Dzikie gęsi
12.12.2005

DZIKIE GĘSI [1997]

0. Życie
1. Coraz mniej
2. Elektrokardiogram
3. Wiersz - uśmiech kota
4. Dzielnice
5. Cmentarne dialogi
6. Podwójna rola
7. Obojętność
8. Niebo gwiaździste
9. Pismo pozagrobowe
10. Moneta
11. Teatr mimesis
12. Srebrny liść podziemnej podróży
13. Swoboda
14. Polowanie
15. Sen z Alcestą
16. Mieszkanie dwupoziomowe
17. Spisek windziarzy
18. Drabina wspomnień
19. Miejsce postoju
20. Moja złota twarz
21. Epoki
22. Ardeński las
23. Fleciści
24. Strip-tease
25. W kożuszku do Paryża
26. W Paryżu obłąkanie na śmierć
27. Labirynt I
28. Morderca
29. Regeneracja
30. Poeta i kwiaty
31. Miara
32. Gile
33. Gałki
34. Harpunnicy
35. Navigare necesse est
36. Bez dna
37. Natura parabolą
38. Pogrzeby
39. Przekraczanie granicy
40. Wizyta
41. Labirynt II
42. Sjesta
43. Ślub
44. Spływ
45. Zniszczyć wszystkie fortepiany świata
46. Życie umarłych
47. Jeszcze o życiu pośmiertnym mojej matki
48. Festina lente!
49. Plemienne sny
50. "La muerte es vida?"
51. Lipcowy wieczór
52. Lekki jak wiór
53. Wreszcie u siebie
54. Przeprowadzka
55. Brama
56. Klocki
57. Rozstrzeliwanie na deser
58. Niezniszczalny gotyk
59. Spacer codzienny
60. Ponad śnieg bielszym
61. Żałobny marsz
62. Dobre rady
63. Czarne dno
64. Brakujące słowo
65. Drzewem zmartwychwstać
66. Myśl
67. Zjawa
68. Sprawiedliwy kraj
69. Wylew
70. Bezsenność
71. Na krze
72. Lot
73. Prawdziwy teatr
74. Nie-ma-Paryża
75. Rozbite pocałunki
76 Rozmowa z Ojcem
77. Pejzaże orientalne
78. Wilk i zając
79. Głód
80. Równanie o jednej niewiadomej
81. Zaprzęg umarłego
82. Kamienna rękawiczka
83. Pośmiertne sny
84. Bezimienni kamieniarze
85. Pożegnanie domu
86. Niedorzeczność
87. Prometeusze
88. Sceneria z bratem
89. Potrójna fuga macabre
90. Senna natura z głodem, miłością i poematem
91. Ucieczka pejzażu
92. Trzepot
93. Głucha jak pień
94. Mgła
95. Świst zmarłych
96. Resurrecturi
97. Śnieg
98. We śnie może istnieć
99. Samobójstwo?
100. Dzikie gęsi

DZIKIE GĘSI
(centuria snów)
(1996)

Die Toten und Träume reiten schnell.
Parafraza z Gottfried August Bürger: Lenora

Czekaj...w grobie się nic nie śni...
         Juliusz Słowacki: Horsztyński

 

0. NIĆ

     Oto, od początku do końca – ta sama nić. Ja sam rozwijałem ten kłębek, postępując drogą w labiryncie. Już coraz więcej rzeczy wzajemnie uzupełniało się znaczeniem i wydawało mi się, że wkrótce ujrzę całość. Ale im bliżej do kresu tej centurii, tym bardziej czułem obłość kłębka, tak jakbym idąc ku tajemnicy nie rozwijał nici, lecz rozwiniętą – zwijał. Kiedy dotarłem do końca i zobaczyłem odlot „dzikich gęsi”poczułem, że znalazłem się znów u początku labiryntu. Więc cisnąłem za siebie kłębek, a on rozwijając się zniknął mi w meandrach przebytych i czekających na mnie korytarzy.

 1. CORAZ MNIEJ

     Przechodzę przez punkty kontrolne. Miałem masę rzeczy, ale na każdym z punktów coś zostawiłem. „Nie wolno”.
     – Jak długo, ile razy odbywa się kontrola? – pytam.
     – O, proszę pana – przez całe życie.
     Jeszcze sprawdzanie i jeszcze kontrola. Widzę, że nic już nie mam. Przede mną długi korytarz jak na lotniczych dworcach. Niosę ostatnie zawiniątko, tak małe, że może go nie dostrzegą. Przyciskam je do siebie jak skarb, jak życie własne.

2. ELEKTROKARDIOGRAM DUSZY

     Byłem śmiertelnie chory. Diagnoza była zapisana w poemacie. Poemat czytałem we śnie, w obcym języku, a jak się obudziłem, wokół łóżka siedzieli uczeni lekarze i odcyfrowywali ten zapomniany język. Sen – elektrokardiogram duszy. Ale wielu słów nie zapamiętałem i można było odczytać tylko: „rdza na sercu”lub „ordzewiałe serce”. Więc nie mam kamiennego serca, choć tyle pociechy.
     – Na ordzewiałe serce najlepsze są uczucia – powiedział profesor z brodą.
     Śnić miłość? W śmiertelnym śnie?

3. WIERSZ – UŚMIECH KOTA

     Śniło mi się, że umarłem. Grabarze szuflami nabierali wiersze i przysypywali mnie poezją. Szamotałem się pod ciężarem tego złotego, rymowanego piachu, chciałem wyjść z grobu. Pogrzebany za życia? Pod poezją? Ile wierszy, tyle zgonów?! Czy można z wierszy zmartwychwstać?
     Pewnie można, ale zmartwychwstaną tylko same wiersze, jak uśmiech kota bez kota, zupełnie sam, jak u Alicji, w krainie czarów.

 4. DZIELNICE

     Miasteczko było stare i kolorowe. Na wprost – rząd domów ciemnych i wysokich, za nim wąskie ulice i zaułki. Chodziłem, by coś kupić. Kusiły kiełbasy salami i inne, stosami na wystawach. To była dzielnica kiełbas. Dalej sprzedawano maleńkie drzewa posrebrzane, egzotyczne, może i pozłacane, miałem ochotę na te drzewa odlane w metalu. To była dzielnica drzew metalowych, w sieniach mieściły się warsztaty i narzędzia. A potem zaczęła się dzielnica bursztynów, w bursztynach wielkich jak pięść jeszcze ruszały się owady. Była też dzielnica kalendarzy, leżały po wystawach, każdy otwarty na innej, już przeszłej, kiedyś najważniejszej dacie.
     Dom, w którym mieszkałem należał do organisty, który grał na pogrzebach, a pod drewnianymi schodami leżał ożałobiony mszał.
     Tyle dzielnic, a ja muszę mieszkać w dzielnicy cmentarzy? I właśnie jakby szedł, miał iść, pogrzeb? Organista wziął pod pachę mszał, który był mu potrzebny. Pochodził z dzielnicy mszałów.
     A zmarły wyłamał się, bo przedtem mieszkał w dzielnicy żywych. Obowiązuje zasada cechów, ale już od dawna nie stosuje się jej do umarłych.

 5. CMENTARNE DIALOGI

     Spotykam Ojca, który niesie porcelanowe kwiaty na swój grób. Odpoczywa, dyszy. Za wodą się rozgląda. – Tatusiu! – wołam. – One nie żyją. Nie szukaj wody.
     Stanął, uśmiecha się gorzko:
     – A ja? Czy żyję? I chyba mniej jestem śliczny od tej porcelany.
     – No to – mówię pokornie – włóżmy je do wody.
     A po niebie z ultramaryny płyną białe, rozpędzone obłoki. Jak biegacze suną i znikają. Jak sucho pędzi czas! Jak pustynnie! Tak sucho, że czuję wilgoć porcelanowych płatków.

6. MIĘDZY PRZEŹROCZYSTYMI OTCHŁANIAMI

     Brodziłem po wodzie w jakiejś jaskini, ale otwartej od góry. Woda nie była głęboka, moczyłem tylko stopy, dziwiło mnie, że tak chodzę i chodzę. Bo donikąd nie szedłem. W tej jaskini i po tej wodzie krążyłem tam i z powrotem, bezradnie i śmiesznie.
     A kiedy podniosłem głowę, na wyższym jakby poziomie, nad sobą zobaczyłem głębokie, przeczyste lustro wody, unoszące przyczepioną łódź. I jakby śmiali się ze mnie stojący tam na wąskim brzegu dwaj chłopcy-wioślarze. Ja po tej wodzie nędznie brodzę tam i z powrotem, a oni łódź mają na przeczystej głębinie. Ale nie mogłem się wspiąć do tej górnej wody.
     A kiedy opuściłem głowę, zobaczyłem pode mną drugie lustro wody, a na nim drugą łódź. Na wąskim brzegu czekali dwaj chłopcy-wioślarze. Ale ja w dół nie mogłem zstąpić, wciąż tylko chodziłem po bajorze, zawieszony między czystymi toniami.
     Chłopcy, o oczach pełnych nieba i wody, chichotali. – Górną łodzią przypłynąłeś, a dolną odpłyniesz. Nie pamiętasz, kiedy tu przypłynąłeś. Nie poczujesz, jak będziesz odpływał. To rzecz naszych wioseł.
     Cóż jest więc moje? To monotonne brodzenie tam i z powrotem, między dwoma przeźroczystymi otchłaniami?

7. OBOJĘTNOŚĆ

     Podarowała mi coś nieuchwytnego, maleńkiego, jak robaczek.
     – Nie śpij – mówiła – żyj!
     To był właśnie „esprit des choses”. Dzięki niemu czułem istotę rzeczy. Pod skórą przedmiotów pulsowało życie. Nawet gdy przyłożyłem ucho do kamienia czułem ciche, oddalone bicie jego serca. Jednak daru trzeba było pilnować, po prostu, czuwać. Bo zamknąć go, to zniszczyć. Tylko w nocy był dobrze widoczny, jak świętojański robaczek.
     Zasnąłem na tę jedną, najważniejszą chwilę, a on zniknął, odfrunął. I rzeczy świata zamknęły się znów przede mną na wiadome spusty. Ich istoty nie strzegł miecz ognisty, lecz obojętność.

8. NIEBO GWIAŹDZISTE

     Nauczyłem się latać w powietrzu. Ale nagle pojawiły się trzy wielkie drapieżne ptaki. Uciekłem do Niani, która latała niedaleko. Powiedziała, że nie trzeba uciekać, wystarczy przybliżyć niebo gwiaździste. I przybliżyła je. Było blisko, tylko ręką sięgnąć – to piękne niebieskie niebo, podobne dziecinnym kolorowym obrazkom, ze złotymi gwiazdami, jak ćwieki. Cud! Niebezpieczeństwo zażegnane, ptaki, co mnie miały szarpać, spłoszone odfrunęły, a my wylądowaliśmy na zielonej łące.
     Był dzień, ale niebo pozostawało wygwieżdżone. Szlochałem ze szczęścia, a Niania mówiła:
     – Nie trzeba płakać pod gwiaździstym niebem!

 9. PISMO POZAGROBOWE

     Ledwo umarł, a już mi się śni. Siedzi na podeście, skąd schody jak bukiet rozkładają się w dwie strony, w naszym klasycystycznym pałacu. Siedzi w kapliczce zrobionej z jarzących świec, jak przystoi umarłym. Ale rusza się.
     – Jakże tak? – jego pytam.
     – Ach, bo jeszcze nie nastąpiło pełne usztywnienie pośmiertne. Ty nic nie wiesz, sztywnieje się długo, setki lat. Tak powoli wyzbywamy się świata. To wam zdaje się, że zmarli drżą jedynie od migotania świec.
     Obudziłem się z ręką sztywną, trzymającą kurczowo pióro. Ani napisać słowa, ani litery! Strach... A co oni? Tak rozcierają rękę w rozpaczy nie przez minutę, ale przez setki, tysiące lat? Dziwisz się, że stamtąd nie piszą?

