Spojrzeć na Eurydykę
11.12.2005

Spojrzeć na Eurydykę. Szkice literackie.
Kraków 2003.
Wydawnictwo Arcana. ss. 392 

W książce zamieszczono następujące eseje:

ADAM MICKIEWICZ
Tajemnicza przyroda w Panu Tadeuszu

BOLESŁAW LEŚMIAN
Leśmianowski teatr duchów
Próba całości

TADEUSZ RITTNER
Rewolucja „wróg bogatych i biednych” (od Rittnera do Orwella)

Ferdynand GOETEL
Goetel i historia tragiczna
Nie ta sama wojna
Głęboko w sumieniu świata
„Pro publico bono”?

JÓZEF ŁOBODOWSKI
O żywocie człowieka gwałtownego

ANDRZEJ BOBKOWSKI
Unikalne doświadczenie

JÓZEF MACKIEWICZ
Sowieckie „jądro ciemności”
Czy Mackiewicz namawiał do pójścia z Hitlerem na Rosję ?
Jaśniej wokół tak zwanej sprawy Mackiewicza
Mackiewicz na indeksie
Czytając znów Drogę donikąd
Rozpaczliwa próżnia

CZESŁAW MIŁOSZ
Lewy profil

POWIEŚCI MŁODZIEŻOWE MEGO DZIECIŃSTWA
Julian Ginsbert: Zdzich szuka ojca i matki
Stefan Łoś: Harcerska przygoda kresowa

LITERATURA FRANCUSKA
Tragikomedia Moliera (Don Juan)
Spojrzeć na Eurydykę (Roland Barthes) 

PRZEKŁADY Z TRZECH POETÓW
Od tłumacza
François Villon: Rozprawa między sercem i ciałem Villona (Le débat du coeur et du corps de Villon)
Rainer Maria Rilke: Oto tęsknota (Das ist die Sehn-sucht); Do muzyki (An die Musik)
Bolesław Leśmian: Pięć wierszy rosyjskich 


 A oto jeden ze szkiców wyjętych z tego tomu, o książce Rolanda Barthes’a: Światło obrazu (La chambre claire). Uwagi o fotografii, 1980. Polski przekład tej książki, dokonany przez Jacka Trznadla ukazał się w roku 1996.

SPOJRZEĆ NA EURYDYKĘ
(migawka i wieczność)

 W powrocie przetrwał wszystkie próby. Z odzyskaną
Euridike, kroczącą z tyłu (Prozerpina
Tak nakazała), wracał do świata, gdzie wiatr
Wieje wśród pól, i nagle, już na samym progu
Światłości dziennej, wielka tęsknota (szaleństwo
Zaiste przebaczenia godne, gdyby Many
Potrafiły przebaczać) zaćmiła mu zmysły
I stanął, obłąkany, spojrzał w tył. Niestety,
Stracone wszystkie trudy, złamane układy
Z bezlitosnym ciemności władcą. Grzmot potrójny
Przetoczył się nad mrokiem Awernu. Krzyczała:
„Cóż to jest za szaleństwo, które mnie zgubiło
i ciebie, Orfeuszu? Wyrok mnie okrutny
wzywa z powrotem. Oczy mrużą się i gasną.
Żegnaj! Noc mnie już niesie ogromna, gdy ręce,
Ku tobie, już nie twoja, wyciągam bezsilne.”
I jak znika rozwiany dym tak jego oczom
Zniknęła, już daleka. Już nie zobaczyła,
Jak on daremnie chwyta cienie i jak wiele
Chciałby powiedzieć. Już mu więcej nie pozwolił
Na przeprawę przewoźnik podziemny.

