To straszne istnienie
11.12.2005
TO STRASZNE ISTNIENIE1

Mdłości, to pierwsza i kto wie, czy nie najciekawsza powieść Jean Paul Sartre’a, na pewno jedna z klasycznych powieści XX wieku (ukazała się u Gallimarda w 1938 roku). Z kilku poziomów tekstu, najważniejszy dotyczy odkrycia przez bohatera straszności istnienia jako podstawowej cechy człowieka. Straszny jest sam fakt istnienia, sama świadomość bytu, jeśli dojrzy to i odkryje jednostka. Zaś nieodłącznym odczuciem, jakie temu towarzyszy, są Mdłości. Antoine Roquentin po to właśnie postanawia pisać swój dziennik, by utrwalić i ujrzeć wyraźniej tę nową świadomość bytu.

Mdłości to świadoma kreacja prozy, w której elementy akcji realistycznej służą jednocześnie stworzeniu „opowieści” filozoficznej. Określa ją, jeśli spojrzeć uważnie, jedność czasu, miejsca i akcji. Zapiski dziennika Antoine Roquentina zaczynają się na kilka dni przed 29 stycznia i trwają do 23 lutego, tego samego 1932 roku. Jeden miesiąc. To jedność czasu, której towarzyszy jedność miejsca: miasto Bouville (epizod paryski ma tę jedność miejsca jedynie uwydatnić) i jedność akcji. Dotyczy ona przede wszystkim doznawanego przez bohatera uczucia Mdłości, jego analiza filozoficzna i w pewnym sensie próba zmierzenia się z tym niepokojącym zjawiskiem.

Opis bytu człowieka, faktu istnienia, miał zresztą kontynuować Sartre i później, a rozważana przez niego filozofia egzystencji przeszła do historii literatury i filozofii europejskiej pod nazwą sartre’owskiego egzystencjalizmu. W Mdłościach istnieją już nie tylko pierwsze formuły tego egzystencjalizmu, ale także zalążki przewartościowań, których miał dokonać. Przy pozornej lekkości książka jest gęsta od problematyki. Te narodziny postawy egzystencjalistycznej w literaturze XX wieku ukazywały się jako nowe odkrycie. Opinia pomijała raczej wielkich, bliższych i dalszych, antenatów literackich i filozoficznych i wiązała egzystencjalizm przede wszystkim z nazwiskiem Sartre’a. Wybuchło to na dobre zresztą trochę później, po wydaniu przez niego opasłego filozoficznego tomu Byt i nicość (L’Etre et le Néant, 1943), a utrwaliło się naprawdę w pierwszych latach powojennych, pod wpływem także innych książek Sartre’a. Na tę egzystencjalistyczną formację Sartre’a na pewno wpłynęły studia filozoficzne pisarza w Niemczech na początku lat trzydziestych, gdzie poznawał Husserla i Heideggera.

Żeby ukazać w powieści tę podstawową straszność ludzkiego bytu jako rzecz oczywistą, samą w sobie, Sartre musiał uniezależnić swojego bohatera od wszystkiego, co potocznie zwiemy grozą życia. Nie przeżywa on więc okropności historii, tragicznego splotu wypadków, nie dosięga go jakieś fatalne przeznaczenie. Bohater Sartre’a jest postacią zgoła przeciętną, banalną. Antoine Roquentin to młody jeszcze, samotny człowiek, bez kłopotów materialnych, żyjący z kapitału, po studiach (może kończył jak sam Sartre paryską Ecole Normale kierunku humanistycznego, oddaje się bowiem pisaniu historycznej monografii markiza de Rollebon, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku). Aktualne życie Roquentina, które ukazuje w swoim dzienniku, to jakby synekura po burzliwym okresie, wypełnionym latami podróży i przygód w krajach egzotycznych. Gdy ocenił takie życie negatywnie, powrócił do Francji z Sajgonu. Jest to także synekura, co prawda przymusowa, od kłopotów uczuciowych z aktorką Anny, pod której dyktando uprawiał w ich związku trudną sztukę odnajdywania i kreowania „sytuacji uprzywilejowanych”, prowadzących do „chwil doskonałych”.

Roquentin jest silnym mężczyzną około trzydziestki. Jego burzliwych psychicznych przeżyć, określonych Mdłościami, nie można więc także przypisać psychologii pierwszej młodości, znanej u nas jako przeżycia Kordianów i Gustawów, okresowi „Sturm und Drang”, żeby użyć niemieckiej terminologii romantycznej, od której bohater właśnie się odżegnuje. Na tę psychologię romantyczną Roquentin jest już właściwie za stary. Nie mieści się w romantycznej typologii klęsk bohatera, stworzonej przez George Sand. Ani to przecież Werter Goethego, czyli konflikt twórczych możliwości blokowanych przez otoczenie (Roquentin myśli o Werterze jak najgorzej: „Idioci wyobrażają sobie, że ich cierpienia stają się muzyką, jak cierpienia młodego Wertera”.), ani to René Chateaubrianda, czyli własne kłopoty z realizacją talentu, ani wreszcie Oberman Senancoura, czyli cierpienie z powodu pragnień twórczych i jednocześnie całkowitego braku talentu. Rezygnując z wszelkich osobistych aspiracji – Roquentin nie ma chęci wyróżnienia się. Nie chce się wspinać po drabinie społecznej jak Julian Sorel w Czerwonym i czarnym Stendhala. Odrzuca całe otaczające go społeczeństwo i jego struktury.

Mdłości przynoszą krytykę pewnych postaw intelektualnych i filozoficznych, ale także krytykę pewnego typu prozy. Nie jest to książka, w której chodzi o odtworzenie prawdy historycznej. To, jak udowadnia Roquentin, porzucając pisanie książki o markizie de Rollebon, jest niemożliwe. Nie jest to także powieść akcji opowiadająca zdarzenia. Wypadki przeszłości, podobnie jak opowiadanie przygody, dane są w pewnym fałszu, którym jest ich znajomość. Nie byłby to już czas otwarty ku niewiadomej, jest to zamknięty czas wiedzy. W tym znaczeniu wszelka relacja o przeszłym życiu, nie opowiada o dzianiu się, jest to opowieść historyczna i jako taka chybiona. Nie znaczy to, że Mdłości nie dzieją się mimo wszystko w czasie historycznym, konkretnym. Ale Sartre’a interesuje stosunek między człowiekiem a filozoficznym znaczeniem życia, nie jakieś tło historyczne. Mdłości opowiadają przygodę filozoficzną: jak odczuwa siebie człowiek i jak dany mu jest świat.
Fikcją wydaje się dla Sartre’a przekonanie, że możemy istnieć także w żywym świecie sztuki:

Istniał jak tylu innych ludzi w świecie parków, barów, miast handlowych, a chciał sobie wmówić, że żyje gdzie indziej, w świecie znajdującym się po drugiej stronie obrazów z dożami Tintoretta, z dzielnymi Florentyńczykami Gozzoli, poza stronicami książek z Fabrycym del Dongo i Julianem Sorelem, poza płytami patefonu z przeciągłymi skargami jazzu.