10. MONETA

     Toczy się pod moje nogi złota moneta. Nie zgadnę jej wartości, ale wiem, że jest bezcenna. Toczy się i toczy, ale się nie zbliża. Ona się tylko toczy. Nie rozumiem tego ruchu. Tyle razy schylałem się, żeby ją podnieść.
     Już nie mogę się schylać. Nawet jak się dotoczy, będę tylko stał i patrzył.

11. TEATR MIMIKRA

     Ruch, ruch, w teatrze próba! Ale język jest obcy, ani indoeuropejski, ani do któregoś z ludzkich języków podobny! A przecież kiedyś słyszałem ten język, w poprzednim wcieleniu? Jak zawsze, trudno się porozumieć.
     Jeszcze próba, a już przedstawienie! Do maleńkich fotelików na widowni-scenie zaczynają biegnąć pluszowe stworki, które leżały w kącie jak stos kolorowych myszek miki. Wtłaczają się miękko w siedzenia. Sztukę grają właśnie ci widzowie. Kolejno wychodzą na scenę. Kto swoje odegra, znika, nie wiadomo gdzie. Pytam:
     – Czy zobaczymy to jeszcze?
     Odpowiedź:
     – Nigdy. Staramy się, aby przy następnej premierze nie żył już nikt z poprzedniego pokolenia. Ani widzów, ani aktorów. Całkowita niepowtarzalność sztuki. Mimikra życia.

 12. SREBRNY LIŚĆ PODZIEMNEJ PODRÓŻY

     W Paryżu jadę metrem na gapę. Wychodzę. A ona już czeka, piękna kontrolerka. Pięknej się bać? Ale szukam po kieszeniach. To metaliczny, srebrny liść, ale jeszcze nie przedziurkowany – w tym tkwi mój błąd. Nie wiedziałem nawet, że go mam. Idę za nią z pochyloną głową. I na cóż teraz srebrny liść! Ona nachyla mi się do ucha.
     – Bilet niepotrzebny, pieniądze niepotrzebne. Udaję kontrolerkę, ale przepuszczam wszystkich. Tylko ciebie wybrałam. Daj twój srebrny liść. To między nami znak. Wystarczy. Jestem twoją śmiercią.
Śmierć we śnie? W Paryżu? A jednak słyszałem i o tym.

13. SWOBODA

     Piękny biały koń, co za chrapy i nogi! A gdy biegnie, podnosi chwilami wszystkie kopyta w górę, zdaje się że szybuje. Wśród zielonych łąk i lasów. Być jak on!
     Ale oto zdradliwy dół, wszystko połamane, jakie bolesne rżenie... Unoszę powieki. Co za szczęście! Przecież to tylko ja, w dole, dawno połamany, we śnie rżę!...

 14. NA KOGO POLOWANIE

     Śni mi się, że osiągnę coś wspaniałego. Więc zakładam lasso na szyję, na końcu przynęta. Jak na razie idą na to tylko myszki. Czuję zawsze lekkie szarpnięcie na szyi, wypuszczam kota – i już ją ma!
     – Nie czekaj na grubego zwierza, zdejmij pętlę! – mówi głos.
Ale kto słucha takich rad. Każdy chce tygrysa upolować. Choćby miał siebie udusić.

15. SEN Z ALCESTĄ

     Śniło mi się, że już nie kaszlę i nie duszę się, że serca nie przeszywa mi ból, że łagodny wiatr kołysze zielenią traw. Dudek w prążkowanych kolorach porozumiewawczo woła:
     – Idź do lasu, idź do lasu, tam rosa! W lesie muzyka! Tam ptaki śpiewają w koronach drzew Alcestę Haendla.
     Poszedłem i nigdy nie było tak pięknej Alcesty jak w tym dudka lesie. Grajcie mi Alcestę zawsze, w życiu i po życiu, w grobowym śnie!

16. MIESZKANIE DWUPOZIOMOWE

     Dwa pokoje, jeden na niższym poziomie. Dużo tapczanów, widać materace. Gospodyni:
     – Czy będzie dobrze spać?
     Ja:
     – O, moglibyśmy się przykrywać tapczanami. Już się kładę na górze.
     Gospodyni:
     – Co też pan opowiada! Nie ma jeszcze drugiego gościa. To są groby podwójne, obowiązuje kolejność, ten pierwszy – idzie spać na dole!

 17. SPISEK WINDZIARZY

     Zjeżdżam windą. Strasznie długo, to drapacz chmur. Ale winda zepsuta, nie chce się zatrzymać, nadaremnie przyciskam guziki. Na każdym piętrze windziarz. Patrzą na mnie, śmieją się. Kanalie, uknuli to!
     Wreszcie jeden mówi:
     – Niech się pan nie gniewa. Głupie żarty. To nie winda. My jesteśmy grabarze, spuszczamy pana w dół.

 18. DRABINA WSPOMNIEŃ

     A to ona, najmilsza, przyszła z głębi dawnych lat. Weszła niespodziewanie, miała białą torebkę i niosła zwężającą się drabinę, też pomalowaną na biało.
     Zacząłem się wspinać, aby przypomnieć sobie wszystko, co było kiedyś, ale drabina wciąż się wydłużała i wydłużała. Straciłem miarę czasu i odległości, aż jakby z jakiejś niezmiernej studni usłyszałem jej głos:
     – Nie dojdziesz, to nie jest drabina Jakubowa, to drabina zapomnienia. Im bardziej wchodzisz, tym bardziej się oddalasz. Niebo wspomnień jest na ziemi, na zawsze zamknięte.

 19. MIEJSCE POSTOJU

     Szedłem z K. Nagle splantowana świeża ziemia, żółta glina z piaskiem. Nowy dom, nowe groby podchodzące prawie pod okno... Cichnie jakiś chór żałobny i orkiestra wojskowa.
     K. mówi:
     – Dajemy ci tu miejsce.
     – Gdzie? Na dom czy na grób?
     – Tego się nie precyzuje, w życiu jak w wojsku. Oznaczamy to jako miejsce postoju. O tym, czy będzie doczesny, czy wieczny, decyduje Kwatermistrz, a jego rozkazy są niezbadane.

20. MOJA ZŁOTA TWARZ

     Zbieram okruchy złota na pustyni złotego piasku. Na jednym okruchu widzę wreszcie swoją twarz, ale wypada mi z rąk, miesza się z wydmą. Chodzić, szukać... Ale piasek to piasek. Cóż z tego, że to w złotym piasku zgubiłem znów twarz...

21. EPOKI

     Płynę po jeziorze, a tu dziura w łodzi, wylewam na próżno. Utonę.
     Ach, w epoce lodowcowej się nie tonęło... Jak na zaklęcie – zamarza jezioro, zamieć! Przykuty do łodzi, i ja lodowacieję powoli. Wiem, że gdy wypowiem życzenie, wróci ciepłe jezioro, skoczy ryba, ukażą się zielone brzegi. I znów zacznę tonąć.
     Tak czy inaczej, w każdej epoce – śmierć.

 22. ARDEŃSKI LAS

     Władca ściga i męczy swoich poddanych. I ja uciekam, las, jestem ocalony, to ardeński las. Nagle zapada krata. I widzę, że w lesie jestem z tej samej strony, co władca, okrutny. A więc nie chroni już ardeński las... Mówię do władcy:
     – Będę się starał jakoś żyć osobno.
     On:
     – Jak to jest możliwe? Będziesz jadł razem ze mną i ukrywał, że ci to nie smakuje? Jeśli nie ukryjesz, zabiję. Nie można żyć razem i osobno.

23. FLECIŚCI

     Jaka mała trumienka! A to dzieci z drugiej klasy. Idą za trumną kolegi, wszyscy grają na prostych flecikach, w tym chłodnym pejzażu.
     A ja idę przed nimi. Muszę. To ja umarłem, to moja śmierć, pierwsza. Wpatrzeni w trumnę grają, a ja olchową miotłą zamiatam przed pochodem śnieg. Tunel w zamieci. Trzeba się spieszyć, myślę i patrzę na padające płatki, wielkie i leniwe jak motyle. To nie jest jeszcze tak źle, tunel otwierać wśród zamieci... Póki grają... Póki nie zamokną im flety. Niech nikt łzami nie płacze, chcę iść w suchym płaczu fletów!

 24. STRIP-TEASE

     Ta kobieta zdejmuje swoje klejnoty, gdy zdjęła wszystkie, stoi zupełnie naga. Pyta:
     – Co masz mi do ofiarowania?
     – Striptizerce? Nic!
     Zawiesza po kolei klejnoty na ogromnym kaktusie, na kolcach. Został jeden kolec, przyszpila na nim kartkę z moim imieniem. Czuję jak kolec wwierca mi się w serce.
     – Błagam, ubierz się, nie zabijaj mnie!
     – Nie bądź śmieszny – odpowiada. – Moralista! Przyczepiłam tam twój wiersz, który nosiłam za dekoltem.

25. W KOŻUSZKU – DO PARYŻA

     Po schodach, szybko, bo pociąg już gwiżdże... A ja mam stary kożuszek z UNRRA na gołym ciele. Na szczęście nie wrosłem w schody, już jestem w pociągu, już przechodzę wagonami, a tam tłum przy koktajlach. Jacy wykwintni panowie, jakie malowane damy!      Śmieją się z kożuszka na gołym ciele.
     Ach, co mi to przeszkadza, gdy czuję, jak pociąg zwalnia przed Gare du Nord!

26. W PARYŻU – OBŁĄKANIE NA ŚMIERĆ

     Koło Gare de Lyon zagradzają mi drogę dwa samochody z policją. To po mnie. Ale ja jestem lekki, trzepoczę rękami, unoszę się nad ziemią, odpływam, odlatuję. Słyszę z tyłu:
     – Nie ścigać. Już unosi się w powietrzu. I tak umrze niedługo.
     Umrzeć w Paryżu? Który miał mnie ocalić? Ale przecież nie od życia!
     Ocalony od życia?... To byłby błąd języka! Oczywiście, w języku żywych. Język umarłych nic o tym nie stanowi. Nie słyszałem.

27. LABIRYNT I

     Błądzę, skały, wąwozy, pieczary, wreszcie schody, dużo schodów, chodzę po nich bosy. Dom towarowy, łączy się z plażą, przejścia, przenikanie jednego w drugie, zakręty, korytarze, podesty schodów, murki. Na schodach całuję w usta dziewczynę, idę dalej. Gdzie moje okulary, nie widzę dobrze.
     – To Labirynt i nie ma wyjścia.
     – Labirynt? A pocałunek z dziewczyną?
     – Uważaj! Od dawna tu grasuje Minotaur transwestyta.

28. MORDERCA

     Duszę go pod sobą. Jeszcze uderzyć dobrze nożem! Przecinam mu gardło. Jestem mordercą. Cieknie krew. Ale nagle widzę, że to kukła, maska, to manekin. Nie jestem mordercą, a przecież on ucieka, biegnie teraz między drzewami, to jego cień. Zawsze będzie uciekał, zawsze będę pamiętał, że przez chwilę byłem mordercą.

