Zginie co z chmur
24.12.2005

ZGINIE, CO Z CHMUR

     Lejtnant Klim Sorokin siedział na pniu sosny. Dla przygotowania ogromnego dołu ścięto i wykarczowano wiele drzew. Dziesięć minut temu funkcyjny gazik podrzucił go do lasu wraz z komendantem egzekucyjnej ekipy. Spojrzał z dumą na zegarek, otrzymał go niedawno, służbowo: dochodziła szósta. Już był pełny dzień. Ale niepotrzebny ten pośpiech, ani nie widać, ani jeszcze nie słychać karetki ze skazanymi. Kancelista siedzący tuż obok na składanym krześle za składanym stolikiem, zaglądał któryś raz do kartonowej teczki, przerzucał w niej plik białych, ponumerowanych kartek. Na każdej pieczęć urzędu i nazwisko wykonującego egzekucję. Było ich na tej zmianie sześciu, dwaj siedzieli na pniu obok Sorokina, trzech przechadzało się paląc papierosy. Wszyscy podpisali się na początku swojej karty obok swoich nazwisk, kładąc jeszcze raz datę.

     Nic prostszego niż praca kancelisty: stawiać krzyżyk po każdym strzale obok nazwiska strzelającego. Wykaz jeńców-skazańców sprawdzano podczas ostatniej rewizji, przed załadowaniem do karetki dowożącej na egzekucję. Równało się to wykonanemu wyrokowi, potem nikt nie mógł się już wymknąć. W chwili samej egzekucji nie czytano nazwisk, szło o szybkość i całkowite zaskoczenie. Natomiast stawiano krzyżyk na raporcie wykonawcy. Liczby musiały się zgadzać, a także szło o to, że za każdy strzał, a właściwie za skazańca, dochodziła, poza właściwym uposażeniem, premia – za delegację służbową i wykonanie zlecenia. Najczęściej starczało jednej kartki na każdy „pistolet”, zdarzały się jednak transporty, gdzie dołączano drugą kartkę, odpowiednio opieczętowaną i oznaczoną nazwiskiem i numerem strzelającego. To w wypadku dużego transportu, jeśli nie mieli odpowiedniej zmiany. Starano się unikać zbyt dużej ilości strzałów dziennie na osobę. Nie chodziło tylko o samą rękę, ale i ogólne zmęczenie wykonawcy. Praca niezbyt przyjemna, na oko brudna, trzeba też mieć wyczucie psychologiczne strzału, jeśli więzień się szarpał. Nawet ci, co cenili tę pracę ze względu na dodatkowy zysk, bywali zmęczeni. Ale jak to robić inaczej? Decyzje o przejściu do tej komórki podejmowano indywidualnie, chciałeś sam, zresztą nie wszystkich przyjmowali, ale o odejściu decydował tylko rozkaz z góry. Klim nie był dziś zmęczony, choć trochę niewyspany. Bez sensu cały ten pośpiech, transport się spóźniał.

     Dzień taki sobie, nieszczególny, niebo szare, jak często na początku kwietnia. Na ziemi leżały jeszcze, tu i tam, garstki śniegu. Klim popatrzył w górę, przechodziły wolno obłoki, ale słońce nie ukazywało się. Mógłby nawet padać śnieg, było zimno, ale w lesie nie czuło się wiatru, szedł tylko wierzchołkami sosen. Tam w górze latały ptaki, stadkami wrony. I na chwilę ukazało się jaśniejsze miejsce na niebie, jakby ktoś rozsunął chmury. Patrzył ciekawie, czy ukaże się pasmo nieba. Lubił plamy słońca w lesie, na drzewach i ziemi. Ale lubił też patrzeć na same gonitwy chmur. Mówił sobie, że taki już jest. Nikomu jednak się z tym nie zdradzał. Wstydził się trochę sam przed sobą, a co dopiero przed chłopakami z urzędu... I właśnie teraz ciężka chmura przykryła jaśniejszą mgłę. Trudno, pomyślał, to nie spacer. Żeby tylko nie padało.

