PRZESŁUCHANIE
Krótki styczniowy dzień się już kończył, na zachodzie na ciemniejącym niebie widać było pierwszą drżącą gwiazdę. Pomyślał: „Może oni też ją widzą?” Na wschodzie było już ciemno, prawie wieczór, i nadciągały ciężkie chmury. Przed chwilą rosyjski żandarm wywołał jego nazwisko w obozowym baraku. Nie był pierwszym wezwanym, wzywano już tylu jego kolegów, i po kilka razy, ale jego dopiero dzisiaj. Mróz trochę zelżał, ale po chłodzie baraku ciepło tego pomieszczenia buchnęło w niego tak, że zmrużył oczy i oparł się o ścianę koło drzwi. Śledczy przyglądał mu się spokojnie i uważnie.
– Sadities’. Kak wasza familia?
– Korczyński.
– Dostajecie listy od rodziny?
– Miałem tylko jeden.
– Mieszkają oni we Lwowie, prawda?
Zobaczył żonę nachyloną nad kołyską-łóżeczkiem młodszego synka, miał trzy miesiące, gdy porucznik Korczyński wyjeżdżał na miejsce mobilizacji 29 sierpnia. Taki maleńki, ale już się wyraźnie i cudownie uśmiechał, gdy się nad nim nachylić. Starszy miał dwa i pół roku, bujał się wciąż na koniu na biegunach wyrywając z niego garściami grzywę. A z ogona niewiele już pozostało.
– Korczyński, ja was pytałem, oni we Lwowie?
Ocknął się. Żona podawała na wszelki wypadek adres znajomych, chociaż swoje imię.
  – Nie wiem teraz. List był od znajomych, nie od rodziny.
– Kłamiecie, Korczyński – przerzucił kilka kartek papieru. – U was w mieszkaniu jest to, co nazywacie jadalnią: na prawo w kącie stoi zegar, na lewo kredens. Na wprost pianino. Bogate macie mieszkanie. Nad pianinem wasza fotografia z żoną i synkiem. Ulica Tarnopolska 10, mieszkanie 4, na pierwszym piętrze.
– To nie moje mieszkanie, a w ogóle, kto tak mówił?
  Śledczy nagle uderzył pięścią w stół.
– To ja pytam, a wy tylko odpowiadacie.
Zapadła cisza. „Wiedzą, skąd? Musieli przesłuchiwać żonę lub robić rewizję, kiedy?” Od otrzymania krótkiego listu minął miesiąc. Inni otrzymywali listy częściej. Zaniepokoił się nagle i mimo ostrzeżenia zapytał:
– Przyszedł list od żony?
– Pytajcie w rozdzielniku poczty. My się tym nie interesujemy. A wasz ojciec, powiedzcie, był w POW od 1918?
– Nie był, ktoś was źle poinformował.
Myślał gorączkowo: „Skąd wszystko wiedzą, kto im powiedział. Kogo z bliskich zatrzymali?” Ojciec był już na emeryturze, mieszkał dwa domy od nich. A nad pianinem, obok jego zdjęcia z żoną, wisiał też portret pradziadka, który zginął w powstaniu styczniowym, a dalej zdjęcie ojca, w mundurze kampanii 1920 roku. „Te dwa zdjęcia Marysia na pewno zdjęła, skoro nie ma o nich mowy, po co to wszystko, czego chcą?”
– Lwów teraz w Związku Sowieckim. Tak jest sprawiedliwie. Wasza rodzina – obywatele sowieccy.
Zrobiło mu się gorąco i bez namysłu powiedział:
– Jesteśmy wszyscy obywatelami polskimi. Nie macie prawa tak mówić.
Śledczy nie uderzył ręką w stół, wzniesioną do góry opuścił miękko i wyciągnął do Korczyńskiego pudełko z papierosami.
– Nie palę.
– Jak to nie palicie, widzieliśmy.
– Musiało się komuś pomylić.
– My się nigdy nie mylimy, nie chcecie palić, to nie. – A potem pochylił się nad stołem i konfidencjonalnie zapytał: – Koledzy, co myślą, nastrój u nich jaki?
  – Ja z nikim nie rozmawiam i nie interesuję się.
– A jakbyście się interesowali i potrafili odpowiedzieć na takie pytania, może i listów więcej moglibyście pisać i postaralibyśmy się, żeby dochodziły do żony.
Korczyński milczał, zaczynał rozumieć tę nie grę, a wykładanie kart przez indagującego.
