Podróże darmowe
12.12.2005

PODRÓŻE DARMOWE [1991]

I. NA ŚNIEGU ZASIANE

Śpiew ziarna
Czuwanie
Król Duch
Śnieg
Niewiedza
Chirurgia świata
Pomiędzy przemianami
Scripta manent
Strawa anielska
Romantyzm
Niemowa
Otworzyć
Jesień
Tylna straż życia
Pornic
Blasku słup
Jabłko śmieje się
Pył
Czarne dziury
Obcowanie
Poeta Jastrun płacze
Lot dzieciństwa
W stu wierszach
Już się nie boję
Napój

DZIEWIĘĆ PIOSENEK

Piosenka w biedzie
Piosenka o kropli
Piosenka o ładzie
Piosenka o drzewie
Piosenka o snach
Piosenka o milczeniu
Piosenka somnabuliczna
Piosenka jak wierszyk
Kantyczka w śniegu

II. DWIE POLSKIE ETIUDY

Lekcja o literaturze polskiej
Polski Hamlet

III. ZA NIC NA NIC

Z otchłani snów
Na Pirenejach w Serrabonne
Pajęczyna, kropla rosy
Tren
Ile trzeba serc
Duszo duszyczko
Pocałunek
Szukać
Ława przysięgłych
Curriculum vitae
Rękojmia
Podróże darmowe
Zupa umarłych
W piekle radość
Niedosłyszalnie
Qui Lazarum resuscitavit
Oderwać się
Notatka z podróży
Głód rzeczywistości
Imperia
INRI
Pośpiech
Za nic na nic
Jak biedna małpka
Tak się mówi
Wytrzymałość
Biedronka
NKWD szuka tajemnicy
Miłość
Pociągi
Sytuacje sposoby
Odpadek
Zamieć
Historia świata


PODRÓŻE DARMOWE

wiersze i elegie

(1991)

I. NA ŚNIEGU ZASIANE


ŚPIEW ZIARNA

słyszałeś śpiew ziarna?

wyjdziemy spod ziemi
po czarnym śnie

i wrócimy do ziemi
po tęczowym śnie

CZUWANIE

siedzę nad myślą
czuwam nad wierszem
gdzie cała rzeczywistość
jak pies biedny na cmentarzu
nad grobem swego pana
drapie
wyje

i ani gwizdnąć
ani tej sierści zmierzwionej
dotknąć

KRÓL DUCH

ty biedny we mnie królu duchu
czy wierzysz w nocy kiedy ja nie wierzę
a ty skulony w kątku mego snu
leżysz zmartwiały nawet nie jak pies
jak psie futerko co ani odszczeknie
kiedy łomoczą oprawcy snu język jako kołek

już lepiej kulę dostać było odłamek
niźli wyobraźnię z chronicznym sumieniem
bezsennym sądem o sobie i życiu
myślą o łagrowych baraków pokoleniach
i królu duchu w gorączce na pryczy

choć nie król choć poddany choć proch a nie świat
ale to ja śnię ten nagły sen
o duchu co w przejrzystym źródle spał
aż tym źródłem w lód ściętym wykroił się jak szkło
wyprzejrzyściał i tak się wykrysztalił
że jak diament trwał między przebudzeniem a jawą

i kiedy ranne wstały pomylone strony
nawet tożsamość zagubiona i ta nagła myśl
że po śmierci już ale mój to sen
wciąż idący w stronę tik-tak zwykłego budzika
koronę królewską złotą i znak przejrzysty
jawie podaje

Cité Adrienne 1979

ŚNIEG

jakby śnieg leżał na dworze
obudziłem się nagle
myśl o wielkim przebaczeniu
i smutek
lecz nie było śniegu

a to był sen że z Polski dalekiej
leciał anioł śniegu biały
i skrzydłami okrył
świąteczną choinkę

i zaraz ten drugi sen że wszystko
leciutko zasypuje czarny popiół
czarnymi płatkami na świat
czarne pióra śnieg czarny

a nocne okno znów biegło ku mnie wołając
Paryż!

Paryż?

NIEWIEDZA

niewiedza o świcie
prawo lewo? góra dół?
koniec początek?
czekanie na sen o świcie
bolesne przebudzenie o świcie
na podróż ostatnią

wtedy się pochylą mówiąc
ani zgadywał gdzie był
nie przeczuwał dokąd się wybiera
nie wiemy dokąd pojechał
może się tutaj zatrzymał
pełen niewiedzy

CHIRURGIA ŚWIATA

świat ostro widziany
lecz zawsze niecały
wycinek
na chirurgicznym stole

jak tamto miasteczko w dolinie
otoczone łąkami
jak jej uśmiech mały
gdy minęliśmy się w tłumie

i nawet drzewa świadki
tamten cedr sosna niespodziewana
i dąb co świecił na miedzy
gdy stanęła z polnym bukiecikiem

już nie dają cienia
w ostrym świetle lampy pamięci

POMIĘDZY PRZEMIANAMI

między jedną i drugą zmianą świateł
dziewczyny
pór roku
wciąż przebija ta myśl
suche są gałęzie i wiosna jest daleka
wiosna daleka a gałęzie biedne
między jedną a drugą zmianą śniegu
drzewo rosło na skale
zamiast zieleni czekanie
na ubożuchny śnieg

ale może nie ma szczęścia
jest tylko uszczęśliwianie
może nie ma porządku
jest tylko porządkowanie
może miłości nie ma
tylko wieczne pokochaj
między jedną a drugą zmianą śniegu
pokochaj to co nie najgorsze
w tym co niedoskonałe

na przedwiośniu wiecznym gdy liść suchy
zielonym morzem zeszłorocznym o szybę bije
na granicy ciepła i chłodu
pokochaj gałązkę
co rośnie ze skały
w śniegu głębokim ją
pokochaj

SCRIPTA MANENT

na przykład
podczas obierania ziemniaków
spod łupiny? wiersz czasem przychodzi
najnaiwniejsza z istot łatwo tragiczna
a często poroniona
zrzucić by lepiej z tarpejskiej skały
a toto żyje trwa
dychawiczne i głupie
na wieki wieków

ale my żywi
ufający
że lew do nas łapę wyciągnie
cierniem bolącą
jak do świętego Hieronima
w proch się rozpadamy
z naszą istotą znikalną
i cóż powiemy
spod jakiej łupiny wydobyci

cóż powiemy?
że scripta manent
a żywe głosy głosy prawdy
to tylko głosy
i więcej nic