Tradycyjny świat sztuki nie może już oddać prawdy, o którą chodzi pisarzowi. Dla tej nowej problematyki Sartre poszukuje nowego typu prozy. Jeśli Mdłości były opozycyjne wobec prozy historycznej, to także wobec prozy psychologicznego wnętrza, tradycji Marcela Prousta. Widać to także w późniejszych formułach Sartre’owskich. Już po wojnie pisał w Situations: „...jeśli kochamy kobietę, to dlatego, że jest pociągająca. Oto wyswobodzenie od Prousta [...] ponieważ ostatecznie wszystko jest na zewnątrz, wszystko, z nami włącznie: na zewnątrz, w świecie, pomiędzy ludźmi”. Świadomość może istnieć tylko wobec sytuacji świata.

W jaki sposób wiążą się poglądy autora z samą formą tej prozy? Jest to przecież powieść wychodząca od tezy, ale jednocześnie jakby konstruująca dowód tej tezy. Do notowania „nieskażonych” przebiegów myśli i spostrzeżeń posłuży forma dziennika, a w jego obrębie także forma monologu wewnętrznego jako potoku myśli, znana pisarzowi z opowiadania Dujardina Wawrzyny już ścięto, a przede wszystkim z Ulissesa Jamesa Joyce’a. Chodzi tu o wydobycie i ukazanie nieprzerwanej ciągłości myślenia, dziejącej się nawet za cenę nieciągłości treściowej. Szuka Sartre struktury procesu psychicznego jako zasady ciągłej taśmy i nieciągłego montażu. To sformułowanie godzi się zresztą z analogiami, jakie ciągle jeszcze w tamtym czasie odkrywali pisarze między myśleniem a kinem. Zarazem jednak Sartre nie stroni od tradycyjnego zgoła opisu czy dialogu. Zamieszczony – „prowokacyjnie” jakby – fragment Eugenii Grandet Balzaca nie odbija tak bardzo od niektórych partii powieści.

Jako powieść z tezą odznaczają się jednocześnie Mdłości dużą przejrzystością. Postaci zdają się chwilami alegorycznym prawie uosobieniem postaw, a na czołach mają wypisaną swoją świadomość. To nie Balzac, ani Stendhal, trochę to ludzie, trochę filozoficzne marionetki. Kiedy później, pisząc o Camusie, Sartre użyje określenia „powiastka filozoficzna”, będzie na pewno szukał echa własnych prób. Zresztą określenie to pojawia się już w tekście Mdłości, kiedy Roquentin rozważa ewentualny nowy model swego życia, tworzenie nowego typu sztuki, nie usiłującej odwzorowywać realistycznie świata:

To mogłoby nawet stać się powiastką [apoloque]: był kiedyś biedny facet, który pomylił światy.

Cała akcja powieści dzieje się w fikcyjnym, portowym mieście Bouville (przypominającym atmosferą nadatlantycki Le Havre, gdzie Sartre uczył w liceum, w czasie dziania się powieści, i może Rouen, gdzie uczyła partnerka Sartre’a Simone de Beauvoir). W czasie pobytu w Bouville następuje pierwszy atak metafizycznej „choroby” Roquentina, a następnie dalsze przeżywanie tego, co nazwał Mdłościami. Takie właśnie uczucie towarzyszy odkryciu, że świadomość człowieka będąc czymś zupełnie odrębnym od reszty rzeczywistości, jednocześnie skazana jest na rzeczywistość znajdującą się poza nią, nie może istnieć sama dla siebie, może być tylko świadomością wciąż odnajdującą się – wobec panoszącego się wszędzie bytu:

Wszystko było pełne, wszystko w działaniu, nie było miejsc nie akcentowanych, wszystko, nawet najbardziej niedostrzegalne wstrząśnienie, było uczynione z istnienia. I te wszystkie istnienia krzątające się wokół drzewa nie przychodziły znikąd i nie podążały donikąd. Nagle istniały i nagłe już nie istniały: istnienie nie posiada pamięci; ze zniknionych nie zachowuje nic – nawet wspomnienia. Istnienie wszędzie, w nieskończoność, zbytecznie, zawsze i wszędzie; istnienie – ograniczone zawsze tylko istnieniem. Siedziałem bezwładnie na ławce oszołomiony, ogłuszony tą profuzją bytów bez początku: wszędzie rozwijanie się, rozkwity, uszy moje brzęczały istnieniem, nawet moja skóra dygotała i otwierała się, oddawała się powszechnemu pączkowaniu, to było odrażające.

Człowiek, widziany jako byt osobny, nie może się jednak wyzwolić od zewnętrznej rzeczywistości. To istnienie zewnętrzne rzeczy (określi je Sartre później jako byty „en-soi”), widziane przez psychikę (byt „pour-soi”), konstytuuje jednostkę, obdarzoną wolnością. Jesteśmy poza formułą Kartezjusza: „Cogito ergo sum”, prawdą jest to, co mówił Husserl – że świadomość jest zawsze świadomością jakiejś rzeczy („an die Sache selbst”). Jest więc odwrotnie: „Sum ergo cogito”. Tyle że ten świat, którego nie możemy się pozbyć, jeśli istniejemy, jest straszny i obcy, jawi się jako niepotrzebny i zbędny. Istnieje jako prawda doświadczona, bo bez świata świadomość nie istnieje (słynna późniejsza formuła Sartre’a: „istnienie poprzedza esencję” – „l’existence précede l’essence”).

Roquentin, uświadamiając sobie to wszystko (terminy ściśle filozoficzne czerpię tu z późniejszych wypowiedzi Sartre’a), przeżywa na tym tle różne fantazmaty. Potok świadomości Roquentina ma często charakter kreacjonistyczny, bliski tyleż naturalizmowi, co fantastyce. To skojarzenia pobudzonej, często prawie paranoicznej wyobraźni, uciekającej od rzeczy i nie mogącej się od nich wyzwolić. Tuż nad Europą wisi widmo drugiej wojny światowej, ale dla Roquentina potwór czai się jedynie pod powierzchnią zwykłej egzystencji:

„A p o d wodą? Nie zastanowiłeś się nad tym, co może być p o d wodą?”

Jakiś zwierz? Wielka skorupa do połowy zagłębiona w szlamie? Dwanaście łap gmerających powoli w mule. Od czasu do czasu zwierzę trochę się unosi. W głębi wody. Zbliżyłem się, śledząc, czy nie zobaczę poruszenia, słabego falowania. Ale korek tkwił nieporuszony wśród czarnych drobin.

