Prawie dziecko
25.12.2005


PRAWIE DZIECKO

     Major T., szef NKWD w Kalininie, mieście, które przed rewolucją nazywało się po prostu: Twer, schodził schodami gmachu więzienia przy ul. Sowieckiej. Windy nie było. A szedł do miejsca, do którego innymi, osiatkowanymi i chronionymi schodami, sprowadzano polskich więźniów, przywiezionych właśnie kolejowym transportem z obozu w Ostaszkowie.

      W więzieniu stłoczono ich po kilkudziesięciu w celach, przeznaczonych najwyżej na dziesięć osób. Tyle, że nie było gorąco w połowie kwietnia, ale i tak potwornie duszno, nie dostali wody, a ostatni raz jedli skąpo w wagonie poprzedniego dnia. Strażnicy nie reagowali na krzyki i bicie w drzwi. Ludzie przecisnąwszy się z trudem załatwiali się do kubła w kącie celi. Starsi i mniej wytrzymali fizycznie mdleli. Nadzieją było tylko to, że od początku godziny nocnej, kiedy górny otwór zamaskowanego deskami więziennego okna stał się czarny, wywoływano ludzi z celi, po kilku, mniej więcej co pięć minut. Robiło się luźniej. Ale dokąd prowadzono wywołanych? Oto pytanie.

      Do innych, normalnych cel? I co stało się z rzeczami, tymi nędzarskimi węzełkami, które odebrano im przy wysiadaniu z pociągu i rzucono na inny samochód? Czy teraz je zwrócą? Węzełki nędzarskie, ale wiadomo, dla każdego więźnia stanowiły jego skarb. Chociaż skarby największe, a więc przede wszystkim listy od rodziny, fotografie najbliższych, chowano w najtajniejszych kieszeniach, zaszywkach ubrania czy nawet w butach. Ktoś miał w kieszeni miniaturowe szachy, pracowicie wyskrobane z kawałków drewna w obozie, w drugiej kieszeni kawałek płótna, podzielony na sześćdziesiąt cztery pola.

      Jedno było oczywiste. Z wywołanych do celi nie wrócił nikt, a upłynęła już dobra godzina tej kwietniowej nocy. Ale ci, co myśleli o tym wszystkim źle, a krótko mówiąc – najgorzej, siedzieli lub stali cicho z przymkniętymi oczami i żaden nie zdradził się ze swoich myśli nawet słowem. Tak czy inaczej, niech się skończy obecna męka.

      Major T., schodzący właśnie służbowymi schodami, starał się bywać tam, na dole, w krasnom ugołkie Czy mówiąc inaczej leninskoj komnatie, a po polsku: w czerwonym kąciku i leninowskim pokoju, jak najrzadziej.

      Robił wszystko, żeby swój udział w egzekucjach Polaków zminimalizować w oczach świadków z własnego urzędu, tak jak starał się o to wobec swych najwyższych zwierzchników. Formalnie odpowiedzialny za egzekucje i los przesyłanych do kalinińskiego obwodu więźniów, pragnął wyizolować się praktycznie. Nie działo się tak dlatego, żeby specjalnie raziło go to odnowienie praktyki terroru, gdyż bądź co bądź obecny terror nie dotykał swoich, lecz obcych, stając się jakby nie terrorem, lecz przedłużeniem wojny. Oni polaczki, ja russkij, to powinno być obojętne. Nie było jednak, choć nie dlatego, żeby obchodził go bardzo los tych Polaków. Myślał o sobie. Był jednak świadkiem niezwykłego terroru. Jako człowiek, który objął szefostwo obwodu NKWD po czystkach Jagody i Jeżowa, zdawał sobie sprawę, że ludzi, pozostających bezpośrednio pod rozkazami wyżej wymienionych i za terror odpowiedzialnych, z reguły wymieciono. Mówił „wymieciono”, ale wiedział, że oznaczało to kulę w tył głowy po wyroku specjalnym sądu, albo i bez wyroku, lub zsyłkę do obozu dalekiej Północy, skąd dla takich, po wyrokach dwudziestu pięciu lat, powrotu na pewno nie było.

      Krótko mówiąc, szef kalininskoj obłasti, który głupim człowiekiem nie był, bał się, że w przyszłości rozpocznie się usuwanie świadków nowego terroru, świadków i ludzi odpowiedzialnych. Kobułow powiedział mu: „Ani jeden żywy świadek”. W tym powiedzeniu niewątpliwie chodziło o jeńców i o postronnych świadków obecnej egzekucji, spoza kręgu NKWD, ale co to będzie znaczyło za pół roku, za rok? Dlatego nie mogąc się nie pojawiać w czerwonym kąciku, czyli ostatnim miejscu, z którego Polacy wychodzili żywi przed wejściem do kamery rozstrzeliwań, starał się to robić jak najrzadziej. Oczywiście zachowywał się jak najbardziej formalnie i służbowo, miał na sobie swój mundur z kolorowymi rombami NKWD.

      W tym samym czasie po drugich schodach, wewnętrznego więzienia, w eskorcie strażników schodziło czterech Polaków w mundurach Korpusu Ochrony Pogranicza. Wśród nich tylko jeden porucznik. Podstawa uwięzienia nie stosowała się tutaj tylko do oficerów, lecz do całej formacji. Wśród nich schodził Tadzio Sulejski, którego koledzy wołali w szkole Tadźka, bo pochodził spod Wilna. Tadzio złożył podanie o przyjęcie do KOP-u i na kurs radiotelegraficzny, podobała mu się ta służba i chciał w niej zostać. Czekał długo, prawie pół roku, nim dostał list z pozytywną odpowiedzią. Bo ojciec miał Krzyż Walecznych za kampanię 1920 roku, a Tadzio w szkole uczył się dobrze. Do służby poszedł wiosną 39 roku.

