
RANA [1974]
Pojaśniało
I pójdę
Chwile
Znów białe
Wąwóz
Modlitwa o drzewo za oknem
Młyn
Czytajcież wiersze
Noc najjaśniejsza ciemna
Epizod
Ty który
Pełen gorącej kąpieli
Alfa i Omega
Prawda kryje się
Napełniam się
Wszechświat dąży do książki
Tajemnica
Diagram
Multas per gentes
Dies irae
Prometeusz
Jeden głos jeden słuch
Rana
Rozliczmy się
Tolle lege
Chłopczyk
Zostawię
Perypatetyk
Źródło
Całość
Znikanie
Dubia et certa
Połóż mi słońce
Konie
Jak wracasz
Stanąłem
Anioł środkowy
Eureka
Sen kamień
Tam wiatr lodowaty
Droga do ciebie
Mówię że poruszę ziemię
Wiersze się nie rodzą
Pełne
Deszcze przechodzą
A kiedy łaska
Czekam na tę książkę
Ginę więc istnieję
Zatajona w oddechu
„Wynoszę się”
Wchodząc wychodzisz
Ja już nie żyję
Który raz mówię
Mieć miłość
Oczyścić ten nurt
To że niczym
Prędzej prędzej
Przebudzenia
Prawdziwa struktura snu
Ta prawda eleacka
Tym nurtem
Sokrates leżący w błocie
Słowa
Nad ranem usypia
Muzyka jasne państwo
RANA
1974
POJAŚNIAŁO
pojaśniało a potem
noc brzask pożarła i wróciła w siebie
ciemnością naprzeciw abym ciebie przyjął
gdybyś przyszła z zamkniętymi oczyma
tak odbył się powrót nocy
bez dnia z drugiego brzasku zapowiedzią
który króluje choć i pożarty jest i nieobecny
I PÓJDĘ
i pójdę sobie powoli
gdy już własna złość i podłość
nie zduszą mnie więcej gdy płaskość
zwłaszcza płaskość już mnie nie zabije
wystarczy to odrzucić a już szumi rzeka
nawet samotna sosna gra strzępkami kory
i pies ma swój los własny i machając ogonem
porusza myśl
ścieżka jest w ostrych trawach wychodzi
na piaszczystą drogę
plamy drzew i dom wśród nich
budzą chęć książki odwracanej cierpliwie
a kartka położona
nieśpiesznie mówi zapisz
człowieka co z chlebem
jechał na rowerze
człowieka co płyn w blaszanym kubku
do ust podnosił
zapisz oczy zblakłe wiedzę lat zaoranej twarzy
dzieci co łapczywie
jabłka podnosiły kwaśne
krzycząc koń koń
gdy zatrzymuję się wciąż
na skraju ścieżki
pamięć nie ocala to się wydawało
nie płaczę za młodością
wiedza gorzka jest
jak grudka w gardle
którą przełykam starając się to ukryć
czekam aż przeleci
apokalipsa wron
ich krzyk który w i d z ę ogłuszony ciszą
i wokół wodzę spojrzeniem i sprawdzam rzeczy
jak człowiek który oślepiającą powagę
znalazł na zewnątrz i ją poznaje
i wie że poza nią na razie nic nie rozumie
Sarcelles, 1968
CHWILE
na które nie ma słów
chwile zrozumienia
ale bez formuły
chwile łez ale bez wyrazu
chwile uczuć mądrości
niewymówionej
brakujące dowody że byliśmy w lepszym świecie
dowody miłości
płaczu pięści w oczy włożonych
dowody miłości i oddechu
ZNÓW BIAŁE
zwiewność pojęcia
i na bezwonnej łące białej
białej jak sen albinosa jak śnieg
pisać idee oczu i uszu
rąk i nóg
jak ktoś kto nie wierząc zadymce
białym tuszem na białej karcie
maluje zielony las
WĄWÓZ
i szedłem tym wąwozem
ciągnęła nogi glina
a ponad brzegiem
– jakże bez tego obłoku
– jakże bez tych traw
i chwyciłem się gliny
i chwyciłem się traw
i wdarłem się głową wyżej
świecił fioletem oset i czerwienią mak
i ręce wyciągałem do obłoku
i spuściłem się głową i nogami w dół
i szedłem tym wąwozem
i wołałem doń
– proszę zamknij mnie
i nie buntowałem się już
badałem piasek z gliną odciskałem dłoń
uśmiechałem się
– gdzież twoje zwycięstwo
ślepa ściana z przodu
zimna ściana z tyłu
z góry ściana ciężka
bryła szczelnej ciemności
jasnością wezbrana
MODLITWA O DRZEWO ZA OKNEM
przysięgające śnieg
zakładające deszcz
o słońcu zapewniające cieniem
korzeniami podtrzymujące glob
drzewo wiadomości wiatru
gałęziami uskrzydlające ptaki
topolo oczu dębie słuchu
koro dotyku
żywico smaku
bądź wczesną świtu dzwonnicą
w głąb mojego ciała
daj się objąć i daj się porzucić
gotowe na ciosy topora
który nie będzie podniesiony
bezbronne w kiełku całe
pogódź
twarz z lustrem
ogień z wodą
trwanie z pożegnaniem
odjazd z powrotem
noc ze snem
pióro z papierem z literą słowo
pogódź mnie z oknem
MŁYN
między pustynią i gajem
rzeką i jeziorem
stołowym i gabinetem
usłyszałem
jeśli zgorszysz jednego z maluczkich
lepiej by ci kamień młyński u szyi
a jeśli gorszy cię serce twoje?
