Gad
24.12.2005


GAD

     Iwan Postyszew był w wojskach NKWD dopiero od dwu lat, a sam miał lat niewiele ponad dwadzieścia. Pochodził ze wsi. Nie umiał za dużo, dlatego wciąż pełnił służbę wartowniczą w zarządzie NKWD w Smoleńsku. Oczywiście jeździł i w teren, konwojował aresztowanych, czasem pełnił służbę w domu otdycha nad Dnieprem. Nowe zadanie, jakie otrzymali na wiosnę 1940 roku zostało określone jako bardzo ważne, mógł wchodzić w grę i awans.

     Teraz właśnie zapadał wieczór w katyńskim lesie, chłodny wieczór kwietniowy, bo tu i ówdzie leżał jeszcze płatami śnieg. Wania miał dyżur nocny, obchód lasu, a właściwie kontrolę drogi prowadzącej od daczy do szosy, gdzie znajdował się posterunek przy bramie. Było ich trzech, wychodzili z daczy i niespiesznym krokiem szli w kierunku bramy przy smoleńskiej szosie. Po ujściu mniej więcej dwu trzecich tej drogi majaczyły świeże wykopy i rów, zapełniony ciałami polskich oficerów rozstrzelanych w ciągu tego i poprzedniego dnia. No i dobrze. Jak to powiedział koleżka, gdy szli nocnym patrolem? „Dobrze być Rosjaninem i dobrze być komunistą, i jeszcze lepiej być w NKWD. Usuwamy ze świata kontrrewolucyjne śmieci.”

     Wania sam nie strzelał, ani nie widział egzekucji. Wiedział, że strzelają specjaliści, ale także strażnicy z więzienia i szoferzy. Raz, kiedy był na bliskiej warcie, słyszał tępe strzały z Walterów i czasem zduszone okrzyki tych tam, Polaków.

      Egzekucje jak egzekucje, ale z taką ilością Wania się jeszcze nie zetknął. Wiedział wprawdzie, że po śmierci z człowieka nie pozostaje nic, najwyżej nieruchome mięso, ale gdy przechodzili kilkanaście kroków od rowu, czuł się trochę dziwnie. Przecież nie dlatego, że na wsi chłopcy straszyli się wiejskim cmentarzem, to wszystko bardzo dawno temu i Wania nie był już ciemnym chłopcem ze wsi. Ponieważ sam nie strzelał, nie miał okazji zajrzeć do dołu z trupami. Ale dziś warta wypadała tuż obok i nie było jeszcze ciemno, gdy spojrzał na dno wykopu. Ciała leżały powykręcane, jeszcze nie ułożone i tyle twarzy zakrwawionych, ściętych ostatnim grymasem śmierci. Wszystko wszystkim, a żeby się tak specjalnie przyglądać, nie miał chęci.

     Przy dołach śmierci warta dzieliła się. Jeden zostawał, dwaj inni szli do szosy, wracali, mijali wartownika, dochodzili do daczy i znów zawracali. Przy dołach jeden z nich zostawał, ten który odpoczął, szedł z drugim ku bramie. I tak po dwu wahadłowych ruchach: dacza-szosa, każdy dłużej odpoczywał siedząc na pniu koło dołów. Po czterech godzinach zmieniała ich inna trójka.

     Na podejrzany szelest należało hasłem wywołać intruza, a jak nie odpowiadał i nie ukazywał się – spuścić psa, a nawet, gdyby się coś zobaczyło, strzelać. Bądź co bądź rozkaz mówił, że straż jest najwyższego rygoru. Psy mieli dwa: jeden szedł z ruchomą wartą, drugi siedział z czekającym przy rowach. Ładne, bardzo ostre, szkolone wilczury. Na widok ludzi od razu jeżyły sierść, chyba że ten ktoś był w mundurze. Wtedy zachowywały się, jak normalne psy.

     Wania został więc jako pierwszy przy dołach. Wyjął Biełomora, zapalił i usiadł na ściętym pniu sosny, kilkanaście metrów od dołów. Pies leżał przy nim. Wiał wieczorny wiatr, szumiał lekko w liściach krzaków. Gdy zmienił kierunek i powiał od strony dołów pies zawarczał i podkulił ogon.

     – Ty, szto że – powiedział Wania i kazał mu leżeć. Był zadowolony, że ma przy sobie żywe stworzenie. Pomacał kieszeń z latarką, wyjął ją i spróbował. Świeciła, ale nienadzwyczajnie. No, baterie... Coraz chłodniej. Pociągnąć by z butelki! Ale regulamin nocnej warty wyraźnie tego zakazywał. Nawet przy takim specjalnym zadaniu. Zapalił drugiego Biełomora. Papieros papierosem, a oczy piekły i kleiły się. Jutro trochę odeśpi. Powinni dać po wszystkim jakąś premię.

     Wiatr, zaszumiało.

     I ten krzyk nagle, zduszony, ale wyraźny.

     – Stój! Kto tam!? – poderwał się z miejsca i zdjął karabin z ramienia. Celował w las obok dołów. Pies zaczął straszliwie szczekać, pobiegł w tamtą stronę, ale o dziwo zaraz wrócił, położył mu się koło nóg z podkulonym ogonem, cicho warcząc.

     Znów krzyk, ale dziwny.

     Ten krzyk niczym nie groził, żalił się. Wania zrozumiał nagle, że krzyk pochodził z dołu. Teraz nie był to już krzyk, lecz jęk przechodzący w coś jak wołanie, jak wezwanie pomocy.