Bohater nie posądza się o atak histerii, obłąkania czy psychozy, realna rzeczywistości nie zostaje bowiem w żadnym stopniu zatarta, a nawet realność ta uległa wyolbrzymieniu. Nie jest to także, jak zauważyliśmy, reakcja na grozę życia (w życiu bohatera nie zachodzi bowiem nic groźnego) ani atak depresji, lecz permanentny stan nowego i utrwalającego się w bohaterze poznania. Roquentin nie sądzi, by przeżywał katastrofę jednostkową, z której wyjściem mogłoby być samobójstwo:

Marzyłem niejasno o zgładzeniu siebie, aby unicestwić jedno przynajmniej z tych przesadnych istnień. Ale nawet moja śmierć byłaby zbyteczna. Mój zbyteczny trup, moja krew na tych kamieniach, pomiędzy tymi roślinami, w głębi tego uśmiechniętego parku.

Zbędność istnienia jest dana wszystkim, raz na zawsze. Nie da się jej uniknąć. Z samobójstwa nic nie wynika, poza usunięciem jednego zbędnego istnienia. Roquentin nie jest prześladowany przez nicość (byłaby wybawieniem), lecz przez wypełniające wszystko istnienie. Nie posiada ono uzasadnienia, jest to rozpaczliwy brak sensu. Jednocześnie Roquentin życzyłby sobie posiadania tego sensu, który istnieje być może w twórczości oderwanej od życia. Mówią o tym końcowe fragmenty powieści.

Świadomość istnienia zbędnego i fatalnego pojawia się zresztą u bohatera w trakcie unieważniania dotychczasowych sposobów na znajdowanie sensu życia. Został podważony uwznioślający życie mit przygód, które bohater przeżywał – jak mu się zdawało – podczas swoich podróży w egzotycznych krajach. Poczucie przygody okazało się tylko rekonstrukcyjnym zabiegiem narzuconym ex post na wydarzenia. Naprawdę były to wydarzenia, uzyskujące rangę przygody dopiero, gdy były oceniane z perspektywy sfałszowanej w ten sposób przeszłości.

Podobnie, podczas krótkiej podróży do Paryża i spotkaniu po latach z Anny, Roquentin dowiaduje się, że upadł jej mit nadawania sensu życiu poprzez kreowanie i wybór momentów uprzywilejowanych i chwil doskonałych. Realizowała to wraz z Antoinem. Mit Anny i mit przygody Antoine’a miały zresztą pewne cechy wspólne. Nic to innego niż mit sacrum, chwili sacrum w życiu, a więc wyższego sensu. Sytuacje uprzywilejowane to zdarzenia niezwykłe, doskonałe, nacechowane nieprzeciętną jakością. Anny obrazowo ukazuje, jak wywiodła tę filozofię z dziecinnego przeżywania wyróżnionych ilustracji w Historii Francji Micheleta (przez ten symbol ukazuje Sartre zresztą swoją krytykę rozumienia czasu historycznego). Te spokrewnione zachowania mityczne Antoine’a i Anny zostają zdemaskowane, dokonuje się intelektualne niszczenie sacrum, jako mitu pustego. Kończy się teatralizacja życia. Kiedy pojawia się ta nowa świadomość, gdy Anny traci z oczu swój cel, może tylko powiedzieć: „Skończyłam się”. Zaś Roquentin musi przerwać pisanie swej książki o markizie de Rollebon. Kończy swój pobyt w Bouville, gdzie studiował w archiwum źródła odnoszące się do życia markiza.

Jest to tylko krańcowe wyciągnięcie wniosków z desakralizacji rzeczywistości. Nie można odczuwać przygody, nie ma momentów uprzywilejowanych i nie można przeżyć chwili doskonałej. Istnienie samo w sobie nie posiada „czasów słabych”, ale – nie może wtedy posiadać także „czasów mocnych”. Prawdziwie ujrzany i przeżywany czas byłby więc bezustannym odkryciem obcości życia i odczuwania Mdłości. To nużąca monotonia obcości bez wyrazu. Nie jest to, jak u Brechta efekt obcości, jako wynik artystycznego dystansu. Mdłości to nowa nazwa dla uczucia, które znał już zresztą Baudelaire: jako Ennui – Nudę, coś nie do zniesienia. Rzeczy istniejące, zewnętrzne, uważał za obce. Dlatego pisał: „Wolę potwory mojej fantazji niż rzeczywistość” (Salon paryski).

Literatura francuska przymierzała się przecież od zawsze do tych problemów. Pascal mniemał jeszcze, że „człowiek jest w naturze środkiem pomiędzy wszystkim i niczym” (L’homme dans la nature est un milieu entre rien et tout). Ale Roquentin wyznaje: „Zrozumiałem, że nie ma środka pomiędzy nieistnieniem, a tą omdlałą obfitością”. Na początku tamtego stulecia istnienie jednostki próbował uzasadnić w krańcowym już, zdawałoby się, geście – Lafcadio z Lochów Watykanu André Gide’a, przez czyn „bezinteresowny”, zabójstwo bez celu, acte gratuit. Ta zbrodnia poczęta była może z ducha filozofii Markiza de Sade – krańcowej wolności bezcelowego czynienia zła, jakby przeciw istnieniu, które jest złe. Czyn „bezinteresowny” wymykałby się prawu przyczynowości, a więc nie należałby do natury, nie byłby też gestem przypadku. Ale Roquentin wie, że istnienie nie jest złe, jest bezcelowe, jest wielkim kosmicznym czynem bez celu, kosmicznym acte gratuit. Na cóż więc zdałoby się powtarzać ten gest w zmniejszonej skali? Owszem, jest w Mdłościach taki pomniejszony, celowo śmieszny acte gratuit, kiedy Roquentin w restauracji zabija muchę. Bezpłatny i darowany czyn staje się tu jednak czymś innym – rodzajem eutanazji. Mucha zresztą nie wie o swojej zbędności, o istnieniu zbytecznym, bezcelowym, o konieczności wyzwolenia istnienia od istnienia. To śmieszny akt dobroczynny, filantropijny. Przez „ukosmicznienie” problemu gratuité – czegoś bezzasadnego, Sartre unieważnia czyn Lafcadia – wszystko jest absurdem. To całego istnienia nie można wywnioskować, uzasadnić. Wszystko jest bezzasadne. Jeśli tak, to żadne działanie tego nie zmieni.

