JU-JITSU
Jeden ze świadków ekshumacji w lesie katyńskim, na wiosnę 1943 roku, znalazł w krzakach, w pewnej odległości od dołów śmierci, wypłowiałą czapkę oficerską. Była już prawie koloru liści i mchu, a znalezienie jej to całkowity przypadek. Znalazca sądził, że to ktoś przed egzekucją chciał zostawić ślad i wrzucił czapkę w krzaki. Było jednak trochę inaczej. Trzeba to wydarzenie powiązać z tym, co opowiadał Dimitrij Stiepanowicz Tokariew, kat ostaszkowców, szef NKWD z Kalinina. – Głupio zrobili, rozstrzeliwali w lesie. A jeden zaczął uciekać, gonili go, krzyczał. – Mówił to z cieniem przechwałki i dumy w głosie, bo u niego, w Twerze, nic takiego się nie zdarzyło.
A naprawdę to było tak.
Podobno w raporcie wewnętrznym NKWD ze Smoleńska odnotowano, że 6 czy 7 kwietnia 1940 (kto to dziś pamięta) Grigorij N. z wojsk wewnętrznych zmarł w szpitalu z powodu rany postrzałowej z pistoletu Walter, kaliber 7,65. Stary sanitariusz, który przypomina to wydarzenie po przeszło pięćdziesięciu latach, nie wie dokładnie, jak to się stało. Pamięta tylko fragment zasłyszanej rozmowy między lekarzem i oficerem NKWD, że rannego postrzelił Polak uciekający z nad dołu śmierci, który wymknął się straży, i że winne śmierci było oczen’ strannoje słowo: dżu-dżitsu. Słowo japońskie, ale ten Polak, przecież nie był Japończykiem. Trudno zrozumieć. Choroba po postrzale tak widno nazywajets’a...
I któż by skojarzył, że naprawdę to było tak.
Porucznik Kaliński pochodził z Warszawy. Trochę uprawiał sport: wielobój, próbował boksu i zapasów, tak dla ogólnej formy, a potem zainteresowała go metoda walki wręcz, o której przeczytał w popularnym dzienniku, metoda robiąca furorę w Japonii, opisana pod zeuropeizowaną już nieco nazwą: ju-jitsu. Okazało się, że w klubie mieli amatora, może maniaka, który przyjrzał się metodzie i uczył się jej nawet w Berlinie czy Wiedniu. Studiował też podręcznik w języku angielskim. Japonia była w modzie, a metody walki zapaśniczej odbiegające od europejskich stanowiły legendę. Kaliński zawarł bliższą znajomość z instruktorem, który tylko jemu pokazywał, czego się nauczył. Porucznik zrozumiał, że mogła to być metoda walki i obrony wywiadowców, nocą, w sytuacji, kiedy nie trzeba i nie można używać broni palnej. W wojsku nikt nie myślał o przeniesieniu tego do szkolenia, on sam jednak opanował kilka zasadniczych postaw i chwytów. Jednym z nich było wyszarpnięcie się z rąk przeciwnika przy pomocy zręcznego zwodu, kopnięcie nogą do tyłu w żołądek czy wykopanie broni z ręki. Koledzy, którym pokazywał chwyty, żartowali z niego trochę, mówili, że owszem, Japońcy, ho ho! No i rozprawisz się z bandziorem w nocy.
Kaliński został przywieziony do Gniezdowa i lasu katyńskiego drugim transportem wysłanym z Kozielska. Transportowany do daczy NKWD, rewidowany, potem wieziony karetką czornyj woron, myślał i czuł to, co myśleli i czuli przed nim liczni oficerowie, coraz bardziej pewni przeznaczenia podróży i pozbywający się ostatnich wątpliwości, gdy rozlegał się suchy odgłos strzałów zaraz po wywleczeniu z karetki kolejnego kolegi. Należał do tych, co nie zapadli się w sobie. Czuł rychły koniec, a trwał przecież świadomy w zimnej, suchej determinacji. Gdyby miał bombę, wysadziłby nią karetkę, mało już myśląc o własnym losie. Kaliński był piątym, którego wyprowadzono z karetki. Gdy po wyjściu chwyciło go pod ramiona dwu enkawudystów eskorty, a za sobą usłyszał kroki trzeciego i kątem oka dostrzegł wykopany dół, był już jak w transie. Nie miał złudzeń co do swego losu, przyjmował go w tym zimnym osłupieniu. Wszystko następowało tak szybko, że w relacji trwa dłużej niż w rzeczywistym przebiegu zdarzeń. Pojął, że dobrze byłoby sprzedać życie jak najdrożej i że ma czasu tyle akurat, ile trwa wykonanie tych trzech, czterech kroków.