29. REGENERACJA

     Przynoszą mi trupa do łóżka.
     – Co to jest!? – krzyczę.
     – To jest regeneracja – słyszę odpowiedź. – Trzeba go ogrzać, odrodzi się. Cierpliwości, trzeba może miesięcy.
     Ja czuję, on się już poci. To on, czy ja? Pocierpieć, może on mi to kiedyś odpłaci.

30. POETA I KWIATY

     Deszcz pada, tak jak powinien, a przez zanikające krople – ogród kwiatów. On, stary poeta, w kwiatach poezji bawi się ze mną w chowanki. Tu okulary, tam nos. To poezja, szukajcie ukrytego w kwiatach starego krasnoludka! To ja też za nim w kwiaty, to ja... I on w kwiatach, i on.
     A kto kwiaty te stworzył? To poeta, to Bóg! Nie zrywajcie kwiatów, przewracajcie ostrożnie płatki poezji. Tam biegną po rosie, ja i stary poeta, gubiąc w trawie okulary. W feerii ptaków i lśnień. Ogród cudowny! Tam jest Bóg!
     Jest Bóg, kwiaty, rosa i niechybna śmierć. Niczego nie brakuje we śnie.

31. MIARA

     Robią trumnę dla jakiegoś trupa, ale biorą miarę ze mnie. Jak jest miara, to trumna moja, zabiorą mnie do grobu.
     Nie chcę trumny, krzyczę:
     – Za krótka!
     A przecież była dobra!
     A jeśli, potem, zrobią za krótką? Oszalałem!? Jakoś upchną!... Dla trumny życie skracać?

32. GILE

     – jak gile czerwone na śniegu – polska literatura – piórka kolorowe i gałęzie czarne – dom na wydmie – spacer wśród sosen – groby na piasku – uśpiony płomień ciała – ślady łapek na śniegu – skaczą gile pod lasem – a potem zamieć –

33. GAŁKI

     Otwieram szafę u rodziców, chowaliśmy tam nasze stare dziecinne zabawki. Ale widzę tylko jednakowe, czarne piłeczki. Piłki czy gałki czarne? Bawiąc się, wybierałem? Dla kogo? Dla siebie? Dla wszystkich?

34. HARPUNNICY

     Nad ranem. Świt przez zaciśnięte we śnie powieki. Zapaśnicy weszli w wodę, nadzy do pasa, każdy ma harpun w ręku. I każdy mi bliski. Jaka lekka fala, jakie lśnienie.
     Pojedynek. I gdy harpun przeszywa go na wskroś, przez sen czuję przeszywające ostrze, sięgające pleców, pod skórą. On cofa się i na brzegu siada. Oczy zachodzą mu łzami. Takie są łzy mężczyzny. Twarz powoli zmierzcha, tylko lśniąca woda purpurowieje od świtu i krwi.
     Śpię wstrząsany szlochem. Kto ginie, kto śpi? Czy zabiłem, jeśli się obudzę? Czy zginąłem, jeśli nie otworzę oczu?

35. NAVIGARE NECESSE EST

     Dziwny ten statek, na którym płynę.
     Odkąd zacząłem go zwiedzać, zauważyłem, że cały zbudowany jest ze spojonych zaprawą kamieni brukowych. Pokład przypomina powierzchnię starych placów. Teraz marynarze chodzą z miotłami. Ale – na Boga! – jakże to utrzymuje się na wodzie? Zwłaszcza, że w ładowni kamienie młyńskie. A na masztach zamiast żagli ramiona wiatraków. Służą i do żeglugi i do mielenia mąki. Młyn na wodzie, nic nowego. Ale wiatrak na morzu? Statek kamienny?
     Utonie, oczywiście. Ale na razie płynę. Wiatr mnie pędzi, miele mój sen.

36. BEZ DNA

     Ojciec pokazuje mi miejsce na swój grób. Istotnie kopią, ale coś tak głębokiego, jak pod fundamenty wieżowca. Czy to potrzebne? Gdzie tu skromność?
     – Nie bądź takim moralistą – mówi Ojciec. – Jeszcze ty i twoje dzieci, i twoje wnuki, prawnuki. Grobowce rodzinne nie mają wprost dna.

37. NATURA PARABOLĄ

     I szliśmy po tym zielonym parku, a drzewa były podobne do ludzi. Ale uczony ogrodnik zaprzeczył:
     – To nie są ludzie, to są tylko ich parabole. Pan też może sobą drzewo zaszczepić. Kto jakie drzewo szczepił, pozostanie tajemnicą. Potem wybieramy okazy główne i tworzymy podgatunki. Niech pan spojrzy na ten pień i dramatyczne gałęzie, tu jest tabliczka klasyfikacyjna: SMUTEK EUROPEJSKI PROSTY, i charakterystyka:
     «Jak się zgrubiało w tym cierpieniu, jak się zdrewniało w tym cierpieniu, ile się wytrzymuje w tym cierpieniu, ile się nie daje w tym cierpieniu, ile się rani w tym cierpieniu, bo to niby nie boli, bo innym też skóra zgrubiała, zdrewniała. Tyle goryczy i uważa się to za normalne u siebie, u innych. Tak się zbaraniało, znieczłowieczyło, tak się głaska lancetem, tak uwiera chcąc głaskać. O – o – o – ...»
     A kiedy patrzyłem przejęty, ogrodnik powiedział:
     – Mój panie, to jest jeden specymen, każdy liść miałby wiele do powiedzenia...

38. POGRZEBY

     Trumny przygotowane, ciała ubrane. Ale oni ruszają się, jakieś drgawki. Coraz więcej ruchu. Ojciec w czarnym ubraniu i meloniku gdzieś się wybiera. Matka nie chce trumiennych butów, idzie boso, biorą się pod ręce. No, nie szkodzi, dobrze zeszyci po sekcjach.
     Ale pora pogrzebu się zbliża! Wczoraj było tak samo, i przedwczoraj. Boże, Boże, kiedy się to skończy, wieczne czuwanie.

39. PRZEKRACZANIE GRANICY

     Wchodzą do przedziału, świecą latarkami. Wyjmuję paszport, widzę, że to nie na moje nazwisko. Szukam gorączkowo, w portfelu akty zgonów, różne daty, ale wszędzie moje nazwisko.
     – Niech pan czeka na granicy!
     Czekać, a tu zawieja, wilki kupą podchodzą, groźne, wszystkie poobdzierane ze skóry.

40. WIZYTA

     Dzwonek, a to Matka.
     – Przyjechałam, ale to nie na moje już siły taka podróż. Tyle lat na tamtym cmentarzu. I zaraz muszę na powrotny pociąg. Znów sama, bo Ojciec, taki punktualny, już poszedł. I sypia teraz w osobnym grobie.

41. LABIRYNT II

     Znów jestem w labiryncie, czuję, że bez powrotu.
     Głos Labiryntu:
     – Ale coś się otworzy, tylko trzeba przepłynąć przez wodę, przez krew.
     Ale tam wszystko zamoknie: nici, kreda, latarka. Jakże bez nich?
     Głos Labiryntu:
     – Ale już nie będzie ścian ani korytarzy. To labirynt twojego ciała. W każdej chwili możesz wyjść.

42. SJESTA

     Wchodzę i widzę, że leżę w pościeli. „A cóż to za sjesta, pan sobie tak leży, panicz sobie pozwala, a tu tyle roboty!”
     Ale on – to znaczy ja – nie rusza się, ciało bez duszy, a nawet bez życia. A jednak ja, podobny do fotografii.
     Poprawiłem mu wystającą z pościeli rękę, podłożyłem poduszkę pod głowę. Na wszelki wypadek, może to ja, może jeszcze wstanę, nigdy nie wiadomo.

43. ŚLUB

     Więc jadę saniami do ślubu, futro na fraku, zacinamy konie, śnieg spod kopyt. Ale ciężko pod górę. Aż tu widzę: szalona szklanka, zjeżdża z góry, a w szklance moja młoda narzeczona. Zniknęła w zamieci, nawet nie stłukła się na szczęście. Woźnica się odwraca:
     – Mówiłem panu, nie jechać samemu do ślubu.

44. SPŁYW

     Ach, ten kraj w wiecznej powodzi, ale tylko po kostki, i jaka kryształowa woda! Tak żyć, tu żyć! I ci ludzie z krańców wody, ich język ze śpiewem. Tak mówić! Tak płynąć drogami, tak iść i pozdrawiać wiejskich stolarzy przed chatami, w wodzie brodzących. Ile zrobili trumien! Jak piękne kufry! Nie trzeba trumien nieść. Trumien spław!
     A kołyski dziecięce lekko się na wodzie kołyszą. Jeszcze się nie budzić, jeszcze nie! Dobrze tak. W kołysce lub w trumnie będę płynąć, przejrzyście płynąć...

45. ZNISZCZYĆ WSZYSTKIE FORTEPIANY ŚWIATA

     Ona siedzi w wagonie bagażowym, ona chce się spóźnić, ona się boi. Więc co raz spycha jeden fortepian pod koła. Oczywiście, spóźnienie rośnie.
     Denerwuje mnie to:
     – Co pani sobie myśli, roztrzaskać wszystkie fortepiany świata? Proste, ale podłe.

46. ŚWIĘTO-UMARŁYCH

     Miałem z Ojcem i Matką iść na święto umarłych, połączone z pogrzebami. Wiem, że trumny stoją na ulicach, przed domami, całe szeregi.
     – Wiecie – mówię – jeszcze teraz pójdę, ale na przyszły rok już nie, za bardzo mnie to męczy. Nawet jak jest w kolorze.
Ojciec patrzy mi prosto w oczy:
     – Ja już dawno umarłem, więc możesz mi zaufać. Nie ma wyjścia. Czy nie za łatwo rezygnujesz? Myślisz, że dla nas to prostsze, z przyzwyczajenia? Spróbuj nic nie robić i mieć swój pogrzeb za ostatnie wspomnienie!

47. JESZCZE – O ŻYCIU POŚMIERTNYM
MOJEJ MATKI

     Przyjeżdża. A właściwie zajeżdża. Ubrana w koronki staroświeckie, ciemne, powozi. Kieruje pojazdem podobnym do starodawnego dziecinnego wózka. Wózek podskakuje, przy zakręcie uderza o bramę domu. Za stara już na prowadzenie, muszę zapobiec wypadkowi, pomóc jej.
     Ale wróciła, teraz wyszywa kolorową włóczką stronice gazety, jedną po drugiej. Ciasno tkane, rządki liter kolorowe.
Mówię:
     – Nie szkoda twojego czasu? Tu piszą same banały.
     – Nie – odpowiada – ja muszę mieć jakieś stałe zajęcie.      Nawet nie wiesz, jak tam jest.
     Mówi to z pokorą, poddaniem, ale stanowczo.
     – Sam się przekonasz, ale drogą okrężną się nie da. A wprost jeszcze dla ciebie za wcześnie.
     – A wełny masz dosyć? Robiłaś mi podobny swetr. Spruć dla Ciebie?
     – My już nic nie możemy dostać, od nikogo. No, chyba, gazetę, ale z datą wcześniejszą od śmierci.

48. FESTINA LENTE !

     Słyszę szepty:
     – Urodził się żywy!
     Czuję, jak mi lekko, nade mną błękit nieba. Ale znajduję się nad brzegiem przepaści. Ktoś mówi:
     – Musimy cię zepchnąć, po to tu jesteśmy, to tarpejska skała. Ale masz wybór. Wybieraj! Zaraz czy później? Chcesz spadać szybko, czy powoli?
     Patrzę w dół. Tam zielenie, tam latają motyle, biegają dzikie króliki. Wśród traw mrówek pochody czerwone, tam piasek nad rzeką. O, Stwórco!
     Zaraz, szybko? O, mordercy!
Później, powoli? O, sadyści!