Jest w Mdłościach jeszcze jeden bohater, uważany zresztą przez Roquentina w pewnym sensie za pokrewną, nieszczęśliwą istotę. To Samouk, który kształci się, aby „nic, co ludzkie, nie było mu obce”, i w tym celu czyta książki w miejskiej bibliotece, pracowicie, w ciągu wielu lat, w porządku alfabetycznym. Poczynając od litery „A”, czyta wszystko, po kolei. Bez wyboru. Żyje złudzeniem ogólnikowego humanizmu i mitem kultury, polegającym na kulturze jako wiedzy (ideał pozytywistyczny). I to wiedzy jako inwentarzu. Wiedza jest tu koroną świadomego człowieczeństwa. Tak ujrzana wiedza miała być siłą integracyjną ludzkości. To – wiem wszystko o wszystkich – byłoby humanistycznym gwarantem porozumienia. Samouk reprezentuje niewątpliwie mit wiedzy pozytywistycznej, tak silnie skojarzonej z określoną formacją mieszczaństwa, krytykowaną w Mdłościach. Ta wiedza oparta jest na niewzruszonych podstawach przyrodniczych, niezmiennej natury. To mit klasyfikacji, mit każdego dzieciństwa, mit encyklopedii Larousse’a we wspomnieniach o dzieciństwie samego Sartre’a. Ta niezmienność zostanie jednak przez Roquentina zakwestionowana.

Taki humanizm – jak sądzi Roquentin – mieści w sobie wszystkie sprzeczne tendencje na zasadzie magazynu, biblioteki, bezużytecznego składu. Że biblioteka jest źle dobrana czy niekompletna, to Samoukowi nie przyszłoby do głowy. Jest to właściwie podobny model, na którym chce sprawdzić później sprzeczności kosmosu i kultury Jorge Luis Borges w noweli Biblioteka Babel. Widzenie kultury Samouka polega na wiedzy i klasyfikacji (wierzył, że prawdziwe są tylko te myśli, które już wypowiedziano i stanowią ogólną własność – zapisuje więc maksymy!). Mit Samouka zostaje żałośnie rozbity. Nawet pojmowanie sztuki jawi się dla niego tylko jako pewien rodzaj wiedzy. Choć nie radzi sobie z faktem, że jego wrażliwość i wykształcenie pozostawiają go niemym wobec dzieł sztuki. Na domiar jego własna natura homoseksualna stawia go w konflikcie ze społecznymi normami (tragiczna i groteskowa scena z młodymi chłopcami w bibliotece). Ponieważ dzieło Sartre’a nosi silną cechę „wariantowości”– w późniejszym okresie Sartre będzie pragnął pogodzić się z pojęciem humanizmu. W roku 1946 zatytułował swoje dziełko filozoficzne: Egzystencjalizm jest humanizmem (L’Existentialisme est un humanisme). Podstawą jednak tego pojęcia humanizmu będzie ludzka wolność i odpowiedzialność, skoro nie ma wyższego Istnienia.

Po cóż jednak Sartre pod koniec lat trzydziestych wyciąga z szafy szkielet pozytywizmu, by go przeklinać? Gdyż wierzy w nowy renesans filozoficznego myślenia, wyprowadzony także z filozofii Edmunda Husserla. Fenomenologiczna intuicja „oczywistości”, prostego „uchwytu” zjawiska, powrotu do prostej „rzeczy samej”, leży przecież także u podstaw odkrycia Roquentina. Oczywiście, „psychiki w świecie” Sartre nie wymyślił. Wyszedł od zasady „intencjonalności” psychiki u Husserla, ojca fenomenologii, od tego, że – przypomnijmy –„każda świadomość jest świadomością jakiejś rzeczy”. Tylko że wyprowadził z tego wnioski o bezsensie całego człowieka istniejącego w kosmosie (tę niezależną od nas sytuację Martin Heidegger nazywa „wrzuceniem w świat”). Wnioski ogólne Roquentina wynikają z procesu laboratoryjnego: „Trzeba powiedzieć, jak widzę stół, ulicę ludzi, paczkę tytoniu...”. Tak się miał zacząć system. Powołajmy się znów na późniejszy tekst eseistyczny Sartre’a: „Przede wszystkim trzeba powrócić do tej naiwnej postawy, drogiej wszystkim radykalizmom filozoficznym: Kartezjuszowi, Bergsonowi, Husserlowi: «Udajmy, że nic nie wiem.»”...

Jeśli więc filozofia, to w nowym wydaniu, odkrywająca przeraźliwą prawdę i odczucie metafizyczne, których klasyczny pozytywizm nie znał, traktując życie z dobrodziejstwem inwentarza. Przed Roquentinem otwiera się właściwie ta sama próżnia, którą znali mistycy, tyle że ta dwudziestowieczna sartre’owska próżnia byłaby zdziwiona, gdyby mówić o mistycyzmie... Bo nie jest to próżnia świata, rzeczy. Jest to psychika w wypełnionym bytem świecie, odczuwająca jego bezsensowne istnienie.

Wszystko to wiąże się jakoś z odrzuceniem przez Roquentina otaczającego go społeczeństwa burżuazyjnego. Doznania i refleksje na temat socjety swojego miasta podczas niedzielnych spacerów, odwiedzin kawiarni i miejskiego muzeum, gdzie Roquentin przygląda się portretom osobistości z historii Bouville (to jakby negatyw doznań doskonałych ilustracji z historii Micheleta) nie są zachęcające; to obraz wypolerowanej degradacji. Mamy więc w Mdłościach także studium socjologiczne o zacięciu antyburżuazyjnym. Oglądając w muzeum portrety mieszczańskich budowniczych Bouville (postawili katedrę burząc zapewne domy prostych ludzi – „mieszkańców odsunięto stanowczo”), Roquentin przeprowadza krytykę świadomości i etyki świata burżuazyjnego. Okaże się to zresztą ważne w późniejszym myśleniu Sartre’a. Ci mieszczanie nie zdają sobie także sprawy z charakteru egzystencji, odkrytego przez bohatera, żyją więc mitami codzienności zafałszowanej, co jeszcze pogłębia okrutny obraz życia.

Można odnosić Mdłości do dzieł literackich, pojawiających się w tym samym czasie i zestawiać z później już rozwiniętymi pojęciami. Napisane są przecież na fali rosnącej popularności prozy otwierającej się wyraźnie w wymiar filozoficzny. W pierwszym okresie swojej twórczości Sartre pozostawał w bliskim kontakcie z innym przedstawicielem nowego życia literackiego – Albertem Camus. Ten kontakt przerodzi się później w otwarty i uzewnętrzniany publicystycznie spór, powodowany nie tylko inną filozofią spojrzenia na życie, ale także innym stosunkiem obu pisarzy do politycznych i ideowych problemów współczesnego świata, zwłaszcza do sowieckiego komunizmu.

Daje do myślenia porównanie Mdłości z wydaną kilka lat później powieścią Alberta Camus Obcy (L’Etranger, 1942). Być może w zamiarze pisarskim Camusa istniało nawet jakieś odniesienie do powieści Sartre’a. Kiedy odczytuję te powieści, jeszcze nie poprzez ich filozoficzną problematykę, lecz w aurze obrazów, widzę bohatera Obcego, Mersaulta, w Algierze, idącego brzegiem oślepiającego blaskiem morza południowego – i Antoine Roquentina również mieszkańca nadmorskiego miasta, przechadzającego się jednak nad zimnym, zamglonym Atlantykiem (na domiar akcja Mdłości dzieje się w zimie). Dostrzegamy analogie, ale i przeciwieństwa.