STRAWA ANIELSKA

nawet rozpacz poezją
niestety
strawą anielską
gorącą
którą będę smakował
za was zziębniętych
umarłych

ROMANTYZM

samotność we własnym domu
to jednak co innego
co dzień marzę przez okno
strunę kamienną kolumny
polskich przeznaczeń
którą tylko lud stroi
przetrącona a wstaje i czeka

a tamta tęsknota za własną polną drogą
choć chłopska nędza Krasińskiemu do kolan
konia smaga
a odpoczynek na rozstaju
na własnym polnym kamieniu
o którym Norwid że to kość ojczyzny-wielkoluda
pod własnymi obłokami
gnanymi własnym wiatrem
którego szum Mickiewicz wciąż słyszał
nawet w przeciągach Arsenału

stąd może ten ścisk w sercu
na Alpach w Splügen
czy tam gdzie Aar spada błękitnymi wody
nawet w sto pięćdziesiąt lat później
lub choćby w Montmorency
nad grobem biednym Celiny
i jenerała Kniaziewicza
stąd widać kamień nagrobny Pani
zdobywanej w tym języku
polskich słów i dla niego
i tutaj też jaka samotność Delfiny
pod murem

jak skarpetka Słowackiego nie do pary
wyjęta z grobu na Montmartre
samotność tego przedmiotu z Krzemieńca
a cena wedle uznania

Paryż, 1979

NIEMOWA

odezwij się
nad ziemią jak serce spękaną
głosie róży w ogrodzie po deszczu

mów płatkiem zapachem milczeniem

a ja różo cóż powiem
zobacz niemowę
kiedy ginie kiedy musi mówić
porażająca niemoc
strach kurcze twarzy bełkot
i ten wiersz na migi

OTWORZYĆ

w akcie ostatecznej miłości
otworzyć niebieską sobie żyłę
serdecznego przegubu
nad stołem bezładnym
rękopisów
z twoim listem
i patrzeć jak wreszcie
życie tryska falą
i gęstniejąc skrapia mnie
kropkami jak biedronkę
próbującą skrzydeł
w kierunku niezmierzonej łąki

JESIEŃ

Jesienne słońce i kaszląca krowa
na pastwisku pewnie chora
i ostatni motyl osa co chce
przezimować i pada ginie
w moim ogniu z drew
I ja chcę przezimować i ginę
na rusztach nie ostatecznego sądu
mojej duszy – a jednak ginę
Ginę nie ginąc więc w agonii trwam
I tyle mam co piszę i tyle
ile ostatnich jesiennych owoców
wspomnień kukułki i bociana

Odleciały wszystkie ptaki i wspomnienia
tylko wiersz przybiegnie na białą kartę
jak zając po śniegu będzie kluczyć
szyfrem nieodgadnionym do końca
Śpijmy już leży śnieg tyle
nie zapisanych kart
Na łóżku miotanym przez ciemność
żegnaj do ranka jeżeli tam dotrzesz
to bądź co bądź twój najbliższy port
Więc zaśnij i trzymaj dzielnie
ster nocnych snów Dobranoc

TYLNA STRAŻ ŻYCIA

rozwaliło mi się państwo kwiatów
róże zgasły umarły piwonie
tylko słonecznik zimne astry
nadąża jeszcze tylna straż ostów

odważyć się będzie inaczej
jesteś weszłaś do ogrodu
wieczór pada rosa
pachnie maciejka

ale ty mówisz matiola
ręce masz całe
nogi masz całe
czoło nie w pajęczynie
śmierć ma dopiero przyjść
ziemskich spełnień
mistrzyni

PORNIC

                         Jednak wierzę,
Że ludy płyną jak łańcuch żurawi
W postęp...

                      Juliusz Słowacki

w Pornic
Słowacki uczy się od fali
uczy się od skały
pomiędzy przypływem i odpływem
człowiek błysk na fali
biegnący przez pokolenia
leci dumnie łańcuch żurawi

fala miłośnie wytrwale
wykuwa kształt
poddaj się fali

oprzyj się
bądź skałą kształtem
kresem fali

ale życie jest błyskiem
nawet dzieło jest błyskiem
pomiędzy falą a skałą

stoję w Pornic przemieniony Tonio Kröger
zjadacz co myślał
życie jest szczęściem ale ginie
dzieło jest cierpieniem ale trwa
a przecież

dzieło jest szczęściem w cierpieniu
życie jest cierpieniem w szczęściu
na nietrwałej granicy
między falą i skałą

patrzę
wraca krzyczy żałośnie łańcuch aniołów-żurawi

Pornic 1981

BLASKU SŁUP

tamten pokój biedny ale wysoki
jasny czysty
pomidory na stoliku pod oknem
z ogródka zebrane
uboga wspaniałość

i nic od poezji nie chcieć
prócz tej przejrzystości
aby mógł wejść
słup blasku
zapach kolor
ułożone ręką matki
pomidory

JABŁKO ŚMIEJE SIĘ

wyroki odwleczone
topór wisi jeszcze na podwójnym włosie
więc choć płaczesz w jesiennym słońcu
z mgłą i zapachem liści
smutek o dziwo leczy dzisiaj serce

jeszcze jest jabłko
leży tu na stoliku
i głos niani pamiętam
jakby było wczoraj
zjedz to jabłko śmieje się
do ciebie

jabłek trumna pełna
tylko usta nieżywe

PYŁ

daj nam to widzenie
przez ślepotę

rajskiego ptaka
w tym wróblu co skacze

to szczęście
co zawsze boli

a z poezji
wierszyk jeden
co nie przeraża
a wzrusza

śmiertelny pył
w słońcu

CZARNE DZIURY

miejsca gdzie nigdy nie wrócę
książki których nigdy nie przeczytam
może – ale pamiętaj

ile łez nie wyznanych ciąży nad wszechświatem
w ilu miejscach zapomnianych odcumowują balon życia
pusty próżny od materii lżejszy
co unosi się w gwiazdy i znika
tam gdzie wiedza styka się z poezją
w czarnej dziurze

