SPOKOJNY ZACHÓD SŁOŃCA
Transporty wysyłane do Smoleńska rozstrzeliwano w dzień i w lesie. Decyzja była krytykowana, ale smoleński komendant egzekucji w porozumieniu z naczelnikiem obwodu NKWD doszli do wniosku, że tak będzie wygodniej i lżej dla całego personelu, a zwłaszcza dla rozstrzeliwujących. Można rozstrzelać w piwnicy dziesięć, nawet dwadzieścia osób, ale kilka tysięcy? Działa to bardzo depresyjnie na personel i nawet przy małej liczbie mieli rok czy dwa lata temu wypadek samobójstwa w ekipie komendanckiej, czyli wykonującej wyroki. Może się teraz bez tego obejdzie. Myślenie komendanta było pod tym przynajmniej względem słuszne. Jak pokazały dalsze historie wojny, Niemcy także zauważyli zmęczenie wykonujących wyroki, sam Eichmann dawał odpowiednie instrukcje. Stąd niemiecka preferencja innych niż rozstrzelanie metod masowych egzekucji, mimo używania na ogół broni maszynowej. A cóż dopiero masowa egzekucja przy pomocy pistoletów, ofiara po ofierze! Więc las... Rosyjski człowiek i sowiecki enkawudysta jest twardy, ale zawsze...
A jeszcze ciężarówki w dyspozycji smoleńskiego obwodu, dwie, były stare i psuły się. I przewozić tak ponad cztery tysiące zwłok?! Akcja o wadze ogólnopaństwowej, a zaopatrzenie nie stało na poziomie. Tylko pistoletów i amunicji mieli dosyć, no i czornych woronów, akurat żeby przewieźć jeńców w pobliże wykopanych rowów. Zresztą egzekucje w lesie katyńskim były już w tradycji smoleńskiego NKWD. Był jeszcze jeden wzgląd: pociągi z jeńcami z Kozielska, choć miały pierwszeństwo jako stołypinki specjalnego przeznaczenia, często przybywały do Smoleńska nad ranem. Trzeba by przetrzymywać jeńców, pozbawionych jedzenia i wody przez cały dzień, a to mogło wzbudzić jakieś niepokoje, w samych wagonach czy potem. A tak wystarczyło tylko przetoczyć je do Gniezdowa. Poza tym las to las, wzrok może trochę odpocząć.
To wszystko było powodem, dla którego Sasza mógł teraz siedzieć w lesie, o kilkadziesiąt metrów od dołów, gdzie wrzucano rozstrzelanych. Siedział na zwalonym pniu drzewa i rozkoszował się widokiem przyrody. Przebrzmiał już w lesie tępy odgłos pistoletowych strzałów, nie słychać było – rzadkich, to prawda – krzyków więźniów, wleczonych nad brzeg dołu, krótkich głosów komendy po rosyjsku, dudnienia silników w czekających z transportem więźniów czornych woronach. Najważniejsze, że ręka spracowana od odrzutu przy strzale mogła odpocząć.
Wreszcie nic nie piliło, można było tak chwilę posiedzieć. Był koniec kwietnia i czas nadspodziewanie ciepły. W ciągu dnia przechodziły obłoki, ale teraz wypogodziło się całkowicie i słońce dobrze już przygrzewało. Wróciły głosy ptaków, spłoszonych hałasem w ciągu dnia. Popatrzył do góry.
– Przecież nie zostawią gniazd – powiedział. A ten stuk? Najprawdziwszy dzięcioł siedział na niezbyt odległym drzewie i kuł w pień. – Mały kaliber – zaśmiał się Sasza. – Wiosna wreszcie przyszła, to i on przyleciał.
Trawa w lesie zaczynała już dobrze zielenić się po wiosennemu. Na źdźble koło siebie zobaczył jakiegoś żuka, który cierpliwie pełzł pod górę. A na ziemi trwał jeszcze ruch czerwonych mrówek. Szły jedna za drugą od jakiegoś, im tylko wiadomego miejsca, do innego. Sasza przypomniał sobie, że w szkole był dobry z biologii. Wolał to, niż lekcje rosyjskiego. Chodzili czasem z Nadieżdą Pietrowną na łąkę i przypatrywali się roślinom i owadom. No proszę, zapomniał o tym wszystkim w wirze dorosłego życia, pracy, codziennego kołowrotu. Tyle wciąż pracy, że nawet nad Dniepr, na ryby, chodził rzadko, czasem po pracy coś jeszcze robił w ogródku koło domu.
Tu, gdzie siedział, trawa była nienaruszona. Koło rowów była całkowicie przysypana piaskiem, a gdzie nie było piasku, zadeptana, zrudziała od krwi. Z każdym dniem gorzej. Nagle wrócił obraz, ukryty gdzieś pod powieką, zapomniany. Stał obok, gdy Grisza strzelał polskiego porucznika, który runął na ziemię, najpierw na bok, potem ciężko na brzuch, a jego dłoń jeszcze przez chwilę wyrywała kępki trawy, potem rozkurczyła się, wypadło z niej trochę zielonych źdźbeł.
I nagle zadumę przerwało kilka, w regularnych odstępach, pistoletowych strzałów. „Co oni – pomyślał Sasza – jeszcze jeden czornyj woron?”
Ten obraz i ten hałas zamąciły przeżywaną chwilę, ale nie trwało to długo. To naprawdę były już ostatnie na dziś strzały. Myśli Saszy biegły leniwie, ale nie wracały do spraw związanych z pracą. Słońce zeszło już nisko, widniało przez prześwit między drzewami, mocno czerwone, zerwał się lekki wiatr i ucichł. Zapach lasu, nagrzanego dniem, stał się intensywniejszy.
– Taki dziś spokojny zachód słońca – powiedział cicho.
Odezwały się wołania kolegów, przyjechał po nich samochód ze Smoleńska. Sasza słuchał tego niechętnie, był jednak wciąż zmęczony, ale spojrzał jeszcze raz na czerwieniejące niebo zachodu, gdzie coraz bardziej zniżało się słońce. Wyżej trwały jakieś świetliste obłoczki. – No, czas – powiedział, strzepnął parę igieł sosnowych z munduru i wstał.