Gdzie indziej
23.12.2005

GDZIE INDZIEJ 1971]

I. ŚNIEGI

Nigdzie nic nikogo
Gra
Poręba
Jesteś mi niezbędna
Motyl skrzydlaty złoczyńca
Fraza
Kret
Zapoznana
Trop
Gest
Esteta
Zmarłego położą
Biurko w Europie Środkowej
Liberum veto
Jakoś

II. PODRÓŻ

Podróż
I
II
Ja
Non-lieu
Zapaść
Łóżko
Wiersz podwójny
Tunel
Krajobraz
Ból potem
Zapominam
Katharsis
Malarstwo
Albo - albo
Trzeba także rzeczy
Chronologia
Jeszcze bardziej obecny
Waga
Gdzie poezja
Ciało pożąda mgły
Pióro
Wierność sobie
Lawa
Wieczny koń
Człowiek przywalony przez skałę
Prosty tekst
Na jutrznię

GDZIE INDZIEJ

1971


I. ŚNIEGI

Śniła się zima, ja biegłem w szeregu...

Adam Mickiewicz


NIGDZIE NIC NIKOGO

wiódł mnie pies śniegu śniegołak
szedłem z rzęsą kruchą zamieci
czerwoni muzykanci zasypani śniegiem
Nemo z łzą w zaschniętej źrenicy
tak kołował w śnieg futrzaną łapą
jeszcze biją w kolorowe bębny
liżąc mrozu przeźroczystym językiem
wył cichutko tak będzie ty będziesz śnieg uuu
jeszcze trele we flety zielone
a ich nie będzie Lub ciebie nie będzie uuu
a oni w ciepłych mrocznych łóżkach na czworakach

a jeśli nic Nemo nigdzie odpowiedz
lecz odłamana suchym mrozem pustka
ręki z pałeczką
ciemność co nadbiega
w podskokach
aby było nic

GRA

wybiegasz o trzy życia
nie możesz się cofnąć o dzień
rzucasz kostką czy kością
stoisz po szyję w ciemno
ktoś otwiera twe serce
mówisz słowo tracisz głowę
gra nie zmienia swych zasad
zasady nie zmienią tu nic
nic już nie zyskasz wstecz
choć możesz stracić naprzód
jeszcze ten rzut do miejsca
gdzie nie poznajesz siebie
chociaż byłeś cierpliwy
tu już stanęli kołem
kto jeszcze rzuca cię z ręki
kto ci usta zamyka
kto ci oczy zaślepia
że jak słupem wyglądasz
małej chatki w wesołym lesie
gdy zjeżdżasz z wysokiej góry
na bezkresną pustą białą równinę

PORĘBA

pełni miłości chodzą opuszczeni
chodzą powietrze gryźć jasne
i puste obchodząc zręby po kroplę żywicy
wywołują las zimą w fioletowych tropach
uniesienie pni ściętych dla schylenia kłosów
aby cięty był kołacz mądry i pożywny
zapach wodny i ziemny i słoneczny dotyk
zataczają nóż w koło toczą z oczu sierp
by zebrał dla nich piękno otoczone
a kozik ścina kromkę drewnianą a robak
i to ich rozsypuje na drożynie w bok
chociaż po prostu chcieli się pozbierać
„jest niemożliwość jak ściana przenikalna
za którą znikamy a wracając nie niesiemy nic
chociaż chcieliśmy tylko przeszłość konika polnego
połączyć z obecnością dźwięku którym skrzypi las
udoroślić dla nas uśmiech przedziwny dzieweczki
który zza firanki słała wiecznemu chłopcu”

JESTEŚ MI NIEZBĘDNA

jesteś mi niezbędna
naprawdę daję słowo
na moją niewymowność
wołałaś las rozumiałem włosy
nazywałaś źródło pojąłem język
chociaż mówisz od słowa do słowa
obejmujesz od ręki do ręki
choć bełkoczę bez związku od rzeczy
już się z tobą wiążę nad wyraz
i wystarczy że ty znak niewysłowny
już dostrzegam że smakujesz płomień
by co najmniej od ust do ust
w przybliżeniu siebie przekazać
by najwięcej wypluwając popiół
jak najściślej szczelnie oniemieć

1964

MOTYL SKRZYDLATY ZŁOCZYŃCA

o złotousty Miłość
lew król pustyni na muszce
wieloryb mórz na małym haczyku
myślą zdatni łowcy policzkowani
codziennie przez małe uczucia
gdzie jest wasz piękny motyl
od którego
dziecko rażone niezwykłością
biegnie z płaczem wołając
zwierz dziwny na mnie naleciał

