Arytmetyka
24.12.2005


ARYTMETYKA

     Najgorszy czas, najgorszy czas! Marcowe roztopy, deszcz ze śniegiem, a jutro może wrócić mróz! Na domiar przenikliwy wiatr. Ale w biurze naczelnika obwodu NKWD zacisznie i przyjemnie. Dywan, fotele. Zapach najlepszych gruzińskich papierosów.

     – Jak podróż z Moskwy?

     – Drogi takie, że przyjechałem pociągiem.

     – Pokój jakiś dla was?

     – Nie trzeba, załatwiłem w Moskwie salonkę. Ot, przyjechałem nią, na bocznicy postawili, mocno grzeją. Będzie i dla innych z mojej ekipy.

     – A ja już martwiłem się. Papierosa, majorze?

     – Wiecie, towarzyszu naczelniku, taki mam gust, że tylko Biełomory...

     – Więc zajmiecie się na miejscu realizacją rozporządzenia. Sami?

     – Nie, towarzyszu naczelniku, przyjedzie jeszcze z Moskwy dwu doświadczonych ludzi, wysokiej rangi. Liczę oczywiście na waszą pomoc w ostatecznym wykonaniu. Ale to już towarzysz komendant miejscowy będzie wiedział, kto. A, koparkę wysyłają za dwa dni dużą ciężarówką, z obsługą. Technika, nowy model „Komsomolca”.

     – Ma się rozumieć, zapewniamy wszelką pomoc. Jednak organizacja musi być bardzo precyzyjna. Pracujemy tylko w nocy. Nasza komenda ma rozkaz rozładowania obozu Ostaszków, to jednak około sześć i pół tysiąca.

     Naczelnik, stosunkowo młody jeszcze człowiek, przyjrzał się majorowi. Spec z grupy komendanckiej w Centrali, wygląda na to, że podoła zadaniu. I jakiemu. Dobrze tu mówić w zacisznym gabinecie. Tylko firanki lekko kołysały się od wiatru, który uderzał w okno, a mokry śnieg spływał po szybie. Ale ciepło – dla pięknoduchów, a dla roboty lepiej jak jest zimno.

     – Transporty będą przychodzić w dzień albo wieczorem. Nie możemy rozładowywać bezpośrednio z samochodu do kamery. Nie utrzymalibyśmy porządku. Rozładowanie do więzienia, każę opróżnić kilka cel. Z tym trudno, bo i tak ciasnota. Będą jak śledzie, no, kilkanaście godzin, powinno się obejść bez buntu, jedzenia nie podamy, tylko wodę.

     – Nie widzę popielniczki, towarzyszu naczelniku.

     – Tu gdzieś była, zaraz, no, nie ma. Chwileczkę.

     Przycisnął guzik dzwonka. Cicho uchyliły się dźwiękoszczelne drzwi i ukazała się twarz sekretarki Soni.

     – Towarzyszu naczelniku?

     – Mówiłem, że będzie konferencja, a popielniczek nie ma.

     – Przepraszam bardzo, ale towarzysz naczelnik nie lubi, jak popielniczka leży na biurku. Wot, tam ona na półce leży. Jeszcze raz przepraszam.

     Zamknęła drzwi.

     – Co my to mówiliśmy? Sześć i pół tysiąca... Znaczy się, około dwudziestu transportów. No, pierwsze dwie listy na biurku, Moskwa przysłała. Trzystu pięćdziesięciu, trzystu ludzi. Około dwudziestu transportów. Może więcej. Tyle samo dołów. Znaczy się, transporty będą przychodzić prawie codziennie. Jak przyjdzie następny na stację, cele muszą już być puste. I pracujemy tylko w nocy. Miejsce tego, no, docelowego rozładowania, wybrane, pod Miednoje, sam jeździłem. Koparkę tam trzeba dostawić. Jak mówicie, załatwiona w Moskwie, prawda?

     – Pracujemy w nocy, to znaczy, jeśli dobrze zrozumiałem, pierwsze wykonania po zmroku, a powrót ciężarówek po rozładowaniu, z tego, jak tam, Miednoje, przed świtem?