     Klim rozgrzebywał igliwie czubkiem buta. Do buta lgnął piasek ze świeżo wykopanego dołu. Świeży piasek, jeszcze nie rudy i nie zmieszany z krwią. W tym wszystkim przyjemne było uczucie, że egzekucje masowe i pod gołym niebem przerywają rutynę strzałów w podziemiach, zwykłego urzędowania, codziennego bytu, pełnego zapewnień o lepszym jutrze, a przecież szarego i kłopotliwego. Już wierzysz, że jest lepiej, a tu znów przyprowadzają „kontrę”, ludzi, których nigdy by się o to nie podejrzewało i których, prawdę mówiąc, przykro nieraz było „załatwiać”, bo to byli swoi ludzie, z okolic, choć oczywiście, zatruci. Popiłeś gorący czaj, trzeba podpisać pobranie pistoletu i amunicji, schodzić do piwnic. Na miejscu. Trudno, mała sprawa.

     Ale tu, co innego. Nadzwyczajna okoliczność. Czuło się jakby wiew wojny o zwycięstwo idei, wojny przekraczającej granice, przekształcającej ludzkość. Wróg Sowietów i świata, ci butni, choć w lesie już złachmanieni polscy oficerowie, topnieli jak te garstki śniegu, zapełniając przygotowane doły. Klim czuł dumę, że jest Rosjaninem i należy do sowieckich organów. Dopiero w tym pojął siebie naprawdę. Tę pracę odczuwał jako wyzwolenie, oczyszczenie całych obszarów na Zachodzie, których wprawdzie nigdy nie widział osobiście, ale rozumiał to jako likwidowanie kontry. Czuł jednak, że to zadanie o wiele ważniejsze i bardziej odpowiedzialne. Tak w dzieciństwie obserwował, jak ciotka myła uszarganą podłogę w kuchni. Miło było zobaczyć, jak ukazywały się spod czerni świeże deski. A tu niknęła elita kontrrewolucji. Odróżniał ich szlify na mundurach, podniszczonych, zmiętych, a jednak wciąż uderzających elegancją. No i w ziemię ich, dobrze tak. Ale pracować w lesie było jednak ciężej, zimno. Rozrzucił butem garstkę śniegu. Stopnieje prędzej.

     – Klim! – to półgłosem jego kolega Wowa. – Podobno i generałowie są. Może dziś?

     – No i co? Tak samo strzelasz, tyle że stary. Ci, co kiedyś cara strzelali, to co innego. To się musiało pamiętać. A tu jak na froncie, tylu ich; strzelasz, a nie bardzo wiesz, do kogo. Warunki polowe. W twarz patrzeć nieprzyjemnie, a żeby szlify zobaczyć, nie ma czasu.

     – Mają podwyższyć ryczałt za strzał. Praca w terenie. Duża ilość. I ważne zadanie.

     – Podwyższą albo nie, nie ciesz się z góry. Job twoju, żeby choć czajku gorącego przynieśli... No i – podniósł głowę – słoneczka nie ma.

     – Ech ty, Klim, jak to mówią? Takie słowo... sybaryta!

     Podszedł do nich kapitan Bykow, dowódca grupy egzekucyjnej: – Pistolety naładowane? Strzela pierwsza dwójka, potem druga, i trzecia. Skrzynka z amunicją, widzicie, tam! – Wszystko jasne, towarzyszu kapitanie – powiedział Klim. – Tylko spóźniają się. I czaju nie ma.

     Od chwili, kiedy znaleźli w wagonie karteczkę ukrytą zręcznie za listwą: „Wysiadamy za Smoleńskiem”– mówili tylko o tym. Jan siedział i słuchał. Nowy obóz? W takim razie ani Północ, ani niemiecka okupacja. Jaka zasada transportu? Żadna, wszyscy są przemieszani, jak na sądzie ostatecznym, wtłoczeni. Po co? Jakaś myśl przemknęła z tyłu pod czaszką, ale jej prawie nie dostrzegł. Że wszyscy są wybrani. Ale co to znaczy? Ktoś powiedział:

     – Może dodatkowa kwarantanna, kilka dni, przed Bugiem? – Ktoś rzucił, z podłogi, bo i podłoga była zajęta: – Jak bydło rzeźne, taaka mać!
Zapadła nagle cisza, nie wiadomo dlaczego. Janowi znów wróciła myśl, ale teraz już czytelna, więc powiedział od niechcenia:

     – A może rzeźne? – I przyłożył rękę do głowy, tak jakby trzymał pistolet. Jego samego zdziwił ten gest. – Na mózg ci pada? – nawet nie widział, kto to mówi. Pułkownik interweniował ostro:

     – Poruczniku, gdyby nie to, że siedzimy za kratami, wpakowałbym was na tydzień...