1964

FRAZA

fraza mozarta pęka i już rozsypana po bruku
otwarły mi się słowa
na kładkę ponad sobą
zające w kapuście
na nocne to-nie-ptaki
na wciąż nie zaczęci mijamy
zaciskając po drodze znajdy przypadkowe
w murze cmentarza gniazdko świegotliwe
matkę mówiącą milczeniem
sen który był całą prawdą
są możliwości ale nie ma spełnień
ślepy kierowca nie zna tej ulicy
i stopy w chłodnej łące zanurzonej
czas jest niestałą kobietą
i są spełnienia lecz nie mamy czasu
tyle sprawdzeni co od psa
trącającego nas swym zimnym nosem

KRET

patrzysz na mnie i mnie nie widzisz
jestem zbyt skryty abyś kochał
i abyś cierpiał może zbyt bezbronny
ten sam las szumi który kiedyś zwąchasz
to samo źródło w którym będziesz narcyz
te same strofy obedrzesz ze skóry
z których darłem pasy i słowa
ten rytm na szyję jak wieniec ciepłych dłoni
tu król i myszka polna stukają kopytka
źrebak nowo zrodzony i tu martwy łebek
cielaka ucięty może psu na chwałę
uszy masz przebite i nie słyszysz stękania
oczy masz przekłute i nie widzisz ruchu
i tylko trudzisz język nadaremnie
ale ja wzruszę ziemię śmiertelny i żyzny
z grobu powstanę w szczerym polu
piszczele przystroję liśćmi i ptakami zaludnię
dziuple oczu abyś przyszedł
pod grającym drzewem zamilknąć

ZAPOZNANA

dziewczyna w lisiej czapeczce
i zielonym kusym płaszczyku
idzie po śniegu z początku
a gdy pociąg zagląda w drzwi nocy
i ona bardzo zawstydzona
małe ogniki we włosach zapala
i małe wyspy rozpościera
i listkami dłoni trzepocze
nas to niezwykle zatrzymuje
i bardzo usprawiedliwia
gdy się świat z motka na motek
przewija tu się powiększa
a tu skraca i nigdy inaczej
i beznadziejne wyjaśnianie
gwiazdy kwiatem kości krzyżem
rany jaskółką psa borsukiem
ty do niej biegniesz na czworakach
ona ci głowę zakrwawioną
ujmuje w obie dłonie małe
ciało spalone przypadkowe
usprawiedliwia bez pytania
dotyka ręki i przebaczasz róży
poranionemu i bez słuchu
wyjaśnia gwiazdy skok empedoklesa
lawinę serca w zatrzymanym geście
chłopca co zbierał kamyki
raczej na zawsze niż na chwilę
śnieg i zadymka są ciągle w środku
raczej obłoki aniżeli góry
i tyle jeszcze nie wiem
mój boże jej szept moje życie
a ja w dolnym bólu a ona w górnym śmiechu
unieważnia niezręczne pejzaże
dolnego bierze cię do góry
i z góry płaczem cię otwiera
choć jeszcze nie wie co zrobiła
a już przywraca szorstkie psy
ciepłe języki dziecka buzię
podaje usta zwraca rzekę
i to u niej za każdym razem
zatrzymanej a przecież idącej
na podrapanych rękach płonie
najjaśniejsza gwiazda zaranna
na końcu

1965

TROP

o świat igrzysko wszystko spada z góry
niedźwiedź z kotliny śpiewał o wznoszącej wodzie
pod nią ruch ryby od łapy do pyska
z góry liście odpłynęły w dół
z góry śnieg po przestrzeni
z góry koniki co ciągną pod górę
ale nie widać woźnicy
i zapach gnoju nozdrza twoje wzrusza
życie ludzkie na dłoni na przestrzał
na strzał na huknięcie imienia
kiedy lód szturmuje wodospad bije kra
za czarną kratą gałęzi i drzew
serce twe w ptaszku zostało tak grzeje
krajobraz strumień wyciąga spod śniegu
i wrona krzyczy skrzydłem bije
kra bije ciągle o wodospad rączy
i niedźwiedź krąży nie zna tych okolic
wzrok się zaciska na gałęzi stoku
szczekanie biegnie od pyska do ucha
konie zjeżdżają wolno pora wracać
potoczyć swój kamień po śniegu i będzie
głowa puszysta wielkiego bałwana
mój bałwanku sztuko moja świecie
niech ubierze cię bezgłośny śnieg
klucząc gubisz swój dwuznaczny trop
tropiąc gmatwasz wyziębiony ślad
woźnica tupie wchodzi w uchylone drzwi