Widzę dwu ludzi kultury łacińskiej, dwóch „Rzymian”, z których jeden osiadł gdzieś za Kartaginą, na słonecznym brzegu Afryki, drugi na krańcach Galii, gdzie sięgają rzymskie drogi, może w Le Havre, może w Rouen. Jak reagowaliby ci ludzie ze środka imperium, z centrum myśli śródziemnomorskiej – rzuceni na krańce? Jeden w mgłę i surowość północy, wydany wodzie, drugi rzucony w ogień południa? Mitologia śródziemnomorska zna te dwa niebezpieczeństwa jako archetypy. To Ikar i Faeton zgubieni przez słońce, to Deucalion i Pyrra zagrożeni żywiołem wody, który pochłonął resztę żyjących. Te archetypy przypomniał T. S. Eliot w Ziemi jałowej (1923): to pustynia i „śmierć w wodzie”, pustynia i Tamiza. U Sartre’a i Camusa te dwa wspomniane wyżej krańce geograficzne są wariantami postaw, związanymi z metafizyczną wyprawą duchową, podbojem nowych terenów filozoficznych i literackich, jeśli porzucić względnie umiarkowane okolice klasycznej, rzymskiej harmonii śródziemnomorskiej.

Obie powieści uruchamiają pewne zasadnicze pojęcie, kluczowe dla autorów, choć nie będzie ono znaczyć tego samego. Po opisaniu u bohatera napadu Mdłości Sartre odnajduje pojęcie absurdu:

W tej chwili pod moim piórem rodzi się słowo Absurdalność; przed chwilą, w ogrodzie, nie odkryłem go jeszcze, ale nie szukałem go przecież, nie potrzebowałem go: myślałem bez słów o rzeczach, z rzeczami. Absurd nie był pojęciem w mojej głowie, ani tchnieniem głosu, ale tym długim martwym wężem u moich stóp, drewnianym wężem. Wąż czy pazur, czy korzeń, czy sępi szpon, nieważne. I nie formułując niczego wyraźnie, zrozumiałem, że odnalazłem klucz Istnienia, klucz do moich Mdłości, do mego własnego życia.

W jakimś sensie pojęcie absurdu jest także podstawowe w stosunku do bohatera Obcego. Choć nie występuje bezpośrednio ani w myśleniu Mersaulta, ani w jego opisie Ten bohater nie byłby nawet zdolny do takiego sformułowania. Słowo absurd zdaje się natomiast dobrze oddawać całość opisanych życiowych wydarzeń, tak jak przeżywał je bohater, w zestawieniu zwłaszcza z narzuconą na te wydarzenia, na ocenę psychiki i charakteru Mersaulta logiką Chodzi o błędną ocenę czynu Mersaulta w analizach procesu sądowego. Będzie tak postępował nie tylko prokurator, ale nawet obrońca.
I życie Mersaulta, i zabicie przez niego Araba na plaży, w gruncie rzeczy niezamierzone i przypadkowe, uzyskały fałszywą logikę rzekomo świadomego postępowania w schematycznej ocenie postępowania sądowego. W rezultacie Mersault zostaje skazany na karę śmierci. Przeżycia psychologiczne oskarżonego ani bieg wypadków, w które został wplątany i które wywoływał, nie miały przypisywanego im charakteru i powiązań. Nie stanowiły ciągu wiodącego nieuchronnie do zbrodni, ani cech premedytacji. Rzeczywisty porządek przeżyć Mersaulta i ich konsekwencje stanowiły właśnie absurdalną i przypadkową nieciągłość. Mersault nie rozumiał więc logiki tej zbiorowości, która skazała go na śmierć.

Prawdomówna i autentyczna, choć nieporadna argumentacja Mersaulta przedstawiała to tragiczne zdarzenie jako coś, co stało się jakby poza jego wolą, w wyniku swoistej halucynacji. Nie rozumiał nawet, dlaczego go nie rozumieją. To prawda, że Mersault także wcześniej oddzielony był od społeczeństwa apatyczną jakby obojętnością i obcością Nie był to jednak system, jak u Roquentina, lecz właściwy mu swoisty autentyzm. W ten sposób, inaczej niż u Sartre’a, u Camusa absurd jawi się jako chaos ludzkich przeżyć, ludzkiej psychiki i interakcji tak uformowanej jednostki ze skonstruowanym światem społecznych zasad i uprzedzeń. Widać to tym silniej, im bardziej bohater szukający prawdy nie usiłuje stworzyć takich przesłanek, które mogłyby w oczach sądu stanowić okoliczności łagodzące. Zasadnicze okoliczności łagodzące istnieją, ale są nie do pojęcia dla aparatu sądowego. Chodzi właśnie o tę nieciągłość, przypadkowość bytu, rodzaj oszołomienia żarem i oślepienia słońcem, które sprawiły, że bezmyślnie nacisnął palcem cyngiel rewolweru. Absurd nie jest tu więc jakąś zrozumiałą logicznie ontologią bytu, metafizyczną zasadą świata, jak dla Roquentina, lecz wynika z nieprzystosowania jednostki do zetknięcia się z realnym światem. Oczywiście, natura życia zaskakuje nas albo też człowiek może nagle odłączyć się, przestać rozumieć. Wtedy zjawia się obcość, nie do zniesienia, jak żar słońca, jak zalewający oczy słony pot, negatywna wartość, nie rzeźwość, lecz sól. To „słońce” nie neguje jednak dla Mersaulta wartości doznań świata, jak czyniły to „mdłości” dla Roquentina. Dla Mersaulta istnienie jest odpychające tylko w buncie ciała przeciw słońcu (to także symbol niszczący dla Orientu), a absurdalne wobec śmierci i wobec braku uzasadnień, tak śmierci, jak i życia.