I tak się stało. Zrobił całym ciałem ruch do przodu, a gdy zablokowano mu ten kierunek spodziewając się, że znów tak się rzuci, zaraz potem szarpnął się do tyłu, oswobadzając się z rąk nie znającej sztuki symulacji eskorty. W ułamku sekundy wykopał pistolet z rąk enkawudysty z tyłu, przewrócił go na ziemię, porwał pistolet, strzelił i pobiegł w kierunku lasu. Kilkanaście kroków przebiegł zygzakiem, dopiero tuż przed gęstwiną usłyszał pierwszy strzał i uderzenie kuli w sosnę koło niego. Zanurkował w krzaki, które zerwały mu czapkę z głowy. I pobiegł przed siebie. Słyszał głosy i tupot gonitwy z tyłu, potem z boku. Rozumiał, że nie ma szans, więc rzucił się na ziemię przyjmując pozycję do strzału. I gdy na kawałku wolnej przestrzeni przed nim pojawił się żołnierz pościgu, strzelił do celu, jak na dłoni. Tamten przewrócił się, ale już biegli z prawej i lewej, razem ze strzałem poczuł uderzenie kuli w plecy, a potem cios bagnetem. I to już absolutnie wszystko, co dane było mu jeszcze doznać na tym świecie.
Tak się złożyło, że uczestnicy zajścia opowiedzieli o tym w obecności bawiącego akurat w smoleńskiej centrali instruktora z Moskwy. – Ciekawe – powiedział on – byłem na pewnym pokazie i wygląda na to, że Polak znał taką japońską metodę walki, która nazywa się ju-jitsu. Może nie on jeden w armii polskiej został w tym wyszkolony?
Po naradzie, następnej partii polskich oficerów, rewidowanych w daczy, zarzucano płaszcze na głowę i wiązano ręce specjalną pętlą. Z tej pracochłonnej metody zrezygnowano dopiero wtedy, gdy zorientowano się, że przypadek porucznika Kalińskiego był unikalny. Ale i wtedy wiązano jeszcze często ręce młodym oficerom, gdy nie starczało kajdanek. Zdejmowanie ich po strzale nad dołem i odwożenie do daczy tych naruczenkow to dodatkowa komplikacja. A związanym rąk już rozwiązywać nie było trzeba. W ten sposób heroiczne wojska NKWD rozprawiły się z japońską metodą ju-jitsu.
Żołnierzem osłonowej eskorty, który jedyny padł od kuli z Waltera kaliber 7,65 był właśnie Grigorij N. Kula w wyniku celnego strzału przeszyła lewe płuco w okolicy serca. Skutków krwotoku nie opanowano w smoleńskim szpitalu NKWD.
„Ofiara ju-jitsu” powiedział lekarz w rozmowie z oficerem, czego pielęgniarz absolutnie zrozumieć nie potrafił. Rana postrzałowa była jasna. Pielęgniarz wytłumaczył więc sobie, że jest to nazwa kwalifikacji chirurgicznej tego właśnie uszkodzenia klatki piersiowej. A nazwę zapamiętał tylko dlatego, że słyszał ją pierwszy raz w życiu. Nie wiedział, że lekarz NKWD, i oficer, który powiedział to ironicznie i w czysto symbolicznym znaczeniu, byli obecni na rozmowie z instruktorem z Moskwy.
Porucznik Kaliński został wrzucony do dołu w niecałe pięć minut po swej ucieczce. W ferworze pościgu i ratowania rannego kolegi straż nie zwróciła uwagi, że przy zabitym w pościgu poruczniku nie znaleziono czapki, w której uciekał. Czapka została w krzakach. Nie miała na sobie ani śladów przestrzelenia, ani śladów krwi. Ot, polska oficerska czapka z kolorowym otokiem, który wyblakł potem całkowicie w śniegu trzech zim, deszczu trzech jesieni i trzech wiosen. Nie jedna to czapka polskiego żołnierza zgubiona czasu tamtej wojny. Ale jedyna w katyńskim lesie. Czy było w czapce coś zaszyte, schowane? Któż to może wiedzieć. A i koloru otoku nie dałoby się już odgadnąć.
O losie porucznika Kalińskiego nie mówiono nic. Miał być martwy i był martwy. Oni już na stacji w Gniezdowie byli właściwie martwi. I jeśli mimo wszystko wspominano go jeszcze jakiś czas, to tylko dlatego, że przez niego zginął jedyny żołnierz eskorty w czasie całej, przeszło miesięcznej egzekucji.
Najdziwniejsze było to, że uciekający oficer nie trafił enkawudysty, któremu wykopał broń z dłoni, a zastrzelił dopiero później nadbiegającego w pościgu żołnierza eskorty.
Dlatego przyjaciel Griszy powiedział z żalem do kolegi: – Tego, co miał go rozstrzelać, nie zabił. Ot, los. A Griszę, który mu nic nie zrobił, zabił, choć był niewinny.