1965

GEST

głośmy pochwałę wielkiego psa
śpiewajmy szczęście małego psa
ust drżących pada ciepły deszcz
i rąk niepewnych pusta ulica
zgaszone włosów gwiazdy brzuch
i brzegi uszu sypie błyskawica
potyka się na piaskach brwi
lecz fala oczu nie zakrywa
jeszcze szczeka z ulgą szept
jeszcze sierść jest szczęśliwa
spada z kolan umarły pies
grzbietu potem świeci równina
aż po łapy skrzyżowany gest

1965

ESTETA

szedłem płakałem deszcze padały we mnie
potykałem się prałem brudy chciałem być czysty
(z krużganków duszy róż kaskady)
obejmowałem dzwoniącą rynnę rdzę
wciągałem zapach prania w korytarzu
święciłem bruzdę wśród zboża przychodzili do mnie
mysikrólik bławatek dzikie wiśnie
cierpkie zrywane ustami koń intelektualista
niebezpieczny kłus warga najczulsza
i choćbym był przeciw życiu
ono kiedyś stanie za mną
położy rękę na oczach
i powie jestem jakie jestem to ja
dałem ci miłość abyś mógł jej zaprzeczyć
szukając doskonałego pragnienia
to ja przychodzę oddaj swoje szmatki
już się nie bawimy ręce do szwów
oczy zamknąć strój możliwie ciemny
do wysokości twarzy zarzucić różami
jeśli zechcesz zezwalam esteto

1965

ZMARŁEGO POŁOŻĄ

zmarłego położą na tobie
to nie zmarły to trup
on przeze mnie mówi
ja przez niego milczę
kogo mam na sercu
kto mnie obejmuje
czyje czeszę włosy
kto ma odżyć
kogo ogrzewam
usta całują lusterko
ja pod lodowatym prześcieradłem
on się już poci
cierpliwości
tak się wskrzesi
ze mnie
już na lusterko pada
wieczny śnieg

BIURKO W EUROPIE ŚRODKOWEJ

zapalił się pomarańczowy
gwiaździsty
przełykasz kromkę chleba
śpiewa stary człowiek
a matka przed snem przychodziła
a sanna na dwa kuligi
boża matuchno konie i psy
i śnieg i jak batem po twarzy
i nikt nie chciał tak dobrze
i nikt nie czynił tak dobrze
wkładała pod poduszkę skarby i sny
poezja nie jest sanną i batem
matko gdzie wzlatujesz
ojcze gdzie schodzisz
bracie gdzie leżysz
kto czyni tak źle
muzyka była za ścianą i uderzył piorun
gdzie jesteś kochana
zapalił się pomarańczowy
gwiaździsty
nad biurkiem płonął
między rzodkiewką i suchą kromką
listem sprzed roku
a wczoraj dzwonili grozili
a matka mi zawsze mówiła
z gwiazdeczką polecisz za las
skarb rozjaśni nocnej łąki rumianki
śpij pachną zioła w ciepłym oddechu
śpij przyjdzie myszka o godzinie
stanie słupka walą się ściany
w kurz i w pył w wapno
seria potyka się o brata
podchodzi ściana lasu
nad twoje biurko w środkowej europie
stoi w środku europy axis mundi
w środku twe rzodkiewki twa matka
ojciec i brat we środku
i dzwony zakneblowane
w środku i dzwonki kwiaty zimy
jeszcze żyjesz jeszcze żyjemy
w środku europy na stole
kromka matki najcieniej posmarowana
kurtka ojca najgrubiej wiatrem podszyta
na stos na stos na biurko na stół
kładzie brat ręce spod serii
wyjmuje ojciec ręce spod śniegu
rzuca na stół w europie środkowej
kobietę co mdleje ze zmartwienia
na stole w europie środkowej
przychodzą do mnie wszyscy
zagnani zmęczeni
na biurko europy środkowej
maszerują malutcy podnosząc
ciężko ołowiane nogi
o tęczą gwiaździsta promienista
z wami konie można było jeść
i płakać i głaskać grzywy i chrapy
o biurko łąko zielona z myszką
co słupka staje i skarb się rozpromienia
a na plecach matko woziłaś
jabłka na stół dla źrebaków
a kto pod poduszkę kamienie
wkładał kto modlił się straszny Boże
kto potrząsany torsjami
koło biurka w środkowej europie
poezja jest błyskawicą w śnieżny krajobraz
to zimowy piorun cenzorzy
rzodkiewki i kromek przez matkę suszonych
na biurko w środkowej europie
jest poetą kto godzi się wiedzieć
i mówić o sanna o ho sanna
a wszyscy wchodzą cichutko
i potrójne niosą w dłoniach dary
konie i sanny i serie ale i sosny
podcięte wiary i biedronek krople
lecz i klęczenia zmęczone siły zjedzone
i pieska co przejrzał dziś rano
więc którzy w nic nie wierzycie
wokół biurka w środkowej europie
przyjdźcie zobaczcie
pochłonie nas straszny czas
będziemy krzyczeć zjadani
zapalił się pomarańczowy
gwiaździsty
matka mu ręce podaje
ojciec palec kładzie na ustach
śpiewa mu brat zastrzelony
przyjdźcie tu wszyscy zobaczcie
ludzie wokoło biurka
którzy już w nic nie wierzycie
jak myszka słupka staje jak
las pali się sanną jak konie
jak psy liżą gwiazdy jak sarny
mkną kołem okruchy jak zbierają dzieci
i pójdźcie wierzyć na swoją ulicę
jest sprawiedliwość jest piękno o santa
o sanna śnieżysta o konie oho sanna
nad biurkiem europy środkowej
zapalił się gwiaździsty
płonie pomarańczowy
o ho o ha o hu
o hau hau ha hu
uuuu

