Wyjście
23.12.2005

WYJŚCIE [1964]

DAWNE ZAPISY

Trzydziesty dziewiąty
Próżno
Papieros
Piosenka o domu
Sen
*** wydany klęskom
*** uciekasz ciągle uciekasz
Inny sen
*** oni wracają do nie swoich domów
*** wylewasz się już odpływasz
Szum
Światło
*** papierowe jabłuszko do nóg ci się toczy
Terminus ab quo
Pukwgłowie
Cmentarz
*** przecz mi sztuki zabraniasz
Sedno
JEDENAŚCIE ELEGII
Elegia pierwsza
Elegia druga
Elegia trzecia
Elegia czwarta
Elegia piąta
Elegia szósta
Elegia siódma
Elegia ósma
Elegia dziewiąta
Elegia dziesiąta
Elegia jedenasta

WYJŚCIE

1964

DAWNE ZAPISY



TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY

piasek bezbronny pod salwą
las wzlatujący z bombami
przykryj się sosnową gałązką
spieszony ułanie

dymiący czołg na wzgórzu
ciało chłopca na ścieżce

Polski już tak mało
a tak dużo bólu

1948-1998

PRÓŻNO

próżno
nie odełkam bólu prostego krzyża wśród ruin
pustyni ceglanej śmierci
nie dodam życia
próżno
nie zakwitnę na spalonych konarach drzew
męce poskręcanych sztab
nie przyniosę ukojenia
gościnną stopą nie dotknę
oberwanych schodów
nie zamknę już nigdy
martwych oczu okien
zapamiętam
sczerniały komin
ostatni krzyk zwalonego domu
uproszę
zieleń traw i chwastów
zakrywającą ciągle rany

Wrocław 1948

PAPIEROS

kaleka pod kościołem
gwar miasta
beznogi pali papierosa

ciało wyrasta
z kamiennej płyty
martwe figury świętych
tło

jak manekin drewniany
w połowie przecięty

młody chłopiec jasne włosy
w wąskich wargach
papieros

mijają piękne dziewczyny
uśmiech czy skarga
zgasił

Wrocław 1948

PIOSENKA O DOMU

gdzież się ukryło to gwiżdżące dziecko
w które słońce ciskało pomarańcze
które tańczyło wśród kolorów bytu
tak jak sikorka i jak trawa tańczy

wstęp do marzenia klawisz trąca
umarła ręka lecz znużenie
roztrąca w locie bukiet mit
dom dotknął nocy jest milczenie

w pokojach czasu wszystko ścichło
tam wczoraj z jutrem zaplątane
gość ciemny staje tu z wahaniem
w zwierciadłach z rdzy przed sobą samym

umarła ręką próżno trąca
miarowo dźwięk bo już znużenie
rozrzuca nuty spadające
dla domu który dotknął cienia

dla domu który dotknął nocy
umarła ręka trąca marzy
lecz próżno wzywa twej pomocy
umarłym nic się już nie zdarzy

Wrocław 1949

SEN

śniło mi się żem wzdymał ciało jak balon
i zagłębiałem ręce w przestrzenie
rozkładającej pustki
pomiędzy skórą i kośćmi
więc gdy zapadam się w zwierzęcy sen
ty nie wiesz nic ja ci opowiem

 *
* *

wydany klęskom
zatrzaskują się kamienne krajobrazy
gdzież biała spękana kora brzóz
na niej pisane listy nie zawiłe
miłosne zwitki lekkie jak motyle
źródło gdzie klęcząc piłeś wodę
i ręce zanurzone w chłodnym strumieniu
rozpływają się echa bliskich twarzy
na bagnie brzózka lilipucia
drży gdy mamuta wspomni krok

 *
* *

uciekasz ciągle uciekasz
drzewa są puste i nagie
na drzewie liść dziurawy gra
idziesz sam pod księżycem ogromnym
z oczu strząsasz ciężar piasku
z uszu wytrząsasz ciężar ziemi
wyzwalasz się od mokrej gliny
uciekasz jeszcze uciekasz