OBCOWANIE

skromni i znikalni jak za życia
o nic mnie nie proszą
nie dlatego że umieścili się w wieczności
czy w tej purpurowej smudze na zachodzie

bo przecież tu właśnie krążą
stają w drzwiach skrzypią podłogą
a ja
pod smugą
trwam jak te czarne obłoki

ale już liżą mnie rozedrgane gwiazdy
i znikam powoli
choć wciąż leżę na wznak
pod gwiaździstym niebem
sam z prawem moralnym
choć bez tchu

POETA JASTRUN PŁACZE

poeta Jastrun płacze bo ujrzał psa i wierzy
że to jest prawdziwy pies którego kochał
a ten pies dawno nie żyje
ale opowiada o tym kobieta której się
to śni w moim śnie i która
płacze także bo zna pozorność jego
snu pies jest śniony I wie ona
jeszcze że poeta też już nie żyje
A ja wiem na dodatek że
to ja ją śnię i ja też w tym śnie
płaczę nad tragizmem pozorów
sennych pomyłek Wreszcie budzę
się by sobie to wszystko
na jawie uprzytomnić Za oknem świta
Paryż który minie jak sen i ja
w każdej chwili mijam jak sen
i bez pociechy że to sen tylko
zły Tak jest naprawdę

1983

LOT DZIECIŃSTWA

smak
nigdy nie dający się
zjeść do końca
jabłko dzieciństwa

nim obejmie je ręka
spada
w locie do dojrzałości
do ziemi

W STU WIERSZACH

w stu wierszach leżę pod murawą
w stu jestem dymem i popiołem
napisać sto pierwszy
że wrócę że zmartwychwstanę
słonecznik przy chałupie zobaczyć
jego cień na ścianie

a oni
czy na pewno zdążą przed linijką ostatnią
wieko wiersza odepchną
wyjdą mrużąc oczy
z zimnej pościeli
na świt na świat

brat powie mi co przeżył
pod nalotem
matka
że była sama w szpitalu
przed ciemnością ostatnią
spyta o kwiaty
czy jeszcze żyją
czy o wodzie pamiętam

NAPÓJ

wiersz się pojawia i znika
jak wierna lecz kapryśna rzeka
jak wewnętrzna miłość
raz po tej raz po tamtej
stronie przepaści

i znów nic nie mieć
a z pełnej skarbnicy pamięci
nie więcej uzyskać
niż wspomnienie ten napój
na drogach oszałamiającego zapomnieni


SZEŚĆ PIOSENEK

PIOSENKA W BIEDZIE

czemu zostajesz – gwiazda wzywa
czemu odjeżdżasz – pachnie chleb
u brzegu wir cię znów porywa
jak mucha leziesz znów na lep

czemu nadstawiasz łeb pod topór
czemu do uszu lejesz wosk
i czemu szczęściu stawiasz opór
gdy śpiew co nie zna żadnych trosk

czemu odcinasz rękę prawą
a lewą marny dajesz znak
czemu truciznę czynisz strawą
czemu chcesz być i nie być tak

czemu potykasz się na progu
chcesz spać bez snów bez jawy żyć
zamiast z radością wolisz z trwogą
w złym labiryncie zerwać nić

z psem się zamieniasz na posłanie
na śmietnik nowy rzucasz strój
i łachman wstrętny niesłychanie
na duszę wdziewasz jak płaszcz swój

czekasz aż lód wypali rzeki
potem że ogień zbudzi wodę
dość zmrużyć do śmierci powieki
już żywy martwy stary i młody

ach cóż te światy pędzi cicho
w kosmiczny potrzask gdzie ich kres
i tak umierasz zawsze licho
i tchu ci brak i słów i łez

PIOSENKA O KROPLI

kroplo słońca rybko złota
choćbyś się uwijał trzepocąc rozkosznie
w ziemskim akwarium żywota
w nocy śnięty co poczniesz

ty co widzisz rzeczy jak mogłyby być
i ludzi byt doskonały
a tu biała noc nie wolno śnić
zrzuconym z tarpejskiej skały

ale złoże zła ma jeszcze dobra diamenty
z czarnym skrzydłem są anioły stróże
jeszcze błogosławionym może być wyklęty
jak słona kropla potu w pustyni na skórze

PIOSENKA O ŁADZIE

Nie natężajmy słuchu z uchem przy ziemi
ład nie jest pod spodem, ład jak rzeka płynie,
ociera się i muska wyciągnięte dłonie,
i ginie, w oddali, ginie.

Ład rzeką otacza, ład sobą zatapia,
zmęczonych, absurdalnych, z jękiem u krtani,
chaosem utwierdzonych, ciosem podniesionych,
w toni ładu świadczących nieśmiertelnej przystani.

Bez ładu – sadyści, masochiści biedni,
nucilibyśmy z chęcią, jak radosne pienia,
w piekieł zamęcie pieśni infernalne –
jak kolędy chaosu, psalmy zniszczenia.

Ład nas otacza w tej świetlistej rzece,
gdzie tacy sprzeczni toniemy powoli,
zamykamy oczy i fali czekamy.
Ład – przystań nieruchoma – nie boli.

PIOSENKA O DRZEWIE

Hani

dni odjechały
lata minęły
ubiegł rok cały
i nie ma nic?

jest drzewo zobacz
zrzuciło liście
bo się przebiera
na zimy przyjście

czas odkładamy
chodzimy błędnie
i wyglądamy
a nie ma nic

jest drzewo zobacz
śnieg podtrzymuje
może cię widok
ten uraduje

wysiłek pusty
wszystko chybione
i wciąż na ustach
że nie ma nic

jest drzewo zobacz
seledynowe
abyś i ty znów
odzyskał mowę

mowę co zdoła
wszystko wyrazić
gdy w jednym słowie
już nie ma nic

jest drzewo smukłe
chmurę wskazuje
i deszczu z góry
wciąż oczekuje

w zieleni całe
jest wszystkim prawie
to niebywałe
gdy nie ma nic

jest drzewo gałąź
z owocem zgina
jeszcze jest życia
złota godzina

choć nie ma nic

PIOSENKA JAK WIERSZYK

Skażone wypowiedzieć,
mijające, dotknięte
ogniem i cieniem objęte
na ziemskim tronie siedzieć.

Ziemski tron, krzesło ziemskie
spróchniałe, rozwalone.
Nogi, ręce w ziemię, sielskie –
ziemskie w trumnę złożone.

