ZWYKŁA WARTA
Teren NKWD w lesie tworzył coś w rodzaju ogromnego prostokąta, którego jeden bok stanowiła rzeka, przeciwległy – szosa Smoleńsk-Witebsk. Wszystko odrutowane. Las obstawiony był wartownikami. Przez Dniepr w tym miejscu, wiadomo, nie wolno było nikomu przebrodzić ani przepłynąć. Po drugiej stronie rzeki, na wprost domu otdycha, mówiły o tym stosowne napisy: Zaprietnaja zona. Wchod zaprieszczon. Ta sama tablica obok bramy przy szosie. Nad rzeką posterunków właściwie nie było. Jednak podczas akcji obserwowano teren z górnego tarasu daczy. W lesie zaś, wzdłuż linii kolczastych zasieków, chodziły patrole z psami – od rzeki do szosy. Stały punkt kontrolny był natomiast przy wjazdowej bramie, z szosy do lasu. Ale nie było tam żadnej wartowni, budki, daszku nawet. Pogoda czy deszcz, dwaj wartownicy stali cały czas, za nimi na drzewie wisiał przymocowany polowy telefon, łączył wartowników z daczą. Warta miała obowiązek zawiadamiać o każdym samochodzie, który chciał wjechać do lasu. Po potwierdzeniu z daczy bramę otwierano.
Kiedy nic a nic się w lesie nie działo przez kilka dni, telefon zabierano, odłączone druty zostawiano przy drzewie. Ale ostatnio telefon był przyłączony, dzień i noc. I dzień i noc stała warta przy bramie wjazdowej do katyńskiego lasu.
Tego kwietniowego ranka przy bramie stało dwu ludzi ze służby wartowniczej NKWD, jeden bardzo młody, drugi starszy. Zmienili poprzedników koło godziny piątej, wschodził już dzień, ale było bardzo zimno. Mimo ciepłych walonek przestępowali z nogi na nogę i zabijali ręce.
Sierioża miał dwadzieścia lat, w wojskach NKWD służył dopiero rok. Miał nadzieję, że po służbie wartowniczej przyjdą inne, bardziej obiecujące przydziały. „Nie chciałbym tu zardzewieć, jak Wasia” pomyślał. Spojrzał na kolegę, dobrze już po czterdziestce. Był starym czekistą, pamiętającym rewolucję i wojnę domową.
Od daczy, z lasu, przyjechała zakryta więźniarka. Czornyj woron, czarny kruk. Tak nazywała ją ludność, oni unikali tej nazwy. Otworzyli bramę. Skręciła na prawo do Gniezdowa.
– Podobno pociąg już jest, czekał w Smoleńsku, rano mieli podciągnąć skład – powiedział Wasia. Tory jednej linii, po której w tę stronę tylko podciągano składy ze Smoleńska, były właściwie niedaleko, ale widok przesłaniało wzniesienie i drzewa.
– Stój i stój – powiedział Sierioża. – Gdyby się było w akcji, w lesie, to co innego.
– Nie mów ty za dużo i byle czego. Jak awansujesz, będziesz miał i inne zadania. Każde jest ważne. Tylko patrzeć, jak będzie pierwszy transport.
Po szosie przejechał wóz kołchozowy, zaprzężony w konia. Zapachniało nawozem.
– Oho – powiedział Sierioża, który był ze wsi – musi do inspektów wiozą, bo na pole już za późno.
– A ty bądź zadowolony, że czystą pracę masz – mówił Wasia – i gnoju nie musisz przerzucać.
Sierioża nie zdążył nic rano zjeść, sięgnął do służbowego chlebaka. Miał przygotowane pajdy chleba z tuszonką. Jak byli sami, można było jeść. – A co ten chlebak taki cienki? – Chleba nie było, zapomniał włożyć. Leżał przygotowany na stole. No, zapomniał. Stój teraz głodny. Zaklął.
– A tobie co? – spytał Wasia.
– Chleba zapomniałem.
– Prawilno. Regulaminowo. Warta nie jest od jedzenia.
– Sam jadłeś wczoraj.
– No tak, ale jak się przegłodzisz, to i rozum będziesz miał, i pamięć.
– Rozumu to ty innych ucz, nie mnie – powiedział Sierioża hardo.
– To taki z ciebie i komunista? Uczyć się od doświadczonych towarzyszy nie chcesz? – przeciągnął Wasia.
Sierioża zamilkł. Na służbie trzeba uważać. Dobry kolega, ale nigdy nie wiadomo.
Ale już po szosie biegł hałas nadjeżdżającego samochodu NKWD. Wasia podszedł do telefonu, a Sierioża uchylił połowę bramy. Cieszyło go, że coś się dzieje.
– Jakby nie akcja, zamarzłoby się na kość – powiedział za chwilę do Wasi. – Przynajmniej spać się nie chce.
– Ty by wolał w akcji pod ciepłą pierzyną – zadrwił Wasia. Samochód już zniknął. Więźniów nie można było zobaczyć, mignęła tylko twarz szofera, to był znany im Kim Razuwajew. Dobry kierowca, na służbie nie pił, po służbie – normalnie. Lubił głośno pohulać. Podobno i wyroki umiał wykonywać, jak komendant kazał.
