DŁUGIE RĘCE
W powracającej świadomości Iwan pomyślał: „Znów za dużo wypiłem”. Ale zaraz poczuł ten ohydny zapach, ręce i nogi miał nie swoje, próbował poruszyć, były jak martwe. Otworzył oczy i zaraz je zamknął. Siedział na tylnym siedzeniu samochodu, związany, była noc, jechał gdzieś między dwoma typami, z którymi pił wczoraj w pubie. Mówili po rosyjsku:
– Uważaj, chyba się budzi.
– Już niedaleko.
Znów wpółotworzył powieki. Jechali jakąś boczną drogą, w świetle reflektorów przechodziły widmowe drzewa, skrawek pola. No, to koniec, na pewno koniec. Już mnie nie wypuszczą. Iwan poczuł, jak do oczu napływają łzy. Zamknął powieki i starał się nie poruszać. Był półprzytomny. Przez te łzy napływały obrazy, tak wyraźne, jak gdyby to było wczoraj.
Kilka lat przed tą drugą polską wojną nie-wojną, ojciec wrócił z łagru. Iwan patrzył, jak płakała matka na widok tego starego, zmalałego, skurczonego mężczyzny, który mówił teraz prawie szeptem i wciąż oglądał się za siebie. A ojciec wycierał łzy kładąc Iwanowi i Darii rękę na głowie. Na wsi łzy były tak rzadkie, że nie dało się tego zapomnieć. Potem ojciec czas jakiś wprawiał sąsiadom szyby, był szklarzem amatorem, na pracę przy gospodarstwie nie miał już sił. Długo we wsi i w domu nie zabawił. Była rozmowa z kołchozowymi, dawnymi sąsiadami, i jeden, dobrze pijany powiedział:
– Cóż, Kriwoziercow, może niesprawiedliwie cię do łagru posłali?
Ojciec, który normalnie nie odzywał się, powiedział nagle suchym, cichym tonem:
– Niech ich Bóg sądzi za taką sprawiedliwość!
Po trzech dniach wezwano ojca na posterunek NKWD i przewieziono samochodem do Smoleńska, sąsiedzi widzieli. A potem, bardzo prędko nadeszła wiadomość, że osądzony na dalekie łagry – zmarł. Nie był w specjalnym zdrowiu, ale tak szybko umrzeć? Na pewno rozstrzelany. Wszyscy wiedzieli, że najczęściej to właśnie oznaczała formuła: „bez prawa korespondencji”.
Od tego czasu w Iwanie żywe było tylko jedno uczucie: nienawiści. Toteż odetchnął z ulgą, gdy zwolniono go od wojska po gruntownym przebadaniu wzroku i stwierdzeniu silnego astygmatyzmu. Zajmował się we wsi różnymi pracami i wyuczoną w szkole tokarką metalową.
Samochód podskoczył na jakiejś dziurze, Iwan ocknął się, otworzył oczy. Tych dwóch siedziało szczelnie koło niego.
– Może by go tutaj załatwić? – usłyszał po rosyjsku. To nie było do niego, to było o nim. Mijali jakieś na chwilę wynurzające się z ciemności krzaki. Jeden powiedział coś po angielsku do kierowcy, tamten odpowiedział krótko z przeczącym akcentem w głosie. Jechali dalej.
A potem pod powieką pojawił się ten dzień, kiedy zobaczył czornyje worony na drodze z Gniezdowa do lasu katyńskiego.
– Finowie – powiedziała Daria – chyba ich rozstrzeliwują.
To nie byli Finowie. Powiedział mu znajomek, który widział, jak wysiadali z wagonów w Gniezdowie. Widać ich było tylko przez krótki moment, za krótki żeby przyjrzeć się twarzom, ale wystarczająco długi, by w tym powtarzającym się rytmie wyładowywania dokładnie rozpoznać mundury. To byli polscy oficerowie. Iwan widział i czuł wszystko, nawet kiedy nie widział. Kiedy mu tylko mówiono o transportach ze stacji do lasu. Wiedział, że to są tysiące ludzi. A nad wszystkim unosiła się stara, zmęczona twarz jego ojca.
– Uważaj – powiedział ten z prawej strony Iwana do towarzysza – odzyskuje przytomność.
