SPIS TREŚCI
Jacek Trznadel: Hańba domowa
ROZMOWY Z PISARZAMI
Nota redakcyjna
Jacek Łukasiewicz: Czarodziejska góra komunizmu
Zbigniew Kubikowski: Inwazja z obcej planety
Maria Janion: Pokój i Socjalizm, czyli wygnanie i przemoc
Jerzy Andrzejewski: Czerwony system pogardy
Wiktor Woroszylski: Myśmy żyli w literaturze
Witold Wirpsza: Wygonienie diabła Belzebubem, czyli artysta izolowany w stalinowskim getcie
JarosłaW Marek Rymkiewicz: Nieśmiertelny Stalin i złowieszcze więzienie nudy
Julian Stryjkowski: Olbrzymia czarna przestrzeń
Jacek Bocheński: Byłem zahypnotyzowany
Zbigniew Herbert: Wypluć z siebie wszystko
Marian Brandys: Tragedia lewicujących liberałów
Andrzej Braun: Były we mnie jakby dwie osobowości
Jan Józef Lipski: Niezrozumiały i przerażający amok
Jan Józef Szczepański: Śnił mi się dyktator bez butów
Posłowie
Przypisy osobowe i rzeczowe
Indeks osób
HAŃBA DOMOWA
Wydanie pierwsze: Paryż 1986. Instytut Literacki.
Tekst według wydania: Jacek Trznadel: Hańba domowa. Warszawa 1996. Świat Książki.
(wstęp)1
Po zgonie jeszcze w swym ukrywa łonie
H a ń b ę - d o m o w ą !
Cyprian Norwid: Duch Adama i skandal
Po ostatniej wojnie społeczeństwo polskie znalazło się w sowieckiej strefie wpływów, a właściwie w nowym zaborze, pod sowiecką okupacją. Okupantom obcym i własnym, komunistom polskim, chodziło nie tylko o materialne, ale i o kulturowe przyporządkowanie sobie polskiego narodu. Czy to się udało? Istnieje słuszna wątpliwość w sprawie wypowiadania takich ogólnych sądów, naród nie jest osobą, jego los stanowi tylko złożony wynik działań poszczególnych jednostek czy grup w społeczeństwie. Oczywiście bez sądów o narodzie jako całości obyć się nie możemy, nawet nie wracając do romantycznej filozofii historii. Aby takie sądy były umotywowane – i niezależnie od nich – musimy myśleć o historii społeczeństwa analitycznie. I z takim właśnie, analitycznym spojrzeniem wiązał się przede wszystkim mój zamiar obecnej książki.
Cóż więc mówi jej tytuł, jeśli odnieść go do dziejów społeczeństwa polskiego po drugiej wojnie? Że mianowicie dokonywało się wtedy to, co nazwałem za Norwidem „hańbą domową”, rozumiejąc to jako hańbę zniewolenia, w Polsce przez Polaków także powodowana, tym gorszą, że równoczesną do bohaterskiego oporu jednostek i grup. Ale zarazem sąd ten pragnie być sądem konkretnym: oznacza to tylko ocenę poszczególnych czynów, spełnianych przez osoby, które przyczyniały się do rozprzestrzeniania idei i struktur uważanych przeze mnie za hańbiące. Przypomnijmy, że Norwid jest autorem także innego powiedzenia: „znicestwić żadnego narodu nikt nie podoła bez współdziałania obywateli tegoż narodu...” Jest oczywistością stwierdzenie, że społeczeństwo polskie poniosło wielkie ofiary broniąc się przed tą niewolą i uległo przeważającej sile. Ale i sami Polacy przyczynili się do tego, co w sferze zniewolenia duchowego zostało przez komunistów osiągnięte.
Jak pokazał jednak bieg czasu i historii, zasadnicze zniewolenie narodu polskiego nie udało się, jakkolwiek dokonywały się zniewolenia częściowe – osób, grup społecznych i społecznej myśli, instytucji i praw. I choć materiał przedstawionych tu rozmów z pisarzami odbiega często – i tak być musi – od spraw tylko kultury i literatury, to jednak one właśnie są zasadniczym tematem tej książki. Mówi ona o próbach zniewolenia literatury polskiej, zwłaszcza na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Ten zakres czasowy nie krępował jednak moich rozmówców bezwzględnie – i często spojrzenie było szersze.
Pragnąłem odwołać się przede wszystkich do doświadczeń pisarzy czynnych w tamtym okresie, nie wyznaczając ram problemom i wspomnieniom. Nie chodziło tylko o odtworzenie tamtej świadomości, ale i o jej ocenę aktualną, na miarę obecnego doświadczenia. Oczywiście o zawartości rozmów decydowały przede wszystkim zainteresowania moich rozmówców. Ten wstępny szkic ma jednak wysunąć na pierwszy plan moje własne doświadczenie i wnioski. Odwołuję się tu także do sądów, które wypowiadam w rozmowach tej książki, a także pragnę zbadać w jakimś sensie siebie z tamtych lat. Nim to uczynię, jeszcze jedno pytanie, związane z kształtem tej książki: jaka zasada kierowała wyborem nazwisk pisarzy tu prezentowanych? Od razu powiem: zbiór to nie przypadkowy, ale i nie pełny. Jest to tylko niewielka część pisarskich nazwisk, które mogłyby się tu znaleźć, osób, z którymi miałbym chęć na ten temat rozmawiać. Chodziło mi tutaj raczej o twórców tak zwanej literatury pięknej niż o krytyków i filozofów, i raczej o świadków bezpośrednich przełomu powojennego i lat pięćdziesiątych. Różnego rodzaju powody zadecydowały o redukcji takiej idealnej listy nazwisk, poza sprawą samej wykonalności takiego zamiaru. Mogę podać kilka przykładów. Andrzej Kijowski, z którym miałem długą rozmowę w maju 1985 roku, odroczył nasze spotkanie, związane z nagrywaniem wywiadu, do jesieni. Nie przewidywał, że śmierć nadejdzie tak szybko. Rozmowa z Mieczysławem Jastrunem nie odbyła się z mojej winy, nie zdążyłem. Plan i wykonanie tej książki narastały powoli, dopiero mój powrót z Francji przyspieszył jej opracowanie.
Nie zaskoczy nikogo, gdy powiem, że część osób, do których się zwróciłem, odmówiła mi tych rozmów. Mogło chodzić o moją osobę, ale decydowały też zapewne różne inne względy. Adolf Rudnicki powiedział mi w Paryżu (1981), że wszystko zawarł w swoich nie publikowanych dziennikach. Kazimierz Brandys (1983) nie uzasadniał swojej dwukrotnej odmowy. Tadeusz Konwicki przypomniał mi (1985), że dopiero co zakończył nagrywanie swoich rozmów ze Stanisławem Beresiem. Adam Ważyk odmówił mi zdecydowanie. To była moja ostatnia z nim rozmowa, przelotny deszcz wrześniowy 1981 roku zacinał, gdy szedłem do niego Aleją Róż. Ważyk powiedział: To jest nieinteresujące! – Potraktowałem to zrazu jako ironiczny wykręt i façon de dire. Potem zrozumiałem jednak, że odmawiał wszelkiego znaczenia okresowi, gdy był zwolennikiem socrealizmu i budowanej w tym duchu tradycji. Uznał tamten czas za swoją przegraną i jednoznaczną klęskę literatury. Sam nieco wcześniej słyszałem z jego ust te słowa: – Oszalałem, zwariowałem. – Było to na jego wieczorze autorskim, na którym w formie wprowadzenia mówiłem o jego poezji, w styczniu 1978 roku w Warszawie, w studenckim klubie „Hybrydy”. Ale potem, w Alei Róż, rozmawiał jednak ze mną na temat tego, „co nieinteresujące”. Tylko nie chciał niczego nagrywać. Mówił, że liberałów w okresie dwudziestolecia międzywojennego pchnęło w objęcia komunistów to, że zachodnia demokracja nie potrafiła ocalić Europy od klęsk. Ten sąd jest o tyle ciekawy, że – dla pewnych przynajmniej ludzi – odejmuje idei komunistycznej świeżość i oryginalność, czyniąc jej przyjęcie li tylko ucieczką. Cóż, dodam, że komunizm stał się dla nich wyborem jeszcze większej klęski, na domiar już w Rosji zrealizowanej.
Wrócę do tego, co uważam za ideę, a może szereg pytań przewodnich tej książki. Dlaczego postawy myślowe fałszywe i hańbiące, unicestwiające literaturę, stały się w pewnym momencie udziałem aż tylu ludzi z elity polskiej literatury? W powiedzeniu „aż tylu” kryje się zresztą niewiadoma, którą koniecznie trzeba zasygnalizować. Jesteśmy wciąż pod ukrytą presją propagandy tamtego okresu, która dbała o wywołanie wrażenia, że udział w nowej ideologii był masowy. To po pierwsze. Po drugie: czeka na weryfikację także okres dwudziestolecia międzywojennego, w którym literacka inteligencja lewicująca – ta, która licznie poszła później na „koncesje” – zapewniła sobie szczególny rozgłos. Po trzecie wreszcie, wciąż brak obiektywnych badań środowisk kultury powojennej. Mówiąc to wszystko, nie mogę uchylić jednak postawionego pytania: dlaczego hańbiące idee i formy instytucjonalne zdominowały jakby na jakiś czas tylu piszących i określiły w takim stopniu społeczne funkcjonowanie literatury? Dlaczego krytyka nie rozliczyła bardziej szczegółowo tego okresu i różnych jego pochodnych?
Nie ma to sprawić wrażenia, że uważam tamten okres za ziemię niczyją historyka, nie dotkniętą intelektualnym opisem i krytyką. Od wczesnych wypowiedzi i polemik krajowych i emigracyjnych, przez dziesiątki lat, aż po chwilę obecną pojawiają się książki i eseje, próby analizy, brak jednak szerokiego i całościowego obrazu, uwzględniającego także zmiany ocen okresu, a „świadkowie” tamtego czasu tak mało wypowiedzieli się w sposób osobisty. Szkic obecny nie jest przeglądem istniejących już głosów na ten temat czy ustosunkowaniem się do nich. Zresztą wytknięty tu brak głębokiej samooceny nie jest tylko właściwością naszej epoki.
Powiedział mi ktoś, że z losów poszczególnych ludzi i powodów jednostkowych decyzji nie da się uzyskać wiedzy o uwarunkowaniach ogólniejszych. Sądzę wprost odwrotnie. I zdaje mi się, że zebrane tutaj wypowiedzi ukazują, jak odbijały się cechy epoki w poszczególnych osobowościach. Powstaje tylko pytanie, dlaczego różne osobowości, reagujące na różne cechy epoki, jej podniety w różnych „zestawach”, co prawda w ramach jednego ogólnego modelu – mogły reagować podobnymi ostatecznie zachowaniami? Zachowania były, oczywiście, też jakoś zróżnicowane, ale ogólne podobieństwo istniało: wprzęgnięcie się służbę establishmentu i jego ideologii, często w unifikujących instytucjach. A działo się tak, gdyż istniał wspólny element nacisku, najogólniej mówiąc: nie było prawie innego wyboru, jeśli chciało się dobrze funkcjonować w społecznym obiegu literatury, w warunkach coraz bardziej despotycznego kontrolowania tego obiegu przez władzę. To twierdzenie jest na tyle oczywiste, że można się nim już dalej nie zajmować, musi być jednak wysunięte. Ale przecież to hańba dla intelektualisty ugiąć się przed rzeczywistością kłamliwą i despotyczną tylko dlatego, że j e s t , że z e w s z ą d o t a c z a . Tak jednak się stało. Jeśli nie była to rzecz jasno uświadamiana przez pisarzy, tworzyła zapewne najczęściej podświadomą motywację wyborów.
Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, nie wszyscy byli – nazywamy to umownie – socrealistami, a i „socrealiści” byli nimi w sposób różny. Ci zaś, co w to weszli, nie weszli na ogół świadomie ustępując przed naciskiem totalnej rzeczywistości, lecz dla różnych, ładnie często wyglądających uzasadnień fasadowych. Wiadomo zresztą, że o powodzie głównym, brutalnym i prymitywnym, wiele powiedzieć się nie da. A dla zrozumienia kultury ważne jest poznanie konkretne i szczegółowe. Jeśli tak spojrzeć na tę sprawę, wypowiedzi i samooceny pisarzy staną się nie aktami samooskarżenia czy oskarżania innych, lecz właściwie mowami obrończymi, wymienianiem okoliczności łagodzących, jak działanie w afekcie. Nie brzmi to zbyt pocieszająco, jeśli zważyć, że okoliczność łagodząca jest motywem prowadzącym do hańby. To prawda. Przypomina mi się jedna z nowel w Grze szklanych paciorków Hermana Hesse – o świętych pustelnikach, słuchających spowiedzi różnych prostych ludzi, grzeszników, a nawet zbrodniarzy. Oni są jak dzieci, mówi jeden z pustelników, prawdziwi grzesznicy to my, ludzie pokus i rozjątrzonej, żywej świadomości. Sądzę, że Hesse – w obliczu nazizmu – myślał tu o odpowiedzialności intelektualisty, dla którego nie ma właściwie wymówek. Ostrości wymagań wobec intelektualisty nie można po prostu przelicytować. Taka jest esencja tego zawodu, a może powołania. Nie jeden Hesse przypomina o tym w swej paraboli, także Tomasz Mann – w Doktorze Faustusie przede wszystkim: obłęd jest tutaj, i nie jest, okolicznością łagodzącą. Los prawdziwego intelektualisty przynosi poniekąd tortury moralne. Ale jest przecież jednocześnie radością wyzwalania się, procesu nieustannego, i stanowiącego pociechę intelektualisty, w dążeniu do prawdy. Odcina nas to od komunizmu, w którym chodzi o dostosowywanie się do wzorca, a najczęściej, i praktycznie, jeszcze gorzej: do panującego establishmentu. Jeśli establishment majoryzuje wszelkie idee, znajdujemy się w kręgu rządów totalitarnych czy faszystowskich.
Nietrudno zgadnąć, że dostosowywanie się do wzorca nie wymaga zaangażowania wielkiego potencjału twórczego. Jeśli Hannah Arendt stawia tezę o banalności i szarości nazizmu, a podobnie Zbigniew Herbert w jednym ze swoich wierszy upatruje możliwość zła właśnie w owej szarości, tak i do analizy epoki hańby domowej w Polsce można dorzucić koniunkturę na głupotę i mierność intelektualną. Te cechy potrafią nawet czasem iść w parze z wybitnością, odgrodzoną w głowie tego samego człowieka wąską miedzą. Zabrzmi to niemile dla niektórych, ale nie jestem pewny, czy w literaturze i kulturze polskiej po wojnie wszystkie talenty, określane jako wybitne, istotnie takimi były. Znalazły się tam niewątpliwie pewne ważne nazwiska okresu jeszcze dwudziestolecia. Ale całe nowe pokolenie, które po wojnie przyszło do głosu, wraz z ledwo-debiutantami sprzed wojny, nie było tym zestawem indywidualności, który byłby możliwy bez wojny i represji dwu okupantów. Co wiemy o tych rokujących nadzieję, którzy nie przetrwali? A ile określonych już talentów zginęło podczas wojny! Łatwo awansowano przecież po wojnie i wytworzono złudzenie, że wszyscy należą do pierwszego garnituru, podczas gdy tak wiele pozycji zajmowali ci, którzy w normalnych warunkach byliby w najlepszym wypadku rezerwowymi. Dotyczy to także tej drugorzędności, która nie musi nawet oznaczać braku talentu, lecz że nie spełniły się jeszcze jakieś warunki do jego zakwitnięcia. My niedojrzali wchodziliśmy w ten okres rozdwojeni, a więc także ze swoista amnezją, sianem duchowym, brakiem struktur i doświadczeń myślenia, wiedzy, a ze skłonnością do łatwych porywów emocji.
Tu jest miejsce, w którym chciałbym włączyć przykłady i materiały leżące w zasięgu dłoni i pamięci, a więc dotyczące mojej własnej osoby i biografii. Ja także byłem w OMTUR, potem w ZMP, a wreszcie byłem członkiem PZPR. W moim pokoju wisiał, może rok, portret Stalina. Pamiętam, że w owym czasie – na początku lat pięćdziesiątych – istniał wśród niektórych osób pewien snobizm. Mieć zwykły portret Stalina to banalne, należało mieć stylizowany z fajką. Nie postarałem się o taki portret. W obliczu wszystkiego jednak, co się tu powie, w obliczu prawd posępnych, czuję się zmuszony odpowiedzieć na początku jak najprościej na pytanie: dlaczego ja też zaangażowałem się w stalinizm? Odpowiedź: gdyż pragnąłem zbawienia świata. Niczego to nie usprawiedliwia – nawet w najgorszych ideologiach istnieje jakiś pozytyw. Ale bardzo pragnąłbym podnieść to zdanie Zbigniewa Kubikowskiego: nie fakty cię przekonały, dla jakichś powodów wciągnęła cię ideologia, To jednak rodzi następne pytanie: dlaczego chciałem zbawić świat poprzez taką ideologię i zapominając o takich faktach? Był jednak cały obszar faktów, o których po prostu nie wiedziałem. Tak w stosunku do praktyki komunizmu w Polsce jak i w Związku Sowieckim. To różni moją ówczesną biografię intelektualną i emocjonalną od tych, którzy taką wiedzę posiadali.
Muszę wrócić do tego, co powiedziałem wyżej o niedojrzałości. Wiemy, że potrafi ona dawać te same wyniki, co mierność intelektualna czy po prostu głupota. Niedojrzałość to także brak wiedzy i złe posługiwanie się wiedzą posiadaną. Otóż gdy usiłuję sobie przypomnieć, z jakim bagażem intelektualnym, wiedzą społeczną i historyczną wkraczałem na próg epoki stalinowskiej po wojnie, uderza mnie znikomość, wyrywkowość tego, co mogę sobie przypomnieć. Szala pamięci chyli się ku rzeczom wspomnieniowo-emocjonalnym, ale uderzają mnie one pewną aurą filmową, jako sceny, urywki, fragmenty, stanowiące los, a nie konstrukcję życia, jasno uświadamianą. Te fragmenty nie byłyby warte przypomnienia, gdyby nie to, że chodzi tu o pewne doświadczenie, które może nie tylko mnie dotyczy. Więc teraz owe urywki, których ciąg przedwojenny i wojenny połączy się w pewnym momencie ze wspomnieniami już okresu stalinowskiego.
Cofnijmy się w czasie. Urodziłem się na progu sprawy brzeskiej (1930). Moje pierwsze ostre wspomnienie to wielka powódź w Galicji w roku 1934, która stała się wkrótce tłem do znanego poematu Mariana Czuchnowskiego. Przeżyłem ją w podkrakowskiej Czernej i przypominam sobie także ślimaki pełzające po klasztornym murze. Ojciec mój rządził niewielkim powiatem olkuskim pod Krakowem, a w okresie przed wojną jako starosta sprawował władzę w Zawierciu, sporym, silnie uprzemysłowionym mieście Górnego Śląska. Te lata przedwojenne określiły pewien krąg tradycji i dziecinnej świadomości. Ojciec nie należał do żadnej partii i był nawet z tego jakoś dumny. Ale wolno mi było być niezależnym, mówił, wspominając. Matka, po Seminarium Nauczycielskim, była nauczycielką szkół podstawowych, przed wojną już na emeryturze. Miałem i mam ze strony matki rodzinę góralską w Czarnym Dunajcu na Podhalu. Byliśmy galicyjscy, bo ojciec pochodził z Dębicy, kończył prawo w Krakowie, matka tam też kończyła seminarium, bo dziadek był kierownikiem poczty przy krakowskim dworcu głównym.
Następnym moim wspomnieniem przedwojennym, które należy do wspomnień historycznych, jest śmierć marszałka Piłsudskiego. Było to przeżycie naprawdę żałobne i nakłada się na przedwojenne odwiedziny krypty na Wawelu, gdzie przez szybkę w trumnie oglądałem zastygłą w śmierci wąsatą twarz. W domu na ścianie wisiał profil Marszałka wystrzyżony ze słomy, a u kuzynostwa stał jego mały posążek z gipsu. Już przed wojną także – będąc małym molem książkowym, który wcześnie nauczył się czytać – czytałem Małego Piłsudczyka Nittmana. Wojna miała brutalnie utrudnić ciekawsze lektury na cały czas jej trwania. Ale jeszcze przed wojną ojciec, jako najwyższa władza cywilna w mieście, odbierał defilady wojskowe razem z oficerami, trzymając melonik w wyciągniętej ręce. Kiedyś ojciec zabrał mnie na objazd powiatu samochodem, przed inspekcją premiera Sławoja Składkowskiego, i radośnie pokazywałem dojrzane w czasie jazdy te nie pomalowane chłopskie wygódki i płoty. Przy okazji bodajże święta trzeciomajowego, w wieku ośmiu lub dziewięciu lat, zostałem wyuczony małej laurki-przemówienia i wygłosiłem to z trybuny na czymś w rodzaju akademii w miejscowym kinie. Nie ja jeden muszę mieć podobne wspomnienia. Pod tym kinem zbierało się skrawki czarnej, ale już czasem i kolorowej celuloidowej taśmy, od urywających się filmów, wyrzucone przez operatora. Oglądało się obrazki pod światło, a potem owijało się skrawki w gazetę, zapalony celuloid palił się z hukiem i dymił. Chodziłem trochę do kina przed 1939 rokiem. Pamiętam z tamtego czasu Królewnę Śnieżkę Disneya i Przygody Flipa i Flapa. Były też filmy historyczne. Oto na angielskim filmie wielki raut kolonizatorów, gdzieś w Indiach, panie, panowie, oficerowie angielscy. Nagle z balkonu tej sali zbrojni opozycjoniści hinduscy zaczynają przejeżdżać po bawiących się seriami karabinu maszynowego. To były sprawy dla mnie bardziej przygodowe niż historyczne. Ale już inaczej odebrałem karabin maszynowy w polskim filmie o pierwszej wojnie światowej. Oto wspaniały chłopak-legionista pełznie z okopu do okopu, w kieszonce bluzy ma meldunek. Jest już blisko, dech mają wszyscy zaparty. W ostatniej chwili dosięga go seria, stacza się do okopu, do którego dążył, ostatnim ruchem dłoni wyjmuje i podaje świstek papieru. Końcowa sekwencja pokazywała ojca nad mogiłą, kreślącego w gorzkiej zadumie krzyż Virtuti Militari, trzymaną w ręce laską, na piasku cmentarnej alejki.
W tym czasie czytałem już znajdowany w domu „Ilustrowany Kurier Codzienny”, czyli popularnego „Ikaca”. Nic z tych lektur prawie nie pamiętam, rozpadły się w miałki piasek pamięci, choć może czasem, jak krecia robota, wpływały na coś, co dzieje się na powierzchni. W świadomości chłopca utrwaliła się jednak w owym czasie potrzeba płomiennego patriotyzmu. Wiedziałem o wadze niepodległości i jej zagrożeniu. Jako chłopiec, poddany powszechnej obsesji szpiegów niemieckich, chodziłem po ulicach miasta, gdzie rdzennych Niemców było dużo i gdzie zapewne działała piąta kolumna, i stwarzałem wymyślone scenariusze szpiegowskie, obserwując ludzi i domy. Wkroczenie armii niemieckiej do Pragi czeskiej w marcu 1939 utrwaliło mi się szczególnym wspomnieniem: radio, włączone w domu przez cały dzień na falę Pragi, przestało w pewnej chwili nadawać program i trwał już tylko bez przerwy charakterystyczny muzyczny sygnał rozpoznawczy stacji.
Epizod września 1939 roku był – jak w literaturze – tragiczny i straszny, ale dział się naprawdę. Leżałem z innymi pod padającymi bombami w małym sosnowym lasku, obok kolejowych torów linii Warszawa-Kraków, gdzie stał opuszczony przez pasażerów nasz pociąg ewakuacyjny, niedaleko stacji Sędziszów. Pod sosenkami chronili się tu i tam także spieszeni ułani małego oddziałku polskiej kawalerii, dalej na wzgórzu dopalał się czołg. Straszny świst bomb i ocalający, bo już nie we mnie, wybuch. Serie z broni pokładowej, nawracających rytmicznie przez kilka godzin niemieckich samolotów. Gotował się tuż obok piasek i spadały ścięte nad głową gałązki. Nie wiedziałem jeszcze, że niedaleko, dosięgnięty pociskiem w głowę, zginął mój starszy brat. W nocy ucieczka między palącymi się po obu stronach drogi domami wsi. Nazajutrz w wiosce motocykliści-szturmowcy z desantu niemieckiego ustawili nas w szereg do rozstrzelania, mężczyzn, kobiety, dzieci. Z tych domów padły ponoć strzały do niemieckich oddziałów, przejeżdżających widniejącą na horyzoncie drogą. Matka znająca język niemiecki słyszała słowa: spalić, rozstrzelać. Czułem wprost na ciele lufę na mnie skierowaną, spodziewany tor pocisku. Ta powtarzająca się u milionów ludzi myśl: więc to już... Ale oficer niemiecki rozmyślił się.