      – Job twoju mat’! Nie dostrzelili jednego! – Ogarnęła go panika. Strzelić, pomocy wezwać? Zawstydził się. I o co? Powoli zaczął podchodzić. Jęk znów podniósł się, dół go niby tłumił, ale jednocześnie głos szedł z jednego miejsca, przez to wzmocniony, wyraźny.

     Co teraz? Instrukcji nie ma. Strzelać tylko do obcych z zewnątrz. Każdy nabój rozliczony. Ale pies szalał. Biegł nad brzeg rowu, wracał, warczał i szczekał. No, zabić tamtego, postanowił Wania. Stał i próbował przebić wzrokiem ciemność, tam, trzy metry niżej. Latarka! Ukazały się niewyraźne kontury zwłok w polskich oficerskich mundurach. Wszystko nieruchome, zastygłe. Ale jęk nie ustawał. Dół był szeroki na kilka metrów i długi może na dziesięć. Wania szedł obok, bał się wpaść. Który krzyczy i jęczy, który?! Zdawało mu się, że zobaczył ruch przy jednym ciele, zapamiętał, zgasił latarkę, wycelował, strzelił. Poleciał huk po lesie. Pies odbiegł i leżał cicho. W tej ciszy jak po gromie znów rozległa się jęcząca skarga, głucha, ale wyraźna.

     Tak, wyraźnie rusza ręką, jeszcze jeden strzał i teraz krzyk przejmujący, straszny. To nie był ten!

     Zarepetował. Zastrzelić drania! Zupełnie już stracił głowę. Raz i jeszcze raz! Jęk trwał.

     Ale już tupot kroków, krzyki, to biegła z powrotem druga część warty. Ktoś szarpie go za ramię, ktoś wyrywa mu z ręki karabin.

     – Wania, co ty! Co ty!

     I znów jęk. Zrozumieli. Woła Sasza:

     – Do dołu, zaraz, gdzie drabina, tu ją widziałem! Dawaj drugą latarkę!

     Zszedł po drabinie i chodził po trupach, świecił latarką, nagan w drugiej ręce. Wreszcie strzelił, ale dalej trwał jęk. Nowy strzał i jęk ucichł zduszony tym strzałem. Sasza wołał:

     – Trzymaj drabinę! – Szedł do góry. Chwycił się brzegu rowu, wycierał ręce o trawę.

     W lesie trwała już cisza, po jękach, szamotaninie, strzałach i krzykach. Górą sosen szedł chłodny wiatr.

     – Dałem mu! – powiedział Sasza. – To był chyba ich pułkownik. Najpierw jak głupi strzeliłem do trupa. Trzeba będzie zdać raport. Jak oni pracują w tym egzekucyjnym!... No, w zasadzie mają tylko jeden strzał... Wiesz, patrzył na mnie, job twoju... Strzeliłem mu między oczy. Aż głowa podskoczyła. Całą wartę nam zepsuł! Składaj raport, pisz! Gady, wszystkich wykończymy i będzie spokój!

     Wania usiadł znów na pniu, nogi mu jakoś zmiękły, trzymał rękę na sierści psa, który leżał teraz cicho i lekko drżał. Drżenie psa przeszło na rękę Wani, potem na całe ciało, wzdrygnął się. „Zobaczą” pomyślał, więc powiedział głośno:

     – Isz, jak zimno się zrobiło.

     – Powiemy – odezwał się Sasza – że strzały z góry nie dały rezultatu, więc trzeba było zejść i dobić z nagana. No, Wania, my dalej w stronę daczy, a jak będziemy schodzić, zluzuję cię.

     I Wania znów został sam, z psem. Było już cicho, cichuteńko, tylko wiatr szumiał. Pies przestał warczeć. Jednak wewnętrzne drżenie nie opuszczało Wani. I gdy koledzy z patrolu oddalili się już znacznie, zaczął nagle i niespodziewanie dla siebie cicho łkać. Ale zagryzł zęby i powoli przeszło. I tylko długo jeszcze powtarzał przez te zaciśnięte zęby:

     – A to gad... Gad wściekły... Ja mu...

     Jego myśli co chwila powracały do rowu, gdzie leżał ten, pułkownik, z przestrzeloną głową i kulą między oczami. Że też musiało wyjść na jego wartę... A na cmentarzu to co innego, od razu zasypują. „Ja bym im głowy dziurawił na sito!” Po chwili postawił karabin między kolanami, nieregulaminowo, wyjął suchar z bocznej kieszeni, odłamał i dał psu. Ale pies nie chciał brać, wiadomo, szkolony, dopiero jak wróci po służbie. Po tym wyraźnym braku kontaktu Wania znów poczuł się sam.

     Wiatr szumiał. Po chwili w ciemności na skraju rowu pojawiły się ręce i głowa z dziurą w czole i między oczami. Trup wygramolił się z rowu i powoli, strasznie powoli zaczął iść w jego kierunku.

     Wania krzyknął i obudził się. Pustka wokół, tylko pies lekko warczał. Chłopak zlany był zimnym potem. Tego jeszcze brakowało, zasnął na warcie, pewnie nie więcej niż z pół minuty, ale dobrze, że nikt nie widział. A niewiele brakowało... Już słychać jak od daczy idą jego zmiennicy.

     Wszystko przez tego, tam, pułkownika.

     – Idziesz, Wania!? – usłyszał Saszę. – Teraz ja zostanę.

     Już po wszystkim. Z każdym krokiem oddalał się od dołów i tego tam, gada.