Czy dla nas jest ta wieczność,
pył złoty na palca końcu,
nieruchoma obecność
w niebieskim ogrojcu?

Formy się kruszą i wstydzą,
dusza pragnie, lecz ciało
brzydnie także nieśmiało,
już formy się nim brzydzą.

Nad rzeczką, na polu być,
a w pokoiku wierszyki,
jak ów jedwabnik wić a wić
w sferach wieczne muzyki!

Na bruku cmentarza kroki
w stronę, gdzie bliskich groby.
Próg nieba za wysoki,
ziemskie śmierci sposoby.

Pragnąć jeszcze w wierszyku,
tamże kochać serdecznie.
Nieufny czytelniku,
tchnij, może słowo wskrześnie,

wskrześnie, może zapłonie.
Już włosy stają na głowie,
jeźdźcy ożyją i konie,
chór ci zmarły odpowie.

Żegnaj, wierz mi, malutki,
patrzę z wielkiej oddali.
Radości są jak smutki,
życie jak drewko się pali.

I cisza jak smok oniemia,
i ryk, a już go nie słyszę.
Oczy, a w oczach ziemia.
Uszy i ziemia. Słuch ciszy.

KANTYCZKA W ŚNIEGU

         kantyczka

kolędę nieśli aniołowie
miłość w jasnym słowie

kolędę kolędę śpiewałaś
w oczach jasne łzy miałaś

kolędy pełne nasze głosy
otwarte zamknięte niebiosy

łzy ciężkie na mrozie padały
jak dzwony jasne pękały

świat pęknięty na dwie połowy
anioł jasny i anioł surowy

kolędę kolędę śnieg otoczy
otwarte wszystkie zamknięte oczy

        przesłanie

twoje śniegi i moje
dwie gwiazdki osobne
w tej zimie

od serca rzeka gorąca
do serca lód zimny
nam płynie

cierpienia przybyło
szczęścia już niewiele
czas minie

światełko na kolanach
ciemności pełne światy
w dolinie

in excelsis aniołowie
co na śniegu zasiane
nie zginie

Cité Adrienne 1981

II. DWIE POLSKIE ETIUDY



LEKCJA O LITERATURZE POLSKIEJ
        (prawie centon)

Znicestwić żadnego narodu nikt nie podoła
bez współdziałania obywateli tegoż narodu...

                                 Cyprian Norwid

Górnicy z Wujka zginęli od salwy oddanej
przez Polaków.

naród królów i hetmanów
których głowy na tykach
zdradą nie splamione
wznosili azjatyccy najeźdźcy

moja lampka rozbita
moja głowa
krwią zlepiona
w śnieg wdeptana

naród powstańców urodzonych
w hełmie za dużym na dziecinnej głowie
z lichą dubeltówką w kołysce
albo z butelką na czołgi
okupanta z zachodu i wschodu

nic nie widzę
ciemność szczelna
jak węgla bryła
wiersz ostatni
pęka w krwotoku

leży teraz powalony
przez ludzi tego samego języka
urodzonych na sąsiedniej ulicy
i w tamtej wiosce za strugą

kula jak czołg
poprzez zwoje słów
nawet ból oddzielił się
od poetyckiej materii

komu śni się Targowica
komu lis na piersi wychowany
co teraz wnętrzności wyjada
a komu nic się nie śni
pod czerstwą trupią powłoką
Sicińskich w alkoholowych Upitach

ta literatura co wierzyła w człowieka
weźmie teraz znów lekcję surową
u Szekspira i Dostojewskiego
w noc górnik zamordowany
będzie się zjawiał hamletom
z Katowic i Lubina
z jedną ręką na sercu
a drugą wskazując ojczyma
na czele rządowego orszaku
podziemny sędzia sumienia
osądzi Raskolnikowa w mundurze
co skrwawił staruszkę ojczyznę

teraz już wszystko jedno
ból wsiąka w śniegi
wiersz czyta się od strony śmierci
to jest noc a poza nią

tak późno zacząć pisać
polską pieśń o Rolandzie
gdy huczy klęską złoty róg
nad powalonym szlachetnym
w niecnym wąwozie historii
weźże od niego rękawicę
poezjo archaniele Gabrielu
ty musisz teraz poezjo
osądzić rękę co gorszy
nazwać język co kłamie
i sprzedane sumienie

ale ten wiersz o śmierci
bez sądu nad samą poezją
nie ma szans opuszczenia
zmiażdżonej czaszki stylu

o nagi trupie Leonidasa
bij się w piersi Hellado
zdrajcy też byli Grekami

i myśl jeszcze ocalić
by inni podali ją dalej
bez analogii historii
jak syren głosu

a w narodowej dramie
gdzie jeszcze stokroć szlachetny
a jak zdrajcy
trup leży twój poniżony
Samuelu Zborowski

wysłany na śmierć
jakim prawem
przez zabranie tu duchowi ciała
klęskę ponosi sam naród
przyznał Słowacki

na scenie gdzie śmiech spodlonych
bił brawa sztuczkom Stalina
w tej naszej tragiszopce
w zapach siarki ubrany
już nie niemczyk kusy z główką trupią
i car-lucyfer enkawudysta
muszą się teraz pojawiać
lecz własny Szela pomnożony w bandę
chłopców zomowców co piłami tną
dobrych Polaków i kości im łamią


wkłada Szela ciemne okulary
stroi się Szela w generalski mundur
i naszym współczesnym się staje
i przychodzi na krwawe zapusty
a w narodowej tragedii
przyjdzie myć krwawą podłogę
przez cały następny wiek
sztandary zbrukane prać
ręce myć nie będzie znać
na czole plamę poznać

ale przerwijcie dawną pieśń
gdy pogrzebane uszy
ten wiersz jak lampka górnicza
po nieobecnym
niech się zapuści
w sztolnie sumienia
w noc nie wyrąbanych chodników

na cmentarzu narodowej pamięci
za ojców naszych grobami
pod murem gdzie zdrajców miejsca
tam widma żywych trupów
innego trupa włóczą
bo każdy z nich przywiązany
i wspólny ciężar wlecze
to trup co pół Azji przygniata
nad Europą wyciągnął ramiona
a oni ciągnąc go włóczą
ciężki jest trup komunizmu
w kole tak chodzą dalej
prosząc o jadło napitek
nie masz nie masz litości
oni nas zabijali
dzieci nasze męczyli
i starcom dni skracali