49. PLEMIENNE SNY

     Matka umarła, w trumnie złote kwiaty, prawie ją przykrywają. Ale gdy podszedłem zbliżyć usta do jej czoła, zobaczyłem, że to nie kwiaty, ale jej złote zegarki. Każdy był kiedyś nastawiony na inną godzinę nocy. Szeleściły jak złote pszczoły. Budziły mnie do snów naszego plemienia. Tylko Matka miała nad nimi pieczę. A teraz i one umarły.
     Bałem się ich żądeł, ale tak lubiłem, gdy rój brzęczał nad moim łóżeczkiem.

50. «LA MUERTE ES VIDA?»

     Śnię, że siedzę i piszę, Słowa istnieją, tłoczą się, poruszają we mnie ziemię dawno zapadłych grobów, ubierają w bujną zieleń dawno uschnięte drzewa. Ustanawiają wiarę tam, gdzie niewiara wykopała dla wszystkiego grób. W moim śnie słowa żyją.
     W moim śnie wszyscy żyją. Ale dlaczego mają tylko profile, poruszają ustami, jak chińskie cienie w platońskiej pieczarze. Chwytają mnie za rękę, skandują:
     – Kto się budzi, ten ginie.
     Budzę się. We śnie czy na jawie? Wstaje świt, niebo omiecione już z czarnego kurzu, pojawia się błękit, jakiś człowiek pokazuje mi drogę na cmentarz. Ale oddycham z ulgą. Koniec gry, koniec cieni. Koniec słów. Koniec snów. Śmierć nie jest chińskim cieniem w platońskiej jaskini. Śmierci możesz być pewny. Śmierć cię nie zawiedzie.

51. LIPCOWY WIECZÓR

     Za dwadzieścia dziewiąta. Ten obłok na niebie wypiętrzony w ostatnim, najostatniejszym słońcu, biały jak śnieg i lekko różowy – może raczej żółtawy, jak spłowiałe białe jedwabie.
     Ale już niknie i nadchodzą takie brudne, postrzępione chmury.
     Noc. Dzień minął, przepadł. Noc...
     Zmiłuj się nad nami, Boże dnia i Boże nocy, Boże obłoku białego jak śnieg, z żółtością białego wypłowiałego jedwabiu, i Boże chmur ciemnych, czarnych, postrzępionych.

52. LEKKI JAK WIÓR

     Ach, góry, i topnieją na nich śniegi! Czy to Stet nive Soracte, czy An allen Gipfeln ist Ruh?
     Soracte, kto cię dzisiaj zna! A ja cię widzę: zieleń, granat skał, a wyżej, wyżej śnieg. An allen Gipfeln ist Ruh! Ku tym górom pędzę, na szczyt. A tam na szczycie obryw, przepaść. Czy spadnę jak kamień, czy lekki w śmierci, już lekki jak w śmierci, spłynę na dół – jak wiór? O, śmierć mnie ocali, będę lekki jak wyschły owad... O, śmierci, ratująca od śmierci!

53. WRESZCIE U SIEBIE

     Ja mieszkam niżej, spuszczam się po bluszczach i wchodzę przez okno. W pokoju stoi fortepian i pianino, widzę dwa psy. Zacieka deszczem z góry, ale nie pada na instrumenty. A co z ptakiem, zapomnieli mu dać jeść, może go zamęczyli? Ale w pianinie siedzi jeszcze żywy, to duży dzięcioł, stawiam mu słoik z robakami. Otwieram wieko fortepianu, a tam białe myszy biegają jak szalone, co za muzyka.
     Psy, dzięcioł, robaki, myszy w fortepianie...Och, znów u siebie.

54. PRZEPROWADZKA

     Pakuję się. Szukałem długo, ale wszystko znalazłem. Wszystko zabiorę! Nie zostawię nic. Żadnego potem odzyskiwania, po nic nie wrócę, wszystko się mieści. Ręce wolne. Poza mną nic. Wszystko ze mną. Przede mną nic.
     Niczego nie zabieram, jestem spakowany. Koniec męczących snów. Spakowałem się w najlepsze ubranie. Nic nie amputowane, cały, nienaruszony! Jakie szczęście. Wygodnie. Z sobą dla siebie, bez siebie. Żegnajcie!

55. BRAMA

     Stoję w bramie, to tylko brama, z tej i z tamtej strony zielona łąka. Pogoda, wypiętrzone, białe obłoki. Skrzydła bramy z desek, jak drzwi od stodoły. Zresztą niczego nie otwiera, niczego nie zamyka, stoi na słupach na środku łąki. Na bramie siedzi jakiś żuczek. Nie wchodzi, nie wychodzi.
     Nie powinienem tak stać w bramie, wejść czy wyjść? Ale to słowa bez znaczenia, z obu stron podobnie. Z obu stron kopią dla mnie grób. Czarny prostokąt na zielonej łące. W którą stronę pójdę, to samo. Więc nie ruszam się z bramy, jak ty, mój żuczku...

56. KLOCKI

     Siedzę w ogrodzie, z klocków kolorowych buduję wieżę. Gdy stawiam ostatni, przychodzi on, ukochany brat, i klocki rozrzuca. Padają... Nigdy nie skończę, trud daremny, chcę z pięściami się rzucić na niego. Gdy podnoszę rękę z ostatnim klockiem, na żwirowej alejce znów słyszę jego krok...
     Ale w trawie klocki się śmieją. Ach, to nic, szczęśliwy jest trud nieskończony, gdy przy nim ukochany brat. Jeszcze nie ma dziury w głowie, wciąż żyje jeszcze. Z nim można stawiać i przewracać klocki i nie straszny Bóg. I nie straszny trud. Tylko zmienię klocków kolory, tylko na drugi snu odwrócę się bok!

57. ROZSTRZELIWANIE NA DESER

     Jestem w pałacu, roznoszą na tacach wspaniałe potrawy. Władca jest kimś zajęty, często z nim przebywa, to szara eminencja. Jednak garnitur ma czerwony. Chcę już wyjść i kieruję się do bramy. Ale portier mówi:
     – Nie można, teraz wychodzi książę pan.
     I wychodzi ten drugi, z dużym nosem, starszy, kiwnął na jakiś zamaskowany samochód. I nagle okazuje się, że się spóźniłem. Bo po nim nikomu już nie wolno wyjść. Na dodatek wiadomo, że zawsze pewna ilość z osób, co zostały po przyjęciu, jest rozstrzeliwana.
     Ale ja idę do bramy:
     – Odsuń się – mówię do portiera – nie widzisz, że książę pan idzie!?
     O dziwo, odsuwa się. Dziś nie zjedzą mnie jeszcze na deser.

58. NIEZNISZCZALNY GOTYK

     Byłem najpierw w jakimś zamku czy klasztorze, zakonnicy w zielonych habitach, zdziwiło mnie to. Wyszedłem z klauzury, przez furtę i znalazłem się we wnętrzu wspaniałej, wielkiej, choć zniszczonej, gotyckiej katedry. Przez puste okna przeświecał księżyc. Nawet zrujnowany, gotyk jest niezniszczalny, pomyślałem.
     I wtedy zobaczyłem, że ściany i przypory są z drzewa. Drewniany gotyk? To niemożliwe. Ale po chwili dotarł do mnie dziwny szum panujący we wnętrzu. Przecież nie było nikogo, nawet ptaków. Przyłożyłem ucho do ściany i usłyszałem szelest milionów korników. Tak, nawet gotyk nie trwa wiecznie. Szelest stawał się głośniejszy i cichszy. Zrozumiałem, wsłuchując się, że korniki nauczyły się śpiewów gregoriańskich i lekcję tę przekazywały z pokolenia na pokolenie. Katedra była więc pełna wiernych.
     Wyszedłem na palcach. Gotyk jest niezniszczalny!

59. SPACER CODZIENNY

     Idziemy. Teren wulkaniczny, ale bez góry i stożka, raczej przypominający rojsty, ale zamiast wody lawa, topiele z lawy, z kępami i suchymi przesmykami. Stąpamy po miejscach już zastygłych. Ktoś wpadł do lawy, chwytam tonącego za rękę.
     – Zostaw – mówi mój towarzysz.
     – Już spalony?
     – Nie, ale żaden lawowzięty nie chce wrócić. Maska z lawy na całą wieczność, to wciąga.
     Nam iść coraz trudniej. Obok jakieś wybuchy, rykoszety. Oglądam się, to od gwiazdy odrywają się błyski, gwiazda do nas strzela. Nie do zniesienia, rozpacz. Mówi się o maskach pośmiertnych, a o rozpaczy wziętych na cel – się nie mówi?
     Zanurkować pod lawę?

60. PONAD ŚNIEG BIELSZYM...

     Nie ma się co oszukiwać, w zakrwawionej leżę pościeli, dużo muszę mieć ran. Wstydzę się swoich ran, bo śmiertelne! Ach, choćby jedno białe prześcieradło, nakryję się nim na głowę, krew ukryję i wstyd. Pod wiecznym prześcieradłem biały będę jak śnieg.

61. ŻAŁOBNY MARSZ

     Nad miastem leci samolot ciągnąc za sobą wielką czarną flagę. Flaga łopocze na tle białych obłoczków. Zdaje mi się, że silniki wybrzmiewają żałobnym marszem. Mówię:
– Cóż to za pogrzeb dla miasta, przecież wszyscy żyją!?
     – Żyją? – odpowiada ktoś. – Spójrz na datę. To jest lot sprzed dwustu lat. Nikt już nie żyje. Co dzień lata taki samolot, tylko go nie widzisz.

62. DOBRE RADY

     Spałem ciężko, jak najciężej. Zdawało mi się, że ktoś koło mnie chodzi, że rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Gdy otworzyłem, weszły trzy osoby z maskami ptaków na twarzach i ogromnymi, długimi, spiczastymi dziobami. Ten z najdłuższym dziobem mówi:
     – Ciężko ci? Zachowuj się jak ptak.
     I znów dzwonek do drzwi. Weszły trzy ptaki, poruszały skrzydłami, ale na łbach miały ludzkie maski. Krakały coś w swoim języku ptasim, ale ja wszystko rozumiałem.
     – Ciężko ci, zachowuj się, jakbyś był człowiekiem.

63. CZARNE DNO

     Dom kręci się w jedną stronę, w drugą odkręca. Trzęsienie? Wyskakuję przez okno do ogrodu, w kwiaty, ale za kwiatami woda czarna, tonę i spadam aż po czarne dno.
     Budzę się, to był sen, a jednak dalej jestem na czarnym dnie! Śni mi się, że usnąłem, ale znów budzę się: i znów spadam na czarne dno! Więc bezdenne są te czarne dna od snów?
     Może już lepiej trzęsienie ziemi!? Na trwałe przysypanym być!?

64. BRAKUJĄCE SŁOWO

     Zbiór poezji. Sam go napisałem. Pod pewnym względem jak wiele innych, ale z drugiej strony był niepowtarzalny. Niektóre utwory składały się ze słów, inne z figur geometrycznych: trójkątów, rombów, kół, prostokątów. Ktoś powiedział: część złożona ze słów wyraża chaos świata, część geometryczna – porządek.
     Nie zgodziłem się.
     – Każda figura jest porządkiem, i każde słowo. Ale ręka umieszczająca je na papierze kierowana jest przez chaos. Porządek może być wyrażony tylko przez jedną figurę lub jedno słowo. Każdy zbiór jest chaosem. Tego nie da się już zmienić.
     Dlatego to jedno brakujące słowo, tak czyste jak muzyka sfer, pozostawiłem poza zbiorem.

