LEKCJA, CZYLI MANEKIN
– Niektórzy to od razu, a niektórzy muszą się uczyć. A partaczyć nie wolno. To nie wojna, tu trzeba oszczędzać broni i nabojów.
Trudno było się nie zgodzić. A powiedział to nie byle kto, bo komendant NKWD. W języku urzędowym nazywano go jeszcze inaczej, mówiono o nim jako o szefie pewnego wydziału, którego nazwa niewiele wyjaśniała postronnym osobom. A przecież komendant, wiadomo, miał za zadanie wykonywanie wyroków śmierci. Przy czym regułą było rozstrzelanie z broni krótkiej. W krótkich ujęciach filmowych z okresu wielkiej rewolucji październikowej utrwalono pojedyncze rozstrzelania z broni długiej, przy użyciu zwykłych karabinów, skazany stawał przed szeregiem kilku prostych żołnierzy, czasem dostrzeliwano go z broni krótkiej. Obok był przygotowany dół. Alosza widział takie ujęcia na specjalnych pokazach filmów o rewolucji dla pracowników urzędu.
– Stare czasy, improwizacja, wynik niepewny. To znaczy pewny, ale nie od razu – przypominał komendant poufnie. – Potem używało się rewolwerów nazywanych popularnie „naganami”, które nadal posiadają czekiści, ale raczej do innych celów. I jeszcze, kak ja rabotał w Winnicy, w więzieniu, mieliśmy tylko nagany. Mały kaliber – 5,6. Trzeba było strzelać dwa, a często i trzy razy. Albo kończyć jeszcze inaczej – komendant machnął ręką z niesmakiem. – Stare czasy – powtórzył.
– Teraz, jak mamy technikę, niemieckie pistolety typu Walter, o sporym kalibrze – 7,65 – egzekucję można załatwić jednym strzałem. Ale to nie gra na harmoszce, trzeba umieć, a nie improwizować. Nie nada. Tu potrzebny jest zawodowiec, a skoro wy Aleksieju, kak wasze otieczestwo? – Nikołajewicz – podpowiedział Alosza. – Skoro więc wy, Aleksieju Nikołajewiczu, jesteście wyznaczeni na to stanowisko po pięciu latach służby w wojskach NKWD i macie dobre opinie, a także dobre wyniki strzeleckie, musicie się przyuczyć. Tu jest stary nasz pracownik, Natan Łazarewicz, on was wprowadzi. Byłoby dobrze, gdybyście nauczyli się szybko. No, praktyki nic nie zastąpi. I to przyjdzie, bo w kwietniu specjalne zadania.
No, doskonale, że i komendant jest przychylny. Alosza przypomniał sobie naukę strzelania, nagrody na strzelnicy, całe żmudne godziny, za które nikt mu nie płacił. Bo to w ramach szkolenia.
„Wszystko w życiu ma swoją logikę”– powiedział sobie idąc do domu. Bo minął grupę chłopców, którzy strzelali z procy. Jak on strzelał z procy! Był najlepszy w szkole, udoskonalał swoją procę, nie wiadomo skąd zdobywał świetną gumę, szukał kamyków nad rzeką. Albo strzelał starymi nakrętkami od śrub. Strzelali do ptaków. Trzeba było obliczyć, na ile ptak się poderwie, trafić go nawet w locie. Zdobycz zostawiał. Po co mu ta kupka pierza, z której wystawały łapki. Śrubami strzelał Alosza do bezpańskich psów. Czasem ranił, czasem zabił. Wziął raz za bezpańskiego – psa sąsiadów, pocisk wybił mu oko. Sąsiad, stary robotnik przyniósł psa na rękach. Mówił:
– Tylko sadysta mógł to zrobić!
Alosza trochę się przestraszył, ale się nie przyznał. Pies zdechł. Stare sprawy. Potem przyszły inne czasy, procę oddał koledze za ukradzione papierosy. Stare szkolne wspomnienia.
Rozmowa w urzędzie miała miejsce pod koniec marca 1940 roku i mówiąc o przyszłych zadaniach komendant wiedział, co ma na myśli. Już następnego dnia Alosza zapukał do drzwi tak zwanego „laboratorium”. Otworzył mu Natan Łazarewicz.
„Laboratorium” nie przypominało żadnego laboratorium. Przeszklone szafy, gdzie było widać jakieś ubrania. W jednej parę modeli broni, która już wyszła z użycia. Na ścianach tarcze strzelnicze wyobrażające stojących ludzi. Uderzało to, że nie mieli na sobie wojskowych czy ochronnych mundurów, ale byli po cywilnemu. Kolory były marne. Ważne miejsca: głowa, serce, były obrysowane grubszą linią. I to było całe „laboratorium”.