     Jan bez namysłu odciął się: – Melduję się, panie pułkowniku. Zdawało mi się, że to jest rozmowa towarzyska, a nie narada operacyjna. – Wtrącił się drugi pułkownik:

     – Koledzy, spokój, Sowiety mają stosunki dyplomatyczne z całym światem. Wszyscy o nas wiedzą.

     Był zły po reprymendzie pułkownika, wdrapał się na najwyższą półkę, leżał tam i patrzył przez szparę, przez którą było widać tylko niebo. Świtało. Wiatr. Aż go słyszeli w wagonie. A tam w górze, bo tyle tylko widział: obłoki prześcigają obłoki, obłoki ścierają obłoki, tworzą się ławice, laguny, zatoczki, spiętrzone bałwany, pościg chmur jasnych i ciemnych. I już po wszystkim, morza pożerają morza. A potem zaczęły się wypiętrzania gór, i przewracanie się gór, w doliny i wąwozy. Podświetlenie przez słońce, co wyjdzie za chwilę zza horyzontu. „Chyba nie ma w pociągu drugiego takiego wariata, co patrzy na chmury”– pomyślał. Usnął i zaraz zbudził się. Pociąg rzucał i znów hamował.

     Kiedy to było? Dwie, trzy godziny temu? Potem ta stacja, ktoś chciał przeczytać nazwę, ale było za daleko. Z wagonu wepchnięto go do czarnego, dużego samochodu, w środku celki, bez światła, ciemność. A więc przejazd przez jakąś zonę chronioną? Bardzo nieprzyjemne, może z dziesięć minut jazdy. Wsłuchiwał się w odgłosy. Droga terenowa ze stacji, potem szosa i znów droga terenowa, ale miękka, pole? las? Obóz w lesie? Kiedy wypchnięto go z celki, mrużył oczy, słoneczny dzień byłby nie do zniesienia, potem zobaczył kolegów, znów kordon z bagnetami na sztykach, wprowadzano ich do jakiegoś dużego domu, z werandą, pensjonat. Naokoło rzeczywiście był las. Sosny. Kwarantanna, tutaj? Jeśli tak, to niezłe warunki. Już wszyscy z jego więźniarki. Duży pokój, krata od wewnątrz, ławy. Ktoś powiedział: – Ciekawe, na co czekamy? – Pewnie znów jakaś rejestracja. Dali by się coś napić.

     Jan przymknął oczy, miał zawrót głowy i poczucie całkowitego wyobcowania. Nie spał, słyszał rozmowy kolegów, a czuł się, jakby spał. Przebiegały ni to obrazy, ni to sny. Więc najpierw te wspomnienia z podróży. A potem nagle wrócił Kraków, koniec sierpnia. Ostatni dzień pracy w szpitalu, ostatni obchód. Pożegnanie z rodzicami, ostatni spacer po A-B, ostatnia kawa na Sławkowskiej. Ola miała puszyste, jasne, świeżo umyte włosy, śmiała się, ale oczy jej były wystraszone i smutne. To się nazywa nadrabiać miną, pomyślał wtedy. On też nadrabiał. Przejazd w zatłoczonym pociągu, meldował się w komendzie pułku w Rzeszowie. Inny sen: jakieś wakacje, wysokie drzewa w sadzie, leży na trawie, zbiera z bratem spadłe jabłka, zajadają, zaraz pobiegną znów grać w piłkę. Niedziela, jadą wozem w świeżych kilimkach do kościoła, woźnica daje potrzymać chłopcu bat. Grają organy i już ludzie wysypują się z kościoła. Zapach lip w słońcu. Ocknął się.

     Zgrzytnęły boczne drzwi sali. Enkawudysta z ręką na odpiętej kaburze. Po co? Głupi postrach.

     – Wchodzić po jednemu!

     – Kto?

     – Wszystko jedno!