65. DRZEWEM ZMARTWYCHWSTAĆ

     A tam śni się Chrystus bolesny na krzyżu, przez Janicka wystrugany, w drewnie świeżym i jasnym, lipowym.
     Śni się. Poniesione na rozstaj, drewno świeże. Janicek tam je usadził. Już wypuszcza listki cierniowa korona, potem liść ciało nagie przykrywa, ach, jak Daphnis, o której czytałem. Ale to Chrystus, na rozstaju. To lipa pachnąca. Męka drzewem się stała, zmartwychwstała zielenią.
     Lipą być, choćby drewnem, jeśli nie da się mnie na świętego pańskiego wystrugać. Szumieć i nie budzić się. Deszcz w nocy, słońce rano. A potem próchnem spłonąć.

66. MYŚL

     Śniła mi się myśl. Była tak cudownie lekka, promieniejąco odkrywcza, i tak niezależna, że wymknęła się ze mnie. Patrzyłem za nią przerażony. I oczywiście...
     Pierwszy dostrzegł ją kierowca autobusu „X”, kursującego między nowym osiedlem a cmentarzem miejskim. Przestał jeść kanapkę z jajkiem na twardo i skręcił nagle za myślą aż na skwer, by ją tam przejechać. Próżny wysiłek, zgniótł tylko trawę i piękny gazon kwiatów.
     Tłum, który chciał bić kierowcę, zauważył myśl i oto opustoszało miejsce koło skweru. Biegli, wymachując laskami i parasolami, ściskając w rękach kamienie, łomocąc buciorami.
     Chciała przeskoczyć przez poręcz do rzeki płynącej przez nasze miasto i ratować się wpław, ale dopadli ją, wtupali w ziemię i rozszarpali. Nie pozostał nawet zgnieciony ślad, jak na skwerze. To była dobra okoliczność.
     Uszedłem, licząc na to, że nie będzie wiadomo, czyja to myśl. Starałem się teraz iść zupełnie bezmyślnie. Mało nie wpadłem pod tramwaj, ale w zasadzie byłem już ocalony.
     W zasadzie. Żeby jeszcze obudzić się, bez żadnej myśli.

67. ZJAWA

     Ojciec był prześladowany przez zjawę. Miał umrzeć. Jak to możliwe? Przecież już nie żyje. A prześladowca, to młody człowiek w ciemnym garniturze. Rzucam się na intruza, jest lekki jakby był z papieru. Znoszę go po schodach na ulicę, wyrzucam za drzwi wejściowe do domu. Przynajmniej lekki, myślę.
     – Lekki, lekki! A ile razy już wraca!? Gdyby to dodać...

68. SPRAWIEDLIWY KRAJ

     A w dole jakiś pejzaż dziki, afrykański. Wioska, tubylcy, ale obok kręcą się lwy. Mam jakieś mięso w torbie, ciskam im torbę, ale lew – niby trochę oswojony – kładzie się obok mnie, boję się wprost ruszyć, pamiętam, że sam także jestem mięsem. Może ktoś z tutejszych mnie oswobodzi, to łowcy lwów.
     Czy zechcą? Ich też porywają lwy. Powiedziałem sobie: jest w tym sprawiedliwość. Tubylcy nie tylko zabijają, oni też narażają się na zabicie, każdy ma szansę, nawet lew. I musi jeść. Ja nie zabijam, jaką więc mam szansę? Ale liczę się jak wszyscy. Z góry widzę ludzi jak mrówki, z dołu widać mnie jak mrówkę, lwa jak chrząszcza... Tak czy inaczej będzie sprawiedliwie: czy mrówki mrówkę oswobodzą, czy chrząszcz mnie zje.
     Dobrze jednak jest pomyśleć przed rozszarpaniem: „To sprawa tylko z chrząszczem!”

69. WYLEW

     Śpię, a tu nagła, podstępna powódź, potop, przerwały się śluzy i zapory, regulacje dopływów. To potop, aż chlusta rzeka czerwona, to żywioł, to zagłada. Już zatopione obszary dzieciństwa, została tylko wysepka, pod jabłonką, tam leżę na trawie, a ku mnie toczy się jabłuszko.
     Już zatopione młode lata, prócz tej nocy wietrznej, ciemnej, listopadowej, kiedy w małym miasteczku w zaułku, słyszę, jak na drewnianym pięterku ktoś gra na wiolonczeli, a ja idę za tym dźwiękiem, aby się w nim schronić. I zatopione lata dojrzałe, został tylko grób Matki z gliny, na który padam kolanami.
     A teraz już ta krew czerwonego potopu zabiera moje lata stare, ale słyszę jeszcze letnią noc, na bujnej łące zanoszą się świerszcze, a nade mną cierpliwym językiem, który nie składa się ze słów, gwiazdy coś mówią i po kolei gasną.

70. BEZSENNOŚĆ

     Śniło mi się mgliste tło. Ujęte w ledwo zaznaczone ramy. Czekałem na jakiś obraz, ale nie pojawiał się. Czekałem na twarz drogą, dawno już w proch przemienioną, przez mgłę choćby ujrzaną, jak tło owo. A jeśli nie twarz, to może zjawi się jakaś smuga po przelocie ptaka, listek spadający lub w trawie kamyk.
     Czekałem długo, ale nic i nic. Oczy mi zaszły łzami od wypatrywania. Tło rozszerzyło się, zniknęły ramy, było już tylko nic i nic.
     – Bezsenność to znaczy bez snów – powiedział głos.
To nie była zwykła bezsenność w naszej jawie, gdy zdaje się nam, że jesteśmy zmęczeni, a przez tło życia galopują, jak wściekłe, spienione obrazy jawy. To nic, po prostu nic. Bezsenność jak śmierć.
     A więc chyba umarłem, tak, umarłem. Czułem ziemię i kamień na sobie. Krzyknąłem i obudziłem się z szeroko otwartymi oczami dla spienionych, spoconych obrazów. O, błogosławiona powszednia bezsenność!...

71. NA KRZE

     Śnił mi się chłopiec płynący na krze. Kra zanurzała się powoli. Widziałem twarz chłopczyka. Patrzył na swoje buty w wodzie. Za daleko od brzegu, nie umiał pływać.
     Koło zakrętu rzeki – gdzie na śniegu odbiegający ślad szczęśliwego zajączka – chłopiec płynął już zanurzony po kolana, krzyczał zachrypniętym głosem, po twarzy ściekały łzy.
     W wodzie lodowatej po pas ledwo oddychał starając się o równowagę.
     W wodzie po cienką chłopięcą szyjkę – i były już tylko ogromne oczy i stygnący oddech.
     Proszę cię, Boże, nie karz mnie tym snem, już lepiej zawrzyj nade mną od razu lodową taflę.
     Odwracam poduszkę mokrą, zimną od najgorętszych łez.

72. LOT

     Stałem w oknie, wysoko, na zamku, w dole ciągnęły się cudowne wczesnowiosenne ogrody. Jakże mnie kusiły. Obok mnie leżał instrument do fruwania, myślałem, że to skrzydła, ale to był pałąk drewniany, lekki, trzymałem go w górze oburącz. I bez wielkiego namysłu, bez sprawdzania, zawierzyłem mu, wyskoczyłem z tych kilkunastu pięter. Frunąłem lekko w powietrzu, coraz szybciej, i wylądowałem bez szkody.
     Stoję teraz i patrzę na zamek. Wysoko na tle chmur widzę okno, z którego wyskoczyłem. Ile cudownych komnat, których jeszcze nie zwiedziłem. Obrazy, biblioteki. Ale do zamku wejścia nie ma. Mój skrzydlaty pałąk to kupka patyków. Och, te decyzje bez prawa powrotu. Co mi zostało? Wspomnienie lotu. Późnojesienne teraz ogrody. Lodowaty wiatr. I to bieganie wokół murów bez jednej szczeliny.

73. PRAWDZIWY TEATR

     L. dawno już nie żyje, ale to nie ma znaczenia, mamy razem zagrać w sztuce, którą będziemy improwizowali. Podłoga sceny jest bardzo chwiejna, musi tak zostać, zaraz wchodzimy. Gramy z rosyjską aktorką, zaczynam:
     – Anno Nikołajewno, przyjemnie mi was dzisiaj zobaczyć.
     I nagle noga wchodzi mi w tę chwiejną podłogę, deski wątłe. L. mówi:
     – Trudno pracować, ale nie ma rady.
     A ja widzę że podłoga jest jakby tylko kanwą podłogi, same dziury, poprzez nie prześwitują podłogi niższych poziomów i pięter, wcale nie lepsze, w rozpadzie. Nic to, jeśli się żyje i gra na prawdziwej scenie dla prawdziwej publiczności. Zawsze o tym marzyłem. Więc trzeba udawać, że czeka nas nie katastrofa, lecz tylko zapadnia jak w greckim teatrze, finał prawdziwej sztuki.
     – Anno Nikołajewno – mówię dalej, z jedną nogą w dziurze – wkrótce zakwitną jabłonie!

74. NIE–MA–PARYŻA

     Ile smutku, ile płaczu. Przyjechałem na Gare du Nord, a tam tylko pomarańczowy barak i trzy tory. Przed dworcem ruiny, pracują buldozery. Zasypane wejście do metra. Płaskie morze ruin, z dala Boulevard Magenta i rue St Denis. Nie idę tam, nie ma po co. Policjant mówi: – Niech pan wejdzie na ten słup, wszędzie ruiny. Dywanowe bombardowanie. Nie ma Paryża.
     A miałem już zostać, na zawsze. Pod pomarańczowym barakiem stoi jeden wagon, wsiadam, do Warszawy. Warszawa bez Paryża? Ani zostać, ani jechać.

75. ROZBITE POCAŁUNKI

     Zima, woźnica z koniem, sanie, sam szczyt góry. Woźnica się waha, to jak w przepaść, ale ktoś robi znak, że można. Czuję, że to szaleństwo, ale i ja kiwam przyzwalająco głową. Koń z saniami zsuwa się, a potem leci przez powietrze, przy upadku wszystko pęka, rozpada się na kawałki, jak gliniana skorupa.
     Przód konia i tył konia, osobno. Wina woźnicy, słyszę. Jego głowa wąsata, osobno, w otwartych oczach i na wąsach łzy. Jaki podobny do ojca! Czy to nie ojciec? Chce mi się płakać, całować woźnicę, konia. Ale jak? Całować skorupy? Za późno

 

76. ROZMOWA Z OJCEM

     W środku nocy, cicho, ale wyraźnie mówił do mnie śpiącego:
     – Obudź się! Śpisz i śpisz!
     – Tatusiu, Ojcze, jesteś tu? Chcę z Tobą porozmawiać.
     Jeśli był, nie mówił nic. Nawet tyle, ile mówi u Słowackiego zjawa ojca Szczęsnego: – O, o, o!
     – Rozumiem, nie możesz nawet powiedzieć, że nie wolno Ci mówić.
     Milczy, ale wyraźnie czuję Jego obecność.
     – Tak, dobrze Cię rozumiem. Dopiero teraz dobrze Cię rozumiem.
     Czuję, że chciał, abym to powiedział. Boję się, że odejdzie.
     – Proszę Cię, zaklinam, bądź obecny. Nawet jeśli musisz milczeć.      Nie wykorzystałem tylu okazji, osobno mówiłem ja, i osobno Ty. Nie zadałem Ci podstawowych pytań. A teraz nie wiem nic.
     Milczy, choć jest tutaj na pewno. Ale uszami duszy słyszę tylko to, co zawsze, za Jego życia: „A cóż ty takiego chciałbyś wiedzieć?”
     – Mówiłeś, że praca długa, a los oporny? Może teraz wiesz, jak zmienić los? Czy szczęście to tajemnica?... Wciąż zaciągam tylko długi wobec życia. Czy mam jeszcze trochę czasu, powiedz?!
     On milczy. Jego nieobecność gęstnieje.
     – Zaklinam Cię, takiego jakim byłeś, poborowego w wojskowym mundurze, gdy klęczałeś na łące i głaskałeś koźlątko. Musisz pamiętać tę łąkę i to koźlątko.
     Czuję, że ma mi za złe, może już niczego nie należy mu przypominać?
     – Wybacz mi, nie będę cię już nigdy męczył.
     Czuję, że odszedł, nie ma Go w miejscu, w którym był. Gdzie jest, jeśli jest?
     Ale wiem już, że odpowiedź umarłych jest w pytaniu, jakie się im zadaje. Los to tajemnica, zawsze trzeba pracować, a czas jest krótki.