      I tyle tej służby Tadzia, ledwie parę miesięcy w nadgranicznej strażnicy KOP. Tadzio obsługiwał polowy telegraf i telefon. Niewiele było też pracy poza ćwiczebnymi meldunkami. I tylko ten ostatni, najprawdziwszy utknął mu w pamięci. Wczesnym rankiem przybiegł sierżant i kazał mu nadać otwartym tekstem: „Sowieci przekraczają granicę!” Potem rozległy się strzały, wycofywali się i wyszli wprost na patrol krasnoarmiejców. Sierżant został na miejscu, a reszta – obozy przejściowe, wreszcie Ostaszków. Teraz schodził po schodach myśląc, że za chwilę się dowie, dokąd poszli tamci.

      Po duchocie celi odetchnął, a nawet wrócił mu uśmiech, za który go tak lubiano, i który oznaczał szczególnie uczynny stosunek do ludzi. Za młody był Tadźka, żeby sobie wyobrażać scenariusz jakiejś sytuacji, z której nie byłoby już wyjścia. Chciał to powiedzieć kolegom, ale coś w spojrzeniu strażników powstrzymało go od mówienia.

      Major Stiepan Dimitriewicz zamienił kilka słów z dyżurnym strażnikiem, który siedział za stołem przykrytym czerwonym płótnem i miał przed sobą dzisiejszą listę. Otwarły się drzwi i weszło dwu polskich KOP-istów. Jeszcze dwu czekało za drzwiami pod strażą. Jeden z tych, co weszli, niewysoki, drobny, chłopięcy, prawie dziecko, uśmiechnął się do Stiepana Dimitriewicza, który zapytał:

      – Kak wasza familia?

      I stanął tak, żeby drzwi, za którymi zakładano więźniowi kajdanki i wprowadzano go w następne, prowadzące już do „kamery śmierci”, znalazły się za plecami Tadźki. „Mój byłby w tym wieku” pomyślał Stiepan Dimitriewicz. Parę lat temu nieletni jeszcze syn majora utopił się i później dzieci już nie mieli.

      – W którym roku się urodziłeś – zapytał, myśląc, że chłopiec jest tu może przez pomyłkę, że nie ma jeszcze osiemnastu lat. Miał prawie dziewiętnaście.

      – Co robiłeś – zapytał, jakby chciał opóźnić odkreślenie nazwiska Tadzia na liście i wejście w następne drzwi.

      – Niewiele – powiedział Tadzio – nadałem wszystkiego kilka telegramów – i pokazał naszywkę telegrafisty na bluzie.

      Uśmiechnął się znów. Major wiedział, że może opóźnić odkreślenie nazwiska Tadzia na liście najwyżej jeszcze o jedno pytanie:

      – A matka żyje? – i gdy Tadzio z uśmiechem kiwnął głową, major powiedział niespodziewanie miękko:

      – No, idź już! – i wskazał miejsce przed stołem, naprzeciw sprawdzającego listę. Nie ośmielił się poklepać Tadzia po ramieniu. Gdy zamknęły się za Tadziem drzwi, podszedł do drugich drzwi służbowych, by wyjść na korytarz. W tej właśnie chwili gdzieś, jakby bardzo daleko stuknęły inne drzwi. Drzwi? Wtajemniczony wiedział, co oznaczał ten stuk. Major wzdrygnął się i przypomniał sobie uśmiechniętą twarz Tadzia. Nie wiedział jeszcze, że twarz tę będzie sobie przypominał nawet w późnej starości, gdy oczy jego nie będą już wiele widziały ze świata.

      Major wracał schodami do swego gabinetu. Na każdym podeście wartownik. Warty wzmocniono ze względu na ostre pogotowie.

      „Cóż – pomyślał Stiepan Dimitriewicz – gdyby nie służba w KOP-ie i gdyby nie był Polakiem, a Ruskim, prawie dziecko, jak mój.”

      Szedł już po miękkim dywanie w części biurowej i nie mógł się opędzić od niemiłej myśli. Ale nim doszedł do drzwi swego gabinetu, zreflektował się:

      „Wot, ty durak! Teraz prawie dziecko, a co byłoby za pięć, dziesięć lat!? Polak i wróg Sowieckowo Sojuza...”

Służba więzienna wyrzuciła już zwłoki Tadzia na wewnętrzne podwórko, gdzie czekała ciężarówka przykryta plandeką. Działali szybko, rutynowo, i nie przypatrywali się ofiarom. I tak by zresztą nie dojrzeli, czy stary, czy prawie dziecko. W świetle jednej słabej żarówki na murze niewiele było widać.

      Gdy profesor medycyny sądowej po pięćdziesięciu latach pokazywał pewną czaszkę właśnie wyjętą z tego tam zbiorowego dołu, zwrócił uwagę:

      – Bardzo młodziutki, jeszcze nie wyrznęły się zęby mądrości.

      Ale kto by tam wiedział, jakie miał imię? Janek, Kazik, czy jakiś Wilniuk Tadźka? Dziś może i wszystko jedno.