     Jan podniósł się, sam nie wiedział, dlaczego. Może dlatego, że już dość miał czekania, nie wiadomo na co. I co ma być za tymi drzwiami? Za drzwiami drugi enkawudysta, Jan szedł między nimi, teraz korytarzyk, dość długi, przedpokój, gdyby krzyknął, koledzy by pewnie nawet nie usłyszeli. Po co miałby krzyczeć? Ten z ręką na kaburze z tyłu, to nieprzyjemne.

     Duży pokój, to, co tam zobaczył, przypominało trochę krasnyj ugołok w obozie. Na jednej ścianie czerwone chorągiewki, między nimi gipsowy Lenin, duży portret Stalina. Ale za stołem z czerwonym suknem, dwu enkawudystów, nagany w odpiętej kaburze. Na stole papiery, to wykazy. W drzwiach dwu szeregowych z bronią przy nodze, bagnety. Jeszcze dwu koło okna, chyba bez broni, nie miał czasu im się przyjrzeć, bo już ten za stołem pytał go o nazwisko, szukał, sprawdzał, odkreślił.

     – Prowierka!

     Rewizja osobista, więc po to stoją ci funkcjonariusze! Rewizja była brutalna. Zawartość kieszeni, portmonetka, zabierają, ściągnęli mu z ręki zegarek (do końca nie chciał go sprzedać!), obmacali, zdjęli pas główny. Nim zdążył spytać, co to znaczy, wyprowadzono go do sąsiedniego pokoju. Duże okno, ale zasłonięte. Funkcjonariuszy było tam pięciu czy sześciu. Dwu chwyciło go pod ramiona, poczuł nagle, że z tyłu jakieś ręce zadzierzgują mu na rękach sznur, ostro, do bólu. I już prowadzili go biegiem. Dziedziniec przed pensjonatem, karetka z pracującym motorem. Nie reagował, wciągnięty w ten wir gwałtu, ale poczuł, że nogi ma miękkie, może przewróciłby się, gdyby nie mocny, brutalny uchwyt pod ramiona. Uniósł głowę i w ostatniej chwili przed popchnięciem do karetki zobaczył jaśniejszy pas nieba, na który nachodziła ciężka, ciemna chmura. „Dobrze – przemknęła mu wyrazistsza nagle myśl – że nie w słońcu.”

     Klim sprawdził pistolet, który pewnie leżał w kaburze. Lubił pracę z niemieckim Walterem. Dobry pistolet. Nabity. Zabezpieczony. Kiedy się skończy to czekanie? Wyciągnął z zanadrza płaską butelkę, odkręcił, pociągnął. To był wyłączny przywilej ich kilku, z egzekucyjnego. Ale przed pracą tylko czut’ czut’. Zagrzało. Włożył do kieszeni i zapalił papierosa. Wstał i podszedł kilka kroków nad brzeg dołu. Fachowa robota. Przystawiono drabinkę prowadzącą w dół, a obok kilku robotników z oddziału więziennego, pod strażą. Też enkawudyści, ale chwilowo na wyrokach. Gumiaki, ubrania robocze. Gumowe rękawice o długich wyrzuconych na kurtki manszetach. Dobra organizacja. Siedzieli na pniu sosny, albo stali, wyraźnie zmarznięci.

     Czasem bardziej, czasem mniej, ale w zasadzie Klim był zadowolony z pracy. Odbił się od rodziny, od ojca. Bo matki Klim nie pamiętał. Ojciec wracał nieludzko zmordowany z kopalni, jadł to, co postawiła na stole ciotka, która zajmowała się trojgiem chłopaków po zmarłej siostrze, szedł zaraz spać do małego pokoiku. Oni spali w kuchni, z ciotką. Przesypiali świt, gdy ciotka dawała ojcu śniadanie, i potem szli do szkoły. Po szkole biegał z kolegami, czasem rzucali kamieniami, a czasem siedzieli nad rzeką i palili papierosy, ukradzione starym. Zastanawiali się, co można by jeszcze ukraść, ale sklepik miał grube kraty i niewiele lichych towarów, wszyscy byli biedni.– Gdzie chodziłeś? – pytała ciotka, ale nawet nie czekała na odpowiedź. Jak był mały, zapytał raz ojca, jak jest w kopalni. – Jak u kreta w dziurze... – Wyobrażał to sobie czasem i bał się. Ale nie bał się nigdy pod gołym niebem.