INNY SEN

ja jeszcze się nie obudziłem
ten co sosnowy widząc pień
myśli przerośnie mnie ten las
tym snem ścigając bezszelestnie
śmierć

krzyknij śmierć
może się przebudzę

 *
* *

oni wracają do nie swoich domów
w nie swoje łóżka kładą obce głowy
oczekujące na snu gilotynę
wtedy twa własna obca ręka
knebluje usta i uszy zatyka
wciąż jeszcze wierząc w okruszynę
życia i czasu gdy w trzecim kosmosie
nawet w nadfiołkach nie zaświecisz
więc uśnij w podczerwonym świetle
a prześcieradło dywan latający
uczyń całunem w nieobecne ciało

 *
* *

wylewasz się już odpływasz
z buta wycieka życia treść
esencja stopy gdy w piszczelu
zostanie symbol ostateczna trąbka
żałosny flecik świstając cichutko
w małe mieszkanko trumienne zegarek
dłoń ci najbliższa nakręci by tykał
jeszcze czas jakiś podziemne godziny
tam woda podskórna tam fantastyczniejąc
kwiaty osmozy tam w zacichłe pulsy
szepcze kukułka miłosnego brzasku
po rannych krokach prostuje się trawa
ojciec dysząc stanął na półpiętrze
i płoną szyszki sosnowe gdy matka
krusząc gałązki wraca zatroskaną łzą
idzie wciąż jeszcze w daleki horyzont
w starości drobnieje i patyczkiem
podpędza swe kółko pod górę
niestrudzenie ona

SZUM

poplątana przeszłość
zaplątanej przyszłości
między uderzeniem fali
z szumu okrutnego
budujesz swój dom
przeźroczysty na piasku
pobladły ukłuty gałązką
zieloną nieśmiertelnej sosny

ŚWIATŁO

zasuńmy ciemność
wolno spać
pięciopromienna gwiazdka dłoni
gości potrzebnie w rany gorzkie
wpełzłeś do nory swej spokojnej
jak zwierzę
kto wie
zostawiając człowieka
tam w blasku okrutnym
pod razami ociemniałych oczu
pod razami światła

 *
* *

papierowe jabłuszko do nóg ci się toczy
a czerwony zajączek wespół z żabim królem
malowane słoneczko i wesoły grajek
pośród twej pustki zaludnienie znaczne
uciekała w przestrzeni czerwona czapeczka
aż przeskoczył w czas i odbiegła
nim się obejrzysz grządeczkę ci sypią
odarcie w pustce po twoim spojrzeniu
ach póki grzałeś dołek w poduszeczce
krągłym policzkiem więc płaskie jabłuszko
zapal w źrenicy zanim ci zakryją
papierowa jabłonko otrząśnij symbole

TERMINUS AB QUO

w przededniu sztuki
zaraz przed miłością
ach dopiero potem
pokaże się pokaże
i tuż przed uśnięciem
widać przebudzenie
tam ostry skos łąki
oset nad urwiskiem
odnajdą się wreszcie
i dni jelenie
rącze niezbrukane
pobiegną do śmiertelnych wodopojów

PUKWGŁOWIE

Puk-w-głowie jest sam patrzy na wzburzoną wodę
pukwgłowie jest daleko dotyka śnieżnej gałązki
kościółek otwarty na jutrznię broczy róża śniegu
pukwgłowie biegnie nad wezbraną rzeką
to mętne lustro i nic nie powtarza
na czworakach z brunatnej wiosennej kąpieli
pukwgłowie zamarzł szron
pukwgłowie świst nocnego pociągu
asfaltem klaszczą kopyta północ
jest szpara blasku cicho Puk
wgłowie galop przykryty czarnym fortepianem

II

stąd poczyna się wieść Puk-
w-głowie hienowato cmentarze pamięta
dużo prostokącików
wpisano w nie szkielety i ciała
lecz nieco niżej
puk mogiła wgłowie grób
Pukwgłowie nie zapomni
dziury niewymiernej spadać spadać
i gdy świat
co mógłby być opisany kołem i stający
się rozkoszujący w sobie
ucieka j e s t przez dziurę
ku niej galopują jelenie światła
brązowe w kropelkach potu na szerści
ku niej bulgot źródełka z żyjątkiem
na dnie Pukwgłowie przepaścistą łopatą
wysypywanie zielonego lasu ku dziurze owej

