskwy zatarł ręce i powiedział do swojego zastępcy:
– Będzie porządek. Wszystko palimy, ma się rozumieć, komisyjnie. Powołałem już komisję. Ja, wy, towarzyszu Miełkin, i sekretarz. Ale jak to spalić?
– Gdyby tak wielkie ognisko, wszystko spali się w pół godziny.
– No tak, ale ilu świadków, wiatr będzie unosił kawałki papieru. Nielz’ia. Spalimy w dużym kotle przy łaźni. Wystarczy dwu funkcjonariuszy, na zmianę jeden będzie palił, drugi pilnował. Worki się przeniesie pod naszą kontrolą i w nocy spalą.
Tak się i stało. Misza i Sasza z twarzami czerwonymi od ognia, bo nic bardziej nie bucha jak papier, garściami wrzucali papiery i listy do ognia. Koperty były różnego formatu, duże i małe. Miszy najbardziej żal było znaczków, ale w końcu prawie wszystkie były podobne. Tylko pismo na listach różne, tyle że nie przeczytasz, to nie to, co nasze bukwy. Koperty były białe, czasem i kolorowe, ozdobne i proste. I jeszcze na nich jakieś pieczęcie, niemieckie i nasze sowieckie. Nad ranem skończyli. Ogień zgasł. Misza składał worki, na wszelki wypadek wytrząsał z nich jakieś resztki papieru. Jeszcze wypadły dwa listy. Trzeba było każdy zapałką zapalić i tak w piec wrzucić. Przemieszali popiół, naczelnik kazał rano popiół wybrać i wrzucić do świeżo wykopanego dołu, zasypać. I tak już nic nie było widać. Popiół to popiół, bo jeszcze czasem wrzucali i drwa, żeby się lepiej paliło. Ale rozkaz to rozkaz.
Dlatego naczelnik zdziwił się, gdy w kilka dni później zapukał jeden z funkcjonariuszy, wszedł i podał jakiś zeszyt:
– Wot, czto naszli...
Okazało się, że jeden ze sprzątających zbiorową salę, znalazł wciśnięty między deski pryczy ten zeszyt. Nazwisko właściciela było zatarte, ledwo widać było kilka liter, ale w środku kilka kartek zapisanych było ołówkiem chemicznym, równymi rządkami.
– Każ, żeby przyszedł Maksym Michajłowicz, on czyta polskie litery.
Maksym Michajłowicz był już niemłodym funkcjonariuszem, mieszkał kiedyś w Zachodniej Ukrainie, a nawet brał udział w dawnej wojnie z pańską Polską. Był politycznym w oddziale, a potem został w służbie CzeKa. Polskich liter uczył się kiedyś w szkole, tam gdzie mieszkał.
– Siadajcie i powiedzcie, co tam jest.
– Tu, to jakby imię i nazwisko, ale wymazane. O – i zaczął odczytywać – ...ław ... to jakby imię, ale jakie, nie wiadomo. Stanisław? Władysław? Nie odczytasz. I coś jakby kilka liter z nazwiska: ...był...Byłowski? Nie, krótsze.
– No dosyć, i tak go już nie ma. A co on takiego pisał?
– Każets’a stichi. No nie tolko.
– Czytajcie, Maksymie Michajłowiczu, może to jaki szyfr.
– Jedną chwilę, towarzyszu naczelniku.
Stiepan Michajłowicz powoli sobie najpierw sylabizował, ruszał wargami, szepcąc coś, jakby się modlił. I przypomniał nagle młodego Polaka, którego rozstrzeliwali na klęczkach w roku 1920. Ale on modlił się do Matki Boga, a ten, co pisze – do Boga i Polski. Wszystko jedno, zawsze to samo, tylko teraz wiersze, że to poeta.
– Towarzyszu naczelniku, nie ma co i czytać. On, ten oficer, modli się, w stichach. Przeklina sowiecką władzę, mówi, że zginą tu, ale pańska Polska wyciągnie ich z sowieckiej ziemi. Znaczy się, z piachu...
– Tak skąd on i wiedział? Meldunek do Moskwy trzeba nam złożyć.