     Inne życie zaczęło się dopiero w wojsku. Klim był zręczny, wyróżniał się. Ale przełom zaczął się od rozmowy po szczególnie dobrej punktacji na strzelnicy. Rozmawiał z nim lejtnant, polityczny, rozmowa o tym, o owym.

     – A koledzy wszyscy zadowoleni? – spytał od niechcenia. Podsunął papierosa, przyjaźnie. Klim zaciągnął się, czuł się wyróżniony. Zastanowił się. – Jakby powiedzieć... – A kto nie? – A, powiedzmy, Walentyn. Wyniki w strzelaniu dobre, a mówi, że wojsko do dupy, bo wojny nie ma, a on do wojska nie stworzony.

     – A otoczenie kapitalistyczne? – zapytał miękko lejtnant. – Oczywiście. – Zawahał się. – Walentyn powiedział, że on by wolał dalej uczyć się. A tu nawet myśleć nie ma czasu. – Myśleć? – zdziwił się lejtnant. – A o czym?

     No właśnie. W jakiś czas po tej rozmowie, Walentyna przeniesiono do karnej kompanii, a Klimowi zaproponowano przejście do służby specjalnej. Znaczy się, do wojsk wewnętrznych i zawodowo.

     Zgodził się. Nie chciał wracać do kuchni z dwojgiem młodszego rodzeństwa i ciotką, pójść do kopalni, jak ojciec. Wystarczyło mu to, co już widział. Tak, wtedy podjął najważniejszą decyzję swego życia. Praca nie lekka, ale i nie ciężka, ojciec w życiu nie widział takiej wypłaty, jaką on otrzymuje. Był nawet raz u ojca, ale stary niechętnie na niego patrzył, mundurowego. To nie był wojskowy mundur. Widać zazdrościł, a zazdrość taka już jest, że patrzy krzywo. Klim nie zazdrościł, ale chciał iść w górę. I szedł.

     Początki służby egzekucyjnej były bardzo przykre, odcinał się od tych wspomnień. Ale to, że stał teraz w lesie nad tym dołem paląc papierosa i czekając na transport, stanowiło dowód tego pięcia się w górę i niewątpliwe wyróżnienie. On, który był maleńki w czasie pierwszej wojny z Polakami, teraz jako żołnierz NKWD bił się z nimi i likwidował armię, sam jej trzon oficerski. Strzelał i niszczył wroga. A ponieważ na wojnie chodzi o zabijanie, robił to, co na wojnie jest najważniejsze. I zabił może więcej niż niejeden na froncie, co to przyjdzie i będzie ci się chwalił. A zabijać tu ciężej, bo to nie jest strzał z armaty, trzeba dobrze mierzyć i nudno jest, wciąż to samo, a nie tam atak, odwrót, bój. Ten sam cel, a zadanie trzeba wypełnić bez żadnego nawet zapału. Możesz cały dzień na strzelnicy strzelać, a tak nie zmęczysz się. To także nie polowanie, tam czyściutko, stoisz sobie, mgiełka, zwierzyna z lasu wychodzi, drzewa szumią i strzał. I zwierzyna wstrętna nie jest, a człowiek tutaj wstrętny. Obcy. Tyle że świeże powietrze. Prawie każdy idzie, a słania się, podprowadzają go, boi się, szamocze, jeszcze nieraz krzyczy, i w tym cała trudność. Zawsze potem na chwilę nieruchomieje, ale kiedy? Trzeba to wyczuć. Bo wtedy się strzela. A trzeba szybko, bo za chwilę drugi samochód przyjedzie, cackać się nie ma co, a chcą, żeby jednym strzałem, każdy dodatkowy strzał kancelista dopisuje. I potem kapitan przegląda, nic nie powie, ale marszczy brwi.

      O, słychać chyba samochód z transportu, z lasu. Inni też już chyba usłyszeli, każdy patrzy, czy jest na swoim miejscu. Podszedł do swoich „podprowadzających”, papierosa łukiem odrzucił w dół.

     – Chłopcy, a ciasno prowadzić, odskoczycie, kiedy krzyknę: stoj!