zamknąłem dłońmi uszy
kamień na kamieniu mojego serca
szedł młyn moje życie
moje życie
CZYTAJCIEŻ WIERSZE
książka książka
tylko książka
jak ręka tonącego wynurzona z wody
zwycięstwo och
ryby rozmawiają ze sobą
prąd karty przewraca
noc
ratunkowe koło ślad
tam głębiej w czarnej rzece
dialog zawiły z wodorostem splątanym
prowadzi oślizgły trup
c z y t a j c i e ż w i e r s z e
NOC NAJJAŚNIEJSZA CIEMNA
niech nas uratuje japońska poezja
na kwiat wiśni niech pada śnieg
niech nas uratuje zamierzony liść
niech nas powie słowo
wejdźmy odważnie w ratunek
rozstania w ratunek śmierci
samotność niech nas zbawi
ręka niech oddzieli się od ręki
módlmy się o chwilową ciemność
błagajmy przejściową śmierć
przygotowujmy rozłąkę
dla zjednoczenia bez oddechów
bez krzyżujących się spojrzeń
tam nad nami gdzie w świetle
razem nasze ręce bez rąk
wspólnie nasze usta bez ust
gdzie nic już nie będzie stracone
a białe róże wiśni
zyskane na wieki
spadają w najjaśniejszą ciemną noc
EPIZOD
M a ł g o r z a t a
Poza mną noc przede mną dzień
Kamienie leżą dwa
Na jednym z nich tu diabeł był
Na drugim byłam ja
Przede mną noc poza mną dzień
Nadchodzi Faust to jego cień –
F a u s t
Wspomnij miła Małgorzatko
Otwór nieba gwiezdny pył
Młynek który ściera gładko
To czym niegdyś człowiek był
Przechyleni przytuleni
Wsłuchani w kamienny szczęk
Oddajemy Małgorzatko
Większej trwodze mniejszy lęk
Zakochani wyzwoleni
Znicestwieni w gwiezdny pył
Pchamy żarna Małgorzatko
Z całych naszych sił
1970
TY KTÓRY
ty który spalisz moją rękę
który poniesiesz moją nogę
co ty tam wiesz
który mi zwiążesz jeszcze krawat
i resztki kości zbierzesz w urnę
co ty tam wiesz kiedy wstawał świt
i płacz był bezmierny a szczęście
tuż za zasięgiem ręki
jak kółka na festynie rzucane na wesołe wino
co ty tam wiesz od gwoździ i desek
o niezmierzonej rosie
szumie wiatru wysoko w koronie
krzyczeliśmy śmiali się i padali
pełznąc do szczęścia o wyciągnięcie dłoni
noc gasła – świtem zamierzał się dzień
a już różanopalca na gardle zachodu
co ty tam wiesz ty od urny i wieka
znasz prawo ścieśniania i reguły streszczania
przeszłość – powiadasz – pracuje w marmurze
ciemna surowa mówi zwięzłym językiem
PEŁEN GORĄCEJ KĄPIELI
czasem powraca
przepływa we mnie ten gorący strumień
jak parzy
nie mówcie że to jest tylko piękno
jest jeszcze coś więcej
te głosy i ten śpiew
zachwyt bliski omdlenia
i nie młodość to
strumień gorący
budzę się krzyczę pełen gorącej kąpieli
ALFA I OMEGA
Ego sum alfa et omega , principium et finis.
I
rodzę się pomiędzy
jak oddech nieartykułowany dźwięk
nie nadaję się do żadnej z liter alfabetu
jeszcze nie początek i już koniec
z tyłu kroki
z przodu cienie to oni
tu zostanę i nikt się nie dowie
ta ostatnia gałązka we mgle
nawet z jotą nie zabrzmię jak ja
nie zbuduję wieży
nie sklecę domu
moja kość nie będzie znakiem
ziarnko piasku nie do włączenia
w logiczną rekonstrukcję skały
zresztą nie mam materiału na arkę
ani słów na morze
i w miłości niemy
nawet osławiony krzyk aaa
zdolny zrodzić gwiazdę nad lasem
zamiera mi na ustach
jeśli alfa to jak węzeł w gardle
i omega jak ciała rozwiązanie
II
ja twoim krzyżem ty moją raną
bezmierna męka
gwóźdź wspólny
oś dziejów świata
III. O s s u a i r e V e r d u n
mon corps... ciment vivant jété
par Dieu entre les pierres de la Cité Nouvelle
Pierre Teilhard de Chardin
pod Verdun okienkami
zaglądałem w kości
piszczele wyciągały się na dzień dobry
szczęki wiecznie otwarte na do widzenia
flaki jak krwawy bandaż
rozwlekli czołgając się zostawili
o jeszcze gościnność nieprzeliczonych przełamanych
drobnych kostek
wreszcie jedność wielości
krzycząca do mnie
o zorganizowaniu faktów małych nieskończenie
dla wiecznie radosnej ewolucji
PRAWDA KRYJE SIĘ
prawda kryje się ustawia puste dekoracje
z nas cierpiących żywych
biegamy w labiryncie
dobra i zła
skąd światło w oczach
wśród ciemności
i dzwon w uszach pośród głuszy
aż do ogrodów kwitnących rozróżnień
a skąd i dlaczego
wspinającemu się w rozpaczy
schodzenie
na koniec ślepego korytarza
gdzie nieproszony wtrąca się piasek
wyrównuje
życie żywe rozdzierane