III

Pukwgłowie o co chodzi
o co chodzi aby wiedzieć
nic więcej i czemu nie
aby wiedzieć i jeszcze
puk-w-głowie to co się straciło
co wyklucza co się ma
co się straciło to się ma gdy
się wie że już nie Oddech Pukwgłowie

IV

Pukwgłowie dobry sanie
spod cmentarnego muru odwożąc
w jarzące węgielki ciepła i szybą
odcięta noc bezpiecznie na sześć kroków
i ciężar góry to on w rękę bez reszty to on
w nogę to on ci w głowę puk puk
góra zanurza w elastyczną głąb

V

pukwgłowie Pukwgłowie
wyblakły wyimku dzieciński
wężu czerwonych mrówek
bez pierwszej i ostatniej
ty nie wiadomo co dalej
ty nie do naprawienia
ty nie mogę się rozeznać
ty dzwoneczku delikatnej zadymki
pukwśniegu Pukwgłowie
puk w jeziorze w jałowcu
roztartym na dłoni
Pukwgłowie życie nie do scalenia
nie do wyboru sensu
nie do wierności sobie
nie do możesz rzecz przeprowadzić
nie do już się nie powtórzy
nie do nie dam się zaskoczyć
Puku pociecho nie do pogardzenia
Puku ratunku nie do pozazdroszczenia
echo w sosnowym pniu gdy tęgo zamachnąć
Pukwgłowie wspomnienie kopalne
Puku ząbczasty listku Puku
robaczku latarenko latająca
Puku Czarny Niebieski Zielony
Pukuwgłowie echo echo
i co z tego lecz choćby
ciepłe ucho uśpionego psa
szczekającego w głąb swego snu

1961

CMENTARZ

cmentarz gołębi pośród bagna
tu leżą mieniąc zdobne piórki
te blisko jakby śpiąc upadły
te dalej na pół w szlam zawarte
przenikające przeniknięte
gdzie chorobliwość kształtu przemian
a gdy wśród szlamu cień pogłębia
oczodołami ptasia czaszka
budzi westchnienie ulgi będąc
myśleniem bardzo estetycznym

 *
* *

przecz mi sztuki zabraniasz
jeśli nie laska kwitnąca ślepca
cudotwórczyni zdrojów
jeno kronikarka niewymyślnej pustki
własność mała ręki lewej i prawej
umyta skóra kości worek
otwarcie oczu i zamknięcie
śmierć którą witasz n i e o b e c n i e
zatruty motyl słodkiej chwały
łąki kwitnącej jej znikalność
zapala w tobie i nasyca

SEDNO

łodzi któraś wyszła z liściastych nawisów
to się już nie powtórzy
już tamta puszcza wyzwala się z dębu
jezioro z łodzi
poręba z twego snu
życie z życia

rozstanie siekier ze szczapami
posłania z ciałem
pamięci z kształtami
wspomnień ze słowem
proste choć zawiłe

to już się nie powtórzy
tłumaczenie bez celu
twarz bez wiatru
wiosło bez wody
ręka bez ręki

był ogień oswojony
który zwodził dziki
płomień był do twarzy
a dym do oczu
konie z ciemności podawały chrapy
na wargi paląc upadała iskra

