
WIĘCEJ NIŻ MOŻNA MIEĆ
(1979)
Płatek
Tyle co nic
W locie
Te uparte metafory
Dno wiersza
Chcę tylko
Skoczyć
Retoryka
OSIEM WIERSZY DLA ZMARŁEJ
Jak logika życia
Argumentum ex re
Obudziłem się
Pozwól
Ani zadzwonić
Gwiazdka
We śnie
Twoim snem
Mur
Anatomia
Śpię jakbym
Moi umarli
Topiel
Związane rozwiązane
Szept mówił
Czym byłaś gwiazdko
Rozmowa
Jak oni zbledli
To tutaj – to tam
Relacje
Mowa
Vehiculum
Długie i krótkie
Jak muchy
Ten zapach ten dźwięk
Zmiłuj się
A On a ja
Nie bądź pyszny
Ty senna maro skąd
Krzyk
A mówiłem
Ptaszek
Zanik
Ja midas król
Żeby to znaleźć
Wysepka
Mitologia
Dziesiątka
Już późno
Żer
Serce jak dzwon
Wybór
Dymy
Jasny cień
Nagonka
Dla oddechu
CZTERY PIOSENKI
Piosenka dla nas
Piosenka o sennym kwiecie
Piosenka o tym jako znam siebie
Piosenka o dywaniku
Jeszcze
Zbiór
Mały palec
Nicość zakłamana
Wszystko krótko
Daj mi garnuszek
Jakby z ciemni
Przypaść
Więcej niż można mieć
Który widziałeś
Atelier
Słonecznik
PŁATEK
lipy kwitną
zmartwychwstaję zapachem
czy to możliwe
możliwe jeśli jest się zabitym
a kiedyś ocalił mnie
lecący płatek
wykoziołkowała ziemia
i z góry planeta
spadała na mnie
aż się oparła
na szybującym
pomiędzy
ku mnie
płatku jabłoni wiśni
czeremchy jaśminu
TYLE CO NIC
i łzy się ukazują
choć taki jestem rozszarpany
na te słowa DUM LOQUIMUR
cóż zostaje moja wrażliwość na obłoki
muzyczne tryle i biegniki
zostaje tyle co nic i coś się zaczyna
tyle co nic na wielkim placu
krzyżują się drogi ludzkie
tory i linie przecięć w pamięci powietrza
zostaje tyle co nic
żyję tyle co nic to przeszłość
idealne linie moich kroków
których już nawet nie pamiętam
tyle co nic jest przyszłością
ale pęka łatwowierny pąk
i obłok bohaterskim marzeniem naciera
na wiatru pieszczotliwe włócznie
PROSO
muzyka siać przezroczyste proso
siać umarłe proso
bledziutkie
wschodzi
noc czasem samochody
a to tylko Warszawa i Paryż
już dzień bez drogiej ręki
już rok już sto
bez drogiego głosu
muzykę tylko słyszy poeta wydziedziczony
w słuch odbudowujący królestwo
in partibus infidelium
siać jałowe proso
na wieczne pragnienie
wieczny głód
W LOCIE
ta chmurka taka nikła
mgła
przesuwa się po niebie
ku wysokim ptakom
ręka co dalej wskazuje
i ginie
w locie
TE UPARTE METAFORY
te uparte metafory czystego nurtu
znaczą prawdę
aż po czarne dno
widzialny w głębi unoszony
mówię do ciebie
wodą wielką i czystą
moich ust
topielca bezbrzeżnym milczeniem
DNO WIERSZA
żywe jest właśnie to
co ginie w każdej chwili
rwie się dno wiersza
jak papierowa torebka
tego już nie zmieszczę
nie doniosę
walka o wiersz
beznadziejna
jak o życie
CHCĘ TYLKO
szukam poezji jako sensu
ale naprawdę
chcę tylko ujrzeć rękę matki
leżącą łagodnie na poręczy
trzcinowego fotela
w lesie
i żeby dotknął jej motyl
i odleciał
sztuka służebnica pokorna
a kto chce więcej
kto pragnie dziesięcioma językami
wysłowić
palcami rąk i nóg
szaleć pisać
opętany opętanie
oddaje słowom
tuczy to stado wieprzy
by je pognać
ku białej kartce
ku pustyni nicości
w jezioro z papieru
SKOCZYĆ
piszemy patrząc na błękit przejasny
ponad źdźbłami traw
a w nas trwa wrzask sprzeczny i okrutny
chór zaiste potępieńczy
w którym ginie tamten śpiew
tak jakby jednocześnie
podcinano gardło stu słowikom
przykucnąć pod źdźbłem jak żuk
lub wspiąć się
z najwyższego źdźbła
skoczyć
RETORYKA
przymusowy wiersz
jak sprawdzanie zamkniętych drzwi
do których nie ma klucza
jak tu pisać słowa
nie używane w rozmowie
miłość wiara