     Bo zaraz po tej końcowej jocie pociągał za spust. Człowiek stał wtedy jeszcze sekundę, a potem walił się ciężko. Ci z pomocniczej-więziennej odciągali trupa i zrzucali w dół. W przerwie strzelania szybko układali zwłoki i wychodzili po drabince z dołu. Bali się rykoszetu i przestrzeleń. I o odbezpieczeniu trzeba pamiętać, raz pociągnął za spust, odezwał się tylko mechaniczny trzask, prowadzący odskoczyli, musiał strzelać szybko i dwa razy, bo strzelany Polak oglądnął się i chciał odbiec. Ale nie zdążył. Kapitan powiedział: – Oj, Klim, Klim! – Bardzo to było nieprzyjemne.

     Już wyraźnie słychać silnik. Na leśnej drodze pojawił się kadłub czornowo worona. Wreszcie. Wyrzucony papieros jeszcze tlił się w dole...

     Niby nie myślał nic, tak prowadzony, ciągnięty prawie do więziennego wozu, ale nagle wiedział już: tamtych też powieźli. Dokąd? W jakiej sytuacji można związać oficera? Ani on, ani koledzy nie okazali żadnego odruchu niekarności. Nie przeżył tego nigdy i nie widział, za młody był zresztą, ale z literatury i wojskowego mitu znał jedną tylko sytuację podobną: ręce związane z tyłu, opaska na oczach. Nie miał opaski, widział chmurę zasłaniającą światło. I nagle zrobiło mu się niedobrze, ale już wchodził po dwu stopniach do karetki, już wpychano go do wąskiej celki. Krzyknął:

     – Dokąd!? – ale żołnierz z eskorty nie zareagował. Z sąsiedniej celki dobiegł zduszony okrzyk:

     – Kto tam? Tu porucznik ...anek.

     – Porucznik ...iwski. Związali ręce!

     – Mnie też! – Chwila milczenia i tamten znów krzyczy:

     – Egzekucja?!!

     Zalała go fala mdłości. Gdy oprzytomniał po chwili, wprowadzano znów kogoś do sąsiedniej celki. Więc krzyknął w stronę tamtego, ...iwskiego:

     – Nie!!! – Jakby sam siebie chciał przekonać. Ale głos miał zduszony, prawie niesłyszalny. Odpowiedziało mu milczenie. Tamten nie usłyszał lub nie chciał odpowiedzieć. Teraz dochodzą jakieś krzyki z sąsiednich celek. Ogromny samochód brzmiał głosami kilku ludzi. Było ciemno. Mignęła mu jakaś przeczytana scena o obwale w kopalni. Chciał tamtemu odkrzyknąć: „Boże, ratuj nas!”, ale nie zawołał. Coś w nim uznało wszelkie słowa za niepotrzebne i bezsensowne.

     Musiał na chwilę, tym razem dłuższą, stracić świadomość, bo gdy się ocknął, samochód już jechał. Podskakiwał miękko na leśnej drodze. Jan opuścił głowę, prawie dotknął nią kolan. Czuł strach i brak myśli, to znów jawiły mu się jakieś pozbawione logiki choć wyraźne obrazy. Wycie syren lotniczych, biegnie w Krakowie ulicą Warszawską w stronę koszar. Jedzie w zatłoczonym pociągu do pułku, do Rzeszowa. Cofają się nocą z taborami, na wschód. Czołgi sowieckie, stoi w grupie, przed chwilą oddał pistolet, rzucony na stos. Wbił oczy w ciemność. Słyszy jakieś zduszone krzyki z wnętrza samochodu. Potem znów przestaje cokolwiek słyszeć. Jest na wakacjach, w górach, szumi deszcz, jeszcze ciemno, przed świtem, nie, to burza, daleki grzmot. Otwiera oczy, ruch samochodu ustał, ile jechali, może niecałe pięć minut... Suche uderzenie pioruna. Nie, to strzał z pistoletu. Jest już trzeźwy, jak po chorobie lub operacji, kiedy budzimy się z narkozy. Za chwilą tuż obok, za cienką ścianką drzwiczek tupot nóg, ciągną kogoś, ...iwskiego? Uderzenia nóg o stopień. Krzyk tamtego: – Co jest? Nieee! – I okrzyk, po rosyjsku: – Stoj! – I prawie natychmiast suchy pistoletowy strzał. Mały lub średni kaliber. Więc to tak, już?! Teraz!? Zdjął go jakiś skowyt, śmiech lub raczej płacz. Ale to nie był płacz, tylko coś w rodzaju spazmu.