góra już za stroma
dół już za głęboki

patrz z szeleszczącej leszczyny
ku nam się toczy
pusty do zgryzienia orzech

JEDENAŚCIE ELEGII


ELEGIA PIERWSZA

nenufary kaczeńców płynie czarna rzeka
noga wielbłąda z niej wystaje czasem
myślał non omnis moriar ach westchnienie
i przepaść szumu świerkowej kotliny
smutne szczebelki myśli to drapieżca
co wylazł z rysów jowialnego przyjaciela
ściskając cię słyszę jak dźwięczą odlewy
wspomnień pociski wrzucone w beztlenową głąb
kita wiewiórki skreślona stukaniem dzięcioła
co zmilkło zarośnięte przylaszczkami dni
furkoczą halki walców szaleje smutny step
niezbędna tkliwość też mieszkała w nas
buźka i pa itako kolchido kwitnących oczu
bo jeśli przewiercić myśli na siteczko
powieje chłód piwnicy który jest
wiesz sama więc żegnaj zagubiona
w papierowym tłumie a czasem nazbyt
rzeczywistym jak mięsiste dłonie agawy
to tam-tamy mitów mitologiczne kołatki
interferencje zdarzeń pośród świata myśli
łupie się jak polano ta powietrza ściana
cieniej i cieniej będzie warstwa ziemi
ułożona poziomo nie dość napasłeś
się cmentarzy zawierzyłeś pamięci
strzałka pierzasta na cięciwie dni
śmierć palce rozwiera może pocałunek
zostanie w mrocznym przeciągu nie wiem
zwierzątka siedzące na krawędziach biurka
zapomniałeś jesteś zmęczenie
nie Jesteś smutek Nie pragniesz
tego co pragniesz przeraźliwe jest
kroki międzyplanetarnej pustki jest
twarz z kliniki lalek jest tylko
to co było

ELEGIA DRUGA

hodują metafory jak pieczarki Inni
zabijają je Ciemna muzo
przysięgnij na kość i na szpik
poręcze światła wschody dłoni
usta podane rzęsom zdradzisz
topole natchnień i zielone
tercje kukułek kuku kuku
zdradzisz to wiatr schwytany w dłonie
wrzucają słowa w centryfugi gną
lecz sens się nie nagina tak więc
unoszą czarne jeże jabłka
czarne okwiaty ognie wiatru
to co pisałem mniej ślimaczka
podpis wciśnięty w wapniu kruchym
gdzieś jest madonno bizantyjska
i ty o twarzy włoszki młoda
gdy dzikość rozpacz głód skradanie
tych krajobrazów co skoczą do oczu
zwielokrotniona świstawka dziecinna
i pędzi tamta lokomotywa śród pól
pryskają kłosy chabry i rumianek
słowa ścisłe jak rzeczy odmieniają ludzie
siejąc ciemność to oni zamykają sens
co tobie jasnym był dla siebie
dokąd dla siebie tylko nie ma zdrady
pamięć powiedziałeś pamięć
powtórz pamięć album do marek
biurko składzik lodówka pamięć
jest literaturą to ryba wyciągnięta z przerębli
ach śnięta święta obrazkowa
machając rączkami pod sklepieniem kościoła
w rękę to moja ręka w nogę to moja noga
duch jak scyzoryk w ciało się układa
chcesz czego nie chcesz człowiek zatrzymany
strzała nie biegnie do tarczy Dążysz
by uciec graj muzyczko graj
jasność otwiera nas w końcu
jak muszlę jasność śpiewa czego
już przecież nie słyszysz
o c e m b r o w a n y

ELEGIA TRZECIA

ty które jesteś nazywasz się nigdzie
ty które jesteś odnajdę cię nigdy
w nieistnieniu w szparze koło rozetki sęka
zarys spóźniony pierzchających uczuć
jesteś we mnie nie uciekniesz mi
tu skacze ruda mysz zmęczone gardło pieje
pstrym kogucikiem i łepkiem na pniaku
nie do cofnięcia między ostrym błyskiem
reszta odbiega bijąc skrzydełkami
w jałowe niebo pustych kroków żalu
bojaźń głęboka bezszelestnej ściany
stołki barowe tańczą etykietki
z alkoholów drzeć pasy bezsilnie
et morituri te salutant trumienko
świeczko woskowa twarzyczko
która surowsza bursztynowej muszki
gdy przeciwrównać śmiercionośny dół
zamieszkać w sennych kolanach pomiędzy
tkliwością a żądzą znowu kochać
dłonie błądzące płytko wśród zimnych strumieni
niedościgniona która jesteś
nazywasz się nigdy i nigdzie
kropla rozłamana może wstęp do liścia
niepowrotny To zdmuchnięty sen
płomień który obiegł raz jeden
ciało a potem jeszcze ziół spłynięcie
woń kasztanowców dusi
gdy kaczuszki puszczałeś a nie
że płynęły To różnica Co widzę
na ścianach pieczary lecz w barwach
wody ożywionej na wewnętrzne echo
w pętle i przepaście oczekiwań zmięte
wyprowadzano konie spisą otwierano nieba
płonęły gobeliny kruszały azury
i tylko ja Nikogo więcej Zawieszony
w niepewności istnienia nigdy nigdzie
to krajobraz zimny i chłodny a na nim
ciepłych papug mizdrzące golfsztromy
kochanki w kokach skrywają androny
rozmnożony przez pączkowanie a przecież
wniknięty w drzewo ziemię wiatr
ciepłe gejzery płodności Nie zaznałeś smaku
spadłeś z nocnych galopów zatrzymany pięknem
rozszerzonych źrenic jej twarzy o pędzle
starych mistrzów porażony i nieba
trzymane na smyczy runęły
uciekłeś z czaszką yorika pod pachą