wysoka jest cena pokory
a złe powtórzenia
czyste kwinty które skreślał Mozart
dwudziesty żal pięćdziesiąty smutek
setna rozpacz
obcy własny głos
nad sobą samym
po prostu nosimy w sobie wstyd
jak podręcznik retoryki
wiersze nie powstałe
dmuchawce słów
i zawsze ten
niesamowity wiatr
WIERSZE DLA ZMARŁEJ
JAK LOGIKA ŻYCIA
jak logika życia
otoś zabłąkana w lesie
matko matko w starości nóg
a myśl jeszcze lotna jak jaskółka
i pamięć Ciemność wieczór
więc ani iść tu ani jechać
dzieweczka zdająca maturę
przed którąś z wojen
drzemie w tobie łagodnie
i nagle budzi się
uciekać
I oto nie ma cię Ja twój syn
i on mój brat biegniemy
aż za zakręt rzeki aż w ogród
gdzie leżysz stara
narażona na wszystko
przerażona
pokłony bijesz
i całujesz całujesz czarną ziemię
ARGUMENTUM EX RE
jeśli jesteś który ocalisz
jeśli jesteś co już ocaliłeś
choć nie wiem dobrze jak
to świadczy o tobie szalik
który w późnej starości
podłuża sobie
moja matka
jeśli jesteś miłością
to świadczy o tobie palto
z wytartym futerkiem
które w późnej starości
matka moja wietrzy przed zimą
jeśliś nadzieją
to w mojej śmierci
ciężki ciężki świat
lżejszy o jedno westchnienie
świtem znów
jawę otworzy
OBUDZIŁEM SIĘ
obudziłem się w nocy
mówił głos
nie niepokój się
ona umarła
ale nie czytaj drugi raz Homera
bo nie starczy ci czasu na obłoki
uważaj na przeciągi
koło serca zrobiło się chłodniej
otwórz co zamknięte
bo nie znajdą klucza
będą wyważać
nie martw się chociaż człowiek co ubiera
trupy
mówił nie zmieszczą się buty
uśnij
we śnie takie nieprzebrane
rośnych łąk bogactwo
tam będzie boso biegać
POZWÓL
Boże pozwól jej zjeść jeszcze jedno jajko
pozwól zobaczyć różę
pozwól raz chociaż się wzruszyć
jak wzruszają się ci
dla których miłość nie była ciężarem
nad siły
susząc serce jak nielitościwy wiatr
i raz jeszcze wejść na balkon
w zwykłym geście pożegnania
na jej ziemski najwyższy
tron
pelargonie i astry opadają
purpury płatki
zdarte sukno
tak zapadłaś pod ziemię
że cię nie widać
klęknę na chodniku
tam w górze
obłoczny
buduje się
rozwiewa się
tron
ANI ZADZWONIĆ
ani do ciebie zadzwonić
ani zejść
o metr niżej
nie ma nic
nie myje się tam grobów
ryżową szczotką
mieszkasz jak pod podłogą
a gorzej niż w suterynie
do sąsiadów nie ma korytarzy
ten sen czarny bez myśli
obrazu i granic
i nie możesz jak ja
obudzić się krzycząc
gdy na granicy
w świetle latarki strażników
brak mi dowodu i paszportu
tylko plik aktów zgonów
wystawionych na obce nazwisko
GWIAZDKA
jej gwiazdka
ziemią zgaszona
ciemna
u korzeni
drzewka wigilijnego
leży zimna
a nasza
białośnieżna
na gałązce zielonej
jak gil czerwony
ćwierka
24 XII 1976
WE ŚNIE
we śnie znów karmię ją chorą
może usłyszę jej ostatnie słowa
promyczku mój skarbie jedyny
co więcej można usłyszeć?
we śnie płaczę opatruję rany
we śnie biega młoda uśmiechnięta
we śnie umiera znów umiera
we śnie może zmartwychwstanie
TWOIM SNEM
wstań porusz ziemię
niech się przewróci nawet
dzbanek kulawy
w którym nasz ojciec ciągle
na grób nosi wodę
niech pocieknie woda żywa
niech kwiaty wyrosną
odciętymi łodygami
wstań otrząśnij ziemię z siwych włosów
wygładź swoją ostatnią suknię
chowaną w szafie na ostatnią podróż
suknię ostatnich szeptanych zmów
na śmiertelny bal
zostań ja się zamiast ciebie
położę
tam pod ziemię popracuję
za ciebie
za ciebie u korzeni usnę
twoim snem
MUR
cokolwiek powiedzieć
żywi od umarłych odcięci są tak grubym murem
nieprzenikalnym
tylko we śnie