w zimną chłodną doskonałą wreszcie obojętność
NAPEŁNIAM SIĘ
napełniam się pustką
istnieję brakiem
lampa się zapala
gdy gaśnie płomień
mogę o niemożności
śpiewać ciszą
pustynią rosnę
i będę za to ukarany
nieistnieniem kary
nic po prostu nic
WSZECHŚWIAT DĄŻY DO KSIĄŻKI
tom wierszy duży nakład
bardzo duży nakład
w sprzedaży ani jednego egzemplarza
duży nakład podarty
rozszarpany pocięty rozrzucony
na stole pod stołem
strzępki lotne czepiają się firanek
wylatują na ulicę opadają
róża – na trotuarze – ból – na przeźroczystej szybie
tylko tyle – niesione wiatrem dalej od – wszystkiego
zresztą świstki kawałki
schody do – ucieczki od – siebie
ubrań rytuałów
do ciebie – na ustach
papierowa skleroza
krwionośnych naczyń
pył słów alergia na miłość i kryształ
upór nienawiści duszenie się osad
odświeżających trucizn mineralizacja słów
wybuch gwiazdy pożar
wszechobecnego nakładu
TAJEMNICA
tajemnica życia
czy dlatego że mogło być bogate
a z dna zdaje się ubogie
jak jałowe i wieczne obłoki
ze studni gwiazda
czy dlatego że byłem
czy dlatego że nie będę
czy dlatego że słyszę śpiew:
jestem sam między ogrodami
pomiędzy źródłami jestem sam
na ścieżce powietrznej między trylami ptaków
i dziwię się że czas nie dotyka serca
ani nie wyciąga z niego ostrza
a jestem sam pomiędzy wszystkimi
tajemnica to tajemnica
znamy ją dobrze
oszałamia nas
w naszej niewiedzy
DIAGRAM
a żagiel jeszcze błądzi nie widać go przez okno
a koń jeszcze na modrej łące
chrapami nas nie dotknie
piłka miga biała w czerwone kropki
w rękach dzieci
kreśląc ukryty swoich lotów diagram
idziesz jak żywy afisz uklejony w brzozy
monstrualnym owadem kładziesz się we wrzosy
czekać – zniknąć – nad-kochać
kto drogę przeszedł zgadł
to jak wstępujący tyłem w przeszłe ślady
by wyprostować dawny krok
koniokrady
zostawili echa rżeń kopyta ech
koła ciężko podkute przejechały pamięć
koń obłoczny w jelenia prześcignął
w najczarniejszy obłok zapadam
a z różowego rankiem
mogę nie wstać żywy
wecuje się nóż na tęczy
tęcza coraz cieńsza
zapracuję ducha wyzionę
zostanę wykuję
promień – powróci
sierpień 1971
MULTAS PER GENTES
pamięci brata mojego, Andrzeja
Przez wiele obczyzn i przez wiele wód niesiony
Schodzę mój bracie aż do nieszczęsnego dołu
Aby cię obdarować pośmiertną ofiarą
By do popiołu mówić wzruszyć go na próżno
Gdy jest tak że los odjął mi ciebie samego
Biada bracie nieszczęsny wybacz niegodnemu
Przecież jednak dawnym domowy zwyczajem
Że przynosi się dary do smutnego dołu
Zgódź się że braterskich łez wiele przelałem
I na zawsze i witaj i żegnaj mój bracie
(z Catullusa)
DIES IRAE
wiem zmartwychwstaną
wszyscy zmartwychwstaną
poszukają przedziurawionych nóg i rąk
odbudują sny
zrosną się z pary
skleją się z popiołu
źródło tryśnie na pustyni
napoi ich krwią
piekarz będzie sprawdzał
chrupkość chlebnej skórki
dziewczynka której warkoczyk nagle zniknął
zwiąże świat na zieloną kokardkę
a dłoń twoja mała
nieobecny chłopcze
ujmie sznurek
latawca nie rozdartego przez ciernie –
przed burzą
pierwszy ściągniesz na siebie
nieśmiertelny piorun
PROMETEUSZ
dokonywało się wkraczanie jawy
na którą sen czekał jak życie na śmierć
skazaniec na pętlę samobójca na skok
drzewa zapalały się na równinie
abstrakcje kurczyły się przechodziły w dotyk
w oczy usta węch chmury płonęły nad równiną
biegł zapalony człowiek pochodnia zmysłów
pożar ciała potykał się o purpurowe kamienie
w drzewach znajdował obraz siebie
w obłokach odbijał swój kształt
wypatrywał lecących płonących ptaków
śnił o czystym głębokim ciemnym chłodnym źródle
na dnie płonącego serca
JEDEN GŁOS JEDEN SŁUCH
och gdyby choć raz głos
choć w szmer pnączowego rozrośnięcia ręki
w drzewne szumne wrośnięcie
w ciemną gwiazdę pałającego nieba
w kamienne wzniesienie się wieży krzyk
przyjęty przez muzykę powietrza
basso ostinato tlenu
w milczeniu płomienia
żył i arterii i mięśni gładkich
krwi rozpisanej na partytury
drewnianych stosów
podpiszę wyrok jeśli
wiekuista cisza zrodzi jeden słuch
słuch
modlący się nie o muzykę nie o
głos nie ton nie szelest
nie szmer nie pozór nawet nie to
zdaje mu się że zmniejsza ciszę?