(Publius Vergilius Maro: Georgiki,
przekład Zygmunta Kubiaka)

 Roland Barthes, antropolog kultury i strukturalista, nie musi być polecany w Polsce, znamy go bowiem z esejów i książek. To antropologia nowoczesna uświadomiła nam, że „człowiek wieczny” jak i człowiek „dziki” żyją w kulturze. To, co jest człowiekowi właściwe teraz i zawsze, przechodzi przez pośrednictwo kultury. Człowiek tworzy ją, ale i podlega jej ograniczeniom i nie zawsze zdaje sobie sprawę z tego, co dyktuje kształt jego postaw, a często i wyborów. Barthes z delikatną wrażliwością, a jednocześnie dociekliwością i precyzją strukturalisty szukał znaczenia kodów kultury i znaczenia naszych postaw. I ukazywał je na tle określonego systemu wartości. Czyniąc tak i w swej ostatniej książce, postępuje jednak jeszcze krok dalej pragnąc odnaleźć, co przeziera poprzez gest kulturowy. Szuka redukcji – nigdy zapewne nie możliwej do końca – do meta-postawy. Czy znajdującej się poza kulturą? Poprzez te poszukiwania ukazuje zresztą, jak bardzo kultura rządzi nami i nas zwodzi. Czytając Barthes'a, klasyka strukturalizmu i antropologii, nie tylko we Francji, ale i w świecie, szukamy cech własnej osobowości, tak silnie określonej także przez kulturę, ale nie dającej się do kultury zredukować. I możemy oddani tej lekturze właściwiej dokonać oceny kultury i samooceny.

Niech nas nie zmyli podtytuł książki. Barthes mówi o fotografii, ale to przecież rozprawa o współczesnej cywilizacji. A jednocześnie rozprawa o metodzie. Pisząc La chambre claire (1979) Barthes był w pełni sił twórczych (ur. 1915). Jednak niedługo po ukazaniu się Uwag o fotografii (1980) Barthes uległ wypadkowi ulicznemu (w Paryżu na rue des Ecoles), który miał się skończyć dla niego tragicznie. I w ten sposób obecna książka, strukturalisty i fenomenologa, badającego tekst literacki i kody kultury, stała się jakby testamentem filozofa. Ale nie było to podsumowanie, lecz otwarcie nowych perspektyw. Ukazuje bowiem Barthes granicę, na której kończy się kod kulturowy, a zaczyna przestrzeń, określona przez niego jako „niedialektyczna”, przestrzeń nagiej egzystencji. Jest to także votum nieufności wystawione współczesnej cywilizacji, która właśnie gubi się w konwencjach i sztucznych kodach („iluzjach”). Jest zresztą gotowa „oswoić także” te nowe odkrycia cywilizacji technicznej, które dawałyby szansę na kontakt z rzeczywistością nie uładzoną. Odnosi się to do dziedziny wciąż świeżej obrazu fotograficznego.

To właśnie „Fotografia”, przeciwstawiona mitycznemu „Obrazowi”, „Ikonie”, oglądanym bez docierania do rzeczywistości, może być przestrzenią przeżywania prawdy życia. To właśnie w Fotografii kulturowy „zakaz dotykania przedmiotów bezpośrednio” (Leśmian) może być zdjęty, unieważniony, choć i Fotografię kultura współczesna usiłuje przemienić w „Ikonę”. I właśnie na przykładzie Fotografii pojawia się u Barthes'a próba rehabilitacji wiecznych – choć artykułowanych zawsze konkretnie, kulturowo, postaw i uczuć egzystencjalnych, do których dostęp został zniszczony przez nieautentyczne pośrednictwa.

