Brzytwa Solingen
24.12.2005


BRZYTWA SOLINGEN

     Orzeczenie lekarskie wydane po śmierci Władimira K. nie zachowało się. Było jednak niegdyś przypięte w aktach, jak należy. Dużo byś się jednak z niego nie dowiedział: „Zejście śmiercią samobójczą przez otworzenie tętnicy szyjnej, w wyniku ciężkiej depresji”. Aha, jeszcze pieczątka: „Sowierszenno siekrietno” – ściśle tajne. Oficjalnie bowiem podano, że Wołodia zmarł na nagły atak serca. Członek straży więziennej i uczestnik egzekucji NKWD nie może popełnić samobójstwa.

     I kto by pomyślał. Stało się to w połowie maja 1940 roku, kiedy wielka fala wykonywania egzekucji na Polakach już przeszła. Rozstrzeliwano dwa ostatnie, niewielkie transporty. Nie brano już właściwie ochotników ze straży więziennej, strzelali rutynowi pracownicy. Ale w ostatniej chwili zachorował jeden z wyznaczonych pracowników i komendant powiedział:

     – Wołodia? Pójdziesz? Będą potem dawać premię.

Wołodia sam nie wiedział, dlaczego nie ma chęci, ale poszedł. Bo jak tu odmówić komendantowi?

     Ale potem zrobiło się coś niedobrze. Ostatni tydzień, prawdę powiedziawszy, Wołodia przychodził do pracy, jak to mówią, na ostatnich nogach. Pił. Pił sam, bez towarzystwa, wyciągał co dzień pół litra, albo i więcej, rzygał lub nie, rzucał się na wyro i rano dopiero wsadzał głowę do miednicy z wodą. Mieszkał w sublokatorskim pokoju w Smoleńsku u takiej jednej, co rzucił ją mąż. Coś tam czasem między nimi było, ale zażyłości lepszej, żeby tak powiedzieć – żadnej. O pracy swojej mówić nie mógł i nie chciał. A poza tym, o czym tu mówić. Więc i na jego pijaństwo nikt nie zwracał uwagi, jednym słowem pił, jak wychodziło. Na umór.

     A wszystko dlatego, że po likwidacji ostatniego transportu coś się z Wołodią takiego zrobiło. Pewnie przepracował się. Ale jak się człowiek przepracuje, to się potem napije, odeśpi i wszystko znów jest dobrze. Wołodia jednak i pił, i spał, a ciągle było z nim źle. Na ścianie wisiała kiedyś ikona, jak się sprowadził. Tę ikonę odwrócił do ściany i z tyłu przykleił fotografię pierwszomajowego pochodu z Moskwy, wyciętą z czasopisma. I proszę, teraz coś go napadło, dwa razy wieszał ikonę normalnie, ale po chwili znów odwracał ją do ściany, jeszcze by kto zobaczył.

     – Opium dla ludu – powiedział wreszcie Wołodia po trzecim razie i już ikony nie odwracał. Ale nie było mu nic lepiej.

A wreszcie powiedział sobie, czego nikomu by nie powtórzył:

     – A mnie to już obrzydło, zabijać i zabijać, przykładać pistolet do karku.

     – A że to piękny obowiązek, to nic? – pytał siebie i zaraz sam sobie odpowiadał: – Szlachtować świnie też nie każdy chce i może.

     Tak przecież było kiedyś, dawno już, jak był dzieckiem, w jego rodzinnej wiosce. Jak się taki, co nie umie, zabierał do roboty, w całej wiosce rozlegał się kwik zarzynanej świni. Bo tamten się nie nadawał i długo nie potrafił jej dorżnąć do końca. – Nie można tak – powiedział surowo ojciec z nad swojej siwej brody – boże stworzenie też się męczy. – A ikony surowo patrzyły spod sufitu. Wołodia o wszystkim zapomniał, ale teraz po wielu wódkach nagle stawała przed nim twarz ojca. „Nie można tak”.

     – Co ci jest – zapytała raz ona, ale wcale nie czekała na odpowiedź.

     A jemu zdawało się, że wciąż słyszy teraz kwik tamtej zarzynanej świni z dzieciństwa. Jak wypił, to przechodziło, ale jak budził się w nocy – wracało.

     – To nienormalne – mówił i pociągał ze szklanki po musztardzie. – I czemu to – mówił sobie – przecież zawsze strzelam celnie i nie ma problemów.

     To tylko jego zmiennik kiedyś pospieszył się i strzelił trochę z boku. Jeniec upadł i jęczał, a Wołodia przypomniał w tej samej chwili kwik z wioski, kiedy był dzieckiem. Tamten poprawił jednym strzałem i wszystko ucichło. – Więc dlaczego – pytał Wołodia – dlaczego? Przecież ja umiem. A że świni bym nie umiał... to i cóż z tego?

     Ale w końcu nad ranem Wołodia przysypiał mocniejszym snem i rano znów szedł do pracy. Nalewał wody do miski, przynosił trochę gorącej wody z kuchni i namydlał pędzel. Pędzel był lada jaki, włosy wciąż wyłaziły i Wołodia zacinał się z powodu nich. Z powodu włosów, gdyż brzytwę miał znakomitą. Dostał ją po ojcu, a ojciec przywiózł ją z frontu w czasie pierwszej wojny. Kupił, znalazł, zabrał z jakichś niemieckich taborów, Wołodia nie wiedział. Brzytwa była z najlepszej stali, niemiecka. Nikt ze znajomych takiej nie miał. Wzdłuż grubszej części ostrza widniał napis: Solingen.

