List
25.12.2005


LIST

W Charkowie, podobnie jak w Twerze,
rozstrzeliwano w piwnicy więziennej.
 

     Pomyślał, że musi raz jeszcze spojrzeć na list od córeczki. Sięgnął po niego, jak sięga się po relikwię. 

     Kochany Tatusiu,

      my jesteśmy zdrowi i wszystko jest dobrze, czego i tobie życzymy. Suczka ma pieski, takie śliczne, w łatki, szkoda, że nie możesz zobaczyć. Trzeba będzie wszystkie oddać, bo mamusia ma mało pieniędzy na chleb, a w domu w ogóle nie palimy, tyle co pod kuchnią. I jeszcze mamy w domu kozę. Ale nie myśl sobie, koza to tylko taki piecyk z rurą do dużego pieca. Czasem tam trochę palimy. Teraz się nie pali i siedzę w swetrach i kurteczce. Tatusiu, kiedy ty wrócisz? Czy tobie jest ciepło? Mama mówi, że może na wiosnę. Ja mało chodzę do szkoły, bo w szkole też jest zimno i tylko jeden nauczyciel. Ja chciałam coś dla ciebie namalować, ale farbki się skończyły, nie ma też w sklepiku, ale i tak mamusia mówi, że nie mamy pieniędzy. Piszę dużymi literami, mamusia mówi, że tak lepiej. Ale adres to mamusia napisze bukwami, bo ja nie umiem. Jeden piesek, Ciapek, mnie bardzo się podoba i tak podskakuje i liże mnie.

     Tatusiu, pocałowałam ten list dziesięć razy i Ciebie mocno całuję, twoja kochająca córeczka. Kiedy ty wrócisz, wracajjuż! Od ciebie jedną tylko kartkę mieliśmy, bardzo krótką.

Ania

     List był już wytarty na złożeniach, przecież czytał go niemal codziennie. Złożył starannie kartkę pokrytą dziecięcym pismem, które tak kochał, wsunął ją do koperty, a kopertę włożył do kieszeni munduru na piersi. Listów nie zabierali.

      Ten list dostał przeszło dwa miesiące temu. Dokładnie w tym czasie, kiedy przestał się modlić. Odczytywał go codziennie, a potem powtarzał już z pamięci, co dzień wieczorem, przed zaśnięciem lub próbą zasypiania w bezsennej godzinie.

      Boże, zrozum ty mnie, powtarzał czasem ze smutkiem, a czasem z rozpaczą. Dlaczego na to wszystko pozwalasz? Dlaczego tak mi trudno modlić się do Ciebie? Dlaczego, jak padam na kolana, muszę powtarzać: „Suczka ma pieski, takie śliczne, w łatki, szkoda, że nie możesz zobaczyć. Tatusiu, kiedy ty wrócisz? Czy tobie jest ciepło?” Boże, o Boże, czy Tobie jest zimno, czy Ty się właśnie otulasz płaszczem mgławic i o nas zapomniałeś? A potem znów recytował z pamięci: „Ciapek, mnie bardzo się podoba i tak podskakuje i liże mnie. Tatusiu, pocałowałam ten list dziesięć razy i Ciebie mocno całuję...”

      A potem zatulał się na pryczy w coś, co kiedyś może nazywało się kocem, chwilę słuchał jeszcze chrapania dochodzącego z sali i już wpadał w ciemność snu, z którego zawsze za wcześnie wyrywał przenikliwy ziąb i ranna pobudka.

      Tak, znał list na pamięć i będzie znał do końca życia, jak „Anioł Pański” lub „Ojcze nasz”. Przy kolejnej prowierce patrzył bez zmrużenia oka, jak zabrano mu modlitewnik, który przecież nosił przy sobie, i igłę. Śmieszne: zabierają igłę i modlitewnik. Bo w modlitewniku, na wolnych kartkach, miał zanotowane kilkanaście adresów. Ale gdy śmierdząca machorką dłoń enkawudysty sięgnęła do kieszeni na piersi i wyciągnęła z niej list, poczuł, że jeśli nie zwróci mu listu, rzuci się na niego, choćby go mieli zastrzelić. „Pis’mo ot rebionka?” „Tak” – powiedział po polsku. Funkcjonariusz podał mu list, zwrócił.

     Dni upłynęły, gdy zaniepokojony, próbował znów się modlić. Ale zamiast słów „Ojcze nasz” zaczynał mówić: „Kochany Tatusiu, suczka ma małe pieski...” Boże, powtarzał, ja ciebie proszę, ulecz mnie z tej choroby, jeśli nie jesteś zajęty akurat budowaniem nowych światów i nie piętrzysz nowych kosmosów na starych. Daj mi się znów modlić do Ciebie.

      Raz śniło mu się, że przemierza jakieś gwiezdne przestrzenie i stamtąd blisko już do Boga. Blisko, a daleko. Szedł przez jakieś sale w tym innym kosmosie, a w salach było tysiące prycz, aż po sklepienie niebieskie i aż po horyzont. W jakiejś poświacie widział na pryczach wychudzone twarze, mieli wszyscy otwarte usta i głośno chrapali. A więc to jest ta muzyka sfer, za którą jest Bóg, powiedział głośno. Zaczął krzyczeć i szarpać śpiących, ale nie budzili się i każdy przewracał się na drugi bok. Wybuchnął więc śmiechem a potem już tylko płaczem i wtedy usłyszał donośny głos z głębi świetlistego korytarza, za którym miał znajdować się Bóg: „Mołczi! Mołczi!” Słyszał jeszcze ten głos, gdy obudził się, spocony mimo przejmującego zamrozu sali. Przez chwilę zdawało mu się, że dalej śni, tylko sala była mniejsza i dobrze mu znana. Sen uszedł, ale on płakał dalej, łkał bezgłośnie, powtarzając z zaciśniętymi zębami: – Dlaczego Bóg krzyczy na mnie po rosyjsku?!