przychodzi twój ojciec
z kłódką w wyciągniętej dłoni
od której mam klucz
gdybym otworzył
cóż z tego
nasze sny są też po tej stronie
zostawione przez nich rzeczy
kłódki od spalonych drzwi
w nie istniejącym murze
ale co napisane
wszystko na nim napisane
postaw go najpierw
potem zwal
ANATOMIA
odetnij rękę zakop w ziemi
potem wyjmij
cóż ci powie nic
nic nic i nic
nawet gdy włożysz w nią
złote pióro
na brzegu mojego snu
leży ryba
z nieruchomym okiem
oddycha snem
sen śni nóż
chleb porósł ludzkim włosem
nóż kroi mózg
co? nic
nic nie ma z anatomii
okrutnie rzeczywistej
i tej którą śni w nas wieczny bosch
siedem koszy kawałków
o których nie mówi Pismo
i nie nasycą nikogo
ŚPIĘ JAKBYM
śpię jakbym się do snu
układał wiecznego
a we śnie telefony dzwonią
do życia wołają
na śmierć
MOI UMARLI
ach moi umarli którzy mi się śnią
w świecie gdzie wszystko jest możliwe
nieżyjący prowadzi mnie do ślubu
którego pieczęcie dawno złamałem
i ta umarłych paplanina
doprawdy niedorzecznie mówią
językami co w nic się rozpadły
doprawdy męczą chociaż i wskrzeszają
wywołują mnie jak ducha
a ja śnię posłusznie
coraz bardziej dziwiąc się jawie
tak że chwilami myślę o sobie
jak o pewnej musze co bzykała
dziesięć lat temu
gdy upał stał nad ogrodem
a ja twarz zanurzałem w wodzie
potwierdzenia i zapomnienia
pijąc chłód wszelkich przyszłych chłodów
TOPIEL
zanurzyć się
jak w tym śnie który miałem
nad ranem
zewsząd topiel
zanurzam się
zanurzam się w Bogu
jesteś otoczony Bogiem
w nim utoniesz
nie wiem co to znaczy
budzę się i pytam serca
budzę się i pytam swoich myśli
a myśli i serce mówią mi
zanurz się
zagłęb
w topieli
na dnie
odpowiedź
nie różni się
od pytania
ZWIĄZANE ROZWIĄZANE
stare marzenie
jak to rozwiążę to wszystko rozwiążę
i cóż
na pełnych żaglach dysz
kolumb objeżdża kosmos
wszechświat jest zakrzywiony
topielcy wciąż opadają na dno
ważąc o tyle mniej
ile chciał ten grek
kwadratura przypiera powoli
do nieskończoności
jak trójząb zapaśnika
do żwiru rzymskiej areny
skończone
rozwiązany wieczny węzeł
w gardle w sercu w myśli
na ślubnym kobiercu
w śmiertelnej pościeli
co zwiążesz
wszystko rozwiązane
SZEPT MÓWIŁ
szept mówił do szeptu
jeszcze spotkają się dźwięki
których nikt nie użył
jak łzy bez płaczu
jak śmiech bez powodu
teraz już wszystkie sny są kolorowe
ale między snem a snem
szary popiół
oremus
spuść nam
unieś nas
odpuść nie dopuść
nigu tigu kołomigu
amen
CZYM BYŁAŚ GWIAZDKO
czym byłaś gwiazdko
rosnąca w niej do wybuchu
krwi czerwonej
czy może byłaś już rybką
którą miałaś trzymać w rączkach
choć spałaś jeszcze spokojnie na dnie oceanu
jednak wyszłaś już z otchłani pod oceanem
byłaś tak żywa jak nie zaśni się nigdy otchłani
prostowałaś nóżki i wydłużałaś rączki promiennie
kiedy pękł ocean ciemny i krwawy
przyszła otchłań tak martwa
jak nie zaśni się nigdy życiu
to i otchłań nie zna ze słyszenia
nie przyszło z otchłani uszko
jeszcze rybka była bez głosu
ni córeczka ni synek
jeszcze twarz niewidoczna
w przezroczystym lusterku
tylko rybka bezbłędnie płynąca
aby rączką małą pochwycić
aby rączka mogła schwytać rybkę
pękł ocean ciepły i żyzny
i dla pyszczka zabrakło oddechu
ani matka ani nie matka
płacze za kimś kogo nie było
ROZMOWA
to była omyłkowa wiadomość
jestem przy aparacie
jeszcze żyję
czy to ja tak
mam punkty tożsamości
i stare fotografie
uczę się własnego życia
jak z książki
pomieszane lata
cień przeszłości
skrzydło motyla ptaka?