ELEGIA CZWARTA

Dziewczynce z pieskiem

ściany moje pochłonięte przez horyzonty
dach w błękit uleciał a podłoga glinie
przewiewają wiatry przez jego nicość
pustka szczerzy lęk stopa strachu
waha się nim na kładce zielonej
utwierdzi nadzieję rzeczy straconych
przedsenna poro umierania gaśnie
zapałka wyciągniętej dłoni przebacz
zostajesz w pustce jałowej przebacz
sam sobie jeśli możesz Eureko
dziewczynko z pieskiem dawnej fotografii
dotknęłaś dłonią niewątpliwą
sięgając głosem dna źrenicy
tam ją odnajdziesz potem przebacz
ty co płaczesz senną śmiercią
W noc ogarnięty Wchodzi przeraźliwa
jak temat mozarta żywo-rączo Owce
brzęczały leciutko pasterz nawiedzony
kopał u korzeni gorzką wiedzę domu
to realne lecz świat ten też się liczy
wybacz źrebaczku na wiotkich pęcinach
schodziłem w mgłę i deszcz i znów
anioł snu śmierć rzeczy ukazuje bliskich
zamykałeś trumny gorzej niż wspomnienia
rozstania nieuniknione lecz przecież
wybacz pozostają rozstania ostateczne
Na przełęczy Wiatru szczelna rzeka
pochłania i umacnia w dno Szczęście
przeczy szczęściu Ból rozkosz zadaje
wybacz gawocie menuecie zadany
na własny temat ty prawdziwe
i jedyne buffo koniu trojański
schnący za dłonią o miękkości cukru
drży jeszcze ostrze na wargach gdy sól
z żył krew uchodzi jak zawsze
napniesz je na skrzypiec szkielecik drewniany
przeciw sobie Nie ma innej sztuki
żyjemy w przerwach któż ten strach podźwignie
wypali dłonią

ELEGIA PIĄTA

cisi i nocni przechylają ziemię
odejdź gwiazdo najdalsza moich ust
odejdź samotność to spirytus
wychylony bez wiedzy najpiękniejsza
na skłonach dłoni niebacznie sturlany
przemienną metafizyką ziemi nieboskłonu
odejdź daję ci miejsce poczesne
w przedsionku serca które nieobecnie
znaczy bliskich nie ma pająki
wieczoru najczęstsze wonnym korytarzem
podpływa tlen i zapach traw
odejdź która wszystko rozumiejąc
namiętność zamkniesz w podziemne łożysko
rzeka biegnąca drżeniem pod powierzchnią ciała
już nigdy źródeł nie otworzę niemych
gałązka gestów nie zakwita w dłoni
odejdź zwycięstwo to smutna konieczność
tragedii postęp chromatyczny nigdy
tercji kwinty czy oktawy dźwięki
ach tylko one i zapachy
zapach psa lisa zapach
i gdy przez słomę śliskie kości
wyciągać z dołu najstraszniejszy
przez nie dopiero będziesz jesień
dwuznaczność szczęścia gdy na chwilę
już niepochwytny dotkniesz zapach
owoc co gnijąc ziarno zwierza
w czarnoziem palce zagłębiając
i ziemia wiernie sprawdzi ciało
sprawdza się wieczór i jałowy wiatr
płonących horyzontów oddech przytłumiony
gwiazdy wzlatują z czarnej rzeki
a słowa wrzących źródeł ryby
gdy niemość rusza ich pyszczkami
gdy kolanami tłuc kamienie
gdy gwizdaj świstaj chryp i milcz
gdy trubadurem dłoń amfory
pod oknem strzaskać