– Wy jako nauczyciel zbieraliście składki na LOPP – Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej – powiedział śledczy znad kartki powoli, żeby nie pomylić długiej nazwy. – Mieliście pogadanki antysowieckie.
Korczyński milczał. Tym razem pięść nie zatrzymała się w powietrzu i uderzyła w stół.
– Nie było nic takiego, nie pamiętam. Jestem polskim oficerem – powiedział cicho.
– Tak, wy byliście oficerem pańskiej Polszy, której już nie ma. Tutaj – śledczy pokazał kartkę, na której był tekst maszynowy – podpiszecie, że obiecujecie pomagać w utrzymaniu porządku w obozie, meldować o nastrojach i treści rozmów kolegów. Gdybyście się dobrze sprawowali, może i pozwolilibyśmy warunkowo wyjechać i zobaczyć rodzinę, co? Póki oni jeszcze mieszkają na Tarnopolskiej. Co?
Korczyński milczał.
– Tak, czy nie?
– Nie rozumiem.
Śledczy powiedział cicho, ale bardzo wyraźnie:
– Niektóre rodziny, niebezpieczne dla ustroju sowieckiego w bliskiej przygranicy, już wyjechały ze Lwowa w głąb Związku Sowieckiego, na przykład do Kazachstanu. Żonę mogłaby zmęczyć taka długa podróż, zima, a dzieci małe. Sami rozumiecie, czasy niedobre, póki się wszystko nie unormuje. Tu zobowiązanie, tu podpiszecie. O waszym podpisie nikt prócz mnie się nie dowie. Rodziny niektórych kolegów mieszkają, jak mieszkały. Dlaczego wasza miałaby wyjechać?
– Więc są tacy, co podpisali? – myślał. – Ci, co chodzą na pogadanki i filmy, a może i komunizują? Kilku poruczników rezerwy. Ale bez dowodów nie mam prawa tak myśleć.
– A wy także, za tamte pogadanki antysowieckie możecie mieć sprawę. Mobilizacja to co innego, działalność antysowiecka w czasie pokoju, to co innego. Może być sąd. Podpiszecie, zapomnimy. W Sowieckom Sajuzie żiz’ń horoszaja, ale tylko dla tych, co chcą budować z wszystkimi.
– Jestem polskim oficerem.
– Tak, i pomyślcie, jesteście w obozie, a wasza rodzina to sowieccy obywatele. – Spojrzał na papiery, odwrócił dwie kartki: – Bardzo już stary wasz ojciec, a za kampanię antysowiecką dwudziestego roku zasłużył na miejsce odosobnienia. I zdrów nie bardzo.
– Ojciec mieszka w Warszawie.
– Tarnopolska 14, no cóż, sprawdzimy, może kto się pomylił. Prawo o działalności antysowieckiej obowiązuje na całym terenie państwa. Wszystko, co wydarzyło się po rewolucji, będzie brane pod uwagę.
– Nie podpiszę. I nikt z kolegów nie podpisał. To nieprawda.
Śledczy wstał.
  – Tak wy, porucznik Korczyński, przyjdźcie, jak się zastanowicie. Jutro. Może list będzie od waszej żony, może ona jeszcze jest we Lwowie.
Porucznik pchnął drzwi, wyszedł na dwór. Ciemno było zupełnie. Z ciemnogranatowego nieba sypał gęsty śnieg. Wiatr miotał osłonami żarówek na kilku słupach wzdłuż drogi do baraku. W ich świetle widać było siłę śnieżycy. Któżby ją potrafił zatrzymać? Płatki czepiały się jego munduru, a on idąc przebijał się przez przeszywający zimnem śnieżny tłum, który nie miał końca. „Kogo skazałem”– myślał – „żonę, dzieci? Ojca?” Śnieg unosił spod oczu powidoki żony, dzieci, ojca, a nawet pradziadka z wąsami.
Grzęznąc w tym gęstym śniegu, smagany śnieżycą, myślał jeszcze: „Cóż, teraz karna praca, karcer”.
Ale sam nie czuł się zagrożony. I to właśnie było najgorsze.
Śledczy patrzył za nim jeszcze chwilę przez okno, gdy niknął jak cień w zamieci.
– Nie znają oni Związku Sowieckiego, zupełnie nie znają, oni jeszcze zastanawiają się – powiedział do pomocnika, który zapisywał przebieg rozmowy przy bocznym stoliku.
– Niesowieccy ludzie – potwierdził młodszy śledczy oceniająco i z wyrzutem.