odpowiadasz cierpliwie
tam nie wracaj
tam są tylko cmentarze
tam nie wracaj
tu się nie wybieraj
najbezpieczniej
na kolumnie chwili
jak słupnik
JAK ONI ZBLEDLI
jak ich ubyło
przezroczyści jak nieżywe
zeszłoroczne muszki
i dmuchnąć
lżejsi od nasion
a trwa po nich ta gęsta
zmysłowa muzyka
parne lato burz
trąby grają
na zblakłych
zeszłowiecznych wprost fotografiach
krew naszą gęstą
czerwoną
odpuść zachowaj nam Panie
TO TUTAJ – TO TAM
tu gdzieś powinna być pochowana moja babka
powiedział
tu gdzieś w tych chaszczach
w tym lesie pni
w splątanych korzeniach
pod tymi głazami
pękających nagrobków tej planety
w ziemi
a może w powietrzu
ale tu
w pierwiastkach tego układu
schowana głęboko
w korytarzach mózgu
obok złotej pszczoły
co szła po jej ręce
z koronkowym mankietem
gdy maleńki głowę
położył jej na kolanach
RELACJE
czas
lepka materia
prawie wszechobecna
o trujących właściwościach
żywi jakoś wytrzymują
– myśli odpornościowe
ale umarli
w umarłych krew się psuje
w umarłych giną pejzaże
zapach łąki świeżo skoszonej
namowy pszczół
macierzanka przy torze kolejowym
nie ma dla nich obłoków
nie myślą jak wygląda morze
czepiają się już tylko ziemi
właśnie że nie stukają w szyby
leżą cicho ukryci
to my łomoczemy w niewidzialne
drzwi i ściany
całujemy płyty grobowe
wystawiamy im polisy na wieczność
to my
uparcie chcemy zgłębić tajemnicę
czy to tylko dwa metry
w nocy kiedy umarli w nas zasypiają
podchodzimy podkopem snu
poza czas
ujrzeć ich uśmiech
ale już osypuje się na nas jawa
i budzimy się z krzykiem
MOWA
chodzi mi o utwór bez granic
niczego nie obejmujący
lecz objęty przez wszystko
jakaś rzecz jakieś słowo
przechodzące w bliski pejzaż
zastąpione przez skrzypiący wiatrak
melodia zastąpiona przez rzeźbę
czy usypisko kamieni
siedzący na nim człowiek
mówi zdanie
które przemija
zluzowane żeby tak rzec
przez rzeczywistość
jakieś miasto z dala
park cmentarz mur
miasto umarłych bez jednego telefonu
na kamieniach jakieś imiona
może moje może twoje
w mowie świata mowa moja
mowa twoja
twoje moje nasze milczenie
brama sklepiona
cień
wyjść ze słowa
jak z ubrania
zieloną łąką
biegnąć do kąpieli
VEHICULUM
to słowo pochodzi z apteki
w nieznaczącym płynie
vehiculum
znaczący proszek ślad szczypta
kiedy odpada od nas ciało
pojazd vehiculum
kiedy kości idą załatwiać stare porachunki
z ziemią
za brzozowym płotkiem
pod krzyżem gdzie rdzewieje Chrystus
kim jest pytam to co we mnie
ponad płotek kość i ciało
rdzę
co jedzie w pojeździe
co widzi czerwonego żuczka
co trucizną
co żywi i zabija
kto trzyma moje pióro nad sosnowym stołem
pod oknem za którym sosna
i ptak przypadkowy szary
lecz rozćwierkany tak samo
jak czterdzieści lat temu
dokąd mnie wieziesz
dokąd ciebie unoszę
jesteś mną czy ja jestem tobą
czy znaczymy więcej niż fotografia na ścianie
nieżyjącej matki
i jej serce którego nie ma
ale ja dobrze je znam
DŁUGIE I KRÓTKIE
długie wiersze
czytają się między
kolacją a snem
pluszczą jak ulewa
o której pisał Mickiewicz
serce się uspokaja
lecimy we śnie
nad zieloną łąką
krótkie wiersze
czyta się między jednym atakiem bólu
a drugim
kiedy wraca świat
widać je przy blasku błyskawicy
w nieczytelnym świcie
meteory zachwytu
oddech tonącego
lucida intervalla
JAK MUCHY
pióro czeka nad papierem
jakbym bał się poćwiartować
piękną skórę ubitego zwierza
jakbym bał się siebie rozkroić
lub myślał że jestem już tak zamknięty
jak trup czy kamień
ale zasłaniam nie oczy
lecz uszy
zatykam
jakbym bał się usłyszeć ciszę
gdy ustał piękny ryk muzyki
zegarek na oknie obok zdechłej muchy
tyka w innym wszechświecie
jestem w sobie jak jednostajny szum
dni i lata padają jak muchy
TEN ZAPACH TEN DŹWIĘK
ten zapach ten dźwięk dzisiaj
jakiego nigdy nie było
jest już dla ciebie czarną magią
czarną ziemią
jak wszystko co stało się później
jak ty tam śpisz jak się rozchodzisz
w ziemię w kwiaty w zapach
ty nie śpiący przecież nie bezsenny
i czy znów się złączysz
czy nicość może się pomylić
te dźwięki lat tylu
gdyby mogły wrócić
w dzwonnicę
unieść ku obłokom dzwon
ZMIŁUJ SIĘ
on opowiada
wspaniałe historie z życia
wsparte moralnymi naukami
a ja
oceniam bezsilność
strach i niemożność
hipotezy zdarzeń
spisuję rzeczy graniczne
kiedy nie można już żyć
a jeszcze nie można pisać
w ramach pięknego zajęcia
to tak jakby wiatr grał na pajęczynie
partitę Bacha
dla pająków
zmiłuj się nade mną
daj mi ucho
pająka
A ON A JA
a On przed stworzeniem?
miał tylko wędrowne sandały
i nicość jak atrament
na świata poemat
a ja?
mam duszę i ciało
mam zmarłych
a zmarli?
mają litanię
stukają werble
od wnętrza
w drewniane bębny
do kresu ciała i kości
a dusza?