Okupacyjny Kraków, tam dorastanie i jego problemy psychologiczne, brak książek, intelektualnej opieki ze strony zajętych życiem okupacyjnym starszych, a jednocześnie niemieckie patrole na ulicach, pod Wawelem, te mniej groźne mundury Wehrmachtu i te gorsze Gestapo i SS. Przy ich mijaniu wyrośnięty chłopak kulił się. Mówiono, że złe dymy spalonego ludzkiego mięsa czuć od Oświęcimia. Wieści o losie ludności żydowskiej, czasem znów nagły strach przed rozstrzelaniem, bo co będzie, jeśli rodzice schronią u nas, kogoś z n i c h ? Przejeżdżałem tramwajem tranzytowym przez Podgórze, przez opróżnione już i wyczyszczone z ludności getto. To, co pamiętam, jest jak kadry pokazujące sny bohaterów filmów Bergmana: pustka ulic, jakaś rozpruta pościel na ulicy, wywiewające z martwych, otwartych okien firanki... W mieszkaniu ciotki słuchało się do pewnego momentu radia, znów strach przed rozstrzelaniem, jeśli Niemcy znajdą. Ale w tym samym mieszkaniu do końca wojny trwały tajne komplety wydziału historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, spoza oszklonych drzwi słyszałem głos profesora Konopczyńskiego. Nigdy nie było wpadki, choć na tej samej ulicy, skosem naprzeciw, w przedwojennym domu kolejarza, było niemieckie kasyno i trzymał wachtę niemiecki żołnierz pod bronią. Kocioł założyło dopiero UB pod koniec lat czterdziestych i wszyscy wchodzący musieli przez tydzień spać na rozłożonych na podłodze, byle jak skleconych posłaniach.
Była zresztą i nadzieja, nawet w najgorszym. Zapamiętałem, jeszcze w nowo ustanowionym Reichu, czerwcowy dzień 1940 roku w Zawierciu (nazywało się wtedy Warthenau); biją wszystkie dzwony z okazji zajęcia Paryża, ja z matką na ulicy, matka mówi zduszonym głosem: – Dzwońcie na własny pogrzeb! – Potem w Krakowie były gazetki „Biuletynu Informacyjnego”, przynoszone przez ojca, który należał do AK. Także przez niego przyniesiony Dywizjon 303 Arkadego Fiedlera w odbitkach fotograficznych. Cały czas strach, strach. Łomot kolb w bramę obok. Ojciec zagrożony obozem, jeśli nie gorzej – w sierpniu 1939 roku internował grupę Niemców podejrzanych o przynależność do V kolumny. Była jednak świadomość zagrożenia nie tylko ze strony Niemców. Już od września 1939 roku zapamiętałem owo ludowe, ostre określenie sowieckiego najazdu: „nóż w plecy!”. Ojciec opowiadał, jak w 1939 roku w okupowanym przez Sowietów Lwowie został rozpoznany na ulicy przez jakichś żydowskich komunistów i zadenuncjowany. Zatrzymany przez NKWD na Łąckiego, cudem nie został wywieziony lub nie rozstrzelany. Zresztą nim dotarł do Lwowa, też został zadenuncjowany, przez Ukraińców, ale uwolniono go, bo „podlegał” Niemcom – pakt Ribbentrop-Mołotow ocalił mu życie... A wreszcie aresztowany po raz drugi przez NKWD w czyimś mieszkaniu, w jednej z wywózek 1940 roku, uciekł już z dworca. W tamtym czasie pisaliśmy listy do niego do Lwowa, zaczynające się od słów: „Kochana Stefciu...”. Pamiętam strzępy okupacyjnych rozmów o polityce osób przychodzących do naszych domów. Zresztą ktoś pokazywał też mapę przyszłej Polski od morza do morza... A na razie wstrząs, nigdy nie zapomniany, ogłoszonej w okupacyjnym „Gońcu Krakowskim” relacji o odkryciu grobów katyńskich, zdjęcia, rozmowy ze świadkami, spisy ofiar. Przekonanie, że to prawda.
Po wojnie ulga oswobodzenia od okupanta niemieckiego i niemiła świadomość, że to bolszewicy objęli władzę. Groza ludobójstwa jednak minęła, nowe represje były o wiele bardziej ukryte. Pamiętam w 1946 roku znaną 3-majową manifestację krakowską. Najbardziej pozostał mi w pamięci widok maszerującej w pochodzie drużyny harcerskiej „Huragan” z rozwiniętymi sztandarami na Podwalu, koło Plant. Ale długo nie wiedziałem, że strzelano do manifestantów. W tym samym mieście z entuzjazmem patrzyłem na tłum niosący samochód z Mikołajczykiem, nieprzebrane mrowie. Fatalny dla komunistów oficjalny wynik referendum 1946 roku w Krakowie: mówiło się, że obecni przy urnach starzy socjaliści nie pozwolili sfałszować wyników. Pamiętam czołówkę gazety krakowskiej, komentującą wyniki, głoszącą wstyd i hańbę miastu.
Ale w połowie 1946 roku wyjechałem z Krakowa do Wrocławia. Miasto, po Warszawie chyba najbardziej zniszczone, posępna wymowa ruin, które chwiały się jeszcze, co chwilę na chodniku świeży obwał ściany. Żal mi było tego miasta. Takie pejzaże opisano przede wszystkim w Warszawie. Nazywano Wrocław polskim, ale nie chciano żałować jego zniszczenia. Po nietkniętym Krakowie to była znowu lekcja wojny. To trwało też w literaturze, przed maturą czytałem nowele Borowskiego, wiersze Różewicza, nazywano to zarażeniem śmiercią. Już zaczynał się zalew propagandy, choć we Wrocławiu było dużo Lwowiaków, czasami coś opowiadali. Były też audycje radia Londyn, pamiętnego przecież jako głos nadziei w czasie okupacji. Słuchaliśmy raz Głosu Ameryki – za głośno – na szkolnym obozie pomaturalnym w małej miejscowości w Karkonoszach, więc była interwencja miejscowego urzędu bezpieczeństwa u dyrektora kolonii.
Szkoła nie uczyła jeszcze wprost nowej ideologii, mieliśmy nawet religię. Wszczepianie aktualnej propagandy i marksizmu było sprawą organizacji młodzieżowych. Ale obserwowano szkolę uważnie. Na początku roku 1947 napisałem scenariusz na małą scenkę szkolną gimnazjum przy ul. Parkowej: Wojenne pieśń polska. Dialogi wprowadzały kilkanaście pieśni, epizodów, od Bogarodzicy do Czerwonych maków na Monte Cassino. Kuratorium zabroniło tej banalnej w końcu inscenizacji. W roku 1949 wymyśliłem inny spektakl i wyreżyserowałem w liceum, na naszą uroczystość maturalną, fragment sceny więziennej Dziadów trzecich z małą Improwizacją. Był to debiut kilku późniejszych aktorów: grał Bogusz Bilewski, Janek Kulczyński, Leszek Wojciechowski, ja. Ale kiedy zaczęliśmy odwiedzać z tym mini spektaklem świetlice robotnicze we Wrocławiu – spadł momentalnie zakaz. W tym liceum mieliśmy polonistkę, panią Przybytkową, która promowała w Wilnie do matury Czesława Miłosza. Wspaniałym naszym wychowawcą był Adam Trybus, cichociemny zrzutek z Anglii w czasie okupacji, dowódca okręgów AK. Wlewał nam w dusze klasyczny rygor, był łacinnikiem, o polityce nie mówił, ale chodził w battle-dressie. Podpisał nam świadectwa maturalne i poszedł na kilka lat do więzienia. Nie wiedziałem o tym wtedy.
Przed maturą jeszcze zapisałem się do OMTUR-u. Niedługo jednak miała nastąpić likwidacja PPS-u, której OMTUR był przybudówką. W liceum pełno już było broszurek politycznych, atakował marksizm. Do zapisania przyczynił się mój kryzys religijny, dominowały wątpliwości filozoficzne. Brama dla Kartezjusza była otwarta, ale wszedł nie Kartezjusz, lecz obskurancko zaprezentowany pan ze źle umytą brodą, Karol Marks. Były jeszcze lektury „Kuźnicy”, wykuła ona wiele inicjacji, przeznaczonych później na złom. Przeniesiono mnie automatycznie do ZMP. Ukazane tu doświadczenia dzieciństwa i wczesnej młodości nie predestynowały mnie do takiego uczestnictwa, wątpliwości pozostały. Wynikiem ich było oddanie legitymacji tuż po maturze, co prawie na pewno pozbawiało mnie nadziei na studia. Przyjaciółka z liceum i ZMP wcisnęła mi z powrotem tę legitymację, nie przekazaną „na dzielnicę”, siłą (perswazji). – Żeby z nimi walczyć, też musisz skończyć studia! – Jej matka, Sienkiewiczówna z domu, mówiła jej wtedy: – Czy musisz być w ZMP? Nie pamiętasz, że twój ojciec i stryj zginęli w Katyniu? – Nie wiedziałem o tym. Ona potem odnalazła siebie. Po zdaniu na studia polonistyczne we Wrocławiu pojechałem od razu na kurs marksistowski w Warszawie. Nie było luksusów, spaliśmy pokotem w akademiku przy pl. Narutowicza w wielkiej sali gimnastycznej. Nasz asystent i szara eminencja partii na wydziale, po 68 roku wylądował na jednym z uniwersytetów amerykańskich.
1 W obecnym wydaniu internetowym tekst został przejrzany, wprowadziłem nieznaczne poprawki
Cóż jeszcze można powiedzieć o skreślonych tu obrazkach – od dzieciństwa po maturę? Choć niektóre wspomnieniowe migawki mają potworny ciężar historii, całość nie była powiązana żadną logiczną spójnią światopoglądową, nie podbudowana jakąkolwiek wiedzą i systematyzacją historyczną. Tak bywa, że młodzież jeszcze nie ma konturów. Ale tu było coś więcej. Przed wiedzą historyczną nas chroniono. Było to pokolenie puszczone podczas okupacji samopas w nauce szkolnej, a po wojnie odłączone od rzetelnej wiedzy społecznej, Jeśli los nie zdarzył jakiejś wspólnoty z ludźmi o głębiej określonych konturach myślowych i takich przyjaźni, to nowy pokarm światopoglądowy podawany we wszystkich prawie czasopismach działał. Dochodziła do tego sprawa autorytetów.
Wrócę jeszcze raz do sprawy religii i Kościoła. Nie chodzi o sprawę wiary lub nie, w znaczeniu metafizycznym. Ważny jest ogólny szacunek nawet przy istniejących różnicach. Kościół był nadal instytucją opierającą się komunizmowi, ale jego autorytet nie tylko od tego zależał. Wojna dokonała wstrząsów moralnych, obaliła sztywne hierarchie w społeczeństwie, zmieniła bardzo sferę obyczajową. Nasi katecheci nie byli przygotowani do zmiany języka w nauczaniu etyki. Miewaliśmy rację lub nie, chodziło o wymiar uwzględniający naszą uczuciowość. Pamiętam z czasów wojny, jak w małym kościółku na peryferiach Krakowa drżeliśmy o księdza z powodu jego patriotycznych kazań, a jednocześnie w to dramatyczne lato roku 1944, kiedy konało Powstanie, grzmiały filipiki przeciwko krótkim sukniom, a więc „ukazywaniu podbrzuszy”. Wyobrażamy sobie często świadomość społeczną w formie wykończonych całości i optymalnie zweryfikowanych wyborów. Tak na ogół nie jest, w psychice jednostki tułają się zlepki pojęć, znikome resztki różnych ideologii, wiedzy społecznej i historycznej. I nagle, w krytycznej chwili, na tle całej tej gmatwaniny, przy potrzebie szukania autorytetu i obalania autorytetu – zdrada siebie samego przychodzi w najbardziej niewiarygodny sposób. Dzieje się tak zwłaszcza po okresach zaniedbań edukacji i ogromnych stresach historycznych. To pokolenie, do którego należałem, nie miało pod koniec lat czterdziestych prawie w niczym oparcia. Opluto w prasie Drugą Rzeczpospolitą, jako odpowiedzialną za klęskę; zryw Powstania Warszawskiego przerażał jałowością zysku i bezdennością strat; sojusznicy zachodni, jako że zdradzili, byli przedmiotem szyderstw; chłopcy z lasu, jako że zabijali jeszcze po wojnie, przerażali. Nie mówiono mi, że słusznie opierają się i walczą. Politycznie na placu pozostawali komuniści, nie było prawie żadnej alternatywy dla czynnego zaangażowania. Pozostawałaby samotność, konieczna, lecz tak obca psychologii młodego wieku, wymagająca dużych przemyśleń i samoświadomości, jak każda samotność tragiczna. Gdyż działo się to po strasznej wojnie i był głód wartości pozytywnych. Kraj jeszcze ciągle leżał w gruzach i wezwanie do pracy nie było tylko nakazowym hasłem, wynikało z konkretnej rzeczywistości na co dzień, ale i z psychicznej potrzeby. W tej sytuacji łatwo pomijało się sygnały ostrzegawcze dostarczane przez rzeczywistość. Szalała naiwność i propaganda, powierzchowne myślenie tych, którzy jej ulegali.