RANA
ta rana we środku jeszcze bardziej boli
ona już zostanie ona się ukryje
ta twoja rana przeze mnie zadana
rozkwita we mnie
rośnie dzikim mięsem
o rano błagam stań się tylko moją raną
rośnij w głąb jeszcze nie stępionym ostrzem
ROZLICZMY SIĘ
rozliczmy się ze zmarłych
rozliczmy się z kości
ostatnich spojrzeń
ostatniego piasku
ostatniej sosny
wąskich desek kładki łączącej dwa światy
rozliczmy się póki jasno
przed ciemnością nocy
zostawmy płomyk drżący i chwiejny
TOLLE LEGE
odważyłeś się
słuchasz szumu moich drzew
ściętych
mojej rzeki
która przepłynęła
i uczy cię znikliwości twojego nurtu
dusisz się krótką frazą
i nie nadążasz za długą
szukasz wody w pustyni słów
łykasz to doświadczenie jak kluskę dla gęsi
wiesz że do ziemi cię wiąże nie wzlecisz
jakże mnie honorujesz
jakże mnie rozrzewniasz
oddychasz wlewasz mnie w kielich płuc
nienawidzisz kochasz krótko odchodzisz
pocałunek składasz mi na martwym czole
CHŁOPCZYK
przecież kocham a miłość pali i nie grzeje
chłopczyk z zapałkami zaglądam na ciepłe pokoje
gdy wokół mnie śnieg śnieg śnieg
przez szyby dla mnie gałęzie świerkowe
świece zapalone świece
ZOSTAWIĘ
coś zostawię po sobie
na dwa trzy pokolenia
tak żyjąc jakbym wiecznie żył
pod cieniem brzozy czy pod palmą źródło
słońce nadchodzi źródło gasi
i cień powraca źródło bije
i gaśnie słońce gasną światy
PERYPATETYK
Kiedy budzę się, oczy moje padają na brzeg mojej jamy. O radości, w górze przechodzą obłoki: obłok–hipopotam, obłok-jeleń, obłok–drzewo. Dziś więc święto: niebo ani szare, ani niebieskie.
Toteż z większym zapałem niż co dzień zaczynam wtaczać moje ciało, pozbawione nóg i rąk, po gliniastej stromiźnie zbocza. Wczoraj nadludzkim wysiłkiem męczarni wielu godzin, w ostatnim podrzucie, zdołałem dojrzeć koniec gałązki.
Wyżej więc, dalej! Jaki ból, lęk, co za wina! Lecz dziś, może to już listek, liść? Jak mogłem przeklinać wczorajszy dzień, przed uśnięciem, skoro zobaczyłem ten pączek? Naprzód, wzwyż! To nic, że potem jak zwierzę... O, wchodzić, wspinać się, chwytać glinę wargami, zębami piasek.
O liść, liść, jeszcze obecny w tym staczaniu się na dno, nim jego obraz zatrze ciśnięty mi pokarm codzienny, straszna gwiazda.
ŹRÓDŁO
moje źródło
bije
po suszy
nie po deszczu
czerpię kilka razy
polewam pustynię
znika krynica
nie przejrzę się
i znów
ja i pustynia
patrzymy w słońce
do czerwonej i aż do czarnej ślepoty
jakby była podobna
do chmury
CAŁOŚĆ
całość jest tak krucha
z piasku ten świat
a tak zwarta
jak czas
twardy bez przerw
i niemożliwy do starcia
a napisane zetrze się samo
a co kruche będzie owinięte
nieprzenikalnym całunem przez czas
ZNIKANIE
I. p o j a w i ć s i ę i z n i k n ą ć
pojawić się i zniknąć
nie można uszczęśliwić tych których się kocha
zawsze ma się dla nich
jakąś nieodpowiednią miłość
trumna pachnie świeżym drzewem
obrys czysty
nawet miłość która łączy niebo i ziemię
potrzebuje przymiotnika
przed nami pachną lasy sosnowe
przed nami szumią lasy jodłowe
pełznie żuk i nie zna swego kresu
i zanoszą się ptaki
śpiewem miłości głośniejszym od mego śpiewu
jaśniejszym
za nami uśmiechy za nami łzy
ręce lasem pachnące słowa lasem szumiące
nie mogę dać ani wziąć
mogę dla ciebie w tym zapachu w tym szumie
w tej nieobecności
przybliżyć się do śpiewu
do mojej wiecznej niemilknącej ciszy
II. p o w o l i z n i k a m y
powoli znikamy
jakbyśmy się oddalali
jakieś drzewa jeszcze szumią bez nas
jakieś barwy bez nas palą się w słońcu
bledną jakieś jasne twarze
wchodzimy i wychodzimy
tracąc razem i pamięć i zmysły
znikanie to jest rozłączanie
jeszcze plączą się przypadkowe obrazy
uścisk dłoni nie wiadomo czyjej
z dwoma odciętymi palcami
pocałunek co nie obiecywał niczego
i miejsce gdzie łąka kończyła się
lasem
ciemnym niepokojem
jak wieczna obietnica
DUBIA ET CERTA
nie osądzaj
te złe uczynki
jakby nie należą do mnie
nie rozumiem ich
nie chwal
że gdyby ścisnąć razem
ocaliłem sens kilku miesięcy w życiu
inni ginęli z przypadku na tym samym przejściu
może te słowa moje
a i to niezupełnie pewne
miłość niedoskonała – w nocy krzyczałem
tak
to potwierdzam
POŁÓŻ MI SŁOŃCE
połóż mi słońce ogromne na piersi
jak drogą rękę
wniknij pod kamień co się toczy
z zachodu na wschód
świat
co w ciemność spada
bez gwiazd
otwórz mi wielkie powietrze
na krzyża kamienny żagiel
drewnianej mojej łodzi
wśród piasku fal
gdy krzyczą mewy białych brzóz
nie słyszę
nie mów nic
KONIE
daj mi ziemię
z oddechem czarnym
i postój krótki wśród olszyn
konie wodę piły
żeby bez ciebie ciebie oczekiwać
twarz twoja z nocy o tak czarnym świcie
była jak mowa i własna i obca
zamknięty w pokoju jasnym twego ciała
tam byłem tam daremnie wracam
niech choć to zostanie
w mowie konie będą wodę piły
JAK WRACASZ
jak wracasz?