dusza się rozlatuje
jak stado wróblików
NIE BĄDŹ PYSZNY
mój brat zostawił po sobie
dwa zeszyty do polskiego
rozwiązane zadanie z arytmetyki
trochę czystych kartek
i na tydzień przed śmiercią
nocną chłopców rozmowę
mówił mi
nie bądź pyszny
wyobrażałem sobie wtedy
wszystkie kombinacje
a nie znałem tej jednej
kuli z jego skronią
na wiejskim cmentarzu
słyszę ten głos
nie bądź pyszny
za murem żółte zboże wrona
pomiędzy ciszą a ciszą
dźwiękiem a dźwiękiem
uderzeniem skrzydeł
przypomniałem sobie zadanie
składające się z samych niewiadomych
gdzie nocuje wrona
ile ziarna zje polna mysz
kto mnie przeczyta za lat dwieście
mój grób będzie stąd na zachód czy wschód
ile lat więcej będę miał od ciebie
starszy bracie
gdzie nocuje mysz
a gdzie ty powiedz gdzie
TY SENNA MARO SKĄD
skąd się pan tu wziął profesorze
skoro pan nie żyje
rektor się zgodził
i senat
i mogę we śnie wykładać po śmierci
no skoro tak
tylko muszę potem
zawsze poleżeć na kanapce
w nowym śmiertelnym ataku
KRZYK
z tych książek dochodzi krzyk bitego człowieka
słyszę go poprzez wszystkie słowiki opisów
i złoty deszcz spadających gwiazd
szlachetni stoicy
zmieniają go w szelest
piasku przesypywanego z ręki do ręki
A MÓWIŁEM
mówiłem
w łeb sobie strzelę
tylko żeby przywiozła
rewolwer z Paryża
a w nocy we śnie
piorun we mnie strzelił
latał czerwony jasny
nie spytałem
czy chmura znad Paryża
przebudził mnie
ten pocisk łaski
świadomość
oparła rękę na cynglu
PTASZEK
pozostała mi jeszcze
jedna szansa
jakże wielka
szansa śmierci
czy to możliwe
że nic za nią
nie kupić
ani zorzy ani cienia
piasku ani morza
zająca co biegnie
z lasu do lasu
listka brzozowej kory
mróweczki
w życiu poza życiem
niesprzedajna
w śmierci poza śmiercią
nieprzekupna
gdybyż to był jeszcze
zwykły szary ptaszek
nawet gdyby dziobał
najtęczowsze ziarna
ZANIK
nic już nie pamięta
ani światu ani nocy
i jak wyglądają chmury
ani własnej twarzy
nic już nie słyszy
ani nutki ani wiatru
nawet swego serca
i nie widzi nic nic
ani domu ani dymu
ani wysokiego drzewa
najmniejszej muszki nawet
nie dojrzy własnych rąk
nie oddycha nie śpi
nie czuwa
nie śmieje się
nie będzie płakał
nie boi się już niczego
ani przeciągu
ani własnych myśli
pod szarym niebem
otoczony wieńcem przyjaciół
ani czeka ani nie czeka
nie sam jest
bez siebie
ale taki zanik
JA MIDAS KRÓL
jakie tam grania muzyki
skrzypce świerkowe flety wierzbowe
jakich pejzaży malowanie
brzozowe grabowe topolowe
o na górze nad rzeką
błyszczy oślepia złoty dwór
jakie słowa się mówią
aurea prima sata est aetas
wprost rosną złote uszy
od słuchania
i wielkie złote oczy
od patrzenia
złotousty wiersz
piszę
Ja midas król
w złotym cielcu
ryczę
ŻEBY TO ZNALEŹĆ
żeby znaleźć to co daje wiarę w życie
trzeba wierzyć w życie
circulus vitiosus
dobra jest podobna pokora
gotowość czekania
w pewnych miejscach
dawniej czekano: u źródeł
u strumieni u drzew
teraz czeka się
na jałowym wzgórzu
z odrobiną macierzanki
między piaskiem i kamieniami
w dzień zatkać uszy na mozarta
nawet bacha
żeby w nocy usłyszeć wiatr
i zobaczyć nad sobą
drżące od chłodu gwiazdy
lub oko nieruchome
z suchą łzą
WYSEPKA
bólu
chodzę z tobą twoimi
niepojętymi krokami
tysiące szarych ptaków
żywa chmura
skręca się w powietrzu
bijące serce
jak w polu
z ręką pod głową
położyć się na bruku
usnąć śnić
na jałowym niebieściutkim niebie
kosiarze
gdzie koszą
rosną snopy
a ty wiążesz je wstążką
toczą się kołacze
samochody omijają mnie jak wysepkę
szczęśliwie
a ja śpię śnię
NIE DO OGARNIĘCIA
mojego życia od twojego
oddzielić już się nie da
to mój obłok pędzony twoim wiatrem
twoje ręce na moich oczach
moją ciepłą ciemnością
twoja światło patrzę
jest zawsze jaśniejszą plamą
żagla na nocnym jeziorze
co myśmy zrobili co
wyjechałem tutaj z siebie
i siedzę pusty w krześle
w pustych oczach widzę zegar
puste wpół do dziesiątej
a ty w tamtym mieście
moją krwią ogarniasz
świata byt ulicę koło parku