77. PEJZAŻE ORIENTALNE

     Nie chodziło o zwykłą zamianę mieszkania i propozycja była serio. Dwa pokoje, w wieży, nade mną szczyt minaretu, słyszę muezzina, jak zaczyna właśnie od słów: m-uuu-eee-zzz-iiii-nnn...!!! Patrzę na pejzaż, to chyba najcudowniejszy, jaki widziałem. Wysokie góry, jeziora, nie mogę powstrzymać się od wzruszenia, że będę to miał na co dzień. Ale gdy muezzin znów zaczyna śpiewać, pejzaż zmienia się, teraz to jest morze. Morze widziane z wieży, po horyzont. Następny śpiew. Przez okno widać łąki zielone i pola.
     Nagle widzę, że to wszystko jest namalowane, diapozytyw na szybie. Namalowane – nieprawdziwe, wciąż zmienne... Prawdziwy widok dostrzegam przez dziurkę z boku. Wokół tylko pustynia, pustynia, pustynia. Minaret na pustyni. Naprawdę miałbym tylko pustynię za oknem. A muezzin zawsze śpiewa to samo.
     Zatęskniłem za moją biedną ulicą i zwykłym wyglądaniem przez okno. Przechodnie jak ja, w dali mur cmentarza, a za nim drzewa zielone, a potem jesienne. Z minaretem czy bez – za ten mur się kiedyś przeniosę. Nie ma się co oszałamiać, dobry mam widok przez okno. Nie będzie przeprowadzki. Lepiej unikać orientalnych pejzaży.

78. WILK I ZAJĄC

     Patrzę, a tu wilk. Sierść nastroszona, kły wyszczerzone, ale jestem ukryty, bezpieczny. Zając niedaleko, skulony, czujny. Wilk go widzi, wilk tylko skoczy i po zającu. Chcę krzyknąć, głos mi zamiera.
     Ale, co to, wilk przebiera łapami, a ruszyć się nie może? Wilk chory?
     „Uciekaj”– w myśli wołam do zająca. Ale zając przebiera łapkami, a ruszyć się nie może. Chory zając!
     Tak, obaj o tym wiedzą, że wilk zbyt chory, żeby złapać i zagryźć zająca, a zając, żeby uciec. I tak jakoś trwają i przewalają się blisko siebie. Tego już nie mogę znieść. Ale i oni nie mogą tego znieść. Zając w śmiertelnym strachu prosi wilka, żeby go zjadł, a on tylko porusza chorymi szczękami. Wilk prosi zająca, żeby wreszcie uciekł, a on tylko przebiera łapami.
     Jak w życiu, chcesz uciec od śmierci, a nie możesz, chcesz, żeby przyszła, a ona jeszcze nie może.
     Gdybym miał dubeltówkę, mógłbym zastrzelić obu. Tylko – jakim prawem? I strzelać we śnie?, nawet jak nie trafię, może wystraszyć się sen. Przerażony, zdolny jest do najgorszego. A wtedy zginiemy wszyscy.

79. GŁÓD

     Gdzieś, w jakimś cudzoziemskim mieszkaniu zostawiona jest moja Niania Aniela, bez środków do życia, przecież tak stara, że nie potrafi już wyjść z mieszkania. Wiem, a jednak nie wiem dobrze, gdzie to jest i jak daleko. Jak można było o niej zapomnieć? Ile to już czasu? Czy żyje? Zatelefonować? Głucha... Natychmiast, samochodem, metrem, to się odwleka, co ona tam myśli przez te dni, czy nie umiera z głodu? Może uśmiecha się z wyrozumiałym politowaniem: Zapomnieli o starej Anieli!...
     Tak, muszę do niej dotrzeć, a ona tam, opuszczona, na cmentarzu. Głodna, głodna, na pewno. Ale czego?

80. RÓWNANIE O JEDNEJ NIEWIADOMEJ

     Pożar, już płomienie, a ja jestem na jakimś strychu, próbuję uciekać. Przechodzę jakimiś krokwiami, przez jakąś słomę, jakie to łatwopalne, groza. Uciekam, ale nie uciekam na zewnątrz, tylko jakimiś konstrukcjami, belkami, krokwiami, i wciąż wyżej, wyżej. Na pewno się oddalam, ale wiem, że pożar mnie dosięgnie, wespnie się łatwo do góry, dogoni mnie na końcu i przegoni. Czuję jego gorący, palący oddech.
     Słyszę głos:
     – Wyskocz, tu się spalisz w „x” czasu.
     Biję pięściami, wszystko jeszcze twarde i szczelne. Zimno się zrobiło w tym żarze. Ile to jest „x”, myślę?
     Przez huk ognia słyszę:
     – To proste równanie o jednej niewiadomej. Jak się spalisz, będzie rozwiązane.

81. ZAPRZĘG UMARŁEGO

     Śni mi się R., wyjeżdża z bramy jakimś niesłychanym konnym zaprzęgiem. W ile to koni? Konie idą szeroko, tak szeroko, że mnie zagarną, stratują. Ledwo zdołałem się usunąć.
     A jeśli się to powtórzy? Umarł, a jeździ. Muszę wszystko zlikwidować, wyjechać, choć nie spełniłem jeszcze zamiarów. Naprawiam jakieś walizki, muruję je od środka cegłami z cementem. Ojciec ironicznie się uśmiecha:
     – Nie wystarczyłoby wzmocnić lekką dyktą? Nie ruszysz z miejsca.
Pochylam głowę na ręce, przykucnięty płaczę. Ojciec rzuca pytająco jakiś powód, przecież nie ten!
     Teraz ja mówię ironicznie:
     – Strzelił nie w to okno, zapuścił wędkę nie w tym stawie, w którym jest ryba!
     Co robić, co robić? Na podworcu rżą konie zaprzęgu, strzelanie z bata... Nawet wyjść strach.

82. KAMIENNA RĘKAWICZKA

     Strasznie byłem chory, ale szczęśliwy. Bo w tej chorobie przychodziły fragmenty nowych poematów, wystarczyło je zapisać.
     A rzecz była w trwożliwym i nieśmiałym dotknięciu mej ręki przez rękę Boga. Dłonie tych Osób jakby delikatnie zbliżały się do siebie, a potem szczęśliwe, cofały. W uspokojeniu między atakami bólu jawił się kształt książki. Teraz tylko seria improwizacji, mająca dodać do tego, co już pewne, kształty nowe i niespodziewane, szczegóły polichromii na gotowej powierzchni.
     Ale oto znów próba i nic. Gdzie moje szczęście? Nie widziałem tamtej Ręki, ale ją czułem już blisko. Znów próba i znów nic. Gdzie mój poemat?
     Ach, Boże! To dlatego, że mam na ręce kamienną rękawiczkę, szarpię, ale nie mogę jej zdjąć. Jakże tak pisać? Pod zimnym dotykiem powstawały zawsze tylko jakieś kamienne twory, kłębiące się w ziemskich dziurach. Jakieś lakoniczne napisy na marmurze. Mam bardzo mało czasu, zaraz mogę się zbudzić.
     I już wciska się zło. Nie potrafię zapisać, za chwilę zapomnę. O, Ręko, Najwyższa Ręko! Ciebie Samej nie dosięga zło. Znasz na pamięć moje poematy, także te nie napisane. I cierpisz ze mną, widząc jak zły kamień odpycha tę Twoją dobrą i czującą Rękę.
     Odrąbać rękawiczkę? Tak, ale wtedy odrąbię i dłoń...

83. POŚMIERTNE SNY

     Sen o trzech dziewczynach. Jedna – cała z mgły jakiejś, nic nie mówiła i nie wiedziałem, skąd się wzięła – leżała obok mnie w łóżku. Druga zrobiła sobie posłanie na schodach. Jakby rozbawiona, ale uśmiechała się ciepło. Nie przejmowała się swoim oddalonym miejscem. Czułem, że to właśnie ona może wszystko zmienić.
     Trzecia zjawiła się niespodziewanie w pokoju, tak jakby przeszła przez ścianę, albo ją usunęła. Była brutalnie oczywista i nie liczyła się ze mną.
     – Głupie miłostki – powiedziała. – Nie dość, że stary, ale umarł przed godziną, i jeszcze takie sny po głowie mu chodzą.

84. BEZIMIENNI KAMIENIARZE

     Nie wiedziałem, co to za miejsce, ni ogromna szopa, ni atelier, jakieś postaci w fartuchach zmarniałe, a ruchy młotów zamaszyste. Młoty biły w marmur, ale była cisza, oni sami nie mówili też ani słowa. Jeden z nich tak to uzasadnił:
     – Panuje cisza, bo tutaj jest pełna anonimowość. Wykuwamy płyty nagrobne dla siebie bezimiennych. Wbrew pozorom, lepiej umrzeć nierozpoznanym. Cóż nudniejszego niż te nie kończące się spisy nazwisk! A ciekawe epitafium nad niejednym grobem wymusi krótką modlitwę.

Chodziłem czytając epitafia i zapamiętałem z nich trzy.
Epitafium odległe:

tu spoczywam
z dala od rodziny
daleko – o – daleko
tak daleko że nie dojrzeć matki
z malejącą ręką pożegnania

Epitafium spokojne:

aż do wiosny i zimy będę spał
pod tą kruchą mogiłą
spokojnie będę spał bo zmarłym
nie przystoi ani śpiew ani płacz
a jeśli łkanie to niedosłyszalne

Epitafium poszukiwacza:

szukałem innego grobu
ale odchodząc tęskniłem
a wreszcie tu pozostałem
mój był ten mały maleńki
zdradzany wierny mi pozostał

     I powiedział przywódca kamieniarzy:
     – Warto umrzeć bezimiennie! Ile miejsca, ile miejsca pozostaje, ile słów w marmurze! Od wszystkich dla wszystkich. Ile tęsknoty za prawdziwym życiem. Jeszcze się pan nie przekonał?