     – Koniecznie, ze względu na ludzi miejscowych. Nie widzieli, nic nie było. I teraz trzeba by ustalić, w jakim rytmie sprowadzać z piętra, gdzie są cele?

     Wewnętrzny telefon.

     – Proszę!

     – Towarzyszu komendancie, tu Sonia. Miałam przygotować kawę, herbatę, kanapki. Wszystko jest, podać?

     – Zawracacie głowę, towarzyszko... No, podajcie!

     Sonia. Taca. Szklanki z kawą, herbatą, góra zakąsek. Cukier w szklanej cukiernicy. Zawiało przeciągiem, w którym czuło się deszcz i śnieg. Zamknęła. Wyszła.

     – Jak tak – naczelnik podszedł do szafki, wyjął kieliszki i butelkę z koniakiem. – Wypijemy po jednym, za dobrą robotę, na taką pogodę.

     Była już dziesiąta, ale za gęstymi firankami niebo było ciemnoszare, w gabinecie naczelnika paliło się światło. Wypili, zrobiło się cieplej i bardziej raźnie.

     – Na czym to stanęliśmy?

     – W jakim rytmie sprowadzać do podziemia!

     – Dwójkami, jedna dwójka nie powinna widzieć następnej – powiedział major.

     – Ile to czasu na osobę?

     – Pytanie o nazwisko, odkreślenie na liście, kajdanki. Wejście do kamery, wykonanie. Zdjąć kajdanki, opróżnić kamerę na podwórko. Następny tylko może się domyślać, bo inaczej histeria, krzyk, i to dopiero jest opóźnianie. Myślę, że trzy minuty wystarczy.

     – A ile mamy godzin?

     – Od zapadnięcia nocy do godziny przed świtem jakieś, no, najwyżej dziewięć godzin. Przy słonecznej pogodzie może trochę mniej. A noce będą się skracać!

     – Transporty po trzystu ludzi – naczelnik sięgnął do sejfu. – Tak, ten pierwszy, nawet trzystu pięćdziesięciu.

     – No, to trzeba policzyć. Ile minut razem i podzielić przez ilość wykonań.

     – Wezmę kartkę. Jakże to liczyć – zafrasował się. – Coś mi nie wychodzi. Ułamki. Trudno pytać naszą rachunkowość.

     – Towarzyszu naczelniku, dawno już jak liczyłem w szkole. Nie ma tu u was w urzędzie nikogo z arytmetyką?

     Naczelnik podniósł słuchawkę. – Soniu! Każ, niech przyniosą liczydła z rachunkowości.

     Dzwonek telefonu. – Co, liczydła gdzieś przepadły? A niech was diabli. Jak wy liczycie? – Dają sobie radę, wprawni, towarzyszu naczelniku.

     – No i co zrobimy? W takim razie, Soniu, każ im, niech policzą, ile to będzie: dziewięć razy sześćdziesiąt, podzielone przez trzysta i trzysta pięćdziesiąt. Co? Raz tak, raz tak. Dobrze. – Odłożył słuchawkę. – Zaraz policzą. Jeszcze kieliszek? – Wypili. Dzwonek telefonu.

     – Mówi Sonia. Wyszły ułamki, towarzyszu naczelniku: jeden, przecinek, pięćdziesiąt cztery i jeden, przecinek, osiem. – Naczelnik zasłonił ręką słuchawkę – Masz ci los. W ułamkach podają. Diabli wiedzą, ile to sekund.

     – Może jej powiedzieć, że chodzi o godziny!?

     – Sonia, złotko... Dziewięć godzin podzielone przez trzysta pięćdziesiąt, a drugi raz przez trzysta. – Odłożył słuchawkę. A po kilku minutach znów dzwonek telefonu.

     – Sonia, towarzyszu naczelniku. Policzyli. Trzeba było w sekundach. Bo z minutami wyszły ułamki. Dziewięć razy sześćdziesiąt, razy sześćdziesiąt to daje 32.400 sekund. Dla podziału przez 350 to daje 92 sekundy, przy podziale przez 300 – 108 sekund.