1965

LIBERUM VETO

ja jestem przeciw życiu
po co ten krzyk wygodny
głupcze
wszystko jest przeciw życiu

1964

JAKOŚ

chodzi o to aby to jakoś przeżyć
życie nieproszone niespełnione góry
obietnic o złotych liściach
niebo srebrną zaciągnąć ulewą
i dodać goryczy prześmiewnej ziemi
i zadrwić się na dobre
i na złe zaśmiać
liściem skruszonym bić powietrze
ślepe oczy stracha
trochę więc przyodziać
i pocieszyć
i prawda już naga
i wolne już żarty

1965


II. PODRÓŻ


PODRÓŻ

I
wszystko się wyjaśni wszystko będzie dobrze
matka moją walizką zatroska się nagle
a ty do wieka przywrzesz kwiat
gdy myśl się waha w ciemnym labiryncie
skóra wierzy w bezpieczne przejście cofa się
i przybywa zanim zdoła dotrzeć myśl
perony korytarze języków zeznania fałszywe
dłoni zbyt proste może zapewnienia
splątują się w poranku świt ogrodów szczekanie
radosne niepewności nim w czarnej obwódce
przybiją na ścianie żem nagle wyjechał
ręką po stronie światła zerwiesz wtedy cień
jak się znaleźć wśród piachu wyjaśnią nam mrówki
nadzy w sobie skąpani i nie zabłądzimy

27 maja 1966

II
to myśl zatriumfuje to myśl będzie wiedzieć
swoje a skóra swoje ale przetrwa myśl
nad bezładem i ucieczką skóry
która nie może jechać i wrócić z podróży
sama gdy szpaki dziobią tłustą ziemię
a kopce kretów skórze dają myśl o domu
górą zaś myśli zieleń natchniona
skóra i myśl zwyczajnie pośrodku w podróży
lecz to skórze uśmiech wszyto a retusz
na fotografii myśli zastygniętej w smutku
myśl jasna to obraz skóry lecz i skóry krzyk
myśl ciemna to zanik ciała pod drzewami
pod rosą koniec który jest znany myśl
zdradza ciało szuka innego partnera
schizofreniczka biedna w podróży

1966

JA

mówmy o nadziei jaka może być
mówmy o sobie żywych
poruczniku-generale kawalerze licznych orderów
pułkowniku 39 regimentu
wysłużony w Northumberland w Zachodnich
Indiach i w Egipcie zmarłeś w Paryżu w
74 lub 73 zimie życia (braki w dacie urodzenia)
miesiąca februara bardzo bardzo dawno
kot skraca ścieżkę koło twego grobu ptaki
rozpryskują zielone gałęzie -
ja