Nie najmniejszej wagi dla tych w moim pokoleniu, którzy odgadywali w sobie ambicje literackie, był przykład zaangażowania wybitnych twórców. Uważam, że wszyscy ci ludzie sztuki, artyści, pisarze, o ustalonych jeszcze przed wojną nazwiskach, którzy opowiadali się wyraźnie po stronie nowego reżimu, dorzucali kolosalny argument, ważący na szali naszych wyborów. Gdy ze względu na różne formy zmęczenia istnieje podświadoma tendencja konformistyczna – zaraźliwie działa przykład, jak kamyk poruszający lawinę. To dlatego władza komunistyczna tak dbała o każde pozyskane nazwisko, obojętne czy był to polityk, inżynier czy artysta, należący do ludzi czynnych w dwudziestoleciu międzywojennym. Ci ludzie nie zawsze sobie zdawali sprawę, że żyrują wiarygodność nowej władzy. Nie mogli tego zrobić ludzie bez nazwisk, a na dodatek uważani za agentów obcego państwa. I ten weksel komunistyczny żyrował znaczny odłam inteligencji polskiej. A zaczęło się to już w czasie wojny. Wymowny jest przykład okupowanego przez Związek Sowiecki Lwowa i Tadeusza Boya Żeleńskiego, publikującego w „Czerwonym Sztandarze i będącego jednym z redaktorów „Nowych Widnokręgów” (z Wandą Wasilewską).
Po wojnie ze Skamandrytów czynili podobnie Iwaszkiewicz, Słonimski i Tuwim, a więc większość, dorzućmy tu Broniewskiego. Sygnowali tę władzę w opinii publicznej jako dyplomaci Miłosz, Przyboś i Breza, nie mówiąc o Putramencie. Obok Skamandra mamy więc Żagary (w Wilnie także Bujnicki), Awangardę. Z lewicowych poetów dwudziestolecia był Ważyk, z prawej strony dołączył Gałczyński. Jeśli idzie o prozaików, wiedzieliśmy, że jest po tej stronie Nałkowska, ale i Dąbrowska, mimo zgłoszenia zaraz po wojnie szlachetnego veta w sprawie oskarżania conradyzmu. Z ostatniej fali przedwojennych debiutów optowali za „nową rzeczywistością” Jerzy Andrzejewski, Adolf Rudnicki, Paweł Hertz, Jan Kott, Ryszard Matuszewski. Do „nowej” krytyki literackiej, gdzie ideologicznym prowodyrem był Stefan Żółkiewski, dołączył Kazimierz Wyka. A przecież są to tylko przykłady. Byli też i niedawni debiutanci, których od razu uznano za wybitnych (Borowski, Różewicz). W tym „panteonie” nowej literatury zabrakło oczywiście wielu nazwisk, nie tylko z emigracji, ale i z kraju. Te akcesy jednak na nas działały, tymi argumentami i prostymi wyliczeniami przekonywano opornych. I mimo że po roku 1955-1956 nadeszła pierwsza fala otrzeźwień i porzucania tamtych pozycji, trzeba było aż trzydziestu pięciu lat po wojnie i przyjścia do głosu nowego doświadczenia inteligencji i robotników, jednym słowem doświadczenia Solidarności, aby ten rozkład akcentów w świecie kultury i literatury zasadniczo się odwrócił. Rozwiązanie Związku Literatów Polskich w 1983 roku zakończyło umizgi i zapoczątkowało symboliczny proces, wytoczony pisarzom przez władzę. Nie wszystkim, bo nie wszyscy byli przeciw „realnemu socjalizmowi”.
Jeśli nowa władza podkopywała autorytet wszystkiego, co było inne od niej, nie znaczy to, że sama autorytet zdobyła. Staraliśmy się tylko weń wierzyć, nawet my młodzi, cóż mówić o starszych. Słowa Iwaszkiewiczowskiego Listu do Prezydenta Bieruta nie mogły tego załatwić. Ten okres i ta ideologia nie dostarczyły mi ani jednego głębszego, trwałego przeświadczenia. Co więcej, w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że około roku 1949 zniknęło czy zaczęło znikać we mnie coś, co nazwałbym odczuciem rzeczywistości, zmysłowej gęstości otaczającego świata. I oczywiście istniał niepokój, czasem spychany w podświadomość, to łączyło się często z niesmakiem. Przypomnę jeszcze kilka migawek z mego życia w tym okresie. Krzyczałem na jakimś uniwersyteckim mityngu we Wrocławiu z trybuny, a jednocześnie czułem panikę wobec siebie krzyczącego w ten gąszcz postaci i twarzy, które zlewały mi się w parujący, bezładny tłum! Ja tym krzykiem przekonywałem siebie, myśląc, że ich chcę przekonać. Takie czynne wymuszanie pewności siebie było jednak unikalne w moim wypadku. Nie należałem nigdy do tak zwanych władz młodzieżowej organizacji. Przypominam sobie jeszcze męczonego przez nas, studentów, „idealistę”, profesora Kolbuszewskiego, specjalistę od romantyzmu. Zadawaliśmy mu po wykładzie, w ramach tak zwanej dyskusji, podstępne „marksistowskie” pytania, może o wpływ walki klas na stosunek Mickiewicza do Maryli. Może było to incydentalne. Myślę, że jednocześnie wstydziłem się tego procederu. Podobnie było, gdy organizacja zetempowska kazała mi odwiedzić dwie miłe koleżanki, by je „uświadomić” ideologicznie. Rozmowa nie kleiła się, czułem się nieswojo, że jednak coś przed nimi ukrywam. To nie były najczęściej nasze inicjatywy, nakręcał nas ktoś trochę wyżej, kto, nie wiem. To drobiazgi. Natomiast groza wieje w moich wspomnieniach od takiego mityngu studentów wydziału – byłem jednym ze spędzonych tam słuchaczy – na którym potępiono bezwzględnie dwie dziewczyny, które miały ponoć ujawnić w rozmowie swoje wrogie klasowe i polityczne stanowisko wobec ustroju. Wygłaszano deklaracje i oskarżenia. Bałem się, już nie wiem, czego? Było coś okropnego w powietrzu. Może za chwilę każą mi głosować za usunięciem tych dziewczyn z uniwersytetu? Ale w wyrzucaniu takich ludzi gremium studenckie nie brało, na szczęście, udziału. Jeszcze jedno dość wstydliwe wspomnienie, już z terenu poza akademickiego. Oto jadę z kimś chyba jeszcze do wsi podwrocławskiej, aby agitować chłopów za wstąpieniem do spółdzielni produkcyjnej. To było tylko jeden raz. Tam na zebraniu wytaczaliśmy jakieś wyjęte z gazety argumenty, twarzą w twarz z zebranymi chłopami, ich racjami prostymi, sękatymi jak kije, choć dyplomatycznie wymijającymi. Grzecznie się z nami obeszli, choć pamiętam jeszcze lęk, gdy wracając o zmierzchu szliśmy polami na przystanek autobusu. Wszystko to jest bardzo zatarte, te lata zostawiły duże luki w pamięci.
Nagrodą za „przyłączenie się” było poczucie wielkiego „uczestnictwa”, ale istniały oczywiście wyróżnienia honorowe. Takim ogromnym wyróżnieniem było po drugim roku studiów wytypowanie mojej osoby jako kandydata na berliński „festiwal młodzieży świata” w roku 1951. Nie wiem, jak to się stało, było wiele udziału niewidzialnej ręki czy rąk w tym okresie. Po skoszarowaniu w Warszawie, otrzymaniu nowych spodni, koszul i czerwonego krawata – to się nawet pamięta, bo miałem wtedy tylko jedne spodnie – pojechaliśmy autobusami do wschodniego Berlina. W którymś z tych autobusów jechała także Anna Walentynowicz. Ja jechałem autobusem młodego pokolenia literackiego, jechali tam prawie wszyscy, którzy się liczyli w owym czasie, z pryszczatymi na czele, brakowało tylko Tadeusza Borowskiego, który tak niedawno popełnił samobójstwo (o tym nie wiedziałem). Ten Berlin biedny i szary, jeszcze gruzy, ale w feerii porozwieszanych czerwonych sztandarów. Portret Stalina nad nami rozwieszony na balonach! Widowisko, które chyba musiało przypominać Niemcom niedawne hitlerowskie capstrzyki. Tu obok był Berlin Zachodni, od którego nie dzielił jeszcze żaden mur, żadne kordony wojskowe i policyjne, wystarczyło zapomnieć, że trzeba wysiąść z metra na właściwej stacji. Toteż megafony ostrzegały: Achtung! Achtung! Hier ist die letzte Station des demokratischem Sektors! Ostrzegano nas na apelach, bo przecież nieustannie nas liczono, i nie tylko ostrzegano, ukazywano zagrożenia: tam po drugiej stronie zabijają młodych demokratów, wrzucają ich do studzienek od metra. Grożono także renegatom, o przekroczeniu granicy sektora myślałem naprawdę ze strachem. Nie dałoby się tego zrobić niewidocznie, byliśmy umundurowani. Pamiętam apel, po którym odesłano do Warszawy dwu delegatów, którzy się po zachodnim Berlinie przespacerowali, jednym z nich był Jan Lenica. Tymczasem nad nami krążyły nieraz amerykańskie helikoptery i zrzucały ulotki. Zbieraliśmy je i nie czytane oddawaliśmy funkcjonariuszom Volkspolizei. Ktoś krzyknął: Nie czytać! – i ciekawość mieszała się ze strachem, żalem i poczuciem wypełnionego obowiązku. Trwała przecież zimna, i nie tylko zimna, wojna. To wszystko miało być lekcją dla młodych pisarzy, Ale tak naprawdę zapamiętałem tylko Stalina na niebie i dziewczynę, z którą wymieniliśmy adresy, to była młoda Niemka, takie euforyczne sentymenty.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że tam w sektorze zachodnim Berlina występuje w tym samym czasie Józef Czapski, w manifestacji organizowanej przez Kongres Obrony Wolności Kultury – nie potrafiłbym tego ocenić. Nigdy przecież nie słyszałem takiego nazwiska (nie wiedziałem także, kto był bohaterem noweli „z kluczem” Adolfa Rudnickiego Major Hubert z armii Andersa).. Cóż mówić o znajomości – bijącej na alarm, przenikliwej publicystyki Czapskiego z końca lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych, w której ukazywał postępującą sowietyzację polskiej kultury i płynące stąd zagrożenie dla polskiej młodzieży.