Właśnie w zestawieniu z Obcym tak dobrze widać charakter tej pierwszej powieści Sartre’a, gdy chodzi o ogólne odczucie życia. I słusznie chyba widział to Sartre pisząc o bohaterze Obcego: „Pozostaje spokojny wśród bezładu; uparte zaślepienie natury drażni go bez wątpienia, lecz i upewnia, jego irracjonalność jest tylko negatywem: człowiek absurdalny jest humanistą, zna tylko dobra tego świata”. U Camusa słoneczna plaża i morze to symbole pięknej rzeczywistości, choć prowokującej do przeżycia Absurdu, gdy Mersault zostanie „dotknięty” słońcem. Ale cela więzienia Mersaulta otwiera się ku afirmowanemu w świetle słońca morzu lub gwiazdom nieba. Człowiek Camusa istnieje w szczegółach istnienia, które mogą być groźne, ale i dobre, natura zagraża mu, ale go i obdarza. Ideą Obcego, i wydanej jednocześnie filozoficznej rozprawki Mit Syzyfa Camusa, będzie przekonanie o absurdzie, nie znajdującym się ani w człowieku, ani w świecie, ale wynikającym z ich konfrontacji. Ale jednocześnie – i na tym polega odmienność powieści Camusa – wobec tej oczekującej go śmierci bohater jeszcze raz potwierdzi wartość morza, wieczoru, drugiego człowieka, wartość istnienia: „poczułem, że mógłbym wszystko przeżywać na nowo”. Jest to coś – jak sądzi – co powinno być stałą szansą wobec śmierci. Zagrożenie zbudziło jego myśli, uczucie wolności, uzasadniające potrzebę istnienia.

To dobro rzeczywistości potwierdza się dla Mersaulta w więzieniu, gdy myślą odtwarza szczegóły rzeczywistości., myśl Roquentina kapituluje wobec odtwarzania wspomnień, pragnie być prawie solipsystyczna, ograniczona do siebie. Myślę, że myślę. Ale istnieję przez myśli o rzeczywistości. I tylko. Nie chcę myśleć o rzeczywistości, więc istnieć. Istnieję, ponieważ myślę istnieniem. Jakże obce jest na przykład dla Roquentina to morze, które dla Mersaulta było źródłem radości i ożywienia. Roquentin widzi tylko cienką powłokę, pod którą czai się potwór – niewiadome, natura, posiadająca – jak powiada – tylko Przyzwyczajenia, które w każdej chwili może zmienić. Demon Sartre’a jest według słownika rodzaju żeńskiego, występuje w liczbie pojedynczej, jest słowem pospolitym i staje się pod jego piórem personifikacją. Więzy etymologiczne łączą słowo „la nausée” z morzem (greckie: nautia, łacińskie: nausea), a więc ryzykiem, podróżą, eksploracją, zachwianiem, utratą trwałego gruntu pod nogami.

Tę odrębność rozumienia i akceptacji życia podkreśla konstrukcja psychiki bohaterów obu powieści. Absurd, który pojawia się jako czynnik struktury życia człowieka i jego relacji z ludźmi, zostaje podkreślony niezdolnością Mersaulta do wytyczenia jakiejkolwiek linii swego postępowania. Zaś Roquentin w przeżyciu swego czasu, gdzie nie ma niekorzystnych wydarzeń – nie potrafi afirmować rzeczywistości zewnętrznej i odrzuca ją. Mersault to właściwie prostaczek wobec intelektualisty Roquentina. Jego autentyzm tym bardziej podkreśla i absurdy, i błogosławieństwa życia, których doznaje jako sumy zestawień.

Roquentin czuje „fenomenologicznie”, że „myślenie jest na zewnątrz”, „w świecie”, ale jego bunt i przerażenie wobec istnienia są inne niż u Mersaulta. I choć obaj gotowi są przyznać, że wszystko jest na zewnątrz: słońce, morze, ludzie i wreszcie oni sami – rozumieją to zgoła inaczej. „Katastrofa” świadomości wywołuje inne skutki u obu bohaterów. Stając wobec obcego absurdu śmierci i obcego społeczeństwa Mersault budzi się do życia. Roquentin odkrywszy Mdłości traci w ogóle sens bytowania.

Jest w tych książkach także zgoła inne rozumienie wolności. Dla Roquentina wolność ujęta filozoficznie jest zupełna, choć absurdalnie zbędna. Dla Mersaulta jest trudnym kroczeniem w chaosie życia, który dyktuje nam także postępki absurdalne, właściwie przymusowe, choć moglibyśmy ich nie popełniać. Roquentin jest wolny i obliczalny, jedyną cechę nieciągłości wykazują jego monologi wewnętrzne, nie wpływające na jego życie zewnętrzne.

Obcość istnienia, podkreślona tytułem powieści Camusa, ma charakter zgoła inny niż u Sartra – jest to obcość doświadczana w praktyce życiowych zdarzeń, nie zaś będąca cechą ontologii bytu jak w deklaracjach Roquentina. Tak czy inaczej Sartre zdaje się tu wyznawać przekonanie, bliskie i kilku innym, wielkim prozaikom XX wieku – Kafce, Camusowi, Gombrowiczowi, żeby tylko ich wymienić: że albo rzeczywistość staje się bliska i oswojona, „sympatyczna”, ale zarazem fałszywa i konwencjonalna, albo prawdziwa i obca. Autentyczność jest rwaniem siatek i struktur, i mitów. Mdłości burzą spokojny porządek świata i zapowiadają nastanie niepokoju, są więc w jakimś sensie książką katastroficzną. Wielki „kasandryczny” monolog Roquentina, stojącego na wzgórzu nad miastem, posępna wizja grożącej społeczeństwu katastrofy – grożącej ze strony czegoś, może samej natury, którą konwencjonalne społeczeństwo mieszczańskie widzi tylko jako wiecznie przewidywalną prawidłowość – to monolog filozofa, nie społecznika czy historyka. Historia jawi się tutaj jako poddana naturze, jeśli nie jest tylko jej funkcją (później Sartre będzie silnie podkreślał historyczne fakty). Wizja ta jest jednocześnie egotyczna, zimna i przerażająca:

Może się to zdarzyć kiedykolwiek, może zaraz: są przecież znaki. Na przykład ojciec rodziny podczas przechadzki ujrzy, jak poprzez ulicę zbliża się ku niemu czerwony łachman jakby niesiony przez wiatr. A kiedy łachman będzie już blisko, ujrzy, że jest to połeć zgniłego mięsa, powalany pyłem, który wlecze się czołgając, podskakując, kawałek umęczonego ciała toczącego się przez rynsztoki, wyrzucający w skurczach fontanny krwi. [...] Albo też nie wydarzy się nic podobnego, nie zajdzie żadna widoczna zmiana, jedynie rankiem, kiedy ludzie będą otwierać okiennice, zaskoczy ich okropne jakieś znaczenie, ciężko spoczywające na rzeczach i zdające się oczekiwać. Tylko tyle: ale wystarczy ze to potrwa przez jakiś czas, a już będą setki samobójstw...