1966

NON-LIEU

przyjemność pisania wierszy
pozostawmy innym
zapisujmy niebo o skłębionych obłokach
kamienną szpilę kościółka
na kamiennej ziemi
chór mnichów szary pieśnią jak obłoki
to my wiek dwunasty
nad morzem cisza
nacinana ostrym gwizdem ptaków
to wszystko tu można by zacząć
niech inni piszą tu gdzie ja skończyłem
niebo nie kłamie ale w czyich oczach
i hymny są prawdziwe ale w czyich uszach
w czyim dotyku skała pozostaje skałą
na czyim języku słony oddech morza
i jaki zapach
kłamią odpowiedzi i kto wie
czy zadaję właściwe pytania
śmierć? życie? wiersze?

Paryż, 1967

ZAPAŚĆ

zapadałem się coraz głębiej
nad głową zatrzasnęła się czarna klapa
w kamienną płytę stukają kroki wesołego przechodnia
werbel mego codziennego pogrzebu
bez nadziei jaką dawał pogrzeb świerszcza
i smutny marsz grany na grzebieniu
ja słońce poznawałem po wysiłku korzeni
sięgających po moje serce
wiązany ziemią i życiem
nędzny ziemię rozepchnę
cmentarny wyjrzę
z drugiej strony kwiatu
śnieg? śnieg... śnieg!

1968

ŁÓŻKO

szanowne łóżko wielebny barłogu
ilem godzin tam spędził
polecając duszę Bogu a kobiecie ciało
a także odwrotnie
wróć mi moje sny moje ranne wstawanie
wieczorne usypianie przewracanie się w pościeli
bądź mi choćby łożem prokrustowym
i barłogiem borsuczym
i wielką cichą i śnieżną równiną
i nadobnym katafalkiem
wśród skwierczących świec
stołem operacyjnym
i napojem zapomnienia
i łożem boleści
kołyską dziecinną i bolesną sprężyną
i źródłem pamięci
o bądź jeszcze o bądź

WIERSZ PODWÓJNY

TUNEL

zdyszani przystajemy w długim tunelu
to serce serce stanęło
aż budzi je zastrzyk precyzyjny
wtedy patrzymy kresu naszej nocy
skrawka błękitnego nieba
gałązki z kwiatem
a obok płonący już owoc czerwony
to wszystko nie chcemy nic więcej
redukujemy świat a gdzież łąki
i konie pasące się wolno
i grzywy rozpuszczone czujące wodopój

odpoczynek i błogi symbol doktorze
jest tylko funkcją zmęczenia
któż wie co czyni człowiek co
wyszedł z tunelu

KRAJOBRAZ

krajobraz się rozszerzył
drzewo poraziło zmysły
a rzeka od źródła do nurtu
odbiła twarz i porwała ciało

Nałęczów, 1968

BÓL POTEM

powiedziałeś to wielki ból
a mnie było akurat dobrze

nie cierpimy razem lecz cierpimy potem
ryjąc białą kartkę papieru
jak w marmur grobowy dla wiecznej pamięci
gdy przekrzywiwszy głowę postoją
kwiat położą pomilczą i pójdą

ZAPOMINAM

zapominam cię
coraz bardziej
choć czerpię jeszcze z twej studni
twe źródło
mniej niż łza jedna
czysta
w morzu
twoja rzeka jest już
policzona między cuda świata
głucha i sucha
jak wiatr od pustyni

KATHARSIS

Podniosą albo i nie podniosą następcy
spłowiałe krzyki kości żywo darte
zbutwiałe lęki przed wiecznym mrugnięciem
Zajęci wody cierpkiej własnymi źródłami
i sercem spadającym nagle jak winda zepsuta
na jej widok na postać na cień
wychyleni z jakichś parapetów objęci
lub nie objęci - dojrzą albo i nie dojrzą w mrowisku
ciebie wbijającego swój gwóźdź w zwierzę płaczu
lub milknącego na jej ręce małe
ciebie ze stygmatami psyche w dreszczu
w półśnie spadającego w śmierci przybliżone
Co nam następcy dymi ofiarny długopis
zwęgla i kurczy biały świstek dni