W tych latach było więcej „awansujących” nas imprez, potem znacznie się przerzedziło. Warto wspomnieć o jeszcze innej pokazówce i towarzyszących jej spotkaniom. W roku 1951 odbył się tak zwany Kongres Nauki Polskiej z okazji utworzenia Polskiej Akademii Nauk (wykorzystano to dla zlikwidowania krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności). Wśród pierwszych skrzypków tego przedsięwzięcia w naukach humanistycznych był Stefan Żółkiewski. I proszę, nagle dostałem zaproszenie na kongres, przecież powinna być także na nim ideowa młodzież uniwersytecka. Tu już było luksusowo, osobny pokój w hotelu „Polonia” w Alejach Jerozolimskich, a przede wszystkim zaproszenie na recepcję w Prezydium Rady Ministrów, w Pałacu Namiestnikowskim. Mało Warszawiaków nawet wiedziało, że z drugiej strony pałacu koło skarpy ciągną się reprezentacyjne i recepcyjne ogrody, a jeszcze mniej osób przechadzało się tam osobiście. Był letni upalny dzień. Przyszedłem z Jurkiem Skórnickim, późniejszym wieloletnim dyrektorem Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. I zaraz w jednej z głównych sal zostałem „przechwycony” przez kogoś, przedstawiony ówczesnej minister szkolnictwa Wyższego, Eugenii Krassowskiej, jej zaś, zgodnie z jakimś rytuałem, zechciało się przedstawić mnie premierowi Cyrankiewiczowi, jako może „przyszłą chlubę nauki polskiej”. Mechanizm łatwych awansów działał. Sfotografowano mnie z premierem, zjadłem w jego towarzystwie część podanych natychmiast lodów, padły jakieś banalne słowa, których sobie absolutnie nie przypominam. Zapamiętałem jednak, że Cyrankiewicz stał w ciemnym garniturze na tle ciemnoczerwonej kotary służącej mu za oprawę, co uderzyło mnie teatralnością, podobnie jak podskakiwanie fagasów z zapałką, ilekroć sięgał po papierosa. Czas było przejść do ogrodów. Tam licznie rozstawione w alejkach stoły uginały się od zakąsek, nakrojonego mięsiwa, stały na tacach butelki z wódką i winem. Dla studenta, przyzwyczajonego do głodnej raczej doli, widok był niesamowity, polskie społeczeństwo w owym czasie było strasznie zabiedzone. I przyszli tam oczywiście także nasi wychowawcy i nasze autorytety. Pamiętam Kazimierza Wykę i inne osoby. Wszystko to miało wytworzyć mniemanie, że należymy do jakiegoś innego świata, no cóż, znajduje się tutaj dzisiejsza i przyszła elita. A oni, naukowcy, luminarze? Uczestniczyli ochoczo w tej liturgii, coś odsunęli na bok, choć wiedzieli więcej niż my, i poszli za wezwaniem. Trzeba powiedzieć, że jednak nie kultywowałem w sobie tego nastroju „podniosłej” chwili.
W tym ponurym obrazie znajduję czasem siebie w jakimś jaśniejszym punkcie, przypominam sobie różne przytomne odruchy, ale wyłączone z szerszej całości. Świadczą jednak, że gdyby była motywacja, znalazłaby się i odwaga na wyłączenie się z masy. Gdy zwróciłem legitymację zetempowską po maturze – to była znów świadomość na „nie” – wiedziałem jasno, że ryzykuję swoją przyszłością. Przypomnę jeszcze dwa drobne fakty. Niedługo przedtem było „ideowe przesłuchanie” „na dzielnicy”. Pytano po kolei wszystkich zgromadzonych o światopogląd religijny. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo właściwie już nie wierzyłem. Podświadomie jednak czuło się haniebność procederu. Panowała dziwna, szczelna atmosfera napięcia i strachu uczestników. Toteż gdy jeden z moich kolegów powiedział zgodnie z prawdą, że jest wierzący, a brzmiało to tam tak, jakby był kanibalem, zmobilizowałem się i ja, powiedziałem, że nie wiem, ale na pewno nie jestem marksistą. – To może kolega własną filozofię wymyśli? – usłyszałem z drwiną. – A może, nie wykluczone – odpowiedziałem. Niejasno umotywowane, ale poczucie zwycięstwa. Musiałem czuć instynktowną odrazę do przepytujących. Szło to pewnie do jakichś akt. Natomiast w Warszawie na studiach, bo zmieniłem uczelnię, pamiętam, jak odciąłem się, gdy mi rządzące koleżanki z ZMP zwróciły uwagę, że spotykam się z tym Najderem, uczniem burżuazyjnego filozofa Tatarkiewicza. Były więc różne możliwości sprzeciwu i zostały niewykorzystane.
Wspomniałem już o ignorancji i ogólnej chwiejności wiedzy o świecie. Wlewało się przez tę lukę myślenie magiczne nowej ideologii zapowiadającej raj i dobrobyt, szczęście powszechne. Ale wcielanie tego w życie poprzez własny udział szło niesłychanie opornie. Nie napisałem tutaj nic przecież o swojej ówczesnej aktywności literackiej, bo w zasadzie ona nie istniała. Trochę pracy recenzenckiej, wykonanej w oparciu o obiegowe schematy, na podobnych schematach oparta książka o poezji Mieczysława Jastruna. Nie zapominajmy zresztą, że sam Jastrun osiągał wtedy apogeum wierszami o Dzierżyńskim i Majakowskim. Pamiętam jednak, że już w korektach skreśliłem przejęte od Stefana Żółkiewskiego poglądy, że dwudziestolecie międzywojenne jest epoką upadku polskiej literatury, by napisać tam – że wprost odwrotnie... Groza. A Jan Kott, redaktor serii, w której książkę wydałem, z jej drugiej, bardzo socrealistycznej części okazał się niezadowolony i powiedział mi: – Cytaty ze Żdanowa skreślić! – To już było po śmierci Stalina, już mu „widniało”...
Rozsypywały się także próby utworów literackich, nie wychodzące poza stadium brulionowych notatek. Podświadome zwycięstwo w porażce... Samodzielniejsze myślenie było zresztą tłumione, pamiętam, jak „Nowa Kultura” odrzuciła moją krytyczną recenzję z Wojny skutecznej czyli Zadufków Jerzego Andrzejewskiego. I tak przyszedł rok 1955 i 1956. Po wjechaniu czołgów sowieckich na Węgry, napisałem we wrocławskich „Nowych Sygnałach”, że ruina Budapesztu oznacza koniec mitycznej wiary. Po referacie Chruszczowa na XX Zjeździe widziałem na pewnym zebraniu starego komunistę, członka Związku Patriotów Polskich, ze łzami cieknącymi po twarzy. W pewien czas potem wygłosiłem referat o postawach, w którym mówiłem, że historia jest nieprzewidywalną wzburzoną rzeką, mówiłem, że nie jestem marksistą i że filozofia ta nie ma w sobie żadnej finalnej charyzmy. Opuszczałem grono darwinowców humanistyki. Pozostawała jednak problem wpływania na życie, dlatego na fali naiwnego uniesienia możliwością prawdy w życiu społecznym, po odsłonięciu niektórych zbrodni Stalina przez Chruszczowa i dojściu Gomułki do władzy w duchu rzekomej „odnowy”, podjąłem w roku 1956 decyzję o członkostwie w PZPR (przeświadczony jednak o niemożliwości działania w ramach struktur komunistycznych zwróciłem legitymację na początku 1970 roku).
Mówiąc o „nowej ideologii” nie wymieniłem jeszcze jednego elementu, gdy mowa była o autorytetach. Otóż marksizm i socjalizm w wydaniu „ustanowionej dyktatury proletariatu” podporządkowywał sobie całą tradycję i historię ludzkości, czyniąc z nich słupy milowe na drodze do chwili obecnej. Podporządkowywał sobie także całą tradycję lewicy europejskiej, poczynając od Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Przebijano karty „reakcji” Mickiewiczem, który używał słów rewolucja i socjalizm. W tamtych latach pilnie szukałem tych słów u Mickiewicza. O rewolucji pisał Żeromski.
Istniało przecież coś takiego jak lewica europejska i jej tradycja. Jej ideologia. Napisano na ten temat biblioteki i nie chodzi mi o nowe ujęcie. Otóż ta tradycja nie była nigdy tworem jednorodnym. Były tam rzeczy dobre i złe. Z punktu widzenia wartości, etyki społecznej. Wszak obraz cynika Nieczajewa, zaszyfrowany w Biesach Dostojewskiego to lewica. I Czerwoni w polskim Powstaniu Styczniowym to lewica. Lewica europejska walczyła długo o lepszą sytuację, w jakiej ma żyć ludzkość, sytuację tych przede wszystkim, którzy byli na dole koła Fortuny.
I oto w wieku XX dokonany zostaje – przy pomocy możliwości i luzów tkwiących w tradycji i doktrynie – jeszcze jeden wielki eskamotaż, dzieło społecznych przywódców i politycznych prestidigitatorów. Nawet uczciwa część tradycji i ideologii lewicy staje się maską dla działań i programów zgoła nie chwalebnych, częściowo nowych, a częściowo odwołujących się do przeszłości. Podmienione zostają: program i rzeczywistość jego realizacji. Odwołują się do uczciwej tradycji lewicy czy do jej demokratycznych haseł ci, którzy już wcale nie mają do tego prawa. Bandyta głosi, że jest obrońcą uciśnionych. Trochę to tak, jakby zastosować do tej strasznej sytuacji słowa Sienkiewiczowskiego Zagłoby z arsenału czarnego barokowego humoru: diabeł w ornat się ubrał i ogonem na mszę dzwoni.
To rozumowanie jest niesłychanie potrzebne, gdy mówimy o genezie ugięcia się intelektualistów, także w Polsce, przed czerwonym faszyzmem. Jeśli bowiem istnieją analogie między faszyzmami, to istnieją też różnice. Ugięli się przed czerwonym faszyzmem i przystosowali do niego ludzie, którzy nigdy by tego nie zrobili wobec faszyzmu brunatnego. Zdecydowałem się na przypomnienie określenia „czerwony faszyzm”, używanego już zaraz po wojnie, choć oczywiście pozostawia do życzenia precyzja podobnie brzmiących terminów, przy opisie złożonych i różnych ideologii, ujawniających jednak także analogie. Ze względu na to, że historycznie faszyzm odnosi się do Włoch, sensowniej byłoby może używać terminu: czerwony czy komunistyczny totalitaryzm, choć zwrócono uwagę, że terminowi temu brak wagi emocjonalnej. Dałoby się może używać obu par pojęć. Można więc również powiedzieć, że ludzie, o których mowa, dostali się w tryby maszynerii komunistycznej czy czerwono-totalitarnej. Litera ideologii programowej brunatnego i czerwonego faszyzmu była jednak nie tożsama. Czerwony socjalizm totalitarny czyli komunizm podawał się za spadkobiercę i kontynuatora także tego, co najpiękniejsze w tradycji lewicy. W odróżnieniu od nazizmu (nazionalsozialistisch – narodowo-socjalistyczny) określał się jako ponadnarodowy, choć „rewolucja światowa” była tu także maską czerwonego imperializmu rosyjskiego.
Jednak wiara w ideologię i to, że staje się ona rzeczywistością, była koniem trojańskim dla liberalnej inteligencji. Dokonano na nich oszustwa. Ale hańba domowa polega nie tyle na naiwności, ile na przejściu do porządku dziennego nad tymi szczegółami, i nie tylko szczegółami, które w tym oszustwie były przecież widoczne, i w programie były jednak także obecne: i koń był drewniany, z oprawcami ukrytymi w środku, i spod ornatu wyglądał diabli ogon i kopyto. W powietrzu był zapach świeżo przelanej ludzkiej krwi i słychać było jęki ofiar. Nie można też zapominać, że wierzący w nową wiarę byli w ten czy inny sposób wynagradzani lub przynajmniej unikali różnych kar. Ta otoczka wchodzi już w dziedzinę analogii z totalitaryzmami różnych kolorów i należy do zakresu hańby domowej.
Oczywiście, akces ideowy nie zawsze musiał oznaczać usprawiedliwianie praktyk władzy. Ale trzeba tu dopisać koniecznie jeszcze parę słów o ideologii komunistycznej. Tak się bowiem działo, że o ile zgoda na praktykę komunistyczną budziła sprzeciw i kontrowersje, o tyle ideologia ujmowana była nieraz, nawet przez przeciwników, w kategoriach „pięknej”, choćby nawet „utopii”. Polemika, wychodząca często także od instytucji kościelnych, uważana była przez wielu za spór jedynie o wartości religijne i metafizyczne, spór między laicyzmem i religią. Choć Kościołowi chodziło o wszystko. Zaś spór o zawartość społecznej doktryny rozumiany bywał jako spór między postępem i konserwatyzmem (w dziedzinie idei). To złudzenie o „postępowości” i pięknie ideologii komunistycznej było niewątpliwie jedną z przesłanek przystąpienia do nowej wiary i akceptacji nowej praktyki dla tak wielu osób należących do inteligencji polskiej po wojnie. To złudzenie podzielali zresztą autorzy bardzo wybitni i niezależni, porównujący zwłaszcza praktykę Niemiec nazistowskich i Rosji sowieckiej. Raymond Aron w wykładach paryskich z lat 1958-1959 (Démocratie et totalitarisme, Gallimard 1965) polemizuje z Hannah Arendt, uważając, że wykazane przez nią podobieństwa między hitleryzmem i sowietyzmem stosują się tylko do pewnego okresu, gdy istniały porównywalne praktyki, ideologię jednak komunistyczną określa jako uniwersalistyczną i humanitarną, nazistowską zaś jako nacjonalistyczną, rasową i zgoła nie humanitarną. Takie rozumowanie byłoby słuszne, gdyby nie brać pod uwagę całej prawdy.