listną i bezlistną wietrzną
i bezwietrzną i jasnego
i ciemnego pokoju beze mnie
mowę świata
bez ciebie
nie do ogarnięcia
MITOLOGIA
o świcie
helios popędza rumaki
niezmordowany
pragnie schwycić noc
a ona przed nim ucieka
tajemnicza narzeczona
zmęczony wyprzęga rumaki
wtedy ona w czarnym welonie
cicho
czarny powozi katafalk
zorza wieczorna
wypadła z rydwanu heliosa
nie zdąży uciec
palce ma już sine
DZIESIĄTKA
zasłonię się wierszem
papierową tarczą
można teraz
strzelać
prosto
w moje
pełne winy
serce
JUŻ PÓŹNO
kiedy byłem mały
najbardziej było mi żal
tego nurka
co uratował łódź podwodną
i zapomniano o nim w powszechnej radości
piął się po drabince ku powierzchni
nie zdążył
wśród powszechnej troski
łez i żalu
i ty kiedyś nie znajdziesz czasu na płacz
pnąc się uparcie
po jeszcze jedną jaskółkę
co przeleci
o świcie
za szpitalnym oknem
a czekający pory widzenia
przybyli za późno
spojrzą oślepłymi oczami
na puste łóżko
odbierając drobiazgi
oddając pielęgniarkom
kwiaty z opadłych rak
o gdyby martwe uszy
mogły choć to usłyszeć
jak mówią inne martwe już wargi
już późno
spać
marsz do trumny
ŻER
poezja niższa
ta której
nie dyktował ci duch
nie objawiona we śnie
nie tryskająca z muru
stary zmęczony człowiek
proszę tylko o zupę
supła grosze
kładzie dłoń na smudze blasku
wiosny może ostatniej
idzie ostrożnie z pełną łyżką
po chwiejącej się kładce
która nie dosięga drugiego brzegu
łódź ducha odpływa
bez fanfar
on strzepuje okruchy
z wytartej scerowanej jesionki
starannie
zlatują się złote ptaki poezji
na żer
SERCE JAK DZWON
i żeby pisać słońce moje
piosenko prosta do łez
kiedy mrok wieczór w noc ścina
i serce do żeber skacze
jak myszka bita kijem
to serce piszczy i drży dłoń
w sercu chrobocze och stuka
czy uciekła czy tak tam została
jak w dzwonie
na dnie morza krwi
który skręconym sznurem wiatru
w górę ciągną godziny nocy
ku powierzchni świtu
żeby zdążyć och żeby zdążyć
na proste słowo witaj
dobrze mieć serce jak dzwon
WYBÓR
przeżycia
bez wzruszeń
rany
pod znieczuleniem
wołania bez echa
i nawet radości bez powodu
niewidzialni muzycy
grają na niewidzialnych instrumentach
są więc same uszy
są bezdźwięczne tony
smyczki fantomatyczne na fantomatycznych
strunach
są same wielkie oczy
wszystko na oddzielnych kupkach
i jest w czym
wybierać
DYMY
i to że dusiłem się jak Norwid
cudzołożyłem jak Mickiewicz
miałem sny erotyczne i gruźlicę
jak Słowacki
byłem panem swoich ścian czterech
jak Krasiński
dymy dymy
JASNY CIEŃ
jesienny lasek suchy
i w szelest ubogi
ale nagonka świetna
a to ci kołatki
a to ci liberia
czerwono-żółta
krótki lasek a zające szare
śmigają
i fuzje niecelne celnie
w krótkie życie
strzelają
zaś ta ku nam niewidzialna nagonka
przezroczysta cicha
a pędzi nas
coraz dalej głębiej
i już w śmierci po pas
DLA ODDECHU
pozwolić płynąć miłości
tak jak krew płynie
jakimś ostrzem
trzeba ciało otworzyć
jeśli pierwsza skóra fałszywa
jeśli fałszywe mięśnie
i drogi krwi
i kości jeśli fałszywe
spalić wszystko rozsypać
po ziemi
dla ślimaka dla kopców kreta
źdźbła i strumyka
dla dzieci co liżą kamyk
choć nie wiedzą dlaczego
i niestety dla gawrona też
kiedy czarną ziemię bodzie
dla oddechu dla twojego
CZTERY PIOSENKI
PIOSENKA DLA NAS
(do tematu Bourrée J. S. Bacha, BWV 996)
ktoś ty jest ktom ja jest
kim jest on
czym jest kwiat czym jest ból
czym jest to
co w nas pięknem zawsze trwa
jam jest ten który cię
dobrze zna
tyś jest ból tyś jest kwiat
tyś jest to
co w nas pięknem zawsze trwa
gdzieś ty jest gdziem ja jest
gdzie jest śpiew
gdzie jest cel gdzie jest kres
miłość gdzie
co w nas pięknem zawsze trwa
tum ja jest gdzie twój ból
miłość twa
gdzie jest śpiew troska gdzie
życie gdzie
co w nas pięknem zawsze trwa
PIOSENKA O SENNYM KWIECIE
tak mi bądź – jak ten kwiat – co nad ogrodem lśni
bądź mi jak – gwiazdy lot – w niebie mym
bądź mi jak – senny kwiat – co o jawie śni
senny kwiat – co o przebudzeniu śni