poszedłeś strząsając z siebie odłamki dni
jak wracasz byłeś w świecie
przez morza lat i pustynie godzin
wracasz godnie nie potrzebujesz wsparcia
nie po litość
ale jesteś normalnie zmęczony
wiem właścicielka prosiaków
wiatry przeciwne cyklop no i ty sam
odysie dwojga imion odysie
pospiesznego paryż–warszawa
nie skamlesz nie prosisz przywozisz gościniec
a – ten pies czarny
szczeniak rośnie szybko
cerber własny śmierć moja
na! na! kąsa coraz bardziej oswojony
STANĄŁEM
stanąłem przed sądem ostatecznym
w jasności i grozie
oczekiwałem sentencji
nieprzeliczone mrowie
wszędzie stałem ja
najtrudniejsze było
że to także ja zstępowałem z obłoków
i sam na siebie miałem wydać wyrok
ja jeden pomnożony rzeszą
odwaga tak
szczerość tak zło dobro
i ta najtrudniejsza
wielkoduszność wobec samego siebie
na ostrzu wątpliwości
ostatecznego potępienia
ANIOŁ ŚRODKOWY
w nocy przychodziła matka
zostaw rano zrobisz to lepiej
wpadałem w miękki dół a nad nim
galopowały ciężkie słonie
wspinałem się na szczyt palmy
skakałem w przeźroczyste jezioro
budziłem się świt kołysał różowe pióro
znikał anioł uśnięcia i anioł przebudzenia
promień pieścił porzucony zeszyt
a dzisiaj po mnie ciężkie słonie godzin
powietrze samo zadaje i skreśla widoki
niedotykalne na odległość dłoni
dotknięte służą do zakrycia oczu
sny weszły w życie życie uszło w sen
lecz wciąż na pustej białej karcie
wewnętrzny promień kładzie puste słowo
bez ujścia jak bez twarzy śmiech i płacz wtedy przychodzi anioł środkowy mój anioł surowy
zapisane odcina płomiennym mieczem
zostaw powiada już dzień czy nie widzisz strzały
ptasich piór pozbawiona okrutna jak abstrakcja
już noc
EUREKA
to co tak bardzo lubiłem
skoki z trzydziestego piętra
katastrofy odrzutowców groźne wykolejenia
(lotnik spadający na stos siana
pożar ja żywy stos trupów)
to różnorodność ta miłość występna
liścia zwiniętego w trąbkę larwa śpi
obecność pewnych kamieni przy okazji pewnych myśli
kształty które podejrzewałem ułożą się w szereg
nieznanej prawidłowości wynikającej z chaosu
ręka niespodziewana z gęstwiny
pozaczynane zbiory wycinki katalogi
uśmiechów i gestów zastrzeżonych miłości
prowadzących do oczu i ust
otwieram książkę na tej właśnie stronie
ślepy traf czy konieczność przywiodły pajączka
gdy czytałem w sadzie jabłoń skrzypiała
ścięta po białej zimie popiół siwy
a on został
pajączek siedemnastej stronicy
jak rzecz którą zmarły
przed śmiercią mi wyznał i którą zataję
SEN KAMIEŃ
wybacz że śpię jak kamień
a ty bezsenne spędzasz noce
kamień w wodę wpada
w wiry mętne w kręgi przeczyste źródeł
gdzie sny go drążą powoli
a ty pokój widmowy widzisz i wyraźne okno
za którym zmieniają się gwiazdy
i świt wstaje wiatr
odrywa liść od szyby
głos jawy powiada
w kamieniu dzieckiem jesteś
kamień mnie wypełnia do serca się wznosi
kamień krzyczy kamień ulatuje
kamień spada i pęka
trwoni swoje skarby
kamieniem sen mój pusty i rozbity
sen bez echa i sen bez ciebie
sen głuchy i niemy
sen na cztery spusty
głazem na zawsze przyciśnięty
TAM WIATR LODOWATY
tam wiatr lodowaty porwał mnie przewrócił
ale zamiast cerbera były
śmieszne oślizgłe żabopieski
czy pieskożaby
i biegły gromadą do wody
rozpluskując ciemne nurty
stary dozorca podziemi
z samotności kazał się tłumaczyć
nie czas jeszcze płynąć
bezbronny więc – wyszedłem
a tu miłość i jak okiem sięgnąć miłość
wody pragnąca pustynia
DROGA DO CIEBIE
droga do ciebie
kwitnie w samotności
a u ciebie w ocean wpada
jestem z tobą zawsze
tak długo tak długo
jak oddech
wstrzymać można
MÓWIĘ ŻE PORUSZĘ ZIEMIĘ
mówię że poruszę ziemię i niebo
mówię i poruszam tylko ziemię
ale nic się nie znajduje
przecież nie szukam szpilki na której
zmieściłyby się wszystkie czasy
czas kiedy matka nosiła krótkie kolorowe sukienki
nakręcałem patefon w altanie
z braćmi brodziliśmy po rzece
naprawdę nie była to jeszcze rzeka heraklita
czas przed rokiem przed miesiącem przedwczoraj
czas przed wiecznością
wieczność nie zna czasu
na szpilce nad moim ogrodem
motyl tęczowy nad twoim ogrodem
czarny kotek w czerwonych tulipanach
w ruchu trwa już zastygły
i raz na zawsze
budda mały
zwęził wieczności źrenice
WIERSZE SIĘ NIE RODZĄ
wiersze się nie rodzą
ten obraz jest z poezji kobiecej