– Nie, nie ma tu, że coś wie. Tolko on pessimist, on czuje, że sowiecka władza musi ich ukarać.
– Wszystko jedno, czytaj, Maksymie Michajłowiczu.
Maksym Michajłowicz czytał i zaraz tłumaczył:
„Dziś dostałem wiersz Władka i przepisuję go. Słyszę tu Słowackiego.”
– Słowacki? Nie było takiego w obozie.
„Słyszę Słowackiego. Więc na wzór Julka i Władka postanowiłem pisać dalej.”
– Znaczyts’a, jeszcze jeden spisek był – powiedział naczelnik. – Już po spisku.
Maksym Michajłowicz czytał dalej:
„Dziś dzień strasznych przeczuć. Może choć te linijki odnajdzie jakaś bliska ręka...”
A potem, jakby naśladował tamtą modlitwę chłopaka albo śpiewy cerkiewne, których słuchał w młodości, zacinając się zresztą, czytał śpiewnie oryginał i tłumaczył:
W nieznanym zatonięty,
przez ciemność pochłonięty,
uniesiony wysoko
broczysz nocną posoką,
płyniesz w nieznane strony,
gdzieś będziesz pogrzebiony,
gdzieś będziesz pochowany,
w ziemi śniegiem usłanej,
w ziemi mocno ubitej,
w nocy niebem przykrytej,
odczłowieczony.
I tak wsłuchawszy się Maksym Michajłowicz czytał coraz śpiewniej, najpierw po polsku:
Na ruskiej zginę ziemi,
a nie pomiędzy swemi,
gdy w tył mi strzelą głowy,
w dół wrzucą mnie grobowy.
Tam muszę iść pod ziemią,
gdzie kości dziadów drzemią,
na polskim cmentarzyku,
w wiernym pogrzebnym szyku,
pod Krzyżem Chrystusowym,
pod niebem lazurowym –
ciche i święte.
Naczelnik obejrzał się, byli sami.
– Co ty, w cerkwi jesteś? Z rozumu ty zszedłeś? Normalnie czytaj ty do końca, Maksymie Michajłowiczu, a nie jak chór polskich duchów!
Tłumacz zaczął znów, bardziej monotonnie:
Tyle mojej nadziei,
że przyjdą, po kolei
kość wyjmą z ziemi każdą
i czaszkę z kulą wrażą,
z honorem znów mnie złożą
pod świętą twarzą Bożą.
Pod pieczą Polski jasnej
zewrzemy szyk nasz ciasny,
podziemny ale dumny,
zagrają werbel trumny
Rzeczpospolito!
Gdy Maksym Michajłowicz, trochę zmieszany skończył, zapadła na chwilę cisza. Pierwszy odezwał się naczelnik:
– Wot kakij poet! Proklamacja w stichach. Który to mógł być? Ma on już proklamację. No teraz to już nic takiego. A wy Maksymie Michajłowiczu, pamiętajcie: nic nie było, tajemnica służbowa, służbowo będzie załatwione. Dziękuję towarzyszu.
Gdy tłumacz wyszedł naczelnik zastanowił się jeszcze raz przez chwilę: „Moskwa? A po co? Będą podejrzewać, że ktoś nie dotrzymał tajemnicy, albo że nie dosyć dobrze meldowaliśmy o nastrojach. Trochę wierszy... Były wiersze, nie ma wierszy”.
Podszedł do małego piecyka z długą rurą, w którym już dawno się nie paliło. Uklęknął na podłodze, wyjął zapałki. Palił kartkę po kartce. Potem pomieszał pogrzebaczem.
– Wot i twoju „nadieżdu” zażeli...
Nachylił się nad piecykiem. Zdawało mu się, że widzi jakieś litery, więc pomieszał jeszcze raz.
Wyprostował się, otrzepał rękaw bluzy. Cerkiewna niby melodia strof dźwięczała mu jeszcze w uszach przez chwilę. Żachnął się:
– Ot tobie, z popiołu czy wstaniesz? Wsio pokonczyli...
I zaczął pogwizdywać: „Uchodili komsomolcy na grażdanskuju wojnu...”