      – Boże nie daj mi bluźnić! – Trwał na tej pryczy na kolanach, cały skurczony, bo tak była niska, póki marznąć nie zaczął. I wtedy, głęboką nocą, modlił się naprawdę, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Modlił się o sen, w którym zobaczy swój dom, żonę i córeczkę. Ale nie śnił w taki sposób. I w ogóle sen nie przychodził. Myślał wtedy znów o Bogu: „Boże, a jeśli Ty codziennie jesteś krzyżowany w kosmosie? Jeśli przywiązano cię do ogromnej pryczy i głos woła na ciebie po rosyjsku? I wsadza cię ten głos do karceru, kiedy chcesz do mnie przemówić? I Ty Bóg, drżysz, że możesz być za chwilę rozstrzelany za ludzkość i postawią cię przed oddziałem striełków z czerwoną gwiazdą na czapce? I wrzucą do nieznanego dołu i przytupią butami? I nie będziesz mógł zmartwychwstać? A głos kosmicznego żandarma powie przed rozstrzelaniem: „Jeszczo niebolszaja prowierka...”

      Jakże to, ty Ruski, byłbyś bogiem nad Bogiem? Nie, Bóg nie mówi żadnym językiem, bo wszystkimi mówi jednocześnie. I rozumieją go ludzie i aniołowie. A potem zdawało mu się, że jest z kolegami w małej uniwersyteckiej salce, gdzie odbywały się ich filozoficzne seminaria. I znów ktoś otworzył drzwi seminarium i wołał po rosyjsku w zimnym przeciągu. Ale to naprawdę ktoś wołał po rosyjsku w uchylonych na mróz drzwiach baraku.

      Zaś dniem, kiedy włóczył się pomiędzy barakiem a budynkiem, myślał z troską: przecież ja jestem na drodze do zupełnej wariacji, to już nie są moje wiersze, w których spierałem się z Bogiem, wołałem do Niego lub od Niego się oddalałem. To już maligna, zacierająca granicę między majaczeniem a myśleniem, a nawet poetyckim marzeniem, choroba pryczy i baraku, konwulsje mózgu wygłodzonego brakiem ciepła i obecności najbliższych. To metafizyka głodu i niewoli, ale co z nią zrobić? To metafizyka mojej obozowej choroby i jeśli nie wezmę się w garść, zginę. Albo wierzyć przestanę i w Boga, i w życie.

      A teraz Jan siedział na najwyższym ze schodów, prowadzących, wiedział o tym wyraźnie, do podziemi budynku więzienia. Przyjechali nad ranem z obozu do tego miasta. I byli już piątą z kolei czwórką wywołaną z celi charkowskiego więzienia. Przesłuchanie? Po tym etapie w pociągu? Po co? A może zwykła zmiana celi? To dlaczego tu siedzą, czekając na kolejne wywołanie? Tu myślenie natrafiało na jakąś barierę, podobną do tej, przed którą zatrzymywała się ostatnimi miesiącami jego modlitwa.

      Za nimi stał enkawudysta, prosta szarża, z bagnetem na karabinie i kurzył machorkę. Siedzieli cicho, nawet nie próbowali szeptać ze sobą. Jan miał zawsze nadzwyczajny słuch, a były chwile, kiedy ten słuch potęgował się. Kiedy wyprowadzono pierwszego kolegę, po pewnej chwili usłyszał z dołu coś, co przypominało stuk zatrzaśniętych daleko drzwi. Skupił się, gdy wzięto Wojnarowskiego, który siedział przy nim. Właściwie nie wywoływano z nazwiska, funkcjonariusz z krótką bronią wychodził ze wskazanym. Po dłuższej chwili, była to może minuta, a może trzy, Jan usłyszał głuchy stuk zatrzaskiwanych drzwi. Dlaczego zatrzaskują? Ale gdy wywołano ostatniego i został już sam i po dwu minutach usłyszał jak spod ziemi, spod siebie, ten sam stuk, przebiegła w nim myśl szybka a pewna. „Chyba tak”, pomyślał w odpowiedzi tej myśli. Całe ciało czuł drętwe, a jednocześnie rozpalone, zaczął się trząść.

      I niespodziewanie przeszyła go druga, błyskawiczna myśl: list dziecka był od Boga, to przecież najwyższa modlitwa, dzięki Ci, wiem już, że nie bluźniłem. Z dołu słychać było wstępujące kroki tego enkawudysty, który szedł po niego. Wtedy Jan usłyszał swój własny szept: – Ojcze nasz... „Suczka ma pieski, takie śliczne, w łatki, szkoda, że nie możesz zobaczyć...” Który jesteś w niebie... „Ciapek, mnie bardzo się podoba i tak podskakuje i liże mnie...” Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja... „Tatusiu, kiedy ty wrócisz? Czy tobie jest ciepło?...”

Funkcjonariusz już wrócił i skinął ręką, wtedy Jan powiedział głośno:

      – Jako w niebie, tak i na ziemi...

      Ale funkcjonariusz przed nim ze złą twarzą burknął:

      – Czto ty, mołczi, pajdiom, no idi, idi so mnoj!...