– Ty myślisz, że Kim też?... – spytał Sierioża. Nie dopowiedział, ale było jasne.
– Kto tam wie, od komendanta zależy. Jak go zastąpią w szoferce... Bo zadanie ogromne. A ty za dużo pytasz.
– Wiesz – powiedział Sierioża, żeby już nie pytać – a jak oni wszy mają, to one i poginą w ziemi, i koniec. Łaźnia niepotrzebna. Całkowite odwszenie...
– Co tam wszy – powiedział Wasia. – Pomyśl, ile żarcia trzeba było dać, i wszystko na koszt sowieckiego państwa. Darmozjady.
– Ano deszcz chyba zaczyna padać – powiedział Sierioża. Wasia nie odpowiedział nic i tak stali wykonując swoje normalne czynności. Co trochę więźniarki wjeżdżały, więźniarki wyjeżdżały.
– Jak oni wyglądają? – spytał Sierioża.
– Jak? Normalnie. Białe oficiery. Pańskiej Polszy im się zachciało. I u nas, w lesie, kończy się pańska Polsza.
– Widziałeś ich?
– Miałem wczoraj służbę przy eszelonie w Gniezdowie. Nawet nie czuli, po co tu przyjechali. Niektórzy się śmiali – powiedział Wasia. – Już po śmiechu!
Nic nie jechało. Wasia wyciągnął z chlebaka pajdę z tuszonką, zagryzł. Sierioża przełknął ślinę i patrzył w drugą stronę. Naburmuszył się, zły na Wasię, na przeklętych Polaków, na deszcz, na poranną porę, na siebie samego. Wszystkim dobrze, tylko on musi głodować.
Siąpił deszczyk ze śniegiem, przejechały trzy autobusy, kilkaset metrów dalej zastrzelono już kilkudziesięciu jeńców, a naburmuszony Sierioża obliczył, że odstali dopiero czwartą część warty. Na chleb z tuszonką przyjdzie czekać do południa. Jego złość potęgowała jeszcze spokojna twarz Wasi, który jak to już powiedział, chwalił sobie wygodę służby i jej, na bramie, niewielkie wymagania. Dlatego po przepuszczeniu kolejnego samochodu Wasia wyjął znowu pajdę i zaczął jeść. Sierożą się nie przejmował, ale jak spojrzał na niego, pomyślał przecież: „Trzeba być człowiekiem! Różnie może być.” – Odłamał połowę i podał koledze.
Teraz i Sierioża udobruchał się trochę. Pojedli. Z lasu czasem słychać było pukanie, jak kiedyś, kiedy na zające chodzili partyjni ze Smoleńska. Tylko jak się dobrze wsłuchać, strzały nie były jak na zwierzynę, nerwowe, ale spokojne, w dość równych odstępach. Popatrzył na Wasię, Wasia też chwilę słuchał. Sierioża nic nie powiedział, Wasia nie powiedział nic. Po co za dużo mówić?
– Śnieg z deszczem – odezwał się wreszcie Sierioża. – Kiedy i ciepło będzie?
– Może i lepiej, że zimno – powiedział sentencjonalnie Wasia. – Ty by tylko o sobie myślał. Przy takiej ilości, to łatwiej.
I tak oni sobie rozmawiali, przepuszczając więźniarki, telefonując na daczę. Jak to na posterunku. Zwykła, spokojna warta, nawet trochę nudno. Tylko to regularne pukanie, od czasu do czasu, ożywiało. Choć oni tu na bramie, co? Ani strzelcy, ani nagonka. A jednak te dalekie odgłosy strzałów sprawiały, że krew Sierioży pulsowała trochę szybciej. Popatrywał na Wasię, ale Wasia znów służbowo milczał, czasem ręce zacierał.
„Takiemu to dobrze” – myślał Wasia. – „Młody jeszcze, w wojnie domowej się nie tułał, na froncie nie był.” – I potem: – „Co on wie. Delikatny. Tylko o chlebie z tuszonką myśli. Zwykłą wartą się przejmuje.” – Ale nic nie powiedział. Nigdy nie wiadomo.
„Takiemu to dobrze” – myślał Sierioża. – „I na froncie był, i w organach długo służy. Wytrzymały.” – Ale nic nie powiedział, nigdy nie wiadomo.
– Ej ty, Sierioża, co się zagapił. Więźniarka z lasu, otwieraj!
Rozpadało się na dobre. Nikt nie szedł po szosie, a gdyby nawet kołchozowy szedł, nie odważy się zagadnąć. A jakby zagadnął?
– Takiemu – objaśniał Wasia – powiesz: Ej ty, poszedł swoją drogą! I obniżysz karabin. Ale nie bój się, nic nie powie, w drugą stronę będzie patrzył. Nu i charaszo, nie jego interes.
Znów doszło ich dalekie pukanie w lesie, Sierioża spojrzał na Wasię, Wasia ziewnął i pokiwał głową.
– Znaczyt’sia, wsio idiet prawilno...