     Ten napis Wołodia odczytywał prawie codziennie, przed goleniem. Jak Wołodia wyostrzył dobrze brzytwę na skórzanym pasku, zaczepionym o krawędź żelaznego łóżka, można się było ogolić nawet dwa razy. A gdyby wziął długi włos i rzucił na brzytwę, nie naciskając wcale, włos w zetknięciu z ostrzem dzielił się w powietrzu na dwie części. Wołodia znał cenę swojej brzytwy i zawsze dobrze ją chował. Takiej w sklepie nie kupić.

     Wołodia czekał, aż poczuje się lepiej. – Bo gorzej już być nie może – mówił i wyobrazić by sobie nawet nie mógł. Jednak stało się. Nie lepiej, ale gorzej. Było tak. Część ekipy egzekucyjnej już wyjechała, inni poszli na urlop. Wygląda Wołodia przez okno na podwórko więzienne i widzi, że wjechał mały czornyj woron i z niego wyprowadzają trzech polskich oficerów w kierunku podziemi, gdzie strzelało się czasem swoich, Ruskich. I zaraz wszedł naczelnik:

     – Władimirze Piotrowiczu – powiedział – niespodziewanie dosłali nam jeszcze trzech ostatnich z Kozielska. Wyrok trzeba wykonać zaraz, nie czekając. Jesteś w tej chwili w więzieniu jedyny z ekipy. Zajmie ci to małą półgodzinkę z przygotowaniem, pomocnicy na dole są i protokolant. A tych, wiesz, ciężarówką potem do lasu, szoferzy się zajmą.

     Wołodia czuł, że nie potrafi tego już zrobić, ale naczelnikowi odmówić, wiadomo, nie mógł. Bo i kto to w tej chwili zrobi? W gardle czuł jeszcze przepitą noc.

     – Prawilno – powiedział – a Walter jest?

     – Broń jest na dole – powiedział komendant i wyszedł.

Wołodia wyciągnął szufladę, tam zupełnie w głębi miał trochę czystej w manierce, tak na wszelki wypadek. Bo w pracy broń Boże, nie pił, chyba wychodząc. Teraz wypił wszystko i w jakimś dziwnym stanie zszedł na dół, schody były miękkie, jakby w nich były sprężyny. I on sam był miękki, jakby rozkręcała się w nim jedna wielka sprężyna.

     Pierwszy, wprowadzili go w kajdankach.

     – Pod ścianę, tyłem – krzyknął – wtoraja prowierka.

     Wyniesiono dwa ciała, trzeci to był chyba ich kapitan, rosły, w średnim wieku. Wołodia czuł swoje nogi na sprężynach i spóźnił się ze strzałem może o sekundę. To bardzo dużo. Tamten nagle odwrócił głowę, zobaczył pistolet i zaczął krzyczeć, i rzucać się. Dwaj z obstawy odskoczyli. Oficer zrobił krok w stronę Wołodii. A Wołodia strzelił, nie trafił i drugi raz wystrzelił mu prosto w pierś. Oficer przewrócił się, charczał, choć bardziej to było podobne do czegoś dla Wołodii najstraszniejszego, do świńskiego kwiku. Wołodia bardzo spokojnie już podszedł i dwa razy strzelił mu w głowę.

     Wyszedł, zdał Waltera dyżurnemu, i poszedł prosto do domu. Tam spojrzał na cztery półlitrówki stojące między łóżkiem i ścianą. Kiedy napoczynał trzecią, był już w stanie całkowitej euforii.

     – Wszystko mogę, nawet świnię zaszlachtować! – W uszach posłyszał kwik, nie wiedział już: tamten z dzieciństwa czy ten sprzed godziny. – Mogę i już! – Podszedł do szuflady i wyjął z niej brzytwę Solingen. Rozłożył i świstał nią w powietrzu. Zdjął ikonę, odwrócił i ciachnął kilka razy po obrazie. Potem po pierzynie.

     – Tak ją ciachnę, tak – powiedział i nagle zaczął wyć. – Co po takim życiu, siebie też mogę!

     Gdy pociągnął po szyi, poczuł, jakby ktoś wylał tam czajnik wrzącej wody. Brzytwa Solingen wypadła mu z ręki, chciał sięgnąć do szyi, ale natrafił ręką na strumień krwi z tętnicy i runął na podłogę.

     W akcie zejścia, tym poufnym, zanotowano: „Samobójstwo popełniono przy pomocy brzytwy znalezionej przy denacie (Solingen). Zabezpieczono, w załączeniu.” Natomiast o znalezionych butelkach alkoholu ani słowa. Normalne. Co jednak dziwne, to że gdy niedługo potem porządkowano akta, nie znaleziono już brzytwy. Brzytwa Solingen zawsze znajdzie jakiegoś amatora. Każdego by skusiła. To nie jest przedmiot ścisłego zarachowania, jak pistolet Walter.