Ujęcia takie wydają się jednak przede wszystkim powierzchowne, wychodzą od cząstkowego rozumienia zakresu słowa ideologia, pokrywają milczeniem całe jej obszary, odwołując się do zakorzenionego i bardzo silnie działającego mitu świadomości europejskiej lewicy. I chodzi tutaj zarówno o szersze widzenie podstawowych kanonów ideologicznych, jak i tak zwaną ideologię stosowaną, czyli uzasadniającą rozmaite praktyki społeczne. Już samo pojęcie dyktatury proletariatu stawia pod znakiem zapytania wyzwolenie pracy, która stając się pracą pozbawioną wolności nie może zapewnić rozwoju osobie ludzkiej, nie mówiąc o nikłości rezultatów gospodarczych. Samo pojęcie walki i krwawej rewolucji, zakładające terror wobec przeciwnika, zresztą i nienawiść wobec człowieka, bywało przyjmowane przez przedstawicieli literackiej lewicy w historii: „A gdy stary bóg nie słucha, pomódlmy się do obucha, uściśnijmy noże, i dalej za morze krwi, czerwone morze!” – pisał w XIX wieku Ryszard Berwiński. Przyznać trzeba, że ta zasada terroru skrywana bywała poza fasadą ukazywania ofiar samego tylko proletariatu i rewolucjonistów. Hymn komunistyczny mówi jedynie o „krwi robotniczej”. A przecież co do „ideologii stosowanej” wątpliwości być nie może, i nawet nie mogło. Pamiętamy o tej notatce Lenina, posłanej w 1921 roku do politbiura: „Im większą ilość członków reakcyjnej burżuazji i reakcyjnego kleru uda nam się rozstrzelać pod tym pretekstem [tłumienia kontrrewolucji], tym lepiej”.
Nie bardzo jest zrozumiałe, dlaczego zasada terroru klasowego ma być aż tak wyższa od zasady terroru narodowego czy rasowego. Utopijny, straszny cel narodowego socjalizmu niemieckiego (inny wariant skrajnej lewicy) to także stworzenie przyszłego harmonijnego społeczeństwa bez sprzeczności, ludzi pięknych i zdrowych, mieszkańców niemieckiej utopii, założonej na trupach. Podobnie sowiecka władza szła do komunizmu – wizji przyszłości utopijnej – po trupach „kontrrewolucji”. Oczywiście, idea narodów w wydaniu narodowego socjalizmu była uzasadniona rasowo, a więc paranoicznie i metafizycznie, zaś niszczenie i deportacja narodów w wydaniu sowieckiego komunizmu były uplątane w uzasadnienia pośrednie, nie stanowiły celu samego w sobie. Była to różnica pomiędzy: „ten naród należy zniszczyć, bo to naród niższy, zły z samej swojej istoty”, a: „ten naród można i należy zniszczyć, bo stoi w poprzek naszym planom rekonstrukcji świata" lub: „jeśli w poprzek stanie”. Oba totalitaryzmy – czerwony i brunatny – niszczyły małe narody czy grupy lub deportowały je, bo duże trudniej było zniszczyć, tak więc obu okupantom nie udało się zniszczyć narodu polskiego. Jeśli jednak zważyć sześć milionów ofiar obywateli polskich podczas ostatniej wojny, ofiar obu okupantów – nie byłoby już nas, gdybyśmy byli – powiedzmy – Duńczykami czy Norwegami. Ludobójcza ideologia Czerwonych Khmerów ukazała zupełnie niedawno realizację takiej samej zasady. I w jednym, i w drugim wypadku, czerwonego i brunatnego totalitaryzmu, istniało jednak utopijne, metafizyczne uzasadnienie projektu przyszłości, zezwalające na miliony ofiar.
To wszystko nie znaczy, powtórzmy, że „projekt” ideologiczny narodowego socjalizmu niemieckiego i komunizmu nie różniły się między sobą. Różniły się przede wszystkim w tym, że narodowy socjalizm eksponował paranoiczny, przeciwny cywilizacji europejskiej nacjonalizm, rasizm i ludobójstwo wprost – komunizm sowiecki zaś ukrywał je poza fasadą zasad i tradycji, poszczególnych formuł, odwołujących się do tradycji lewicy europejskiej, jakkolwiek zgoła nie całej. Walczył przecież z konkretnymi partiami socjalistycznymi. Fragmenty fasady bywały ponętne, ale były to tylko fragmenty, które tworząc niejednorodne całości z innymi – stanowiły po prostu konglomeraty kłamstwa. Nie można oczywiście szukać sowietyzmu we wszystkich poglądach tradycyjnej lewicy europejskiej. Nie wypływa też stąd gloryfikacja wszelkiej prawicy. Mówiąc nawiasem, już w 1926 roku Józef Piłsudski wskazywał, że pojęcie prawicy i lewicy zaczyna się mącić. Że słowo nazizm znaczyło: narodowy socjalizm, daje do myślenia. Faktem jest, że to „piękno” ideologii komunistycznej było poszukiwane i odnajdywane także na tle niechęci do wpływów prawicy. Zaś hitleryzm był z reguły określany przez lewicę (by uniknąć skojarzeń) jako ruch skrajnie prawicowy.
Wnioskowanie tu przeprowadzone nie jest wszakże we wszystkim nowe. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych polaryzacja pomiędzy wyznawcami „pięknej ideologii komunistycznej” i tymi, którzy jej pięknu zaprzeczali, była także wyraźna. Ale nawet wśród przeciwników ustroju sowieckiego utrzymywało się nieraz przekonanie o pięknie tej ideologii. W procesie duchowym, jaki dziś możemy wytoczyć sobie samym z tamtego okresu, to urzeczenie ideologią jest okolicznością jeśli nie łagodzącą, to wyjaśniającą.
Tak więc ta cała historia lewicy, której epizod tu pokazujemy, nie jest krótka, lecz długa, i ma też swoją prehistorię. Toteż ten wiraż był wirażem nie tylko mojego biednego pokolenia, które już w krótkich spodenkach przeżyło ostrzeliwanie z broni pokładowej lotnictwa. Tylko że my mieliśmy mniejszą wiedzę o tym, że poza fasadą magicznej wiary odbywają się także krwawe jatki. Wiemy, że podstawą ruchów totalitarnych – brunatnych, czerwonych – były także magiczne wiary. Były jeszcze inne kolory, używało się także oryginalnych kolorów narodowych. Dzisiaj wiemy, że w życiu społeczeństwa wystarczy czasem tylko kilka lat, by dokonać olbrzymich spustoszeń. Poza szarością ruchów o charakterze nazistowsko-komunistycznym trzeba zobaczyć także względną łatwość ulegania totalitaryzmom.
Dziś, gdy piszę o tamtym okresie ideologii komunistycznej, mogę już próbować spojrzenia z większym dystansem na wcześniejsze od mojej generacje. Myślę, że sytuacja jest tu odmienna. Tyle przesłanek wyżej określonych ujawnia swoją kruchość. Bowiem: naiwność bardzo młodego wieku – odpada, brak lektur, książek i informacji w takim rozmiarze – odpada, stres wojenny jako pierwszy w życiu szok dla wielu – odpada, pierwszy kryzys światopoglądowy – odpada. Odpada, odpada, odpada... Tyle rzeczy zdaje się omijać pokolenie, które de facto przewodziło socrealizmowi lub milcząco go akceptowało. Ludzie „Kuźnicy” na przykład pokończyli studia i debiutowali już przed wojną. Jeśli jednak teza o polskim konformizmie stosuje się tylko do części pisarzy, cóż pozostaje dla innych? Zawsze to samo: wytworzony pod ciśnieniem warunków chaos pojęciowy, prowadzący do myślenia magicznego, które było myśleniem tak prymitywnym. Ale przecież te sprawy utylitarne, wkręcanie się w maszynerię struktur zawodowo-pieniężnych, związanych z obiegiem kultury, tworzyły i tworzyć musiały u wielu niebezpieczny poślizg, który niełatwo jest opanować.
Co jeszcze przyczyniło się do tego społecznego ugięcia się przed komunizmem? Na pierwszym miejscu, poza eskamotażem związanym z lewicowością, wymieniłbym stres wojenny, którego uwarunkowania i powikłania działały wielokierunkowo. Była już mowa o tym, że przeżycie wojny powodowało u wielu odżegnanie się od tradycji demokracji europejskiej, jako niezdolnej do powstrzymania podobnych klęsk. Związany z okrucieństwem ostatniej wojny i jej ludobójstwem kryzys moralny traktowano jako coś wyjątkowego w historii i w gruncie rzeczy wytłumaczalnego tylko dialektyką typu heglowsko-marksistowskiego. A więc przesileniem całej historii ludzkości, wraz z powstaniem komunizmu jako na to wszystko odpowiedzią. Trzeba przyznać, że nie wszyscy nasi pisarze tę tezę o wyjątkowości zbrodni wyznawali. Nie było tak na przykład ani u Iwaszkiewicza, ani u Nałkowskiej, ani u Staffa. Nie myślał tak Elzenberg. Myśl ta określała natomiast twórczość i Borowskiego, i Różewicza (poprowadzi to ich w stronę socrealizmu). Ukazanie nazizmu niemieckiego jako krańca i dna historii zwalniało od konkretnego myślenia. A jednocześnie, po tak strasznej wojnie, gdzie wszystko łączyło się ze śmiercią, była instynktowna potrzeba, aby mówić o lepszym życiu i je obiecywać. Wojna w Polsce nie oznaczała tego samego, co w innych krajach europejskich, była o wiele okrutniejsza, przyniosła przemoc aż dwu okupantów i największe procentowo straty ludności w skali światowej. Upadek Warszawy przypieczętował zniszczenie przez dwu okupantów normalnych siatek i struktur, w jakich dokonuje się w społeczeństwie wymiana poglądów i ruch myśli. Struktury Polski Podziemnej mogły być tylko zastępcze, pięć lat trwała już martwota lub śmierć normalnych funkcji społeczeństwa. Tuż po wojnie dokonano nowych czystek, ogołacano biblioteki z pewnych książek, a społeczeństwo z pewnych ludzi. Zamknięto szybko granice i wprowadzono embargo na wolną myśl. Wyrzucono z miejsc zamieszkania miliony osób. Ludzie przepędzani w pociągach przesiedleńczych nie myślą równie niezawodnie jak ludzie z dawna osiadli. Zniszczone zostają struktury obywatelskie.
Czasy powojenne wymagały chwilami wbrew pozorom większej może dzielności, niż prostsze decyzje wojenne. Jak to bowiem się stało, że ludzie, którzy okazali w czasie wojny odwagę posunięto nieraz do brawury, teraz tak zawiedli? Po pierwsze, napięcia wymagające odwagi nie mogą trwać w nieskończoność, po drugie, wymagają nieustannej i w miarę jasnej motywacji. Osłabiona motywacja i brak wiary udzielają głosu przede wszystkim zmęczeniu. Chęć trwania w wolności musiała po wojnie wydać się wielu już tylko troską o własną godność. Kraj był zwyciężony i na kolanach, wiarygodni przywódcy aresztowani lub na dalekiej emigracji, elity tak zniszczone, że groźne słowo „zdziesiątkowane” byłoby jeszcze czymś lekkim, a niewola zapowiadała się na długie lata, dziś widzimy, ze minęło prawie całe półwiecze. Perspektywa była więc żałosna i beznadziejna, można porównać ją do tej po Powstaniu Styczniowym. Ale straty narodu były jeszcze większe. Otóż wyobraźmy sobie, że po tamtym strasznym powstaniu Polacy otrzymują nominalne własne państwo, bez Ziem Zabranych wprawdzie, ale o dość szerokich granicach, bo oto równocześnie Rosja wygrała wojnę z Prusami i Austrią. Jest więc Poznań i Kraków, a nawet Gdańsk. Jest znów sejm, choć sparodiowany, polska oświata, choć wypaczona, i przynajmniej w literze odwoływanie się do tradycji i dumy narodowej. Oczywiście, brak suwerenności, pełno rosyjskich agentów i namiestników w przebraniu, szaleje cenzura, ustalono niekorzystne umowy handlowe i gospodarcze z Imperium. Ale mimo wszystko to, co przed Powstaniem Listopadowym wydawało się młodym patriotom hańbą, zostałoby może uznane jako szansa przez część społeczeństwa. To byłoby jednak więcej niż Królestwo Kongresowe i Kraj Przywiślański. Kończąc tę anachroniczną niewątpliwie analogię, zwróćmy uwagę na pewien nowy element. Chodzi o związek odczuć inteligencji twórczej z odczuciami innych grup społecznych. Uczulano inteligencję przez wiek cały na te związki. A po wojnie ulegały nowym obietnicom komunistycznej władzy – w jakim stopniu i procencie trudno stwierdzić – także inne podstawowe warstwy narodu: chłop, który dostał odrobinę ziemi, robotnik, który otrzymał przede wszystkim propagandowy zastrzyk euforyzujących sloganów – że jest esencją i rządcą tego narodu i tej ziemi. Potępiono bez kosztów własnych wszystkie wyrządzone ludowi w historii niesprawiedliwości. Ten chłop i robotnik ockną się już niedługo (Poznań w dziesięć lat później), a i wcześniej trwają w tłumionym gniewie (strajki łódzkie!), udzielają ludzi zbrojnemu oporowi. Ale władza zdążyła się już osadzić w siodle. Także wykorzystując dla własnych celów sytuacje tak zwanego społecznego awansu.