Ale Iwan właśnie zagłębiał się w nowe majaczenie. Oto przetacza się front przez Gniezdowo i Smoleńsk, w daczy nad Dnieprem mieści się jakaś niemiecka jednostka wojskowa. Iwan nie myśli o polskich oficerach, Iwan śledzi komunikaty z frontu, który stoi już pod Moskwą. Słucha ich z zaciśniętymi zębami, wie że zwycięstwo Niemców, cokolwiek by przyniosło, oddali w bezpowrotną przeszłość sowiecką władzę. Ale póki losy wojny się rozgrywają, Iwan milczy z zaciśniętymi zębami. Za dużo wokół tych, którzy słuchać i pamiętać gotowi, a Iwan nie chciałby po zmiennych kolejach wojny podzielić losu ojca. I raz myśli o ojcu, a raz o tych polskich oficerach. I gdy front zaczyna się znów przybliżać, Iwan wie już, że nie pozostanie w Gniezdowie, ucieknie jak najdalej na Zachód, a potem – zobaczymy. Ale nim do tego dojdzie, należy pokazać Niemcom, światu, co kryje las. Dlatego pewnego zimowego popołudnia Iwan krzyczy prawie do znajomka, pełniącego rolę tłumacza niemieckiej żandarmerii polowej:
– Powiedz im, że Sikorski szuka wciąż swoich oficerów, a oni leżą tutaj, w katyńskim lesie.
Nie ma czasu, nie ma czasu, front stoi, ale jutro będzie słychać huk dział, toczą się wielkie bitwy, nie zapewniające zwycięstwa Wehrmachtowi.
I kiedy Iwan przy pomocy starego Kisielewa pokazuje wreszcie Niemcom zamaskowany grób, z którego wydobywają zwłoki w polskim mundurze, wie, że i jego los już się zdecydował. Nie może zostać w Gniezdowie. Wieczorem tamtego dnia chwyciły go dreszcze, czuje je tutaj w podskakującym na wertepach samochodzie. W gorączce nieustannej i potach spędzi kilka tygodni w chałupie, a kiedy wyjdzie, nad lasem będzie już powiewać flaga Czerwonego Krzyża. Iwan będzie szukał robotników do prac ekshumacyjnych, będzie się kręcił po tym niewielkim terenie, przyzwyczai się do fetoru trupów, będzie rozmawiał z wycieczkami zagranicznymi i członkami komisji.
– Jestem tu, bo nie mogę znaleźć mogiły mojego ojca – powie pewnemu Polakowi. Znają go funkcjonariusze niemieckiej żandarmerii, ma zawsze prawo wstępu.
Mijają trzy miesiące, jak złowrogi sen na cmentarzu, a w końcu września Iwan stoi już na szosie na Witebsk pragnąc zatrzymać jakąś niemiecką ciężarówkę cofającego się frontu. Dotrze pod Berlin i będzie tam pracował z innymi uciekinierami w niemieckim przedsiębiorstwie. I znów usłyszy zbliżanie się Armii Czerwonej, ale wie że zbliża się i ta druga, amerykańska. Piechotą przemyka się pośród niemieckich uciekinierów i jednostek w rozsypce, świadomy niebezpieczeństwa. W maju płacze z radości widząc Amerykanów. Wędruje z napotkanym towarzyszem, Polakiem. I ten raport, który składa przez tłumacza pierwszemu napotkanemu posterunkowi żandarmerii amerykańskiej. On Iwan, wie o rzeczy ważnej, niesłychanej, o prawdziwej wersji strasznego morderstwa na polskich oficerach. Ale oficer trzymający jedną nogę na stole, śmieje się i radzi, aby złożył meldunek żandarmerii sowieckiej, stacjonującej o kilkadziesiąt kilometrów dalej. Daje mu papierosa.
  O, znów uciekają z towarzyszem, klucząc, kryjąc się przed amerykańskimi jeepami, przemykają jeszcze bardziej na Zachód, aż po miejsce stacjonowania polskich oddziałów wartowniczych. Iwan wie, że dotarł już do właściwego miejsca, składa raporty, zapisywane zaraz na maszynie. Ale teraz kto odważy się oskarżyć zwycięską Armię Czerwoną, bo chyba nie Polacy, których kraj jest w rękach NKWD. Polacy przerzucają Iwana do Włoch, tam jest więcej ich jednostek i tam znów rozpoczynają się polskie przesłuchania. Iwan pije dobre włoskie wino, za dużo pije, przeklina sowiecką władzę i władze amerykańskie. Napotkani tu i tam Rosjanie kryją się, wyłapywani przez agentów rosyjskich i miejscowych komunistów. Iwan nie wątpi w to, jaki spotka ich los po powrocie do Rosji.