przeszłość nawet szlachetna
jest tylko skrzydłem złamanym
i żadnym upewnieniem
nie masz skrzydeł u ramion
masz tylko teraźniejszość
co ciąży jak kajdany

o biada literaturo co musisz
sen senatora zmienić na sen generała
tańczącego na Kremlu trepaka
w komnacie której posadzka przez diabłów
głowami polskich patriotów brukowana

nie patrz do tyłu
ślepy wierszu we krwi
naucz się widzieć przed sobą
gdzie nic jeszcze nie widać

jak niedźwiedź na rozpalonej podłodze
rycz narodowa mitologio
co widzisz hańbę Kordianów
już nie padają nieprzytomni
nie skaczą ponad bagnety
lecz przykładają bagnety do pleców
osaczają Sowińskich na Woli
w małym kościółku przy ołtarzu
kaleki z nogą drewnianą
lub pilnują egzekucji Trauguttów
z maszynowej policyjnej broni

jak polonez kto pójdzie górą
kto legnie w dolinie słyszę
nowy śpiew na dawną nutę

żali nie przyznasz się do hańby polskie Jeruzalem
jeżeli nie wyznasz zdrady Warszawo
jeśli przełkniesz podłość Warszawo
dzieci twoje janczarskie
sprzedane na pola azjatyckich bitew

padną pod napalmem i kulkowymi bombami
któż wtedy napisze księgę anhellich
w obozach polskiej ziemi sybirskich
kto niezłomnych śpiących rycerzy
co wykuli kształt myśli już gotów
gdy się w konwulsjach tarzało imperium

ja nie śpię ja wiersz w bluzie górniczej
ja konam na śniegu
i płoną wszystkie obrazy
w kształt ognistego napisu:
przeszłość jak lustro puste
nie odbije teraźniejszości demona

kto historię jak zwierciadło wstawia
w okno i zasłania noc jak oko wykol
ten pisze pisaniem tylko

jeśli nie włożysz lancetu w ropiejącą ranę sumienia
poezjo kto napisze testament twój
kto ze światłem prawdy pójdzie przed narodem
aby pozbierać z szańców ducha ludzi jak kamienie
i posągom przywrócić krew ciało i oddech

nie w posąg się kona lecz w ziemię
przyszłość nie otwarła jeszcze ciemnych ust
jak łatwo o żywy obraz
przebrać górników w mundur szwoleżerów
gdy głowa moja wbita w śnieg
śpiewać:

oto powstał król duch narodu
i przemienia kaźnie w strażnice
i przemienia więzienia w kaplice
lecz straszny jest gdy podłe liczy
i płaci mieczem bezkrwawym
i przed narodu pamięcią
pod pręgierz sumienia kładzie
a ci tutaj prawdę niosący
są jak chłop polski
co pszenicy snop obejmując
dźwiga słońce szeleszczące promienne
i z czoła historię ociera krwawą
tak prawda słoneczna trudzi
tragarzy dobrej nowiny polskich ludzi

gdy w długim maratonie biegnie sprawiedliwy
i pada bez tchu wierząc i głosząc przyszłe
zwycięstwo dziejotwórcy człowieka

a ja wiersz w głowie górnika
co śnieg chce stopić ostatnim tchem
zdzieram welon z króla ducha
niech widzą że to ciało
serią zmiażdżone
i ziarno także jest krwawe
a bezimienny chór unisono
to fałsz
to rozdarty kontrapunkt milionów głosów
a moja strużka krwi z ust
jest nieartykułowana lecz wiem

mój dziad i pradziad mitem są
ich przecierpiane są już rany
mnie krwawa pięść ból wydziera nieznany

nie przykrywajcie zmarłych
zużyty całun przeszłych dni
niech starczy noc gdy kaszlą czołgi
jak pancerne hieny
pieśni dawnej
w usta zmiażdżone nie kładź zmarłym
tutaj będziemy żyć nie grać
polski los to znaczy
w ciemność złamaną rękę kłaść
a także prawo mieć
w dłoń miskę niewolniczą wziąć

ja głowa wiersza okrwawionego
gdy narkotyczny krzyk oprawców
zacicha w noc
wiem że lekcja
polskiej literatury
oznacza także to:

czasem piosenkę nad kolebką
śpiew niepiśmiennej niani
o złotych gościach na weselu
gdy moja rana tu i noc krew śnieg

a czasem złoty to jest sen
bujany stopą matki
śpij mój maleńki ty
masz szkaplerz wszyty w ciało
ochroni ciebie on
bądź jemu wierny aż

zwodniczy szkaplerz ten
przed tobą nie ma map
drogowskazów
przed tobą czarny blask
i wcale nie wiadomo
co się powtórzyć może
lecz jeszcze można chcieć
wolności miejsca na
posuwanie się w ciemność
która nie ma jądra
która jest rozlana
odłupywanie czarnych bloków
w sumieniu
z lampką poległego
ale też wolno tobie im
łyżkami wybijać niewolników marsz
w obozowe miski blaszane
na porannym łagrowym apelu

ostatnie życia migotanie
gasną słowa
lekcja skończona

lampka górnicza zgaszona
wdeptana w mrok i śnieg
ostatnia myśl wiersza zdmuchnięta
z okrwawionej już czarnej głowy
teraz się otwiera literatury polskiej
rozdział nieznany rozdział nowy

Paryż, 1982-1983

POLSKI HAMLET

I

widmo ojca w grobowych łachmanach
z dziurą w tyle głowy
budzi go o północy
ale nie daje znaku
ręce ma z tyłu związane
odtąd Hamlet słyszy stale
ten sam stuk naganów w sercu
zagłuszający poranny świergot ofelii i ptaków

II

jego krew pragnęłaby
dokonać wszystkiego natychmiast
ale głowa układa sylogizm
walki z hańbą historii
więc hamlet stoi nieruchomo
z bronią u nogi
a myślą na cynglu
jak japońscy łucznicy

jednak pomylił się Norwid
nie ma czynów wolnych
a zarazem bezpiecznych
któż wie co się stanie
pomiędzy strzałą a celem

III

i właśnie król spokojnie się przygląda
krwawym zapasom
od szermierzy dzieli go rzeka pogardy
za którą płonie miasto
walczył z odsłoniętą piersią i czołem
więc ginie od zdrady polski Hamlet