85. POŻEGNANIE DOMU

     Śnię, że mój pobyt się kończy. To moje odejście niejasne w sposobie, ale pewne. Przecież po powierzchni mojego kredensu chodzą już robaki. Próżno by więc szorować podłogę w kuchni, wprawić szybkę zbitą w drzwiach, słuchać wesołego ognia pod blachą. Wyjazd na czas nieokreślony, to właśnie jest rozstanie. Ktoś przyznaje mi rację. Rozstanie to nie przeprowadzka.
     Ja tego nie rozumiem, ładuję dom z pomocą znajomych na wielki wagon towarowy i chcę go wepchnąć na stację prawdziwego ruchu pociągów. Ale z dyspozytorni przez okno mówią mi, że tego wagonu nigdy do ruchu nie wpuszczą.
     Innych pociągów nie ma. Co robić? To część mojego życia. Widzę nagle, jak dom mój dzieli się wzdłuż jemu od dawna wiadomej, a mnie przedtem nieznanej linii podziału i jego część (siedzę w tej połowie pokoju) zaczyna się poruszać na nie widzianych przedtem przeze mnie szynach, po prostu jedzie, poruszają się mijane krajobrazy.
     Ale za chwilę nasza linia przetnie się z wielką linią kolejową, błyszczą tamte tory, wynurzające się z tunelu. Jeśli wyjedzie pociąg – zginiemy. Mijamy jednak skrzyżowanie bezpiecznie. Ale będą inne. Co dalej?
     Kiedy mówię o tym człowiekowi, co przez przypadek został ze mną, odpowiada:
     – To przez głupi pana upór. Katastrofa nieunikniona. Wysiadaj pan, nie żałuj, bo zginiesz pod najbliższym ekspresem! Rozstanie to rozstanie, pan wierzy, że mogą tak jeździć stare domy? Linie życia usiane są ich gruzami.

86. NIEDORZECZNOŚĆ

     Umierająca uśmiechnęła się do mnie. Uśmiech był ostatnią rzeczą, jaką mogła unieść. Ledwo był znakiem, ale zrozumiałem obietnicę rychłego spotkania. Musiałem wyjść, na ziemi leżał niepokalany śnieg, a wysoko jaskółki zataczały swoje koła i elipsy. Początkowo nie zwróciłem na to uwagi: w porządku, śnieg nisko, jaskółki wysoko. A później pomyślałem: śnieg i jaskółki? Niedorzeczność.
     Jaskółki lądowały cicho, czułem ból i gorączkę, położyłem się na śniegu. Obudził mnie głos budzika, którego nie mogłem wyłączyć. Teraz trzęsłem się z zimna, wyłączałem budziki, wyciągałem z nich sprężyny, ale wciąż budził mnie ten głos. To było jak trąby Sądu Ostatecznego, od których chce się uciec. Zamiast trąb Pan Bóg nastawił budzik?
     Spotkanie w śmierci, śmierć jaskółek na śniegu, sen gorączkowy i sen lodowaty, Kosmiczny Budzik Sądu, gdzież tu miejsce na niedorzeczność?

87. PROMETEUSZE

     Jaka krzątanina, palimy w piecach, co dzień wynajdujemy ogień, prometeusze.
     A ten szum? To też codzienne, to historia przylatuje dziobać nam wątrobę. Będzie boleć, ale nie myśl o bólu. Będziemy się pasować. Lepiej nie mieć wątroby? Ale mam ją, to normalne.
     Spójrz, na razie: ponad wszystkimi szczytami spokój. Śni mi się znów cytat z Goethego. Ale niżej mgła kryje górskie jezioro.
     Szczęście, szczęście, słyszę we śnie monotonny szum deszczu na blaszanym dachu. Wspina się ostro mgła, nie widać gór. Śni mi się, że czytam o strasznych przygodach, śmiertelnych niebezpieczeństwach, cudownych ocaleniach. Śpię zanurzony w szumie, a to właśnie sęp leci. Nie słyszę, nie zbudzę się.
     Zadziobie we śnie? To też byłoby szczęście.

88. SCENERIA Z BRATEM

     Siedzę z umarłym bratem w dawnym mieszkaniu Rodziców. On w fotelu wiklinowym. Na podłodze leży noga ludzka z różowej porcelany, w kwiatki. Nadtłuczona. Ojca? Matki? Nie wiem. Ale jest on! Szczęście.
     Jednak kręcą się obcy ludzie, niby to nasze mieszkanie, a jak zaplecze sklepu ze starzyzną. Chwalą prysznic, że dobrze funkcjonuje. Głupcy! Nie działa już od lat. I trawnik w ogrodzie pokryty jasnym parkietem, a z niego tu i tam krzaczki iglaste, śniegiem przyprószone.
     Za oknem jest zamarznięta czarna rzeka, jak atrament, czarny lód, ale brat wstaje i wychodzi przez okno, na spacer. Był już prawie na drugim brzegu, stęsknił się, wraca, jest tuż. I nagle lód załamuje się. Tak od razu, na moich oczach, na wyciągnięcie ręki, wpada w tę czarną wodę. Krzyczę. Woda zwiera się, lśni jak czarny olej. Wiem, że on jest tam, obok, ale już martwy. Jak krótko był! I przyjąłem Go w takiej marnej scenerii.
     – Słuchaj – ktoś mówi do mnie – wszyscy się tak topimy, zapadamy w czerń. I zawsze nagle. Nie twoja wina. I prawie nikt miejsca nie wybiera...

89. POTRÓJNA FUGA MACABRE

     Ogród jest upalny, ogród jest egzotyczny. Czuję się jak w Meksyku. Siedzę milcząc i milczy mój nieznany towarzysz. Przed nami po jednej stronie psy, po drugiej motyle, tańczą oddzielone niewidzialną granicą.
     Widzę to, ich ruch w lewo i prawo w upalnym ogrodzie. Psy wydeptały ścieżkę skocznych nawrotów. Ileż motylich sinusoid w powietrzu. Psy tańczą przed motylami, a motyle wobec psów?
     U końca ogrodu drzewo stare, a pod nim siedzi kościotrup. Dziwne to, jak we śnie. Widzę wszystko. Głowa odpadła i leży niedaleko kościstych kolan.
     – Ty myślisz, że on nimi gra? Że wszechświat jest klawesynem oddanym umarłym? – pytam.
     – Ty myślisz, że one koncert mu dają? Że trzyma piszczelami głowę na karku i tańczy? – milczeniem on mówi i podpowiada.
     – To śmierć tańczy nami potrójną fugę i chichoce. I cóż, że to piękne. Psi nasz taniec wokół ogona, a żywot krótki jak życie motylka. I właśnie sen prawdę ci powie, tylko wytrzymaj, nie budź się jeszcze z krzykiem!

90. SENNA NATURA Z GŁODEM, MIŁOŚCIĄ, POEMATEM

     Różne rzeczy po kolei, przysięgnę, że w tym jednym śnie. Śni mi się zupa dla mnie głodnego. Sięgam więc do kotła, ale tam nic, nawet na dnie. I widzę twój talerz głodny też bliski dna. Co będzie z tą zupą na kotła dnie, skoro chodzi już o dwa głody?
     Czuję twoją obecność, choć nie widzę twarzy, czuję słodki dotyk palców w mojej dłoni. I spłoszony pocałunek, co dotyka moich ust. Domyślam się twojego uśmiechu. Serce mi bije, otwieram oczy w ciemności, ale to ciemność innego snu. Może o mnie myślisz, tam gdzieś, może mówisz moje imię. Ale słyszę tylko muzykę, czysty ton, który gra kto inny. I wiem, że nawet muzyki nie uniosę ze snu.
     Ale już oni ze mnie drwią. Czyhają na mnie jak zawsze. Jest ich nagle cały tłum. Więcej niż drwią, krzyczą i napierają! I jak zawsze widzę: ten sen się powtarza! Więc rozwijam rulon z poematem, jakby był na pergaminie, i czytam, tak jakby tłuszcza poezję rozumiała. A jednak to na nich sposób. Choć wiem, że słów poematu nie ocalę dla jawy, tylko ściszę ten ich wściekły krzyk. Tyle że życie ze snu wyniosę, chyłkiem, żeby nie zauważyli.

91. UCIECZKA PEJZAŻU

     Była noc, do wywoływania fotografii najlepsza przecież pora. Negatyw był kawałkiem surowego mięsa i gdy zanurzyłem go w wodzie, doprowadził ją do wrzenia.
     Obraz już się ukazywał. To byłem ja z ową śliczną kobietą na tle cudownego pejzażu. Zdjęci wtedy, gdy siedzieliśmy przed obrazem, przed pejzażem starym, co urzekał swą cudownością. Osobno, a przecież istnieliśmy w nim.
     Ale w pejzażu powoli zaczął poczynać się ruch, tak jakby odjeżdżała od niego jakaś kamera. Figurki ludzi, drzewa i góry najdalsze rozpływały się już i ginęły w mgle oddalenia. Oddalały się domy i zarysy dróg.
     A z prawej i lewej strony, na dole w pierwszym planie – jakieś wykopy, śmietniki, wysypiska. Jeszcze trochę i staną się obrazem właściwym. Tylko my dawni trwaliśmy bez zmiany, ale już śmiesznie. Nie mogłem na to pozwolić. Poparzyłem palce, wyjąłem zdjęcie i podarłem.
     – Tak to jest, jak się wywołuje na czas i po czasie – powiedział ktoś, kto patrzył mi przez ramię. – Ucieczka pejzażu.

92. TRZEPOT

     Obudził mnie we śnie trzepot. Skąd on, skoro nie ma ptaków. Próżno wytężałem oczy, ciemność całkowita, słyszałem tylko słowa towarzysza snu. Ociągał się, ale odpowiadał na pytania:
     – Trzepot? Dojdziemy i do tego. Pytaj po kolei!
     – Więc On przed stworzeniem?
     – Miał tylko sandały, by nie zranić stóp o szkło mlecznej drogi. Nicość była atramentem na poemat świata.
     – A ja?
     – Ty masz ciało i duszę, i masz tych, których utraciłeś.
     – A oni?
     – Mówią litanię imion, biją w drewniane bębny swoich trumien. Aż po kres ciała i kości.
     – A dusza?
     – Każda dusza się rozlatuje jak stado wróblików. Stąd ten nieustanny trzepot.

93. GŁUCHA JAK PIEŃ

     Uciekałem z jakiegoś piekła. Ktoś mnie ścigał, chciałem zgubić ten tupot nóg i oddech siarki. Biegłem wąwozem i nagle otworzył się widok w dolinę. Był właśnie zachód, obłoki tworzyły morza i archipelagi, a wyżej przesuwały się jak puszyści biegacze. Dołem zieleń, słychać było delikatny szmer jakiejś wody.
     Lecz przede wszystkim dobiegł mnie odgłos jakiejś przedziwnej orkiestry. Takich barw nigdy nie słyszałem. Jeszcze jeden zakręt i nagle otworzył się widok na szeroką i – zaiste – rajską dolinę. To stamtąd dobiegała muzyka i już widziałem zastępy muzyków, nad ich głowami unosiły się rytmicznie smyczki.
     Lecz instrumenty? Jakaż niespodzianka! Mówiłem sobie: to się może tylko śnić! Część muzyków miała koło siebie dziwne i śliczne zwierzęta, z puszystą sierścią. Prosiły się o dotknięcie ręki i smyczka. I muzycy wodzili smyczkami po ich grzbietach, a one różne wydobywały głosy wznosząc pyszczki ku górze. Już kochałem te psy, baranki, pantery, świstaki i foki. Muzycy, którzy nie mieli koło siebie zwierząt, przeciągali smyczkami po pniach drzew, odpowiadających im szumem i śpiewem ptaków. Lub wyciągali smyczki do góry, aby wiatr mógł o nie ocierać swe niewidzialne struny.
     – Ach, jak dobrze po piekle słuchać tej rajskiej pieśni o życiu!
     – Mylisz się, każda pieśń jest o śmierci. – powiedział Dyrygent. – To czas, brat śmierci, udziela trwania żywym nutom. Nie możesz uciekać od śmierci, nie biegnąc ku niej. Ale żyjesz, póki nie natkniesz się na wieczną pauzę. Pieśń o śmierci jest więc pieśnią życia.
     Bowiem sama śmierć przebywa w bezczasie, w piekle pozbawionym muzyki, nic nie słyszy, jest głucha jak pień.