ELEGIA SZÓSTA

śnieg wszystko trwoga śnieg śnieg
więc połknąć zadymkę tak miękko uciekać
na palcach frygo kręcisz się miłostko
wirują śnieżynki to trumienki śniegu
i lgną jak deszczułki spoiście tam ciemno
tam sufit rączką leżąc dotkniesz płasko
a przecież stoisz jednym palcem nogi
marząc sprawiłeś cztery puste ściany
gdzie ruszasz się jak robot szklany
gdzie mity na dłoń tylko rozczapierzyć
cień na papierze a szklane a szklane
motyle dźwięczą na powietrzu
z klęczącej trwogi lewitacje marzeń
pogardą miłość wznosimy tym większą
puch puch spadają nieba katastrofy
siódme bezgłośne ołowiem o małe
głosy tęsknoty znasz go to klęczyciel
w dziurę od garnka zaklina i bije
na odlew na płask swą kolczastą dłonią
okrutny pejzaż za nitkę prowadzić
szczęście ach słupek powietrza we flecie
grając znicestwiasz bo jesteś w potknięciu
obrazie ryby głębokiej wyjęty
znów z klęski powiedz czym byłbyś
czy byłbyś jeszcze bez wrośniętej maski
na oślep biegają senne poomacki
jest tylko punkt wytężonych oczu
z niego czy mogą dojrzałe ogrody
chłodna rosa traw wąskich czy może
nie wiesz serpentynko glosso zakurzona
dowcipkujesz znaczek pocztowy naklejasz
na łysince biegniesz do okienka
kluczyk i liścik i serduszko po co
szczęściem ten zaprząg ptasi ostrych dziobów
na białej kartce lśni listek w płomyki
popiołki popiół gnat śmiertelny piszczel
roland gra jeszcze może to nadzieja
przez niepojęcie wieków

ELEGIA SIÓDMA

ja tak się męczę ty śpiąc bezustannie
nawlekasz cienie ponad miarę liścia
co stuka wątły liże twarz jak płomień
to drewno ręki na mrozie gdy palce
łamią się z suchym trzaskiem nieobecna
ty w kręgle grywasz zwikłany w pajęczyn
suche obroty to pustka przecięta
tam słabe więdną snu wątłe konwalie
i zmartwychwstania ranne i tam niepotrzebne
kamień myślący i głowa wszechświata
gorące czoło na szybę wieczoru
ach nie wyglądasz poza cmentarz dłoni
i wikłasz linie i blizną przecinasz
to mech wilgotny to dźwięki to usta
absurdalna alchemia to słowa to cienie
kto ciułał z cieni pączki lepkie kiście
kto pąk rozwijał i kto materialność
strachu żądzy i żalu ukrył krasnoludkiem
w szkatułę nieśmiertelną niepamięci
cyzelacje zapomnień tam biegną
lisy ranne i zajączki złudzeń
tam bełt milczący w dłoni ci pozostał
tam odrzucając ogłuchłe milczenie
w czapeczce arlekińskiej przechodzisz
absurdalny tam zwiędłość suchość liścia
czerwienieje w zieloność płynie
zmniejsza się do pąka tam ubywa słoi
drzewo się kurczy do listka do ziarnka
by na języku praźródło jałowe
tam biegniesz wstecz dziecinnieją stopy
tam kosmyk włosów dziecięcych na skroni
i tylko piesek nie chce tam powrócić
i królik pyszczkiem nie chce tam poruszać
tam listek ranny zaklęty w zielone
w zielnik się serca spopiela serdeczny
nierzeczywiste rzeczywiste ślady
śnieżyczki zimnej gwiazdki na języku
na próżno piesek i listek i gwiazdka
wpisujesz pola elizejskie rzeczy
to cienie tam rzadko błękitniejąc piórko
uleci i paszczęki ból już minął w dłoni
ciepłej i pulsującej