  Ale Polacy, którzy mówią mu, że jest najważniejszym świadkiem lasu katyńskiego, załatwiają jego wyjazd do Anglii, a nawet miejsce w obozie przejściowym DP. Tam z podobnymi jak on, wegetuje, po wypłacie nędznego zasiłku pije i wali się na łóżko w baraku dla takich jak on. Któryś mu kiedyś powiedział, mógłby być jego przyjacielem, ale nie zabawił długo:
– Ty Iwan, nie rozprawiaj, a zwłaszcza o tym wszystkim, jak nie wiesz z kim.
– A czemu? – najeżył się.
– Ważne rzeczy widziałeś?
– No i co?
  – Długie ręce – powiedział tamten i odszedł.
  Iwan zastanowił się, nawet nie perorował jakiś czas. Ale oszukiwał go spokój szkockiego miasteczka z sennymi policjantami i powolnymi ludźmi. Spokój uśpił go. I właśnie dlatego te dwie postaci koło niego, mówiące czysto po rosyjsku, przyciskały go do twardego siedzenia podskakującego samochodu. Zdawało mu się, że słyszy: „Długie ręce...” Ale to było tylko:
  – Sprawdź mu ręce.
  Pomacali sznur zadzierzgnięty wokół nadgarstków. I nagle Iwan przypomniał sobie, że zna to wiązanie: widział je na trupach oficerów wydobywanych z dołów. Zaczął się trząść, zrobił nadludzki wysiłek i rzucił się głową naprzód, ale cztery ręce przygięły go znów brutalnie do siedzenia. Odurzenie po chloroformie już mijało, ale był bardzo słaby. Jeszcze pół godziny tej jazdy i samochód skręcił na jakąś łąkę, bo rzucało miękko, i zatrzymał się.
„Teraz” – pomyślał Iwan, ale oni założyli tylko knebel i omotali twarz, wyciągnęli go z samochodu. Było zimno, wiał przenikliwy wiatr, był w koszuli i bluzie, tak jak wywołano go z pubu. Nie było księżyca, przez szczeliny w chmurach pokazywały się gwiazdy. „Takie same, takie same” – przyszło mu do głowy.
  – Eto zdies’ – powiedział kierowca, nie po angielsku, ale nagle po rosyjsku. „Takie same” – mówił sobie Iwan, jakby miał czas jeszcze na robienie porównań. „Jak co? Jak nad katyńskim lasem...”
  Szedł, próbując opierać się, ale nogi miał związane, tak jak koń na pastwisku, robił tylko drobne kroczki. Ciągnęli go, ująwszy z obu stron pod ramię. Szopa była blisko. Ten trzeci wyjął z torby sznur i przerzucił go przez coś w rodzaju belki. Iwan słyszał jego kroki z tyłu. Czuł ogromne znużenie, przestał się trząść, nogi się pod nim ugięły. Myślał szablonowo o strzale z tyłu, ale raczej zrozumiał niż poczuł sznur założony na szyję. Sznur dociśnięto i wtedy ci dwaj skoczyli na pomoc trzeciemu i wspólnie podciągnęli Iwana na wysokość metra od ziemi. Sznur zapętlili o inną belkę. Światło latarki musnęło Iwana po oczach, dusił się. A potem zapadła ciemność. Nikt nie wie, czy dlatego, że latarka została zgaszona, czy dlatego, że ta ciemność była już w jego zmysłach i świadomości. Nie słyszał więc także hałasu zapuszczanego silnika i odjeżdżającego samochodu.
Ciało Iwana Kriwoziercowa, głównego świadka zbrodni katyńskiej, znaleziono pod koniec 1947 roku powieszone w szopie czy w wiejskiej ustronnej stodole, kilkanaście kilometrów od pewnego miasta w Szkocji. Koroner, zawiadomiony dwa dni później przez właściciela szopy, orzekł samobójstwo przez powieszenie. Udało się ustalić, że wisielec był mieszkańcem domu dla imigrantów. Nierzadko tacy popełniali samobójstwo. Skąd jednak koroner mógł wiedzieć, kim naprawdę był Iwan? Żadnego więc śledztwa nie było. Dopiero w jakiś czas później zniknięciem Iwana zaniepokoi się inny świadek zbrodni w lesie, pisarz polski. Nie dowie się niczego, jedynie po interwencji u członka parlamentu, otrzyma kopię orzeczenia koronera. Grób Kriwoziercowa już wtedy prawdopodobnie był nieznany.