– Pomożecie mi wyjąć kukłę – powiedział Natan Łazarewicz. Podszedł do dużej szafy i otworzył drzwi. Na stojakach stały tam trzy manekiny naturalnej wielkości, średniego wzrostu, ubrane byle jak, po cywilnemu, jeden z czapką na głowie.
– Wyjmijmy – pokazał na środkowy manekin. Wyobrażał on mężczyznę, którego ubiór wskazywał na niegdysiejszą przynależność do tak zwanego lepszego towarzystwa. Ale to było dawno, garnitur i koszula były splamione i brudne. Ręce chwiały się przy tułowiu, a głowa przechyliła się. Głowa była z kauczuku z przyklejoną peruką z ciemnych, krótkich włosów. Twarz bez zarostu, patrzyła szklanymi oczami. Po prostu duża, monstrualna, stara lalka. Niezbyt przyjemne.
– Dostaliśmy z Mosfilmu. Im już był niepotrzebny – powiedział Natan Łazarewicz. – Nie wy pierwsi Aleksieju Nikołajewiczu na nim się uczycie.
Wyregulował głowę. Ręce związał z tyłu sznurkiem.
– Normalnie zakłada się też kajdanki. No, przejdźcie tutaj. – Przechodząc Alosza mimowolnie zajrzał tamtemu w oczy. Były nieruchome i bardzo nieprzyjemne. Potrząsnął głową. Natan Łazarewicz zobaczył to i zaśmiał się.
– Oczy to oni mają normalne, dopiero potem są podobne. A wtedy to już bez różnicy. No, chodźcie tutaj.
Człowiek-kukła stał do nich tyłem z lekko pochyloną głową. Powyżej brudnego kołnierzyka od białej niegdyś koszuli był kark z różowego kauczuku i wyżej włosy na potylicy. Natan Łazarewicz wziął ołówek i dotknął tego miejsca nad karkiem, gdzie kończyły się włosy, trochę wyżej.
– Zobaczcie sami, takie wgłębienie, wyżej kość czaszki. – dotknął delikatnie głowy Aloszy, który mimowolnie poruszył się. Natan Łazarewicz śmiał się.
– No, dotknijcie u siebie tego miejsca, albo u mnie, celujemy trochę ponad. – Natan Łazarewicz był łysy i wyraźnie było widać to miejsce jako lekko wklęśnięte. Potem nauczyciel wyjął nagana z kabury, wysypał z niego naboje, stanął za kukłą, przyłożył lufę nad miejscem wgłębienia i pociągnął za spust.
– Teraz wy, Aleksieju Nikołajewiczu. Nie tak, źle, wyobraźcie sobie lot kuli. Ona ma tak biegnąć, żeby przejść przez środek głowy, no, przez mózg i wyjść – gdyby tak idealnie – mniej więcej na linii włosów nad czołem. To zresztą odpowiada prawie naturalnej pozycji ręki. Nie napinajcie tak ręki, luźno, luźno. No, już lepiej. A teraz zapalimy.
Po serii ćwiczeń Natan Łazarewicz powiedział:
– Może być. Teraz musicie na żywym obiekcie.
A gdy Alosza spojrzał na niego pytająco, powiedział:
– No, nie będziemy do nikogo strzelać, postraszymy może trochę, ale musicie się nauczyć reakcji żywego obiektu. Trzeba zdążyć, nim taki zdoła was zaskoczyć. Bo z tego wynika cała fuszerka. Na to i niemiecki pistolet nie pomoże. To do jutra.
Dziwny potem był dzień, Aleksiej łapał się na tym, że na ulicy patrzy ludziom na tył czaszki, w domu obmacywał sobie tył głowy. W domu wyjął nagana, ważył na dłoni, podchodził jakby dwa-trzy kroki i podnosił broń.
Już przed ósmą rano był w części więziennej gmachu NKWD, gdzie umówił się z Natanem Łazarewiczem.
– To tu – powiedział Natan Łazarewicz. gdy weszli do piwnicy opatrzonej podwójnymi drzwiami. – Przyprowadzą dwu więźniów, niby na przesłuchanie, może śledczy będzie miał potem łatwiejszą pracę. Załatwione ze śledczym. Pokażę wam, jak to się robi, na pierwszym więźniu. Oczywiście, bez prawdziwego strzału. Bo akurat nie ma żadnego wyroku. – Można już – skinął na funkcjonariusza.
Alosza rozejrzał się. Za podwójnymi drzwiami piwnica jak piwnica, ale podłoga wybetonowana, lekko pochylona w stronę ściany, tam kratka odpływowa, słusznie. Z boku przy drugiej ścianie rura od wody z kawałkiem węża, a pod ścianą silny ukośny reflektor. Nic takiego.
Za chwilę dwu strażników wprowadziło więźnia. Ręce skute na plecach. Reflektor pod ścianą oślepiał go zostawiając Natana Łazarewicza w cieniu.