ELEGIA ÓSMA

to gałąź losu chrupła odłamana
czym była szronu śniegową przejrzystką
lecz groźniejąca w jawę snu skąpana
dzieciaczek po niej wiosłując oddechem
wybredził ciernie rzeczywistej stopy
pożarcie lasu wiewiórek i świerszczy
pod nieobecność w tamtym czasie
znam ich milczące zastępy anielskie
maszerują nieprzepuszczalni tak szczelni
hermetyczni ociekający jawą i snem
a ty w jameczkach tynku ukryłeś paznokcie
otoczony językiem czujesz szorstkość cegły
zastępy hermetycznych więc tańcz
na krawędzi szczęść oto torbiel bytu
wzniosłość przykucniętych szaleństw
w łazience ciepłe rury strachu
a już ząb czasu stoczony kornikiem
znam cię śliczna skarbonko mych wzruszeń
talar wcisnąć się nie chce
wzbraniasz się miedziakom
przez styks miłości obol pocałunku
każdy niańczy swą ciemność kryje promień w dłoni
zginął więc zginął jej różowy piesek
a tańczył właśnie kontredansa
na opuszkach utracone raje
kto ten odważny by odepchnąć wszystko
okorować pień czasu słoje rozciąć
w rdzeń lat dziecinnych tam zostać
nie być dywanikiem po sobie chodząc bez bamboszy
wyznaj że tropisz mądrość ostateczną
tropisz niemożliwość ach żądasz dialogu
kto mówił że istnieje dialog
kto zdźwięczał głuchość drewnianych języków
któż to naciągał strunę ostateczną
tak na krawędzi zatrzymanej anioł
łączy płomienne i lodowe skrzydło
o dźwiękoszczelni i wybici pluszem
płacz twój tam cichnie w watę życzliwości
i owinięty maskę próżni zdzierasz
i pęka echo cisz śmiertelny przełyk piachu
drewno pościeli kłącze wpuszczasz w ziemię
tam już zjedzony ukochany synek
tam słów magnesy bunt daremny imion
a oni sztukę z tego zrobią sztukę
nigdy tak mali by schować się w skrzypce
ani tak duzi by tańczył w nich słoń
skręcając kiszki trąbą niemożliwą

ELEGIA DZIEWIĄTA

jeśli wszystko co rzeczywiste...
słowotworem?
           Zbigniew Bieńkowski

więc pokłon słowu tuczmy cielce złote
w korytkach wierszy dytyrambów upraw
to co przekląłeś już wschodzi tak bujnie
buhaj kwiatu zapładnia wnętrze
skąd ci do sztuki wiesz że jej nienawiść
to na źdźbła końcu świat wybudowany
złorzeczę słowu ono nie wytryska
gdy w pełni posiadasz i nagim ramieniem
ziemię wilgotną obejmujesz
więc jest uznanie bezsiły zyskanie
utraconych światów i zgoda tragiczna
lecz jakże pokorna więc gdy pełnia
nad rzeką czarną co unosi cienie
więc gdy błagasz o zachwyt towarzyszko
wody płynącej Ząb za ząb i warga
za wargę tak pełnia zamyka
bez słów choć potem także się wybierzesz
na drogę krzyżową sztuki i zawiesisz dłonie
tak ocet wychlustując język
i wierząc znów w zmartwychwstanie
stygmatów na górze zaprzeczeń
upadki nisko pieją i cześć słowu
manipulacje wzruszeń przełączniki alchemii
fabryczka sztuki eliksiry znaczeń
sekcje etymologii i motyle słów
na szpilkach deseczki poematów
więc gdy chuchniesz od żaru co z ust
płomieniejące skrzydła i sypie się popiół
z aniołów Ty więc gdy u źródła brzozy
językiem śliskość łyka aż w korzenie
w poszum chemiczny ty martwy
pod dębu błyskawicą kulawy i chromy
świszczący dziurawiący oddechu
potykający ból lecz spotykasz
kamień jądro wirujące plazma
nasienie owoc właściwy od ciszy
tak post coitum rzeczy i słów
zasypiając różnie niechże ciemność
więc gdy anioły kopną w odrzwia szklane
więc że będą gdy wiesz świszczące natchnieniem
pogłaskaj kikut wiatru dociągnij rzemyk protez
i niepokornie wręcz cykutę sztuce