nie odcina ich nikt
nikt nie kąpie ich z krwi
wiersz jak człowiek
dojrzały lub stary
stoi w ogniu blizn
pragnie kochać próbuje nie kochać
chwieje się chce być
jak pejzaż który się odsłonił
z liści czy śniegu
zieleń zakrywa śmierć
i biel zakrywa śmierć
chociaż nad wszystkim gęste światłem lato
jak chmura
i to zdumienie że można nie być
że zastanawiasz się czy są ci co są
co ma z tym wspólnego dzieciątko
na wigilijnym sianie
nic błysk wspomnienia w zaciśnięciu oczu
jakiś Bruegel
jeźdźcy z pikami rzeź
PEŁNE
ja sam siebie pytam
czy inna rozpacz może być rozpaczą
nadzieja nadzieją
pusta plaża morze lustro puste
puste światło błyskawica
puste ślady puste ptaki
deszcz wydrążony jest we środku
noc czarny bęben pusty głos
tylko piasek jest pełny
pamięta o włosach
przyznaje się do naszych stóp
czepia się naszych rąk
sypie się sypie
w usta uszy
w oczy szeroko otwarte oczy
DESZCZE PRZECHODZĄ
deszcze przechodzą burze
sny okropne
teraz niebo jest jasne
lipy pachną jak wczoraj
jak wieczność temu
ja w coraz większą nicość
się zapadam
ta błaha ulotna chwila
błysk
samotna pszczoła ryk motorów
zdanie chwycone w przelocie
„ach nieważne”
było
więc ważne
co istnieje jest dobre
nad nicością
nad ginącym antycznym światem
mówił Augustyn
muzyka nie istniejąca
utwór z samych pauz
tylko to
dziełem demona
A KIEDY ŁASKA
(lament)
a kiedy łaska wzruszenia
już nie jest nam dana
kiedy spisuję oschłość jak oset
już boję się porównań
choć kuszę rzeczywistość
pogruchotaną resztą naszych ciał i snów
czy się rozrastać czy wytwarzać kwiaty
gdy wszystko z nas opada gdy mróz
CZEKAM NA TĘ KSIĄŻKĘ
czekam na tę książkę nie napisaną
tak jakbym chciał żyć do tyłu
zrozumieć oczywistość
jakieś zżęte zboża za szybą
i ostre czernie wczesnej wiosny zmieszane
i obiad po przyjeździe
i inne danie przed odjazdem
przejście przez most w różnym kierunku
pierwsze spojrzenie i ostatnie słowo
które nie są problemami rzeki
w przedziale czytałem Buddenbrooków
ostre słońce kończyło się mglistym wieczorem
twarze kobiet przeświecały przez siebie
jak przeźrocza
każda była najważniejsza
twarze mężczyzn stały koło siebie
jak wota w pamięci
byłem między górami a morzem
jak by to określił Tomasz Buddenbrook
między światłem a ciemnością
ciągle w powietrzu a nie w ziemi
chciałem pisać tę książkę nie wiadomo
czy aby żyć jeszcze raz
czy pisać umrzeć od tych twarzy
słońca gór plaży znowu zdań przelotnych
„brzytwę też można przeostrzyć”
zatrzymać ciąg dalszy skoczyć w papier
jak w przepaść
wyjść z tej pustej szczelnej pełni
och choćby trochę nie żyć
trochę
a nie żyć
GINĘ WIĘC ISTNIEJĘ
tak strasznie otwarły się drzwi
bez huku z szelestem
to był przeciąg to był wiatr
chyba międzyplanetarny
wszystko jest wytłumaczone
strach bez powodu wszedł
radość weszła strachu
ginę więc istnieję
ZATAJONA W ODDECHU
nie jesteśmy nieśmiertelni
słowo to kąsek
odjęty żarłocznym ustom
wielki zegarmistrz osadza
diamentową oś na suportach
z kości z gnijącego ciała
i choć przelotna gwiazdka dzikiego rumianku
tyka na przelotnej ziemi
oś ziemska w sercu kryształowy kół
przyspiesza i zwalnia
grzęźnie szukaj dna
mucha słowa błękitna wylatuje
z czarnych ust
mucha rodzi pokolenia much
brzęk już tylko muzyką sfer
na jej tle
trup był jeszcze jak żywy
dobrze tak nóż i chleb
lancet i ciało
czas nie tnie w poprzek ani wzdłuż
lecz we wszystkich kierunkach
w których odchodzimy nachyleni
nad cieniem nieśmiertelnej róży
zatajonej w śmiertelnym oddechu
„WYNOSZĘ SIĘ”
wszechświat jest pusty
cóż za okropny przeciąg
echo nieskończone
mieszkanie ze zdartymi firankami i zdjętymi obrazami
ciemniejszy prostokąt po dziecinnej fotografii
przeszłość zagrabiona
– można ją dogonić
galopując
z podwójną prędkością światła
ale tutaj
wieczna wyprowadzka
WCHODZĄC WYCHODZISZ
jak u mondriana pejzaż pusty
okienną ramą
na krzyż przekreślony
okno bez ściany pośród mgły
tak bywa próżne
lustro uścisk kobiety kora drzew i słowo
pełni się nieobecnością
jak dom który tylko ścianą
dzielącą dwa trotuary
a w ścianie drzwi
wchodząc wychodzisz
JA JUŻ NIE ŻYJĘ
módlmy się do śniegu
śnieg winy twoje weźmie i przepomni
śnieg cię całego na zawsze okryje
ktoś mówi przez telefon
on nie żyje tak
jakby śnieg padał