szary bruk – róży kwiat – co na kolana padł
kropla krwi – tłumu krok – pośród dni
róży lot – tam gdzie ptak – wzlecieć ani śni
twardy bruk – róża szara – naszych dni
niech śni blask – barwy wieść – w obłoku niechaj śni
tęczy znak – ważki lot – w błękit nasz
poprzez mrok – straszny cień – co jak wieczny trwa
we śnie kwiat – niech o przebudzeniu śni
PIOSENKA O TYM JAKO ZNAM SIEBIE
(parafraza z François Villona)
Znam dobrze co to muchy
w mleku
Znam słońce chmury co wiatr goni
Znam duszę i strój na człowieku
Rozpoznam jabłko po jabłoni
Poznałem ciernie bo znam różę
Wszystko podobne znam w potrzebie
Znam pełnię kiedy jestem próżen
Znam wszystko tylko nie znam siebie
Książę znam wszystko co istnieje
Rozpacz i radość znam w potrzebie
Wiem co się w śmierci ze mną dzieje
Znam wszystko tylko nie znam siebie
Znam księdza po jego sutannie
I znam rzeźnika krew na bieli
Źródło co tryska nieustannie
Dzień postny poznam od niedzieli
Znam wino kiedy widzę beczkę
Szaleńca kiedy w mózgu grzebie
Znam zgodę i okrutną sprzeczką
Znam wszystko tylko nie znam siebie
Książę znam wszystko co istnieje
Rozpacz i radość znam w potrzebie
Wiem co się w śmierci ze mną dzieje
Znam wszystko tylko nie znam siebie
Znam konia tako jak znam muła
Znam spoczywanie i znam brzemię
Znam kiedy zła jest kiedy czuła
Znam niebo i znam czarną ziemię
Znam co to sen i co czuwanie
I co być w piekle śpiewać w niebie
Znam czym jest miłość i rozstanie
Znam wszystko tylko nie znam siebie
Książę znam wszystko co istnieje
Rozpacz i radość znam w potrzebie
Wiem co się w śmierci ze mną dzieje
Znam wszystko tylko nie znam siebie
PIOSENKA O DYWANIKU
Marii
z wykroczeń naszych upartych pomyłek
tragicznych błędów i śmiesznych powodzeń
uczynisz Boże bardzo pstry dywanik
pod nogi zwykłych prostych chodzeń
od twojej strony będą trawy osty
nocą ciche podkowy polnej drogi
rachunek palców trudny w śmierci prosty
dzwony uśpione gwiazdy głogi
szybkie i wolne pająki i krety
dalszego życia prośby niezwłoczne
to co na szczęście i to co niestety
zniknie i będzie niewidoczne
będą supełki na odwrotnej stronie
związane nieznośnie niezręcznie i pstro
a zresztą na fleciku błazna dłonie
z melodią zakończoną ostro
JESZCZE
jeszcze chcesz usłyszeć oddech
choćby i wilka
wściekły i gorący
jeszcze chcesz zerwać kwiat
leśny kruchy
zobaczyć pszczołę
i żeby dotykały cię jakieś ramiona
ale już ziemia chyli się nad tobą
spokojnym podziemnym
ZBIÓR
pokazują stare bronie
ale milczą o śmiertelnych ranach
zegary co szły dalej
wobec zatrzymanego oddechu
słoneczne bez słońca
i bez ognia zbiór pogrzebaczy
ja
mam tylko jeden pogrzebacz
grzebię nim w sercu
jak w piecu
szalonych płomieni
przerzucam garstkę popiołów
ślad spalonych snów resztki jawy
a przecież chciałem skompletować
coś czego natury
sam dobrze nie znam
gdzie różność staje się jednością
i zamyka radosnym poznaniem
to nie miał być szereg grobów
na zielonych cmentarzach
ani trumny i biedne złożone ręce
ani rząd ptaków
co leci
znów jesień
ani tak zwany ciężar wspomnień
a jednak lekki jak piórko kruche
wobec noszy
na których niosłem umierającą matkę
brakło mi rąk by podtrzymać głowę
zbiór
jak gorycz otwarty
a zamknięty szczelnie
jak dół pożegnania
myśli ulatujące
a pogrzebne
miejsce przechodnie
między ciałem a ziemią
MAŁY PALEC
sługa szczęśliwie zakochany
Aleksandra Macedońskiego
gdzie on teraz
a biedny trędowaty
tragiczny krewny sługi
kto o nim wie
gdzie przebywa
jego kości
jego mały palec
wcześniej przez pewnego małego tyrana
odcięty
NICOŚĆ ZAKŁAMANA
odkłamać wszystko
pooddzielać
ręce kłamliwe odcięte
odrzucone nogi
uszy i język
w kurzu dróg duszy
pulsuje zakrwawione
ciśnięte serce
zakłamana jest nicość
jedzie autobus z odwróconym numerem
przypaść choćby do brudnego źródła
dla trochy prawdy
pić
WSZYSTKO KRÓTKO
radość krótko
jak ostatnie loty muchy
te szrony
siwe trawy grudy
lodu w kałuży trzask
piękno krótko