Mówiąc o najogólniejszych procesach akceptacji tego „awansu” w Polsce powojennej, pragnę jeszcze przypomnieć rozróżnienie, stanowiące jakby jedno z założeń tej całej analizy. Otóż nie zaliczam do dziedziny „hańby domowej” owego spontanicznego i „bezwarunkowego refleksu” społecznego, jakim była konieczność odbudowania funkcji kultury po wojnie i dźwignięcia polskiej gospodarki, jednym słowem dążenia do stworzenia normalnego życia. Wymagało to włączenia się w struktury oficjalne, kontrolowane przez komunistów, na coraz szerzej przez nich zagarnianych obszarach. Stąd też konieczność różnych ustępstw i kompromisów, które trudno ocenić en bloc. Do dziedziny „hańby domowej” zaliczam natomiast udział w nowej ideologii, danie wiary kłamstwu i wspomaganie go w różny sposób. Że rozmaite dziedziny i sposoby budowania nowego życia po wojnie bywały transmisją niebezpiecznej zmiany postaw, ułatwiały ją lub stymulowały – to rzecz oczywista. To uplątanie w sprzeczne lub niebezpieczne okoliczności jest oczywiście jedną ze stron dramatyzmu postaw, związanych z tragicznymi złudzeniami i przekraczaniem niewidocznej granicy, której przekraczać nie należało. Są to jak zawsze rachunki osobiste i szczegółowe, ale istniała też określona wyżej sytuacja ogólna. Na okręcie, nawet opanowanym przez korsarzy, pompują wszyscy, jeśli nie chcą utonąć. Oczywiście, ta analogia ma swoje granice. Przypomnę to, co pisałem tu o moim Ojcu. Położył niemałe zasługi w organizowaniu nowego życia na Dolnym Śląsku. Kres tej decyzji i tego zaangażowania wyznaczył jednak przymus zapisania się do partii – nie zrobił tego nigdy.
Ponieważ wszystkie wymienione tu okoliczności docierały i docierają powoli do świadomości społecznej – ulegał i ulega zmianie obraz powojennej epoki literackiej. Ten proces wciąż trwa. Odeszła do lamusa duża część ówczesnej twórczości wielu znanych pisarzy. Te zmiany oddziałają dopiero na literackie hierarchie, gdyż mity hierarchii trwają dłużej. Nie miejsce tu na szczegóły. Część literatury powojennej kształtowała się w związku z nową ideologią u z kolei te utwory wpływały na sytuację kulturową. Pewną rolę w tych procesach odegrała pośrednio także literatura o wojnie. Wśród powojennych debiutów największe poruszenie wywołali: Tadeusz Borowski w prozie i Tadeusz Różewicz w poezji. I tutaj zachodzą przewartościowania. Wydaje mi się, że przestanie być tylko mitem twórczość Tadeusza Borowskiego i ukaże się jaśniej jednostronność jego myślenia intelektualnego i wartościującej syntezy kultury, nie tylko w żałosnym okresie Muzyki w Herzenburgu czy Małych kronik, ale właśnie w jego drapieżnych nowelach obozowych. Tak mówiąc nie neguję szczególnej wartości tych nowel, patrzyliśmy jednak na nie bez poszerzenia interpretacyjnego. Wspominam o tym w mojej rozmowie z Andrzejem Braunem. I zapewne przyblednie legenda poezji Tadeusza Różewicza, związana z jego utworami najwcześniejszymi, przez niektórych tak cenionymi. Wczesne utwory tych dwu pisarzy powstały zresztą właściwie bez udziału nowej ideologii, a nawet zostały przez nią później jakby częściowo potępione, jako „zarażone śmiercią”. A jednak wizja ta rzutowała później na tło innych ocen. Krytyka zrozumiała ich tak właśnie: że mieli nazizm hitlerowski za końcowy wytwór nie mogącej się już inaczej spełnić dotychczasowej kultury. Zbrodnia ta miała przewyższać wszelkie popełnione przedtem. Runęła wartość całej cywilizacji. W ten sposób rezygnowano – nie w samym proteście tych pisarzy przeciw zagładzie, lecz we wnioskach – z klasycznej wizji człowieka, ze śródziemnomorskiego humanizmu. Borowski wkrótce odszedł na zawsze, co interpretowano później mitycznie jako nagły protest przeciwko nowej ideologii. Różewicz, po krótkim socrealistycznym postoju, podryfował w stronę szablonu egzystencjalnego zwątpienia.
Na tym tle Medaliony (1946) Zofii Nałkowskiej są czymś osobnym. To prawda, że powstały wcześnie, przed socrealistyczną komendą (ale Popiół i diament też powstał wcześnie), i świadczą być może, że polityczne przyjęcie nowego status quo nie musiało być tym samym w twórczości. Nałkowska nie wypowiada się na temat gułagów, gdzie odpowiednikami pieców były zamrażalnie, ale oskarżenie jej mierzy w mechanizm monopartyjny i ideologiczny, wytwarzający nieludzki nazizm jako dzieło człowieka, nie koniecznie Niemca. Aż dziwne, że nie doszukiwano się analogii w tej książce, uznanej za lekturę szkolną, nie dopuszczała do tego publiczna postawa Nałkowskiej. A przecież – każdy może być zdolny do nieludzkości, pisze autorka w jednym z opowiadań, każdy kto do ślepoty wierny jest jednej partii – dopowiada w drugim. W opowiadaniu Człowiek jest mocny słowa tytułowe włożone są ironicznie w usta niemieckiego żandarma, domagającego się jeszcze większego wysiłku od swojej ofiary. Czytając to, przypominam sobie zawsze dewizę Gorkiego „Człowiek to brzmi dumnie”, którą Nałkowska niewątpliwie znać musiała. Gorki nie wyrzekł się tej dewizy pisząc pochwałę białomorskiego kanału, kosztującego tyle istnień. Odbiór Nałkowskiej potwierdza, jak monotematycznie widziano tylko jeden totalitaryzm.
Wszystko więc ujrzane będzie kiedyś inaczej i zacznie butwieć materia wielu esejów krytycznych, nie mówiąc o podręcznikach i pomocach naukowych, odpowiedzialnych za wiele kryteriów ocen i hierarchii. Przygasną nazwiska uznanych niegdyś autorytetów. Tych przewartościowań dokona nie tylko krytyka, ale i zmiana generacji czytelników, nowi czytelnicy po prostu nie będą już wiedzieć o wielu dawnych hierarchiach.
Rozliczanie się z podobną epoką, jak ta, którą przeżyliśmy, jest katuszą. Wiedzą o takich katuszach Niemcy, rozliczający się ze swoimi brunatnymi latami, zwłaszcza stare dziś pokolenie, ale także ci, co chodzili wtedy w krótkich spodenkach Hitlerjugend. Biada Rosjanom, jeśli nie zechcą tych katuszy rozliczenia z czerwonymi latami przeżywać! Czy zrobią to ci, którzy chodzili w spodenkach pionierskich i komsomołu? W tym, co tu napisałem, ale także w opiniach przekazywanych na kartach książki moim rozmówcom, historyk we mnie nie unikał nazwisk, a moje filozofia historii nie jest wolna od ostrych ocen moralnych. Największą przykrość wyrządziłem przy tej okazji sam sobie, dlatego że rozjątrzanie cudzych ran jest przeciwne mojej naturze. Ale ucisnąłem także swoją, wciąż bolesną bliznę. Jednak mniej ważne są przykrości spotykające nas, jednostki, gdy chodzi o społeczną świadomość historyczną i o naszą odpowiedzialność wobec młodych pokoleń. Społeczeństwo musi dążyć do ukazywania prawdy. Prawda to oczywiście również zdolność rozumienia, że czyny nie zawsze oznaczają całego człowieka, w którego myśleniu odegrał tak wielką rolę szalony i skomplikowany nacisk epoki.
Te ostre sądy moralne, nie wykluczają przecież subiektywnej oceny rozumiejącej. Można to nazwać także historyczną wyrozumiałością. Odnosi się ona do osobistej motywacji postępowania. Wyprowadza to ocenę poza proste przeciwstawienia. Obok pojęcia hańby ukazuje się kategoria tragiczności subiektywnej. Chcę to podkreślić dzisiaj, gdy młode pokolenie widzi często tamto zaangażowanie prawie wyłącznie jako cynizm polityczny i moralny. Dzieje się tak, gdyż brak szerszego wglądu w tamte sprawy w dziedzinie przeżywania, historycznie i subiektywnie. Opracowania historii powojennej nie wychodzą poza próby.
Do okoliczności oceny, o której mowa, dorzucę nierzadką zapewne reakcję społeczną na tlący się wciąż ogień zbrojnego oporu wobec komunistycznej i obcej dominacji. Działały bohatersko małe grupki dawnego podziemia, zrozpaczone utratą niepodległości i niszczone, od chwili wkroczenia Armii Czerwonej, terrorem NKWD i polskich formacji komunistycznego urzędu bezpieczeństwa. Ten opór resztek rozwiązanej AK i innych niepodległościowych grup był często wywołany przez bezpośrednie represje wobec ludności i dawnej siatki podziemia (działały oczywiście także ogólne przesłanki ideowe). Liczba ofiar – aresztowanych, rozstrzeliwanych, osadzanych w obozach i deportowanych do sowieckich łagrów, sięgała dziesiątków tysięcy. Znów likwidowano najlepszych. Zdarzało się, że po stronie władzy ginęli nieraz także ludzie mało w politykę zaangażowani, nie mający nic wspólnego z bezpośrednim terrorem i represjami, ludzie biorący się za odbudowę zniszczonych struktur administracyjnych i gospodarczych.
Reakcja społeczna, o której chcę mówić, polegała często na postrzeganiu całej tej sytuacji jako walki między Polakami. Trochę później historiografia komunistyczna będzie kłamliwie mówić o polskiej walce z obcym najazdem jako o „wojnie domowej”. Budowała taki pogląd propaganda komunistyczna, przedstawiając bohaterów jako bandytów, zniekształcając fakty i przedstawiając prowokacyjne mordy UB jako dzieło podziemia. W tym duchu opracowaną „ulotką propagandową”, rozszerzoną do wymiarów powieści był Popiół i diament Andrzejewskiego. Tak postrzeżona walka wewnętrzna, obca w zasadzie tradycji, w jakiej byli wychowani Polacy, wydawała się tragicznie bezsensowna w nowym układzie historycznym. Narzucała się także obcością po zniszczeniach i ofiarach ostatniej wojny, kiedy przeciwnikiem był obcy.
Istnieli więc ludzie – i stanowili może większość – co będąc przeciw nowej okupacji i potępiając krwawe represje ze strony komunistów, byli także przeciwko walkom wewnętrznym i krwawym represjom ze strony podziemnej opozycji. Myśl o nowej wojnie światowej z bolszewizmem nieobca części społeczeństwa, a żywa „w lesie”, była raczej w kraju ideą teoretyczną. Propaganda obezwładniała szersze kręgi społeczne także w innych, cywilnych dziedzinach możliwego oporu. I gdy odbywały się procesy ludzi z podziemia, w których wcześniej, jak w procesach WiN, czy później, w procesach indywidualnych, sądzono i tracono bohaterów ostatniej wojny – właśnie zmęczenie wojną i dezorientacja przyczyniły się do uśpienia opinii publicznej, w tym także części opinii intelektualnej. Oczywiście, że w tej sytuacji na placu pozostawali ci, co byli u władzy, mieli zresztą te represje, także krwawe, prowadzić nadal, choć już nie w tak masowej formie.