1966

MALARSTWO

przemalowanie świata na biało
biała róża białe węgle noc biała
rozszerzanie białości
białe prześcieradła wielbłądy białego snu
biały bijący blask
nad białymi łąkami białe kruki
białe wilki lasy białe
białoskrzydła morska pławaczka
białych oceanów
biała krew wiekuisty
brak powracających nie do zmycia plam
biały wiersz poezja
niemożliwy ruch białego języka
na białych wargach
i gdyby choć jedna kropka nie skończony
nie zaczęty prosty ciemny
pusty punkt
a można by znów przemalować wszechświat

ALBO - ALBO

to kłamstwo że życie ma sens
ono rozświetla się sensem
jak ciemność błyskawicą
w nocy

dłużej tak żyć nie mogę
w nocy samuraje
błyskają mieczami jak brzytwy
otwierają me ciało

TRZEBA TAKŻE RZECZY

trzeba także aby w wierszu były rzeczy
choćby niezrozumiałe
jak ten wzdęty śmiercią i wielki brzuch konia
i stara szlochająca kobieta szminki brud
łomot drzwi brzęk tłuczonego szkła
jej twarz jak madonny
tej krzywdy już nie naprawię
dwie porcje bigosu
tego roku proszę pana góry są zamglone
gaz i perfumy zostawiła otwarte
a nie tylko ten sen
o magazynie przy sali operacyjnej
gdzie przycupnęliśmy ukradkiem
słuchając jak szemrzą jak piszczą cichutko i brzęczą
oczy palce i nerwy chwilowo odłączone
od ciał operowanych
niepotrzebne by się tam narażać
zdrowe i czekające tu właśnie
w atmosferze sterylnej

CHRONOLOGIA

i barman woła deux demis deux
dla ciebie nic znów się pomyliłeś
zdaje ci się że wszystko zgubi twoją duszę

chyboczesz się na kładce nad topielą
masz ledwo lat cztery
skwierczą płonące belki
i ciała martwe krzyczą noc
przy drodze ucieczka
masz już dziewięć lat
masz dziesięć przeżywasz life after life
przenikasz przez strop i wracasz
dwanaście lat pieścisz i całujesz
małą królewnę mrocznych schodów
masz piętnaście lat znów mijasz się z kulą
masz osiemnaście ciągle boli
szukasz doskonałej trucizny
i odwalasz alchemiczny kamień
trzydzieści lat pokazujesz dziecku sanie
co biegną po czystym śniegu
oddala się od ciebie radosna czerwona kropka
na śnieżnej równinie pęd
w trzydziestu pięciu latach myślisz czy dusza
jest nierozdzielna od ciała i czy jest wielość dusz
lat czterdzieści ustalasz chronologię
i zbierasz fakty
wciąż obchodzi cię fakt cielesności duszy
a może duchowości ciała
a może wielość form dusz i ciał
w jednej personie

to wszystko nie zmienia okrzyku barmana
deux demis deux

JESZCZE BARDZIEJ OBECNY

zatrzymałem
twój kamyk
w głębi mego serca
rani mnie ledwo
jak ziarnko piasku
i nigdy z niego perła
wspomni o nim tylko wielka rzeka
jego nieobecność odkryta
przy pocałunku
fal

nic nie kryje nic
w sobie
jest ziarnkiem piasku
jeszcze mniejszym
jeszcze bardziej obecnym

WAGA

lekki mały i słaby
marzyłem o wielkiej wadze

oczekiwałem dotykalnych faktów
by ważyć je sprawiedliwie
z dokładnością do jednego westchnienia

chciałem wziąć w rękę umilkłe echo i ciężar spojrzenia
niewypowiedziane słowa i ciężar w okolicy serca
gorzką esencję miłości
oddzielić od szczęśliwych snów

lecz miary oszalały i nie miałem dość siły
po jednej stronie był świat
po drugiej ja
dwa absolutne ciężary

a to co przewidywałem
stało się gdzie indziej
brak było wagi zdarzeniom
aby poruszyć szale

GDZIE POEZJA

gdzie poezja która budowała światy
lasy i łąki słów
morza i kolorowe uliczki
biegnące szybko obłoki
i ciemne drżące pochodniami sztolnie

na kamieniu kamień
na kamieniu kamień
a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień
na kamieniu ryję
jedyną literę

daj Boże szczęście

CIAŁO POŻĄDA MGŁY

ciało odpada od kości
i kości sobie zostawione
cóż że godzina świtu
i brzęk butelek mleczarza
woła serce
mięsień wypreparowany

więc nie cieszy nas już świt
i cisza między jednym i drugim apelem ptaków?