nie żyje od wczoraj
białe pszczoły rój cały
z rozpostartymi skrzydłami
przypadły ku ziemi
w niej barć drewniana
tam huczy jego ciała ul
KTÓRY RAZ MÓWIĘ
szczęścia nie można opisać
chyba że odwrotnie
to już? Już
milknie zegar odcinający sekundy
wahadło nożyc szczęk
i najdokładniej nieobecny
straciłem słuch
i cóż że czarny krok nocy staje się matowy
szary
gdzieś budzi się nowa perła na dnie mroku
wiatr kręci śmieci przebiegają pierwsze psy
ale który raz mówię
dla umarłych nie wschodzi już słońce
MIEĆ MIŁOŚĆ
mieć miłość
jak kształt chmury w oczach
a tak
to jakbyś po nie istniejących
schodach wyobraźni
z poręczą
pomyślaną w górę
schodził
mieć miłość
to naokoło powódź
wiosłują szybko kadeci
pod wąsem łódź błyszczące guziki
w paradnych granatowych mundurach
wyglądasz z suchego okna
a potem widzisz
że dom cały od fundamentów
na rwącej czarnej bezpowrotnej
rzece
OCZYŚCIĆ TEN NURT
oczyścić ten nurt
jeszcze oczyścić
choć mróz klei włosy
że bodaj siekierą
serce do lodu przyłożone
bije jak wyjęta ryba
tam w nurcie ławica
złotych srebrzystych ryb
usypia
w katedrze lodu chór zimny
continuo płynie do wiecznego ujścia
a serce z drugiej strony
podskakuje pręży się bije
nie w miarę
odstukuje w lód
TO ŻE NICZYM
to że niczym się nie przejmuję
tym się przejmuję najbardziej
całe życie miałem się za coś lepszego
za to nie ma kary
myśli nie parzą tylko sypią się nad głową
jak zimne ognie
tylko poczucie że się jest kimś gorszym
i doznawanie schodzenia
z zawrotnej wieży horyzontu życia
a coraz wyżej ptaki białe
dotarcie do piwnic
schodzę tak długo że powinienem być w hadesie
a może jeszcze niżej
i ten wiersz „podaj mi skrzydła”
a wrony znad zimowego lasu
lecą ale lecą dalej
lecą w szopce dziecięcej
PRĘDZEJ PRĘDZEJ
dusza się zagryza kurczy można tak powiedzieć
na ulicy nagle na kolana
ręce unieść twarz skłonić
i żeby mnie omijali jak słup albo drzewo
po części och po części tylko wiemy
i nie prorokujemy wcale
więc tyle i zostaje
to powietrze przejrzyste zimne
prędkie obłoki ślizgacze
i ta hojna przejrzystość pomiędzy
dorzucała wrażenia toni
chciałem rękę zanurzyć
a czemu to wszystko
to mówimy tylko w codziennym języku
ale naprawdę dlaczego dlaczego
czy ponad pojęcie jak odkładana na później śmierć
aż zdziwienie cię bierze
choć znana wszystkim skazanym
opieszałość kata
prędzej prędzej
PRZEBUDZENIA
I
obudziłem się krzycząc
namacałem budzik idąc na czworakach
ciemno wrócić do snu
a tam biegają rzucają we mnie nożami
skały na mnie puszczają
kręgiel żywy miejsce przyszłego bólu
stoję wśród toczących się skał
pusty po wygięty horyzont
oddala zbliża się grzmot
II
tarzając się dławiąc bijąc rękami po bokach
ze łzami od tego śmiechu
obudziłem się gasły już gwiazdy
leżałem na swojej kanapce w pomiętej pościeli
zimnej i wilgotnej jak ktoś kto w gorączce
stracił przytomność pocąc się i drżąc
na ścianie niby pleśń przez jedną noc
coś jakby się zapadło głowa była niżej
byłem jak porzucony w przeprowadzce sprzęt
na schodach ciemnych u nieznanych drzwi
a było wiele rzeczy z mojego pokoju
jakby on stał mi się klatką schodową
gdzie zaraz szybko będą przeprowadzać
w sobie czułem ten śmiech ale już stłuczony
odcięty od powodu ostre echa odłamki
chciałem się obudzić ale już nie spałem
skoczyć uciec od siebie zwymiotować szkłem
skoczyć
trzymając oczy szeroko otwarte dla takiej powagi
że więcej już nie można się zbudzić
III
brakuje słów zostały tylko obrazy
budzę się płacząc
śmiejąc się zasypiam
i odwrotnie
łez tylko naparstek gorzki jak ocean
śmiech w nim jak perła tonie
ze snu w jawę z jawy w sen
oczyszczam się zdejmuję zrywam futerały
już tylko lśniące ostrze
już dotknąć siebie
bez rany
nie mogę
PRAWDZIWA STRUKTURA SNU
staruszka była foksterierem
ale on był podobny do jeża bez kolców
chłopiec jeszcze nie był
on tylko być próbował
natomiast skrzynie stanowiły trumny
facet z nożem biegł do mnie
ale przebiegł bo się rozpędził
gdyby była drabina sznurowa można by zejść
i się ocalić ale było tylko dzikie wino
dlaczego nigdy nie ma pożarów
tylko niezmierzone powodzie
i obwały w podziemnych korytarzach
słowa bez związku liter a nawet
litery bez związku słów jakieś
css tszsz i i i
szukam tajemnego powiązania