Wielokrotne przymierzanie się do tej męczącej problematyki – byłem sam bowiem na tylu rozmówców – kosztowało mnie wiele rozterki i niepokoju. Ten właśnie fragment, który teraz przesuwa się z litery na literę na wałku mojej maszyny dopisania, powstał po bardzo niepewnej nocy, już pod koniec pracy nad tym szkicem, kiedy znów po paru latach przerzucałem i odczytywałem Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda (Londyn 1980). W Dzienniku cały czas widzimy ugruntowaną postawę przeciw, choć czasem towarzyszyły jej różne wątpliwości, i odczytujemy sądy uogólniające, których precyzja uderza jeszcze po trzydziestu latach. Jest też cenny zapis odruchów emocjonalnych, reakcji na różne fakty życia, dyktowanych przez zasadniczą wewnętrzną trzeźwość, jak choćby ta scenka z obrad sekcji prozy Związku Literatów: „Pastwiono się nad niejakim Konwickim – młodym literatem, posłusznym i oddanym członkiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami, jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie mowa o proletariacie. A jednak okazało się „nie takie”. Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar – Melania Kierczyńska, Adam Ważyk – informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swojej urodzie, kutasa widziała chyba tylko w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiemu chyba nie wydrukują...” Nic dodać, nic ująć – jeśli oczywiście potraktować ten obrazek jako połączenie realizmu reportażu ze złośliwą metaforą satyrycznego przerysowania. Wiem coś o tym, bo bywałem na takich zebraniach, na opisanym także, do nazwisk aktywistów literatury pastwiących się nad Konwickim mógłbym dorzucić inne. Właściwie ukazane oczywistości jednak zaskakują. Dlaczego Tyrmand mógł, a Ważyk nie? Tyrmand też przecież przeżył okres swojego zaślepienia, w czasie sowieckiej okupacji Wilna. I otóż dziś rano, przy jasnym, choć już jesiennym słońcu, doszedłem do wniosku, że właściwie pełna racjonalna odpowiedź, dlaczego tak się działo z ludźmi – jest niemożliwa. Że we wszystkich próbach odpowiedzi dokonywanych w tej książce, przemyka się także coś niezauważalnego, jakby jakaś materia nośna pewnych stanów, to, co w farmakologii nazywa się vehiculum – coś obojętnego niby, a tutaj przenoszącego narkotyk czy truciznę, mające wywołać efekt. Załóżmy, że to vehiculum jest nieobojętne, że skupia zgubne potrzeby jakiegoś czasu. I nagle następuje zgęszczenie irracjonalnej materii, opętania osobistego i społecznego, to, co w historii nazywano wybuchami zbiorowego fanatyzmu, co kazało prowadzić dzieci w krucjatach do Ziemi Świętej lub cieszyć się głośno tłumom na paryskim placu Rewolucji (dziś – de la Concorde), gdy z gilotyny spadały głowy króla, a potem i niedawnych przywódców ludu. Coś z takiej atmosfery istniało i w Polsce po ostatniej wojnie w pewnych środowiskach, było to zresztą celowo wytwarzane, szczelnie osłonięte pseudoracjonalną wykładnią propagandy i języka nowej wiary. Dlatego w takie zbiorowe aberracje nie ma jakby nigdy pełnego wglądu. Głębokim ukazaniem tej powojennej paranoi i schizofrenii społecznej, ich dramatycznych i tragicznych odbić w jednostce jest obszerne opowiadanie Jerzego Andrzejewskiego Apelacja (1968), jedna z najlepszych diagnoz okresu.
Poruszę teraz ostatnią rzecz, która wydaje mi się istotna dla rozważań nad tamtym okresem i postawą tych z nas, którzy „przyłączywszy się” niegdyś, opowiadają teraz o sobie z tamtego czasu i starają się nie tylko siebie zrozumieć, ale i do tego rozumienia przekonać innych. Odniosę się do Lorda Jima Josepha Conrada, którą to książkę nie bez powodu wznowiono w 1956 roku i nie bez powodu na tle powojennej polemiki Dąbrowskiej z Kottem – opatrzono posłowiem Jerzego Andrzejewskiego. Posłowie to, odczytane po latach, zawiodło mnie trochę, także jako maska czy metafora powojennej zdrady intelektualistów i ich dramatu sumienia. Andrzejewski przeciwstawia tam Hamleta, którego dramat odbywa się jakoby całkowicie na ruinach własnego światopoglądu – Lordowi Jimowi, który czuje winę za swój czyn wobec siebie i innych, wobec swojego światopoglądu, nie poddanego jednak zwątpieniu. W tym wstępie zaowalowana próba aktualnych podstawień niekoniecznie jest w zgodzie z pierwowzorami literackimi. Pójdźmy tym tropem, ale uściślijmy pojęcia.
Rozumiem to tak, że „spowiedź” intelektualistów, przecież nie pierwsza, także w obecnej książce, rozpamiętywanie tamtego czasu, tamtej decyzji w sprawie „przystąpienia” do komunizmu, przypomina chwilami ożywione chęcią samousprawiedliwienia się opowiadanie Jima o okolicznościach, w jakich – jako oficer załogi – opuścił statek ze śpiącymi pasażerami, jednym skokiem do szalupy, będąc przekonany, że statek ten za chwilę zatonie i że nie ma innego wyjścia. Zachęcał go do tego czyn wiarołomnego kapitana statku. Dramatyzm sytuacji czynił z tej decyzji wybór świadomy, ale zarazem emocjonalny, irracjonalny. To sytuacja niemożliwa prawie do zrozumienia bez „wczucia się”. Takie „wczucie się” było możliwe dla rozmówców Jima podatnych na uczucie wyrozumiałości (Marlow), ale była i musiała istnieć także postawa odwrotna, wykluczająca pierwszą – ocena na płaszczyźnie obiektywnej, dokonana przez porucznika francuskiej kanonierki, która wzięła na hol opuszczoną przez białą załogę „Patnę” i przyholowała ją do bezpiecznego portu (jak wiemy, wbrew przewidywaniom, „Patna” nie zatonęła). Porucznik kanonierki mówi o Jimie: „Uciekł wraz z innymi”. Więc po prostu zdradził! Między subiektywną a obiektywną oceną nie da się postawić zwykłego znaku równania. Ale od obiektywnej oceny uchylić się nie wolno.
Andrzejewski jednak mylił się, uważając, że działanie Hamleta odbywa się na ruinach jego światopoglądu. To prawda, Hamletowi rozsypały się jego wyobrażenia o świecie, ale sens jego działania i wątpliwości odnosił się nadal do jądra, które ten światopogląd stanowiło, do elementarnego poczucia sprawiedliwości moralnej, i jądro to pozostało nienaruszone pośród szalejącej burzy wypadków, odbijających się w psychice Hamleta. Lord Jim zachował pozornie nie tylko jądro swego światopoglądu: pojęcie honoru, ale i światopogląd cały. A przecież jednak nie stanął na wysokości tych zasad w swej samousprawiedliwiającej rozterce i przede wszystkim oddzielił się jakościowo od swego światopoglądu przez swój czyn: skoczył, popełniając zdradę. Takiej zdrady Hamlet nigdy nie popełnił, wprost przeciwnie, „utonął” wraz ze statkiem.
Odsłońmy do końca literackie maski. Gdy my, intelektualiści, przyjmowaliśmy nową wiarę, skłonni byliśmy sądzić, że każdy nam podobny należał do gatunku porządnych ludzi, był jednym z nas (Lord Jim), że należał do gatunku intelektualistów wychowanych na spadku europejskiej kultury i pragnących w głębi siebie dochować jej wierności. Wielu w duchu udowadniało sobie, że pomimo rozsypania się dawnego światopoglądu jądro moralne zostało zachowane. To była jednak pomyłka. Każdy totalitaryzm, więc i komunizm, był, jak wiadomo, aberracyjną mutacją tej kultury, w żadnym wypadku jej logicznym następstwem, był skokiem w obcość. Ale w świadomości intelektualistów bywał najpierw uważany za zmianę na ruinach dawnego światopoglądu, przy zachowaniu wiary, że dobywa się to – powtórzmy – w zgodzie z nienaruszonym jądrem tego światopoglądu. Dopiero później zaczęto i to jądro kwestionować. Należało „wyskoczyć” z dawnej kultury, której statek tonął. Nowa wiara czekała. Zresztą świadomość różnych analogii z całością kultury zaczęła być wtedy w ogóle uważana za niebezpieczną, zrozumiałe więc jest, dlaczego dla ludzi nowej wiary, jak Jan Kott, Conrad bywał niewygodny.
To, co tu mówię, odnosi się także do naszego, polskiego epizodu dramatu czy tragedii lewicujących liberałów. Przejście do postawy obcej, jaką musiała być wszelka koneksja z czerwonym totalitaryzmem, odbyło się więc w warunkach, w których dramat ten, oglądany już z perspektywy historycznej, przypominał decyzję Lorda Jima i rozpaczliwe po niej otrzeźwienie. Jego późniejszy, samousprawiedliwiający monolog, oglądany z perspektywy intelektualistów w polskiej historii popaździernikowe, łączyłby w sobie wątki conradowskie z pewnymi także tonami dostojewszczyzny, jako że tyczącymi dramatu rewolucji. Ale wzniosłości rozterki Hamleta, walczącego z tyranią, właśnie tam nie było.
To wszystko wiemy dzisiaj, wiemy też, że „Patna” nie zatonęła, jeśli jej los porównać z losem starej europejskiej cywilizacji („nie można sobie wyobrazić, jak wytrzymałe bywa stare żelazo” – Lord Jim). Mieli rację ci, co wytrwali przy sterze, jak dwaj malajscy marynarze, a nie ci, co wyskoczyli ze statku do łódki, wraz z nimi Jim. To porównanie z Conradem czynię tu nie dlatego, aby ubarwić ten esej, tylko aby raz jeszcze podkreślić, że wszystkie te dramaty historyczne i duchowe, dziejące się w XX wieku, odbywały się w łonie tej starej europejskiej kultury, a dramat jej pozornego przezwyciężenia był już gestem, skokiem, który jako obcy, zawiódłby nas z powrotem do jaskiń, jeśli nie gorzej. Natomiast książka obecna ma już za sobą luksus posunięcia się historii i świadomości o kilkadziesiąt lat naprzód i sytuuje się poza stalinowskim, a także popaździernikowym dramatem świadomości inteligencji liberalnej. Dzisiaj posiadam tylko pamięć Lorda Jima, ale za postawę swoją uważam postawę Marlowa i oficera francuskiego razem wziętych (tego słuchacza „wczuwającego się” w opowieść Jima i tego surowo obiektywnego porucznika), żeby tak zakończyć te analogie snute z powieścią Conrada. Przesunięcie, tak pod względem oceny historycznej, jak i oceny moralnej, dokonało się.
Jeśli udział społeczeństwa w naszej hańbie domowej zmniejsza się coraz bardziej, to nie zmienił się fakt, że nadal żyjemy w czasie pogardy. Określenie to, nadane przez André Malraux nazizmowi niemieckiemu w latach trzydziestych, stosuje się także do komunizmu. Po ostatniej wojnie Malraux nie miał już wątpliwości, że ustrój typu sowieckiego pogardza człowiekiem. A los społeczeństwa polskiego jest teraz rozpaczliwy. Nie znamy czasu, w którym może nadejść zasadnicza zmiana. Kultura, jako szeroka funkcja społeczna, jest zagrożona. Kiedy piszę te słowa, jesienią 1985 roku, na polskiej wsi niedaleko od Opinogóry, a więc bliskiej pejzażem temu, co oglądał u siebie Krasiński, myślę o jego nadziei i rozpaczy. Po dniach ciepłych zrobiło się nagle zimno. Krety ryją już zapasowe wyjścia i tunele powietrzne w oczekiwaniu jesieni i zimy. W ogrodzie osty, astry i późne słoneczniki, na polach wielopiętrowe, wymłócone stogi. Zające uciekają spod nóg na miedzy, a na ścieżkach leśnych płomienne wiewiórki. Tyżeś to, Polsko?
Lecz Polska to także, i przede wszystkim, ta żywa część społeczeństwa, która nie chce już „hańby domowej” i pracuje na wolność wewnętrzną i zewnętrzną. Tym więc, którzy przyczynili się do tej książki i bez których by ona nie powstała, przypisuję ją raz jeszcze jako ich także własność.
wrzesień 1985