– Pod ścianę, stać! – krzyknął Natan Łazarewicz – będziesz odpowiadał na pytania, nie ruszać się! – Zrobił trzy szybkie kroki, podniósł pistolet trzymany za plecami, wycelował z odległości kilku centymetrów w miejsce, które wskazywał wczoraj Aloszy, i nacisnął spust. Rozległ się suchy trzask, naboje były wyjęte. Człowiek krzyknął i odwrócił głowę, strażnicy chwycili go pod ręce i biegiem wyprowadzili z podziemia.
– Chodzi o to, aby nacisnąć spust, nim odwróci głowę, skalkulować reakcję – powiedział Natan Łazarewicz. „Jak z ptaszkami, proste”– pomyślał Alosza.
– Teraz drugi, dla was – podał mu pistolet.
Człowiekowi, którego za chwilę wprowadziło dwu strażników, łzy ciekły po twarzy. Alosza krzyknął to samo, co Natan Łazarewicz:
– Pod ścianę, stać! – ale nim podszedł i nacisnął spust, człowiek jęknął strasznie i ciężko zwalił się na ziemię.
Strażnik kopnął człowieka, ale ten nie ruszał się. Odwrócił go razem z drugim, spojrzeli mu w oczy w świetle pod ścianą, oczy były nieruchome, jak u tamtej kukły. Nie żył. Chyba atak serca.
– Wynieść do celi – rozkazał Natan Łazarewicz. – Kto by pomyślał!
A potem: – Niedobrze – zafrasował się. – Trzeba spisać protokół. Śledztwo nie skończone. Śledczy będzie się gniewał. No, mamy świadków. A ty widzisz, jak to będzie po strzale. Ale gdyby on zechciał sam rzucić się na ziemię, strzelaj do leżącego, strzelaj w głowę. Nie zawsze może być jak na szkoleniu. Cóż, pierwszą próbę i pierwszego prawdziwego zawsze się pamięta.
Spojrzał na Aloszę.
– Co ty? Nic takiego. Protokół to formalność.
Alosza zastanawiał się, jak to nazywa się w sporcie. Czytał kiedyś. Aha, falstart. Tyle, że tutaj nie można było zacząć od nowa. Tak jakby wykonał wyrok bez jednego strzału. Bo tamten go uprzedził. Ale sam się ukarał. Pech, falstart.
Ale mimo że niemiły, ten obraz zatarł się. Wydawał się kontynuacją lekcji z manekinem. Toteż kiedy za dwa tygodnie wprowadzono mu do piwnicy pierwszego polskiego oficera, Alosza zdziwił się, że ten ma na sobie mundur i siwiejące włosy. Przesunął się przed nim nieruchomy profil, a potem widział już tylko tył głowy. I ponieważ był nastawiony, wyuczony jakby na manekina, nie myślał o reakcji więźnia, wszystkie ruchy Walterem wykonał szybko i sprawnie. Był całkowicie rozluźniony, choć oczywiście czujny. Cóż, laboratorium, tyle że ruchome kukły nie wychodziły z szafy, ale wprowadzano je przez drzwi. Bo skazany, on już nie żyje.
Kiedy wychodził po godzinie, spotkał Natana Łazarewicza, który przyszedł na swój dyżur. Natan Łazarewicz przyjrzał mu się.
– Jak poszło?
– Jak miało pójść?! Nic takiego! – rzucił Alosza zmordowany, siląc się na najwyższe opanowanie i styl czekisty. Powiedział od niechcenia i z pogardą: – Jak u was w laboratorium. Tylko manekiny umundurowane.
Potem przyszły inne czasy. I jak kiedyś zapomniał o procy, ptaszkach i psach, tak zapomniał i o tych kukłach w polskich mundurach. Miał już romby wysokiej szarży. I doszedłby tak bez wspomnień do emerytury, gdyby nie pewna alkoholowa libacja.
Po większym pijaństwie, gdy kolega pułkownik ze źle ukrywaną wyższością chwalił się, że order dostał za liniową służbę i Berlin, Alosza stanął przed lustrem, spojrzał na swoją siwiejącą głowę i zamarł. Potem podszedł do kolegi z sakramentalnym Job twoju mat’, ale z taką twarzą, że ten się przestraszył:
– Co wam?
Wtedy siwiejący pułkownik wycedził z dumą i pogardą przez zaciśnięte zęby:
– Wiesz, ilu ludzi przeszło przez moje ręce? A samych Polaków, ilu? Ot durny los, na starość człowiek spokoju nie ma. A beze mnie i twojego Berlina by nie było! – I po pijacku, krótko zapłakał nad niesprawiedliwością i swoim losem. Bo każda służba dobra. I powtarzał z pijackim uporem, patrząc w lustro: – Ile tych kukieł, ile!...
Więc tamten zawołał ordynansa i powiedział:
– Spił się pułkownik, a wot do domu odwieźcie.
I tak właśnie zrobiono.