ukrytego rysunku
ale może to jest tylko wielki śmietnik
raczej rodzaj nad-śmietnika
nędzarski wybór odczyszczony rękawem snu
gdzie domniemany łamiący się porządek
moich godzin dni miesięcy i lat
objawia swoją prawdziwą strukturę
TA PRAWDA ELEACKA
ta prawda eleacka
pożądanie pędu
a zastyganie
między spadaniem a wznoszeniem się
to płomienne spojrzenie z lodu
to zamknięte żywe
które śmierć otwiera
i nie znajduje nic
i kamień w drugiego rzucony
nieustannie we mnie spadający
to wzbijanie się ku powierzchni miłości
po oddech
a ona odwracająca się do góry
dnem
jak rekin
TYM NURTEM
(J. S. Bach: Koncert f-moll, BWV 1056)
tym nurtem już czystym
sam
ku śmierci płynę
bez ciebie
– wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni
w lesie sójka tęczowa jedna gałązeczka
śnieżna zawieja w słońcu cała
szczygieł – fletów włócznie puste –
Steigt freudig in die Luft
Ich steh’ mit einem Fuss im Grabe
Jesus bleibet meine Freude
Jezu zachowaj moją radość rozpaczy
bez zmian
dograj
otwórz nicość do końca
SOKRATES LEŻĄCY W BŁOCIE
któż to tak leży w błocie
– ty sokratesie – więc i on upadł
tak nisko ale pyta
czy pierścień co upadł
gorszy kloaki na wzgórzu
– o sokratesie
pierścień zostaje pierścieniem –
tak pyta lecz błoto
czy wtedy będzie czym innym
– nie zapewne – i pyta
czy ból to wszystko odmienia
– tyś ranny sokratesie –
pyta czy nie mętnieje kamień
gdy w błocie krew traci powoli
– lecz śmierć cię wyjmie z oprawy
sokratesie zabłyśniesz –
pyta śmierć czy nie nowym przymierzem
co kryształ sobą pożera
przymierza nieobecność
do nieobecności
a wolna idea kamienia
wzlatuje lub toczy się w dół
tak i tak tam i sam
i znika
SŁOWA
na początku była rzecz
a z niej zrodziło się słowo
świat i zaświat przebywały w słowie
więc trzeba rozumieć słowa
gdy są mową doświadczenia lżejszego
niż szybki lot jaskółek
lub gdy przypadają do ziemi
pod ciężarem rzeczy
jak pełzające motyle
są wyraźniejsze niż śmierć
ale kończą się z przyjściem kata
spełnione stają się drzewem trawą
świeżą raną bólem i dotykiem
uskrzydlonym kamieniem
czasem mszczą się za swe zniewolenie
nawet gdy je zmienić w różę
z płatków zmartwychwstają jak demony zła
uciskają jak płyta grobowa
gaszą światło między człowiekiem a człowiekiem
zamienione w chleby ciążą w ręce kamieniem
uskrzydlone w anioły palą ciało w płomieniach
są jak rzut procą od ust do ust
drabiną jakubową ku nicości
nie chcą być bezcielesną harmonią
wygrywaną na zaświatowej strunie
wtedy znikają jak krasnoludki z dziecinnego świata
jak skrzaty pogańskie pod święconą siekierą
nie są duchem nie są ciałem
choć żyją jak ludzie i podobne do nich
tożsame i nie tożsame z ludźmi
nieśmiertelne w esencji i zmienne w formie
błąd się w nich kryje jak zbieżność
równoległych w nieskończoności
prawda się rodzi z tego błędu
pędzą pociągi słów
by roztrzaskać się o byt
na dłoni słowa ważymy i lekko niesiemy góry
a przepaście puste nabierają ciężaru
że pod słowem padamy
w nas są słowa póki człowiek
póki ludzie niech znikniemy wszyscy
zostaną jak pokręcone korzenie drzew
jęk wiatru
jak przewody spalone płomieniem
przypadkowe tory elektronów
ani ornament ani podobieństwo
o tym opowiedzieć się nie da
jest to koniec wiersza
nie dlatego że skończył się
lecz że nie ma nic dalej
1974
NAD RANEM USYPIA
mój drogi ja też
gryzę i obejmuję cienie
a skrzypeczki? tirli tirli
a cymbałki bum bum bum
drwią śmieją się z nas
dziecinne przepowiednie
śnieg bucha zorzą
las biegnie do zwierząt
tańczą niedźwiedzie
dzieci futrem otulają
kręci się gwiazda
i znika jak śnieg
chodzi serce
woła serce tup tup tup
nad ranem milknie cichnie usypia
MUZYKA JASNE PAŃSTWO
muzyka
jasne państwo aniołów
dźwięczący lotny cień
i blask bijący
od rzeczy
połączone razem
spójrz
platońską ideę skrzypiec
w zielonym szumiącym drzewie
wnoszą w złocistej monstrancji
w ciemność człowieczego serca
potykam się klękam na listopadowej grudzie
a w słońcu mucha złocista
leży zabita
a droga śnieżysta pędzi volvo zaprzężone w łosie
na mnie na wprost
batem po karoserii
z zaświatów woźnica
zasłonię się słowem
a tu widzę moją kałużę
z hodowlą złotych rybek
które pysk wielkiej ryby
wyjada
dłoń moją od jasnych gam
w paszczę monstra włożę
osłonię
aaaaaaaaaa!!!