i młodość i zdrowie
to czwarte piętro schody
a jak na czterdzieste
rodzice przemykają
przemknął brat
groby świeczki palą się krótko
nic się nie bój
najdłuższe
cierpienie też krótko
krótko przed śmiercią strach
na krótko do zniesienia
na krótko nie do zniesienia
po prostu nie istnieje tak zwane a la longue
między bólem tamtego ciała pod ziemią
co cię boli nachylonego nad światem
a końcem
wszystko krótko
nie ma z czego skracać
DAJ MI GARNUSZEK
zachłanne wołanie do życia
oddaj mi się
oddaj jeszcze na lat pięć
może wymyślę nową metaforę
lub zobaczę zielony zachód słońca
a może nic
tylko z łaski z ręki
na garnuszku
żyć
daj mi choć garnuszek
JAKBY Z CIEMNI
jakby z ciemni i strachu i płaczu
szedł korytarz świetlny
a na końcu był prostokąt drzwi
jak prostota życia
jak wiersz nowy
którego nie pozwalają przerwać
i pytają kto to napisał
prawda jak mozaika pod stopami
– ile żyję tyle zakrywam –
mąci serce
wyjdę
będę szedł
za tym listkiem
po powietrzu
PRZYPAŚĆ
tak w słońcu
tak w słońcu
że aż oczy mrużyli od blasku
a szum topoli sypał się na głowy
teraz zmartwychwstają w ostrym świetle lampy
na stole
gdzie książki otwarte listy
a biała kartka
zdaje się obiecywać
papierowe trwanie
z dna zmęczonej obojętności
z pokoju przez ścianę z książek
przez zasłonę z łez
patrzę
żeby choć w ten ścięty kwiat
w to słońce blade
w te spacery błękitu
wśród ruchomych obłoków
nad piskiem opon
a choćby do umęczonej trawy
przy chodniku wśród spalin
przypaść
WIĘCEJ NIŻ MOŻNA MIEĆ
kolorowe pożary liści jesień las
twierdziłaś że zawsze się przeceniałem
zgodziłem się
tłumaczyłaś że z nerwów nic nie widzę
przyznałem rację
zobaczyliśmy ciemniejszą niż zwykle wiewiórkę
powiedziałaś że nie powinienem chcieć nic dla siebie
pomyślałem że masz słuszność
czułem w sobie spokój tak wielki
że trudno było mrugnąć powieką
i bałem się spokoju większego
niż bladość nieba
poprzedniego dnia cudem uniknąłem wypadku
trzymałaś liść w ręku
babie lato płynęło w słońcu
byłem jak kolorowy liść
w ręku łaskawego losu
odrzuciłem wszystko
miałem więcej niż można mieć
KTÓRY WIDZIAŁEŚ
ty który widziałeś
jak zostawiała ich śmierć
z nie dokończoną jeszcze duszą
z ręką wbitą w czas
jak w wyrabiane ciasto
z polizanym cukierkiem miętowym
w kieszeni
okrutnie za wczesna
jak budzik przed świtem
lub bezceremonialnie spóźniona
kiedy wszyscy
nawet lekarze są zmęczeni
– ty też masz serce
wiesz ono budzi mnie w nocy
wtedy proszę bądź jeszcze trochę grzeczne
moje serduszko
tak jak w dzień pan ponury proszę
słońce wyjdź
kiedy z gałęzi czarnych nade mną
stado wron nad głową
w ziemię czarną chce
dziobami mnie wbić
ATELIER
nie kupuje się ani nie zdobywa pracą
ani talentem
miłości na czas i mgnienie
oko opatrzności świeci w nas i gaśnie
We środku nie ma potwora
o tysiącu głów
ani lwa ani kolorowej pantery
jak chciał Platon
ani małego człowieczka
w większym człowieku
i tym bardziej
wielkiego w małym
we środku jest pusto ciemno
nic tam nie ma
camera obscura
na której wyświetla się w życiu
na jeden dzień na noc jedną
otwarte oko miłości
niebo z odwróconymi do nas obłokami
ze światem z twoją twarzą
twoim uśmiechem
i łzą
a potem się zamyka
przez otwarte oko umarłe
przez pustą soczewkę
w duszy widać pustkę
kurz
zostaje nie używane od wieków
od tysięcy lat
od tamtej godziny
atelier
„worek ze skóry”
zmiłuj się zmiłuj się
nad nim
nad sobą
miłość jest kwiatem
który kwitnie zawsze daleko od nas
SŁONECZNIK
każdy z nas przeżywa dramat
o którym powiedzą
rzeczywistość przedstawiona
jeśli piszesz wiersze
i jak postawić ten słonecznik
aby kłaniał się słońcu
jak ciężarna kobieta
radośnie dojrzałością
poczerniałych ziaren
ponad suchymi tykwami maków
w omotanej świetlistością jesieni
pustka nie pisze
jeśli się śmieję przez sen
to dlatego że sen bywa łaskawy
wiersz jest jak powietrze
widać przezeń ziarna
i biedne suche łodygi
jeśliś łodygą
na spalenie
kochaj choć w popiel