Trudno zresztą oprzeć się przekonaniu o oczywistej (choć nie wyrażonej) łączności tych wyrażonych w Mdłościach filozoficznych przeczuć, wizji i przepowiedni, dotyczących możliwej zagłady, biologicznej mutacji – z sytuacją społeczną tamtego czasu. Zniewolenie człowieka przez świat społeczny i grożąca mu z jego strony zagłada u Kafki, społeczny wyrok śmierci stanowiący alternatywę plaży i słońca u Camusa, popłoch ucieczki z wieczną gębą w dłoniach u Gombrowicza, czy zagłada miasta przez naturę w Mdłościach (dokonywanie się katastrofy miasta, przeczuwanej wobec Bouville, odnajdzie później literatura francuska w Dżumie Camusa) – wszystko to składniki przeczucia tej samej katastrofy. Pamiętamy, że Mdłości ukazały się nieledwie w przededniu drugiej wojny światowej. Ale jednocześnie należą do szeregu dzieł katastroficznych, ukazujących w ogóle kruchość, niedostosowanie i nietrwałość kultury w świecie ludzkim.

Lektura Sartre’a przywodzi czasem skojarzenia z powieściami Witolda Gombrowicza. Dla Gombrowicza Sartre był zresztą istotnym odniesieniem. Zwraca uwagę fenomenologiczna dokładność realiów rzeczywistości, jawiących się w prozie Gombrowicza jako rzeczywiste i obce, jak właśnie u Sartre’a. Można by przypomnieć obcość naturze, deklarowaną w Ferdydurke i widoczną w jej opisie:

Natura. Nie chcę natury, dla mnie naturą są ludzie. [...] wracajmy, wolę ścisk w kinematografie, niż ozon pół. [...] jestem jak obnażony i podany na półmisku ogromnych pól w całej nienaturalności człeczej...

Obca roślinność oblegająca miasto u Sartre’a budzi pewne skojarzenia z Gombrowiczem.

Kiedy miasto umrze, Roślinność owładnie nim, będzie się wspinać po kamieniach, oplecie je, przeniknie, rozsadzi swoimi długimi czarnymi szczypcami; pozasłania otwory i zawiesi wszędzie zielone łapy. Trzeba pozostać w miastach.

Nie znaczy to, że pola analogii u obu pisarzy odpowiadają sobie dokładnie. Sartre rozwija ścisłą problematykę egzystencjalno metafizyczną, Gombrowicz antropologiczną. Ale są pokrewieństwa w typie prozy będącej u Gombrowicza w dużej mierze apologiem-powiastką filozoficzną, w masce codzienności. Myślę tu także o ostatniej powieści Gombrowicza Kosmos. Tematem „kosmosu” jest człowiek bez idei, który sam wytwarza jej pozory. Wszyscy są zagrożeni, tworzą poszlaki i szukają ich skutków, starając się wnieść ład na śmietniku „ennui”, nudy, bezsensu. Odnajdują banał lub śmierć. A pozornie jesteśmy tylko na zakopiańskich Krupówkach. Człowieczeństwo jawi się tutaj jako patologia, bezsilna wobec Kosmosu – Demiurga zakrytego maską codzienności. Kosmos to jedna z wielkich powieści polskich XX wieku, programowa „niedomówiona” dyskursywnie, bardzo metafizyczna, choć w tej warstwie zamaskowana, tak szczelna, że nic dyskursywnego z niej wyjąć się nie da. Tym, co odróżnia także Gombrowicza od powieści Sartre’a, to silny element ironii, i to we wszystkich utworach Gombrowicza. Jest tak, jakby istnienie z nas się trochę wyśmiewało, a my z istnienia. Tego Sartre nie zna.

Mdłości, to niewątpliwie książka strasznej i obalającej jednocześnie mity świadomości.. Czy jednak Sartre bez reszty neguje szukanie sensu? Czym byłaby w takim razie powracająca przez całą książkę prosta melodia ragtime’u, kilka nut jazzu, potrafiących wybawić bohatera od Mdłości? Roquentin utrzymuje, że muzyka to coś spoza porządku istnienia – coś „ponad istnieniem”, w pewnym sensie niezniszczalne i nie mogące należeć do porządku rzeczywistości. Te refleksje krystalizują się pod koniec powieści. W takim właśnie sensie Roquentin będzie myślał o jakiejś książce, która mogłaby uzasadnić jego własne istnienie:

Inny rodzaj książki. Nie wiem dobrze jaki –powinno się jednak zgadywać poza wydrukowanymi słowami, poza stronicami, jakąś rzecz nieistniejącą, która byłaby ponad istnieniem. Historia, na przykład jaka nie może się wydarzyć, przygoda. Musi być piękna i twarda jak stal, i powinna zawstydzać ludzi z powodu ich istnienia.

I w tej właśnie chwili z drugiej strony istnienia, w tym drugim świecie, który można ujrzeć z daleka, choć nie można się do niego nigdy przybliżyć, zaczęła tańczyć melodyjka, zaczęła śpiewać: „Trzeba czynić jak ja; trzeba cierpieć do taktu”.

Ona sama nie istnieje, ponieważ nie jest zbędna: to cała reszta jest zbędna w stosunku do niej. Ona
j e s t .

Przyszedłby jednak moment, w którym książka byłaby już napisana, byłaby już poza mną i myślę, że trochę światła rozjaśniłoby moją przeszłość. Może wtedy, poprzez to światło, mógłbym przypominać sobie własne życie bez odrazy.

Czy to tylko rojenia Roquentina, czy poszukiwanie przez autora innego możliwego porządku sztuki? Sztuki odrębnego piękna, może moralnego nakazu, odkrycia, a nie kopiowania? Tego, co widzimy dzisiaj jako istotę sztuki kreacyjnej? Metafizycznej? Ale czy sztuka może być poza istnieniem? Czy samo życie może wytworzyć element kreacyjny? Wydaje się, że mimo wszystko to studium atrofii, narcyzmu, osamotniającego buntu, jakim jest doznanie Mdłości, przynosi pod koniec elementy nadziei wiążącej się z odejściem od samotności, z próbą – tworzenia szczególnej sztuki.

W szkicu Co to jest literatura? (Situations II, 1948) sam Sartre pisał: „...nie należy sobie wyobrażać, że [poeci] pragną rozpoznawać to, co rzeczywiste, ani je ukazywać. Nie chcą także nazywać świata. Naprawdę poeta odrzucił nagle język jako narzędzie; wybrał raz na zawsze postawę poetycką, która rozpatruje słowa jako rzeczy, a nie jako znaki”. Pozytywnego wywodu o niezniszczalności „porządku melodii” autor zdaje się tu nie podważać. Pobrzmiewają tu także echa francuskiego symbolizmu, z jego poglądami na element muzyczny, apojęciowy sztuki, wyzwolony jakby z rzeczywistego poziomu istnienia (Stéphane Mallarmé – abbé Henri Bremond). I znów: czy to złudzenie Roquentina, czy także postulat Sartre’a? Ten motyw powróci jednak w Słowach.