Fortynbras czyli Kriepkaja Ruka
mówi nu da
i nakazuje kolejny salut zwycięstwa
bolszewii nad Polską

królowa podnosi się
z rzekomego upadku
a Klaudiusz zaciera ręce
Kriepkaja Ruka znów mu pozwala
polerować tyłkiem tron

IV

polski Hamlet
obłąkany wolnością
jest normalny
ale Guildenstern mówi do Rosenkrantza
przecież to wariat
chmurę nazywa łasicą
a nawet wielbłądem
konieczność niewolą
jakby był poetą
i wierzy w duchu
o zbrodni dowiaduje się od zjawy

głupi po co wracał z Londynu i Wittenbergi
i szuka dowodów
których nie potrzebują rzecznicy króla
chce rosnąć duchem
mówić do wariatów
i myśli
że jedna sztuczka w teatrze
obali nasz system

V

polscy Hamleci
leżą cichutko na Powązkach
i na Syberii
po raz drugi zabici są milczeniem
Król-Duch przechadza się po cmentarzach
z próchnem księgi w ręku

VI

reszta jest milczeniem
ale Klaudiuszowi drżą łydki
wydał ukaz
będzie uwięziony i zesłany
kto przechadza się z książką
na przyszłość
imię Hamlet i Gamlet jest zabronione

polski Hamlet oglądnął Kordiana
i Horsztyńskiego
przeczytał Wyzwolenie
westchnął nad biblioteką
podobno pisze sztukę
słowa słowa słowa czarne gałki
wciska je
do gardła bestii
teraz para się drukiem w podziemiach katedry
tę książkę skażą na śmierć
przez rozszarpanie

VII

Boże daj mu przejść bezpiecznie
przez ścieżkę zdrowia zdradzieckich szpad
niech wie że każda perła
rzucona przez władzę
jest zatruta
a jeśli padnie oby mógł powiedzieć konając

Polska nie jest więzieniem
reszta będzie wolnością


1984-198


III. ZA NIC NA NIC

Z OTCHŁANI SNÓW

szepczę do ciebie
z otchłani snów
przerażeń – wszystko ginie
za pniami w lesie nicości
w chowanki zabawa
a kuku – i już go nie ma

to we śnie
a ona na jawie umiera
i na cóż ten zamęt panie snów
czy nie dość że dla umierającej

troszczyć się muszę
o łyk przełkniętej zupy
i kruszynę chleba
czuję ten gorzki
bo ostatni smak

jeśli nie ma świata dobra
to może dałbyś świat ukojenia
więc czemu dopuszczasz
śmierć na jawie
i we śnie śmierć

NA PIRENEJACH W SERRABONNE

jak tu pusto
a wszystko się pełni
na tej górze zmarłych modlitw
ja i zgasły ołtarz
i przez kolumny romańskie
las

zostać
nic nie boli
to tak jak umrzeć za życia
smutek największy staje się malutki
nie większy niż żal jaszczurek
gdy im płoszę słońce
smutek tak mały że znika
wraz ze mną

promień na kolumnie miłość
ucieka
jak wszechświat oddalających się wysp
i od ludzi nie słychać już krzyku

a przecież strasznie krzyczą
jedźmy
w stronę bólu

1982

PAJĘCZYNA, KROPLA ROSY

ile jeszcze?

dużo czasu dużo czasu
odpowiedział zza biurka
łysy anioł w okularach
emerytowany niebieski urzędnik
na pół etatu
do zbywania petentów

ale potem nachylił się ku mnie
i szeptał
Oni też nie wiedzą
okazało się że Oni też
w aktach puste rubryki
choć niby ściśle tajne

nieprzewidziane wypadki
rozrzut nieskończoności

co tu ukrywać
niech się pan spieszy
wszystko pozałatwia

proszę spojrzeć
na to życie
pajęczyna kropla rosy
tylko chwila

TREN

odezwij się
gdzieśkolwiek jest
jeśliś jest

czy na łodzi charona
czy pod ziemią czarną
na której leżą liście
wszystkie kiedyś wyróżnione
w zielonych wiosennych turniejach
i gniją

czy w drugie kosmosy lecisz
jak ów szlachcic Słowackiego
co dzieciątka pomarłe do pasa przytroczył
by ciałami jak pociskami
wieść tę walkę z Bogiem
o to co tutaj ukochał

odezwij się bardzo ja cię proszę
wypal ślad na tej kartce
jeśli z piekielnych czeluści
lub zabij mnie zachwyceniem
jeśli z rajskich mgieł

dam wszystko za cień
lub gdy kaszel usłyszę czy płacz

czy z charona łodzi
na drugi płynąc brzeg
czy spod ziemi uczynisz ten znak

15 VIII 1988

ILE TRZEBA SERC

życie znika
teraz robi się je z niczego
z tego
czego się nie umie
nie wie nie potrafi
i może nie chce
niepewność je karmi
wyznanie braku

gdzież jest życie
jak doskonała kryształowa kula
z tęczą we środku
śpiewem ptaków
życie arcy-mistrza i mędrca

dziś mi się zdawało
że pies uśmiechnął się do mnie
wszechświat wirował jak tęczowa kula
wokół mnie

potem ból ścisnął
wyrwał mi serce

i tak co dzień
ile trzeba serc

SZUKAĆ

może między drzewami szukać
między gałęziami świerków
w igłami wypełnionym tle
w powietrzu

szukać we śnie wypełnionym życiem
w dniu napełnionym żalem
szukać przez szybę przez deszcz
przez tysiąc cieknących
ruchomych kropel

może macać pod ziemią
ręką martwa

ŁAWA PRZYSIĘGŁYCH

z okna mojej celi
z celi mojego ciała
wyglądam
pada śnieg
płatki niewinne
na płacz
na krew
na radość

jak czysto
moje dachy załomki murów
tylko kopułka kaplicy zielona
a zresztą biała wieczność

ale na wąskim szczycie domu
naprzeciw okna ścisk
wszystkie miejsca zajęte
i w mróz i w śnieg
ptaki
jest komplet rząd zawsze uzupełniany
sąd

już wysłuchały oskarżenia czasu
i milczących przestrzeni
są w większościcóż wobec nich wiersze
mowa moich obrońców

one mnie przesiedzą
i wyrok już wydany
przez dziobatą ławę przysięgłych

CURRICULUM VITAE

od dziecinnego wózka do wózka w kostnicy
jest lęk przed pustynią
która w nas rośnie cierpliwie
ziarnko po ziarnku aż zrywa się
burza piaskowa i zatapia wszystko
co noc krzyczy oszalały młynarz
i puszcza wodę na jałowe kamienie
i znów sypie się piasek a jaka mąka
taki chleb liter słów zdań i okresów

bo jest tak: ten maleńki rodzi się
jak złota bryłka
a odlatuje jak złoty listek
tak wyklepany że widać przezeń los
te żyłki to właśnie curriculum vitae