Barthes postuluje powrót do pisanych z dużej litery postaw czy odczuć, jak Dobro, Sprawiedliwość, Jedność, w świecie, w którym zatarto podstawowe sprawy egzystencji: Śmierć, Miłość i Nienawiść. I jest za sprawą filozofa tak, jak byśmy znów znaleźli się w porządku średniowiecznym, moralitetu i dyskusji realizmu z nominalizmem. Ale śmierć i miłość nie są kodami i słowami, którym – jak w nominalizmie nic poza jednostkowym nie odpowiada (jednostkowym i przemijającym). Są to konkretne Byty w nas, choć ze skutkami dla całego Świata. Jest u Barthes’a Śmierć Matki i Miłość do niej, a jej prawdziwej fotografii poszukuje Syn i fenomenolog kultury, by odnaleźć ją na starym zdjęciu małej dziewczynki w cieplarni. Te rzeczy istnieją jakby niezależnie od kodów kultury, i jednostkowych zdarzeń, mają w nas byt potężny i przeszywający. Tak średniowieczni realiści wierzyli w bytujące, ale poza światem, idealne egzystencje przedmiotów i uczuć. Dla Barthes'a te Powszechniki stają się Konkretami. Fotografia zdaje się prowadzić Barthes'a do przekonania, że przez nie uładzoną rzeczywistość prowadzi droga do realności duchowych spraw człowieka.

Książka Barthes'a należy do wielkich tekstów o tematyce filozoficznej i antropologicznej. Po latach snucia pajęczej nici powiązań kultury, filozof powraca do egzystencji, ukazując jej kontrapunkt z kulturą, ale i niezależność spraw finalnych: życia i śmierci, miłości i nienawiści, a także niezależność każdej osoby ludzkiej, skoro podejmuje się tu beznadziejną ale jakby konieczną próbę dotarcia do jej, gdyby powiedzieć fenomenologicznie – „właściwego co”.

A jednocześnie: ten traktat antropologiczny jest traktatem o metodzie fenomenologicznej, jest zaskakującym odsłanianiem przed nami kulisów rodzenia się analizy antropologicznej, której metoda – zdaje się mówić Barthes – jest za każdym razem zależna od przedmiotu badanego. Krok po kroku, prywatnie niejako i osobiście, Barthes wprowadza nas w swoją analizę. By wreszcie, przeprowadzając ją, ogłosić swoistą ograniczoność systematyzacji, gdy nauka pragnie rozwiązywać ostateczne metafizyczne sprawy ludzkie. Analiza relacji: osoba ludzka-kultura jakby kończy się, gdy stajemy wobec ostatecznej tożsamości człowieka, w pewnym sensie samej w sobie. Dlatego człowieka do kodów zredukować się nie da.

W ten sposób rozprawa o fotografii przekształca się w discours de la méthode, rzecz o ludzkim myśleniu w świecie ludzkim. Myśleniu, zmierzającym do odrzucania fałszywych mitów i wmówień kultury. To traktat o myśleniu w człowieku (nie jest to tylko myślenie logiczne), zmierzającym do celu lub raczej: celów poznania, o myśleniu, szukającym prawdy, wciąż umykającej przed skodyfikowaniem tam, gdzie wchodzi w grę człowiek. Czy to, co skodyfikowane, byłoby jeszcze prawdziwe? Metoda okazuje się jednocześnie anty metodą lub ostrzeżeniem przed pewną metodą. Z łatwością filozofa porzuca Barthes narzędzia, które okazują się nieprzydatne, jak na przykład dialektyka: bo według Barthes'a – Fotografia jest niedialektyczna. Filozof usuwa w pobok problemy, które choć stosowane w analizie przedmiotu, okazują się tu niestosowne. Zdawałoby się, że nowa fenomenologia – w wydaniu Barthes'a jest analogią do problemu nieoznaczoności w najnowszej fizyce. A mówiąc inaczej: Barthes nie krępuje się tym, że docierając do jądra odnajduje tam: niezgłębioną i niezgłębialną tajemnicę. Czyżbyśmy inną drogą docierali znów do intuicji, zapomnianej jakby po Bergsonie? Ale na pytania, stawiane przez samego siebie, Barthes nie mógł już odpowiedzieć.