Daje o sobie znać wariantowość różnych pomysłów filozoficznych Sartre’a, często trudnych do pogodzenia. Godził je, wbrew niejako swojej dychotomii cogito i esse, myśli i bytu. Jeśli kulturę i tradycję rozumieć jako cogito, a czas współczesny jako esse – wytłumaczony stanie się opór, jaki stawia to pisarstwo wobec wartości tradycji, stąd rozumienie historii jako twórczej nowości, gdzie nie ma stałych zasad, gdzie nie można nowego tłumaczyć przez stare, gdzie zawodzą analogie (niezasadność ciągu analogicznego: Cromwell – Robespierre – Lenin, w rozmyślaniach Roquentina). Opór zbliżający Sartre’a do pisarstwa awangardowego, choć nie do ekstremistycznych, nihilistycznych gestów futuryzmu. Ta jedna sprzeczność ciągnęła za sobą, jak lawina, wszystkie inne: między teraźniejszością a przeszłością i przyszłością, między osobnikiem a społeczeństwem (przecież Sartre powie później: „piekło to inni” („enfer c’est les autres”), indywidualną osobowością a typem.

Na planie społecznym, wbrew podstawowej filozofii Mdłości, w dalszym życiu i twórczości będzie się wypowiadał Sartre w prozie realistycznej i współcześnie zaangażowanej. W izolowany świat wtargnie brutalnie rzeczywistość historyczna. Widzimy to w wojennym i tuż powojennym cyklu Drogi wolności, gdzie chodzi o przeciwstawienie się niemieckiemu nazizmowi, czy w znanym opowiadaniu Mur (1939), gdzie sytuując się po stronie republikańskiej autor przyłącza się (nie on jeden, podobnie uczyni André Malraux w powieści Nadzieja) do krytyki brutalnej siły frankistów zgniatających republikę, a w rzeczywistości komunistyczną (i sowiecką!) rewolucję hiszpańską.

Ten społeczny życiowy udział zaprowadzi Sartre’a – począwszy od lat pięćdziesiątych – do pełnej niekonsekwencji gry z francuską partią komunistyczną. Będzie ogłaszał sprzeczne deklaracje dotyczące Związku Sowieckiego (krytykując łagry sowieckie i przemoc, ale nie system). Będzie to akceptacja ideału komunistycznego, choć bez przekonania, że jest on właściwie realizowany, w Związku Sowieckim. Słynne stała się jednak wypowiedź Sartre’a (1952), że rozgłaszanie ponurej prawdy o Związku Sowieckim, mogłoby „odebrać nadzieję ludziom Billancourt”. (czyli symbolicznym robotnikom znajdującej się tam fabryki samochodów Renault). W tym czasie w pełni rozejdą się drogi Sartre’a i Camusa, towarzyszy literackich i ideowych z czasu wojny i okresu tuż powojennego. Camus zdecydowanie odrzuca wszelki historyczny bieg totalizmu w dziejach, książką Człowiek zbuntowany (L’Homme révolté, 1952). Książka ta będzie potępiona w „Les Temps Modernes”, piśmie Sartre’a, a jej redaktor będzie zarzucał Camusowi porzucenie „trockizmu serca”. Camus konsekwentnie wystąpi przeciw krwawym represjom wobec berlińskiego powstania w 1953 czy zatopieniu we krwi powstania w Budapeszcie w 1956. Zaś krytykujących go ludzi pokroju Sartre’a Camus oskarży może symbolicznie w swoim opowiadaniu Upadek (La chute, 1956). To interesujące, że w Upadku Camusa morze północne stanie się symbolem negatywnym. Czy pojawienie się wilgotnej północy w Upadku było może nawiązaniem do Mdłości? Ten spór dwu pisarzy zakończy przedwczesna śmierć Camusa w wypadku samochodowym w styczniu 1960.

Odrzucając stanowisko zachodniego bloku politycznego Sartre konsekwentnie nie przyjmie przyznanej mu w Sztokholmie nagrody Nobla (1964). Być może także nie chciał jej przyjąć po Albercie Camus (1957). Na fali lewackich przekonań będzie lawirował z uznaniem określonych wartości marksizmu. Przywita później z aprobatę rewoltę studencką w Paryżu roku 1968 (zresztą do dziś przedmiot idolatrii neo trockistów, także u nas). Ponieważ byłem jej bezpośrednim obserwatorem (moi studenci poszli na barykady owej, jak nazwał ją de Gaulle „maskarady”, „chienlit”) ostro odczuwałem to lewackie zakłamanie (patrząc także na portrety Stalina, Lenina i Che Guevary w podworcu Sorbony). Pod koniec życia Sartre będzie sympatyzował czynnie z podejrzanymi ruchami goszystowskimi, na ulicach Paryża będzie rozrzucał ulotki nawołujące do przewrotu na świecie...

Gdy tłumaczyłem tę książkę na początku lat siedemdziesiątych, bardzo zależało mi na spotkaniu z jej autorem. Po kilkakrotnej rozmowie z sekretarzem Jean-Paula w Paryżu dowiedziałem się jednak, że autor Mdłości nie może mnie przyjąć. Za kilka lat, niedaleko od mego mieszkania, tłum ludzi żegnał Sartre’a na cmentarzu Montparnasse. Leży tam także Charles Baudelaire, ukryty i jakby zminimalizowany pod nagrobkiem swego ojczyma. Twórca pojęcia „Ennui”, które zwłaszcza w języku polskim (nuda – nudności), tak bliskie jest pojęciu La Nausée.

Dzieło Sartre’a stało się już całkowicie częścią historii światowej literatury. Formułuję tak to zdanie, by przypomnieć, że podobne zdanie, w odniesieniu do Mdłości, figuruje na pierwszej stronie mojego ówczesnego wstępu do tej ksiązki. Mogę dziś powiedzieć, że było politycznym warunkiem, jaki postawiła mi dyrekcja Państwowego Instytutu Wydawniczego, aby ta książka mogła się ukazać. Warunek był do spełnienia... Jak widać, kredyt udzielany Sartre’owi w bloku wschodnim nie był całkowity. Gdyby ten człowiek, akceptujący przecież Związek Sowiecki, nagle zrobił coś nieobliczalnego, zawsze można było się bronić, że ta, właśnie wydana, książka ma już walor tylko historyczny, nie aktualny. Nie zapomniano, że na wrocławskim kongresie Pokoju w 1949 toku, Aleksandr Fadiejew nazwał Sartre’a (nie zaproszonego na kongres) hieną i szakalem współczesnej literatury (z powodu zapewne sztuki Sartre’a Brudne ręceLes mains sales, 1948), rozważającej taktykę działania komunistów. Oskarżenie Fadiejewa przyczyniło się do poważnego rozchwiania kongresu. Niektórzy wyjechali. Jak widać, późniejszy Sartre prowokował narzucanie mu się historii z tą sama bezwzględnością, z jaką otaczające realia narzucały się psychice Roquentina. W obu kategoriach są to sytuacje intensywnego udziału.

1973-2004 Jacek Trznadel


1 Posłowie do II wydania Mdłości Sartre’a w moim tłumaczeniu, wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2005.