RĘKOJMIA

ciała nas dzielą
ciała nas zbliżają
rękojmia krucha
na nicości wsparta

za poręką ciała
chcemy znak ducha
utwierdzić we wszechświecie

rankiem – spójrz
na pajęczynie
lśni dmuchawca kwiat

PODRÓŻE DARMOWE

ta stara kobieta
co dzień po południu
bierze torebkę by odejść
gdzieś w nieznane
„do szopy”mówi „koło cmentarza”
wyjść ze swojego tu bytu

płaczę nad nią choć pragnienie wyjścia
i mnie nieraz nawiedza
ale nie daję klucza
przypomina się marszałek Pétain
starzec dożywotni na wyspie
pakujący co wieczór plecak
„komandosi wyzwolą go o świcie”

ktoś zamknął i mnie na klucz
nie mogę wyjść z siebie
do innego namacalnego istnienia
są tylko połączenia nicość – byt
i byt – nicość
zamknięty to labirynt i rozwój komunikacji żaden
tam i z powrotem zawsze po jednym torze
chociaż przejazdy darmowe

ZUPA UMARŁYCH

coraz częściej śnią mi się umarli
przychodzą po prostu
traktują mnie jak równego
naprawdę nie krępujemy się

wczoraj
matka ojcu i mnie nalewała zupę
a dzisiaj Stefan siwy muzyk
prosił choćby o dwa łyki kawy
czarnej jak ziemia
w której dawno leży

matczyna zupa
a przecież się nie pożywisz

W PIEKLE RADOŚĆ

gdybym mógł jeszcze spotkać
moją matkę i ojca
choćby z piekła wyglądając
na ścieżkę którą idą
choćby nawet płakali
zgięci
pod naręczem łez

ODERWAĆ SIĘ

od zapiski w starym diariuszu
„urodził się nam synek”
od starych listów matki
„posyłam ci szalik tatusiem”
od ostatniej fotografii z bratem
od zasłużonych orderów mojego ojca
bo ta materialność
– a pędzą obłoki po skotłowanym niebie
szaleje pan obłoków –
bo ta dotykalność prowadzi tylko
do szczątków do ich trumny
do grobowych łachmanów i kości

dojść do czystego wspomnienia
jak kliszy oglądanej
pod zachodzące słońce
do czystego dźwięku zegara
który bił w stołowym
do czystego smaku dziecinnych niebios
na niewyobrażalnym języku

słuchać jak chórów gregoriańskich
nie z tego świata
oderwać się
wyjść z życia
jakby nikogo nigdy tu nie było
opuścić ból
nawet razem ze sobą

NOTATKA Z PODRÓŻY

znów nie zdążyłem
to nic może jeszcze
szósty i siódmy krzyżyk
Tołstoj w dziewiątym
jeździł na koniu uciekał

biała karta jak niezmierzone jezioro
jałowe wapno ale zamarznięte
wyprawa na okrutny biegun
a teraz litery jak przeręble
piórem jak siekierą

i jak nim opisać
lata jak wyścig chartów
którym piana cieknie z pyska
mignęło szczęście
potem epoki wlokły się ciężko
jak karawana bez wody

siedzę za wytartym stołem sosnowym
uciekłem z miasta
krzyż okna piaszczysta droga
i daleko las i daleko
zachrypnięty pies

zresztą wszystko zginęło
i tylko malwa za oknem
stoi nieporuszona
jak tamta miłość szkolna
w kolorowej bluzce

zamykam oczy
i znów widzę tę podróż ku brzegowi
wśród drzew bez liści
z czarnymi gniazdami wron
doskonałość czerni i bieli
jak japońskich akwarel

i wciąż moralna niewydolność serca
mimo bicza doskonałości
pogardliwej
serce ma swoje wady

naprzód mimo wszystko naprzód

GŁÓD RZECZYWISTOŚCI

głód rzeczywistości
zjada nawet obłoki
jeśli łza gorąca zamarzła
to pisać lodowatym wzruszeniem
a nie jak matka-wariatka
podgrzewać zupkę dla trupka swego dziecka
przez dwanaście lat

IMPERIA

imperia powstają imperia upadają
rzecz się powtarza ale bez logiki
a kochać trzeba

niosę jabłuszko czerwone
dla starej kobiety
co nie wie nie pamięta tylko śni

i biorę krople potrzebne dla serca
co wie wszystko bije w nocy
koślawo i z tak otwartymi oczami
jakby z nich zdarto powieki

ale jak długo bić będzie
pamiętać krzyczeć śnić na jawie
o karkołomnych przejazdach
mostami bez poręczy
o czołganiu się przez korytarze kretów
i dzikich królików
by tam zostać
gdzieś w głębi zielonego wzgórza

i to nas czeka darń zielona
i ziemia czarna
a kochać trzeba
nawet w kajdanach imperium
tylko królik w paści nie widzi
nic poza żelazem

INRI

Igne Natura Renovabitur Integra

kto wyleczy tę straszną starość
to dziecko z wodą w głowie
chwiejny balon na sznurku szyi
ten strach gdy boję się siebie
kto mnie oddzieli ode mnie
kto pomoże temu poparzonemu potworowi
tę krzywdę zatrze
zniszczy raka co pełza
na ulicach placach
i w domach

ogień tylko ogień
ten co działa nawet przez wodę
przez ziemię przez powietrze
ściera w pył w popiół
szczęśliwą nieszczęśliwą grudkę życia

wszystko będzie objęte
uleczone przez ogień
nawet nieuleczalne piękno

POŚPIECH

teraz już ten pośpiech żołnierza
któremu kończy się przepustka
a w karczmie starucha spoiła go ziołami
i przespał najlepszy czas
i zaniedbał gospodynię młodą
jak życie