94. MGŁA

     Przyjechali jacyś archeologowie. Kopią w piwnicy, kopią. Jeszcze trochę, a dokopią się do trupa, którego tam przed laty ukryłem. Zupełnie o tym zapomniałem. A zrobiłem to – przypominam sobie teraz jak przez mgłę – w pewnym oddaleniu od domu, za polem, we mgle. Póki słońce się nie przebije i skowronki nie zobaczą. Jedno uderzenie, i już. Winna mgła, na pewno mgła.
     Jak nie odkopią, i tak się przyznam, przecież dłużej ukrywać nie sposób.
     Już odkopali. I nagle ulga. Tak podobny do mnie? Przecież to ja – ten trup. Jednak niemiło oglądać. Zabiłem siebie i zapomniałem? Jeśli we śnie możliwe – to może i w życiu?
     Wciąż nieprzewidziane okoliczności, a kontrola żadna. Ucieczka w jawę niemożliwa, ucieczka w sen niebezpieczna. Nie wiadomo, w którą iść stronę, wszędzie mgła.

95. ŚWIST ZMARŁYCH

     Szli za pogrzebem. Swoi za swoim. Szereg długi. Wpatrywałem się, lecz nie poznawałem nikogo. Wtem jedna z postaci włożyła palce w usta i świsnęła tak, jak pastuchy potrafią świszczeć na oswajane konie. Tak, to była ona. Bardzo młodo umarła. Kochaliśmy się niegdyś, a teraz po latach wzywała mnie.
     Jak widać zmarli mają swoich żywych. Ale my też, mamy swoich żywych pośród zmarłych.
     Poznać to, gdy rozlega się świst i dziki koń w nas rwie wędzidło. Więc wbiegłem do tamtego szeregu, podała mi dłoń, a jej dotknięcie było tak czułe, jak w naszej młodości.
     I nie bałem się, że zmarła położyła na mnie rękę. Nikt nie wie, co to znaczy dla jawy? Zresztą, od snu nie ma odwołania.

96. RESURRECTURI

     Stałem w jakiejś czarnej wodzie, czarnej kałuży, w jakiejś czarnej mazi. Nie tak sobie wyobrażałem czystość szpitalnej sali. A na dodatek nie mogłem go poznać. Leżał na łóżku zbudowanym na miarę olbrzyma, a i on był szalonym, groteskowym, spuchniętym powiększeniem siebie. Poznałem z daleka, że to – on, gdyż jeszcze nie rozróżniało się proporcji. Ale z bliska już bym go nie poznał. Był nagi. Wszystko było straszne, po prostu rozkładało się, był już trupem. Brzuch wzdęty, czuło się, że za chwilę ciało odpadnie od kości. Tylko jego szept był naprawdę żywy.
     – Widzisz, jakim szczęśliwy. Tak, nie ma się co oszukiwać. Tylko moja myśl i głowa nie są jeszcze trupie. Reszta ciała już się przewciela, puchnąc przesuwa się poza krańce widzialnego świata, jak przewcielają się wszyscy resurrecturi, czyli mający zmartwychwstać w nowym żywocie. Widzisz, jak się to posuwa, za chwilę cały już będę resurrecturus. Tam są następne sale, niektórzy są już dalej posunięci w pracy przewcieleń, idź i zobacz!
     I zamilkł. Wszystko we mnie protestowało przeciw pochwale tego zniszczenia.
     – Przewcielenie, może – powiedziałem, posuwając nogę w mazi. Ale świat czułem znieważony taką pochwałą wstrętnego rozkładu, w którym ginęły barwne łąki porannej rosy i cienie drzew, i barwa obłoków o zachodzie.
     – A brzęk tysięcy pszczół jak organów w kwitnącej stuletniej lipie, czym jest?! – zapytałem.
     Uniósł głowę nieżywą, jakby słuchał. Ale to były tylko czarne muchy-trupojady, unoszące się wokół rojem.
     – Tu musi stać obok siebie setki uli!
     – Tak – powiedziałem gmerając znów nogą w mazi – jesteśmy w środku pasieki.
     Upodlony swoim kłamstwem, duchem poniżony, poczułem nagle zapach lipy, jej kwiatów przeniesionych do niezliczonych uli. Tam w złotym miodzie zmartwychwstałych. O, moje kwiaty, o, resurrecturi!
Uciekłem ze szpitalnej sali.

97. ŚNIEG

     Ach, co za zawieja, zadymka, śnieżyca, kurniawa. Bałem się ruszyć, bo ugrzęznę, zginę. Wokół śnieg, nic prócz śniegu. Biała ciemność.
     Ale coś się obok mnie zjawia, to Śniegołak, człowiek ze śniegu. Prowadzi za sobą takich jak on.
     – Nie bój się. To ja najlepiej rozwiązałem nieistnienie. Posiadam tylko formę, nie posiadam treści. A przecież wymodelowany, przypominałbym rzeźby greckie. Nie istniejąc jestem. Nie istniejąc nie stracę siebie, zginie tylko moja forma. Jak łatwo mnie odbudować! Weź ze mnie wzór!
     – Jak łatwo cię rozpuścić.
     – Bo wy wyśmialiście wszystko, sprowadzając mnie do bałwana. Spójrz! Padamy, płatki, na waszą radość, na płacz. Okryjemy wszystko jako najczystsza forma, wszechświat to forma, wszechświat to śnieg!
     My nie boimy się, że nas zasypie! Wspaniała zadymka kwietniowa, jej płaty mokre, olbrzymie, to ostatnia szansa. Śnieg nic nie zabierze, to tylko forma, najdoskonalsza. Otulamy każdą przypadkową, brzydką treść istnienia każdym pięknym płatkiem. Woda, śnieg spłakany, to nasz żal nad utratą czystości.
     I gdy tak mówił, czułem że we mnie wnika, przenika, przekonuje, usypia głębiej jeszcze, czyni ze mnie formę zamarzniętą tego, co resztką ciepła i myśli kołatało się już tylko wokół mego serca. Poczułem strach straszny, a wtedy obudziłem się do większej jawy, ujrzałem swoje wciąż jeszcze nierozpuszczalne ręce, dorzuciłem drew do gasnącego ogniska.
     Śnieg ustawał, serce biło mi ze strachu, prawdziwe, nie przeszczep z lodu.

98. WE ŚNIE MOŻE ISTNIEĆ

     Byłem wtedy nieobecny, więc wszystko inaczej mi się śni.
     Co moja Niania, trzyma w rękach? Odłożyła święty obrazek, odłożyła krzyżyk. Trzyma fotografię, z której patrzy ona, młoda, i my obok niej, dzieci, i przekłada ją z ręki prawej do lewej i z lewej do prawej. Przekładając spogląda na zdjęcie przez półprzymknięte oczy. Woli obrazek ode mnie, żywego? Ale ona na nas, na miłość swoją spogląda, to jest jej święty obrazek, jej krzyżyk. Nie chce patrzyć na moje, siwe już włosy.
     – Młodzi jesteśmy. To dobrze, bo jakby tam, potem, też śmierć była?! A tak, dużo jeszcze czasu! Zresztą, nie rozchodzi się o mnie – mówi Niania cicho. I na zawsze zasypia.
     Chcę ją wyprowadzić z błędu, zbudzić z maligny, ale zjawia się brat i zatrzymuje mnie:
     – Nie budź jej, to zbyt okrutne. Popatrz, jaka szczęśliwa!– I jak uderzony nagłym obrazem, dodaje: – Spójrz, we śnie idzie z nami na spacer, niesiemy sersa i kijki, a tamten nasz brat umarły podrzuca piłkę. Może jeszcze zdążymy z nim porozmawiać.
     Chcę i ja spojrzeć, dałbym wszystko za tę chwilę rozmowy, ale nic nie widzę, oczy zachodzą mi łzami. Przecieram je, mrużę od blasku. Ale nagle robi się ciemno, w płaczu usypiam, a gdy się budzę, jestem sam. I jej już nie ma. Wiem, że gdybym się obudził naprawdę, zobaczyłbym nasze wspólne zdjęcie, które kiedyś z jej rąk gasnących jak listek wyschnięty się wysunęło. I jakoś bym się uspokoił. Ale teraz ja mówię sobie cicho: – Nie rozchodzi się o mnie. Nie budzić się. We śnie Ona – może jeszcze istnieć.

99. SAMOBÓJSTWO DUSZY?

     Śni mi się ciemność, ciemność i ciemność. Lęk straszny, bo ciemność pozbawiła mnie ciała, jest tylko myśl. Spadanie myśli w tej ciemności, co będzie jak ona o dno ciemności się roztrzaska? Nie, nic mi się nie śni, ciemność nie jest snem. Może mnie już nie ma, może umarłem we śnie, a myśl właśnie zapada się w nicość?
     Ale zarazem jakby ktoś szeptał do mnie: – To jest wieczne istnienie. Nie widzisz, nie czujesz, bo twoje dawne zmysły są nieprzydatne, pozostaje tylko „jestem”w ciemności. Zmartwychwstania są rzadkie i chwilowe. Jeśli Bóg dozwoli, będziesz grać w serso, maleńki, ze swoimi braćmi, póki lekkie obręcze nie napełnią ci ramienia. Potem znów będziesz spadał w ciemności. Z drugiej nicości obudzisz się nocą, o której upewni cię krzyk sowy, leżąc na wznak spojrzysz w miliony gwiazd. Pies wierny, którego kości rozpadły się dawno, obwącha cię cicho i położy się obok. Dotkniesz go rękę i łza potoczy ci się po policzku. A z trzeciej nicości obudzi cię budzik głośny i usłyszysz jak wszyscy, wszyscy twoi, śpiący obok, budzą się, nowy dzień się zaczyna! Będziesz jeszcze chwilę łkał, że żyją, zapadając w ostatnią nicość, w której nie ma już myśli i z której nie ma już powrotu.
     – Ja bardzo chcę grać w serso!
     – A jeśli młot ciemności roztrzaska cię w nic, ale powoła jednak do nowego wspaniałego istnienia? W tym bycie nic już twojego i dawnego nie będzie... Ale nie popadniesz w nicość, istnieć będziesz! Zgoda?
     – Nie, proszę, nie! Chcieć tego, to świadome samobójstwo duszy. Nicości, czyń swoje!

100. DZIKIE GĘSI

     Śni mi się ziemia jako wielka góra. Stoję na dole patrząc na szczyt – niedosiężny. Bo przecież nie tam naprawdę zmierzamy, lecz do wnętrza ziemi-góry. Kopiemy sobie malutkie jaskinie i tam zostajemy na zawsze.
     Zaś niebem płynie „klin”, klucz dzikich gęsi, ma ze sto, ze dwieście metrów, a obok niego płyną małe kliny, ptaki zmieniają się w locie. Płynie niebem ogromny cichy zastęp, uporządkowany wyższym porządkiem ptaków, ponade mną, ponad porządkiem ludzkim. Cicho, szybko. Jakże prędko się oddala.
     Za nim chmurki zbijają się w kliny, jak pierzaste strzały. Suną za ptakami, wyżej, wyżej.
     Chciałbym i ja wzlecieć, chcę dążyć na szczyty, nie do wnętrza ziemi. Ale stoję, jak przykuty.
     – Głupiś, po co to wszystko śnić, to jest prawdą.
     – Trzeba śnić. Trzeba prawdy po wielokroć. Tylko sen otwiera rzeczywistość, bez niego jawa składa się z samych słów. A słowa, jak cienie, znikają, gdy nastaje ciemność.
     Wtedy dusze, jak dzikie gęsi, muszą odlecieć z pieczary.