     – Poczekaj Sonia, zapiszę. 92 sekundy i 108 sekund. No, już, wystarczy – odłożył słuchawkę.

Niewiele więcej niż półtorej minuty. Ciężko będzie. Czasem coś się zdarzy. Trzeba będzie założyć dzwonek między krasnym ugołkom i więzieniem. Przy trzystu już lepiej. Prawie dwie minuty. Niby proste zadanie, a ile tej arytmetyki. Cóż, zajdziemy na brzask. Ale tylko z transportowaniem tych, no, po wykonaniu.

     – Liczmy: wejście więźnia i odkreślenie – 15 sekund. Kajdanki – 15 sekund. Wejście do kamery – 15 sekund. Ustawienie pod ścianą, strzał – 15 sekund, to razem minuta. Wyniesienie i zmycie podłogi 30-40 sekund, no i co trochę załadowanie broni. Naciskam na dzwonek, tam wchodzi nowy więzień. Ja mam 30 sekund odpoczynku. Przy tej ilości ciężko będzie. No i, naczelniku, muszą obliczyć czas przejazdu waszych samochodów tam i z powrotem, czas wyładowania w Miednoje. Ale to już łatwiej.

     – Mamy tylko jedną wywrotkę. Może im się uda zmniejszyć ten pierwszy transport. Wyślę telegram. Ale to Moskwa nadała na Ostaszków. Nie zdążą zmienić. Sześć i pół tysiąca ludzi obsłużyć w miesiąc tym trybem. Żeby trochę dłużej... Ciężka praca. Może i order będzie, majorze. Pistolety, amunicję macie?

     – Przywieźliśmy z Moskwy, same Waltery, dobra rzecz, wystarczy jeden raz. Tylko potrzebujemy kluczy od pomieszczenia na dole, żeby wszystko było pod ręką. A, naczelniku, liczę też koniecznie na waszą ekipę, zmiennicy muszą być obok, może niektórzy strażnicy i szoferzy. Chcę mieć ich listę. My z Moskwy nie przerobimy sami.

     – No, zrobi się, jak trzeba, towarzyszu majorze. Tylko ktoś musi pilnować z zegarkiem, przy dzwonku. Reszta prosta, najgorsza ta arytmetyka. Zbierzemy się po południu, będzie nasz komendant, to omówimy warunki miejscowe.

     – Normalnie, technika musi być, jak należy.

     – Majorze, ostatni łyczek! Dziękuję, a w ogóle przychodźcie zawsze, jeśli będą jakieś problemy.

     Otworzył dźwiękoszczelne drzwi. – Sonia, koniec narady, posprzątaj szklanki.

     Wytarł pot z czoła. Pomyślał: „Usuną potem świadków, jak po Jagodzie i Jeżowie, czy nie? No, to tylko Polaczki... Ale najwyższa tajemnica”. – Poczuł lekki dreszcz. – „Tyle obwodów, a na mnie wypadło. W takiej sytuacji, to i likwidacja wroga nie cieszy. Pośpiech i jeszcze ta arytmetyka. A niechby coś źle poszło”. – Przycisnął dzwonek.

     – Soniu, telefonuj do więzienia. Za godzinę odprawa komendancka.

     – Ranek jeszcze, a towarzysz naczelnik już zmęczony.

     – Taki to i ranek, Soniu, a w ogóle służba. I jeszcze ta arytmetyka!

     Podszedł do okna, odsunął firankę. To były chwile odprężenia. Na razie padał wciąż gęsty śnieg z deszczem. Jak dzwonił tam wczoraj, mówili, że jezioro jeszcze skute lodem. Ale na tę pracę tutaj, najlepszy czas, no bo w zimie nie można, w lecie nie można. Taka ilość... I nagle żal mu się zrobiło swojej dawnej granicznej służby. Spokój. Choć jeszcze w Moskwie cieszył się ze zmiany. Teraz tak nagle to spadło. Razem z awansem i nowym mundurem. Patrzył jeszcze przez chwilę, jak zatacza się ponura wichura ze śniegiem i deszczem. Już. Lepiej się nad sobą nie roztkliwiać. Zasunął firankę. Było ciepło, jasno, bezpiecznie.