tę ciszę zwykle przesypiamy
dziś wiatr przeciętny deszczyk
i słońce czasem przez chmury
a gdzież wicher nawałnica ulewa
lub mgła zmieniająca drzewa
w kolumny mgła
wieczne mleko droga mleczna naszego poranku
droga
chłodne mleko mgły na rozchylonych wargach
otwartych dłoniach świt biały

dusza odchodzi od ciała
a ciało pożąda mgły

PIÓRO

niejasne znaki nieprawdaż
a dobrą wybraliśmy drogę
w zmienionych głosach
pięknie rozpoznaliśmy swój

zimne myśli są jak śnieg odwiany
z urwiska gdzie szliśmy ufnie z zamkniętymi oczami
i z opoki gdzie stąpaliśmy jak po chyboczącej kładce
po strachu jak po lodzie
głębiny w której on
równie dzielny wytrwały i dobry
na dnie
jak białe pióro nieme
kołysane czarnym atramentem

WIERNOŚĆ SOBIE

Wulkan wypalając ciała w Pompei
pozostawił nam repliki ludzi i zwierząt,
dziwne repliki, powstałe dokładnie w miejscu oryginałów.

moim obowiązkiem ostre zęby
czujne szczekanie przez sen
wierne wpatrzenie w człowieka
pod napisem CAVE CANEM
spełniłem się do końca
zamieniłem się uchem z popiołem
wymieniłem się grzbietem z popiołem
warczałem ogniem najeżonej sierści
oddałem żużlowi ból zadartych łap
sam sobie formą treścią i trumną
oto mój pomnik urna moja mój los mój grób
człowieku-przechodniu: strzeż się psa

LAWA

Nie czuję nic. Nie.
Uszy jak jałowe doliny
nad którymi nie śpiewa ptak.
Jestem wielki kamienny chleb
którym nie mogę się przełamać.
Nie wyrażam skały.
W ciemności jestem ciemnością.
W świetle jestem światłem.
W deszczu deszczem.
Zaklinam powietrze ogień i wodę.
Czekam na gorącą lawę słów.
Uciekać nim mnie ostatecznie dopadnie
by martwieć stawać się sobie skałą.

WIECZNY KOŃ

zmarła świsnęła na mnie
wbiegłem do szeregu
za rękę mnie wzięła
czuła była dłoń
by wrócić do miłości
trzeba aż pogrzebu?

zmarli mają widać swoich zmarłych
i mają swoich żywych
żywi widać mają swoich żywych
nawet wśród zmarłych i czekają znaku
świśnięcie gwizdu
i ukryta chwila tej
niezmiernej uległości
a uszy otwarte na gwizd
wtedy
rwie w człowieku wędzidło wieczny koń

CZŁOWIEK PRZYWALONY PRZEZ SKAŁĘ

człowiek przyciśnięty do połowy kamieniem
o czym myśli na co liczy
pyta czy spadł śnieg
liczy ostatnie godziny
widzi kamień kolorowy lekki
w błękicie znika jak balon
na śniegu
słucha dzwonków uprzęży uduszonych bielą
podają mu słuchawkę telefonu
pyta o pogodę słucha głosu kocha głos
wszystko wie
człowiek przyciśnięty przez skałę
ocenia piękny wysiłek chirurgów
w szary proch zwalony kamień
w szary proch szarą twarz ręce szare

robi co ty i ja przywalony przez skałę

PROSTY TEKST

tak jak morze jest niezmierzone
tak jak niebo jest niezmierzone
gdzież owa reszta się pomieści
niewyrażalna psem i liściem
ani nawet kozą jak czynił ktoś inny
nie że niewarta sztuki
jak życie niewarte życia

nasze sylwetki jawią się na srebrnym nocnym tle rzeki
i jawią się i trwają i znikają
gdzie połamane drzewo i brzegiem gęsty cień
rozwierają ramiona i zwierają ramiona
i machają rękami jak wiatraki
przyciskają ręce do oczu i ust
gdy muł ciemny płynie pień i woda
i padają i się podnoszą
aż znika tło srebrne choć wieczorne
w mrok i chłód gestom towarzyszy ciemność
której nie poświadczy dalej
nawet ten prosty tekst

NA JUTRZNIĘ

wyjazd z miasta
przetrzyj oczy rosa
kości w dole śpiewają
szaro
pochylić się
i móc powiedzieć z miłością
żal ci?
wszystko będzie wskrzeszone

1970