ELEGIA DZIESIĄTA

o mosty nieświadome i gdyby nie ptaki
co zachodzącą czerwień skreśliły podwójnie
i jest dzień odpoczynku może chwila nie wiem
nie wiem słowa nazywać śnieg biały
słońce mlecznych ryb i ujęte w daru kwadraturę
bocian i sowy straszak i kurczątek parę
widziane w rozproszeniu miękko lecz wyraźnie
przez p r z e r ę b e l to oddech wzmocniony
na dno niezawodne samotności wybacz
daruj i zapamiętaj i wężowym ruchem
zrzuć łuskę raz jeszcze słowa zaistniałe
w samowystarczalności gestu które
serca oczu uwydatnionym milczeniem
jesteś dźwięk trącasz dźwięk słowo
rzecz pierzchająca wierzgająca ryba
twarz czułych dłoni i włosy zapomnień
za ucho pociągnięty w głos przez ciebie
stąd słowo ciało przebije płomykiem
trawy zielonej samogłosząc rzeczy
o ocieniona wiekuiście dzięki
za bezlitosną dobroć zjaw senny gdy właśnie
wymarzyłeś śmierć sztuki sztylet ostateczny
milczenia przerwać ukłon kolombinie
zadośćuczynień bezsilność i słabość
szemrze pod kloszem galaktyki śmiechu
tak pośród mgławic w prawoskrętnym świecie
ocalić listek twych powiek daruj
i zapamiętaj ta chwila królewska
gdy berło gwóźdź trumienny śmiech
gdy szkieletnica tańczy skrzypiąc śnieg
stokrotne pas jabłoni zmierzchu kwiat
gdy obejmując lata wystąpasz poza próg
świadomości nie płaskodenkę widząc rzecz
dokąd nie w pustych żebrach wiatr
dokąd poklaskiem koń wieczorny stąpa
niezastąpiona kluczyku ostatni
o czym ty nie wiesz nie wiem ja
wpośród zatrzaskujących milczenia wytrwałe
otwierająca

ELEGIA JEDENASTA

ten kotek co wychynął z muru niespodzianie
był zamiast lecz w świecie przedmiotów
ocalający był więc pośmiertna sztywność
nie ocala od wiatru co cieknie przez palce
nie zwalnia uchylenia świerkowej gałązki
z której piłeś krople deszczu i wcale
nie usuwa możliwości spojrzenia
między tobą a nią gdy nadczułość
wiesz lecz także dotyk palców miękki
nie zwalnia że piasek przez kościste palce
ruch wyobraźni robaczków zwycięskich
słowem nic nie zwalnia od niczego
rzecz od słowa i słowo od rzeczy
do-rzeczne nie-dorzeczne razem połączone
jak kiełek zielony co z muru i właśnie
wypowiedziane istnieć przestaje Gdy ciemność
kryje słoneczną wróblowość świergotów
w tajemnicy twego drżenia jej rysów
w niej także stygnięcie nieruchomość
więc czarne światło podczerwony brzask
tutaj zarówno kamyczek na wodzie
jak i dmuchawiec lekki słoniąc krajobrazy
samotny lub zbliżający się do ludzi
wymarzony lub odepchnięty w pogodzeniu
i lęku zwikłań nieprzytomnych
jak się zaczęło tak się i kończy
i płynie rzeka ręce w niej zanurzasz
i noga z niej wystaje twa śmieszna i woła
i jest drżenie wszystkich możliwości
pod niebem w grudce ziemi życia
w przeniknięciu oczu i ust wiatrem
śniegiem i piaskiem lub miłością nie wiesz

V 1960 - IV 1961