ZA NIC NA NIC

wypłynąłem ze snu w życie
wszystko jak trzeba
wszystko należycie
choć robotnicy snu mówili
tu czekaj a tam zwlekaj
sen jest nierychliwy
nad snem pobitym jeszcze tęcza wielka
wzejdzie zobaczysz

hałasowali śmieciarze i dzień wstawał
wzywała ojczyzna daleka
ludzie już się spieszyli

a ja jak zawsze ochoczy do tęczy
liczyłem jeszcze na sen
na nic niebaczny we śnie wynalazca
zaoczny zwycięzca

bo kiedy śmieciarze
nad ranem hałasują
stać na śnie czystym
jak na górskim krysztale
to jednak nad poziomy

Cité Adrienne 1980

JAK BIEDNA MAŁPKA

i nie da się zajrzeć
za to słowo
z drugiej strony
tam was żywych znaleźć
zobaczyć dotknąć

jest jak chłodne lustro
aere perennius
a ja jak małpka biedna
nie wiadomo dlaczego
biegam wokoło
zaglądam

TAK SIĘ MÓWI

tak dawno was nie widziałem
myślałem że ból zgaśnie
że spłowieje że się przyćmi
wyblaknie spełznie zaniknie
a tu gdzie się obrócę
jeszcze bardziej was nie ma

a ja już nie mogę wytrzymać
to stanowczo za długo
jechałbym na drugi koniec
tam gdzie wy
za morze
za ocean
na kraniec świata
w kosmos
w śmierć
rękami darłbym grób

tak się tylko mówi

WYTRZYMAŁOŚĆ

męczę się tym że nie mówiłem całej prawdy
ale i tym że powiedziałem wszystko

unaoczniałem niewidoczne rany
po co
aby stwierdzić że tego nie można znieść
aby dowieść że można wytrzymać?

potem zakrywałem
co zakryć się nie dało
na co
aby ból oszalały
szukał innego powodu
wieczny tułacz ból?

nie wiedzę ale miłość
ceni się na piaszczystej wydmie
gdy na nic już pomoc ciało zdmuchnięte
a w obłoku duch

wytrzymać to co jest nie do wytrzymania
to właśnie jest wytrzymałość

BIEDRONKA

a na grobie biedronka
szumią skrzydłami umarli
szumi skrzydłami husaria
nie to żarłoczne ptaki biedronko
nie to czornyje worony
biedronko

panie podporuczniku
poruczniku majorze
czy słyszysz
nad katyńskim dołem
pożarty przez strzał z pistoletu
rozpryśnięta biedronka
na czole
skrzydła w dole

panie pułkowniku generale
to szumi silnik czarnego kruka
biedronka w błękicie
a tu ziemia wapno i ciało
tu leży husaria
tak strasznie sobie leży
cała armia

zaś syn pogrobowiec ogląda
małą biedronkę w katyńskim lesie
biegnie by zdążyć na grób
gdzie tata
z krzyżem chce usta złączyć
bo taki zimny
pocałunek wszechświata

POCIĄGI

pociągi pospieszne przez tunel myśli
przez mózg błyski pulmanowskie
świetne stacje przeznaczenia
za daleko

potem powoli przez pokój
pociągi towarowe z hurkotem
żelastwa popełnionych win
bez końca ciężar

za oknem całe pociągi mgły
echa
nieczytelnych sygnałów

aż dostrzegam na ścianie
bufory brudnego świtu

ODPADEK

byłem tak samotny
że i w zdaniach i kropkach
samotną krwią w moich żyłach
w słuchaniu deszczu
gromady obłoków też były samotne
jak samotne niebo

nawet mrówki samotne w wielości
i pisałem tylko samotne średniówki
i cezury
w świetle samotnej lampy na stole
samotność okradała z Boga
niepodzielną nicość
tak jakby złodziej mógł być okradziony
bo przecież nie ma samotności
nic nie ma nicość nie ma siebie
doskonała próżnia
wypełnia próżnię
wciąż malejąc
jak w ruskiej babie
a w ostatniej nic maleńka próżnia
tak mała że się nie zmieści
człowieka szloch

a w tej próżni
po dniu stworzenia
po dniu zniszczenia
nad otchłanią unosi się wiersz
jak śmieć próżni
jej pierworodny grzech
niedoskonały
urna mojego prochu
proch z mojej kości i z mojej krwi
i z myśli
nieśmiertelny śmiertelny odpadek

16 XII 1990

SYTUACJE SPOSOBY

Tykanie zegara i myśl
o wszechobecności zła. Chatka ciała
dom ciepły a wokół nicości zamieć.
Nie patrz w okno. Na stole mleko
i czarny chleb. Nie patrz na drzwi
przez które będziesz musiał wyjść
w śnieżycę nicości tak zimną
że zapomnisz na zawsze
o gorącym śniegu. Wiatr uderza
w nikłą szybę. Wyjdziesz
z chaty ciała. Czymże wobec tego
jest nasze zło? Złem istniejącego
a istniejące jest dobrem. Tak
ci się zdaje wobec szalejącej
zadymki. A przecież ci którzy mają
zmiażdżone ciało i myśli
tęsknią za nią. Błogosławiona bądź wieczna
zamieci przyjdź – – –
A modlitwa czteroletniego –
spraw żebyśmy nigdy nie umarli – – –

HISTORIA ŚWIATA

bierz świadectwo
za chwilę wszyscy poumierają
nim padnie odpowiedź na pytanie

co działo się z trzecią kohortą w bitwie pod Kannami
kto zaniedbał lewe skrzydło pod Waterloo
kto zablokował stery Liberatora
kto wydał rozkaz Powstania

kto uciekał kto się śmiał płakał kto

ktoś strzelał ktoś grał na flecie wieczorem
w maju i na wiolonczeli w listopadową ciemność
kto kiedy zapomniałem ktoś chciał mnie kochać
śniłem jakieś ręce drogie i małe

nie płacz Brutusie nad swoją kohortą
ten co upadł też nie wie kto strzelał
pod ruską czy inną komendę
a z miłości pozostał Allegri
„ponad śnieg bielszym się stanę”

co rok opada na ziemię zeznanie jesiennych myśli
że było lato że byliśmy

nie sfałszowana historia świata