     Trwał w tym, gdy zadudniły buty i otworzyły się drzwi. Wyciągnięto go z celki, upadłby, ale było za wąsko. Prawie zepchnięto po stopniach samochodu. Spazm przeszedł. Zobaczył jednym mgnieniem sylwetki żołnierzy NKWD w mundurach, las. Ścięte sosny, dół. Obok dołu ktoś leży na wznak w polskim oficerskim mundurze, ...iwski? Ale nie miał czasu myśleć o tym, prawie nieprzytomny, bo co innego słyszeć, a co innego widzieć, czuł tylko, jak prowadzi go dwu pod pachy w tamtą stronę, tuż z boku stoi jakiś enkawudysta z pistoletem w opuszczonej ręce. Więc wbija nogi w ziemię, opiera się, wymuszony krok, jeden, drugi, i słyszy nagle krzyk tuż z tyłu: – Stoj! – Nie wiadomo, czy usłyszał strzał, czy tylko zobaczył ciemność lub może odczuł coś, z czego nie mógł już zdać sobie sprawy.

     Chwila przerwy. Teraz zmiennicy. Klim przysiadł z papierosem na pniu sosny. Zdrowiej nie patrzeć. Oczy w górę, odpocząć. A tam znów jaśniejszy, niebieskawy pasek chciał potrwać przez chwilę w górze, między koronami drzew. Klim czekał na światło. Na jednym odczycie prelegent mówił, że komunizm będzie rządził pogodą. Tam w górze trwała gigantyczna praca. Chmury wznosiły chaotyczne budowle olbrzymów, waliły się od trzęsienia wiatru nietrwałe budowle olbrzymów. Musi zginąć, co z chmur.

     W końcu wygrała ciężka, czarna chmura, i ponura szarość, od której nie było już odwołania. Ech, rozstrzelać by ją, pomyślał. Spuścił oczy, słychać silnik, następny woron, teraz już dla niego.

     Klim wracał późno, okazało się, że dostarczono im jeszcze jeden dodatkowy wagon, o którym nie wiedzieli. Musiał podpisać jeszcze jedną dodatkową kartkę i sporo krzyżyków postawił na nich Siergiej, kancelista. Gazik podskakiwał na wybojach, było już prawie ciemno. Przed oczami głowy. Głowy na ogół w czapkach wojskowych, włosy ciemne, jasne, czasem zgadywał łysinę, to bez znaczenia. Wygolone lub nisko zarośnięte. No, patrzył tylko na głowy. Sunęły przed oczami. Wiedział, że za godzinę to przejdzie. Tak było przy zbieraniu grzybów, w dzieciństwie. Długo jeszcze przed oczami miało się leśne poszycie i grzyby, dobre i trujące. Dziś polskie głowy. Znikną jak garstka śniegu. Chciał spędzić myśli spod powiek, bo dojeżdżali do Smoleńska. Spojrzał do góry przez szybę. Noc się zbliżała. Jaka tam mgła już w górze być musi, burość i szarość, i ciemność. Szły chmury wałami, szły lawinami brudnymi. Całe niebo ciemnymi obłokami zasnute, światła już zastrzelone, przysypane. Pomacał się po boku. Waltera na wieczór zdawali. Ech, sybaryto...

     – Jak, towarzyszu lejtnancie? – powiedział szofer.

     – Nic, nic. Spać się chce. Podrzucicie do domu? Ale najpierw koło urzędu! – Wiedział, że dyżurna butelka z „czystą” czeka w szufladzie jego biurka, jak zawsze po akcji.

     Czuł senność. Gazik hałasował, a Klimowi natrętnie się zdawało, że słyszy echo pistoletowych strzałów. Ale nie spał. Jego myśli krążyły teraz od ziemi do chmur. Tak, nikomu by o tym nie powiedział, ale widział cały świat burżuazyjny jak formacje ciemnych chmur. Mogą sobie budować zamki, wały obronne, państwa obłoków. Ale to nie może być trwałe. Komunizm, jak wiatr, wszystko przepędzi, wszystko przepadnie, jak choćby ci Polacy.

     – Zginie, co z chmur – powiedział znów do siebie.

     Szofer spojrzał, ale nic już nie powiedział. „Lejtnant zmęczony dziś” – pomyślał.