To także naukowa lekcja pokory, choć zgoła nie wyznanie agnostyczne, które z góry porzucałoby wszelką analizę. Barthes nie okazuje się może realistą w sensie średniowiecznego sporu z nominalizmem: nie wskazuje na byty idealne poza światem ludzkim. Ale sam ten świat, jak się powiedziało, nie da się objąć jednoznacznie i do końca siatką twierdzeń. Jego tajemnica jest także poza odkryciem nominalistów: tożsamość jednostki, będąc bytem poszczególnym, nie poddającym się władzy powszechników, kryje jednak coś, co nie może być do końca zdefiniowane przez byty konkretne i słowa. Więc można to chyba nazwać tajemnicą.

Barthes analizuje nowe zjawisko kulturowe i cywilizacyjne, jakim jest fotografia. Fotografia nie jest istnieniem w języku, zbliża się do klasy przedmiotów realnego świata. Ale jednocześnie Barthes bada ją także od strony najściślej osobistej, tak jakby on sam nie chciał – bo nie chce – być jako człowiek tylko cząstką kultury. W dobie, w której, jak podkreśla, prywatność stała się własnością ogółu – pragnie odbudować, także dla nauki, analizę prywatności najprywatniejszej i określić do tej prywatności prawo. Dla zwykłego człowieka i dla człowiek nauki, filozofa. A fotografia właśnie może bywać prywatnością człowieka, ale i historii.

W pewnym momencie swej analizy Barthes przywołuje nazwisko Antonioniego. W tym wypadku nie chodzi o zarysowane przez Barthes'a przeciwstawienie fotografii – filmowi, lecz o dzieje pewnej fotografii opisanej w filmie Antonioniego Powiększenie (Blow-up). Tam także – poprzez przejmującą metaforę fotografii trupa w Hyde Park'u – docieramy do podobnego problemu, starając się próżno zgłębić tajemnicę życia i śmierci poprzez obraz trupa, którego nie można jednak odnaleźć na zdjęciu (sens filozoficzny filmu prawdopodobnie przerósł nawet wyjściowe zamierzenie reżysera, w każdym razie t o można w filmie odnaleźć). Powiększone zdjęcie ujawnia już tylko strukturę materii, strukturę ziaren srebra i – pustkę. Pewna jest tylko tajemnica życia i niewątpliwa śmierć. Barthes wspomina o tym filmie mimochodem, ale sądzę, że obraz Antonioniego przejmująco i paralelnie niejako streszcza i jego usiłowania – chęć odnalezienia nie m u m i i matki, utrwalonej w naświetlonych kryształach srebra, lecz własnej matki prawdziwej, zagubionej na jednej, prawdziwej, wśród setek nieprawdziwych jej fotografii. Jest zresztą opisany, podobny jak u Antonioniego, zabieg powiększania tej jedynej fotografii, podobnie mijający się z celem. Migawka i – wieczność, ten paradoks kryje w sobie tajemnicę.

Na odwrocie karty tytułowej czytelnik znajdzie tytuł oryginału książki: La chambre claire. To znów gra słów, daleka pochodna od terminu: camera lucida. Było to urządzenie, którego używano przed powstaniem fotografii do kopiowania pejzaży. Żeby powiedzieć prosto: przypominało matówkę fotograficznych lustrzanek. Wystarczy położyć na niej przeźroczysty papier i szkicować. Ślady tej techniki ukazują na przykład znane nam wszystkim pejzaże Canaletta. Ale „chambre claire” to także wnętrze mieszkalne jasne i pogodne, pełne dobroczynnego światła. To światło niemożliwego szczęścia. Ta cała gra słów (z łaciną w tle) jest po polsku (w języku nie-romańskim) nieprzekładalna. Zwłaszcza, że przeciwstawienie „camera lucida” „camera obscura” funkcjonuje po polsku jako termin albo techniki fotograficznej (ciemnia aparatu lub laboratorium) albo metafora obskurantyzmu. Dać jako tytuł łaciński termin, odpowiednik tytułu francuskiego (camera lucida), to znaczy zdradzić autora, który łatwo mógł we Francji posłużyć się tym tytułem, zupełnie nie oddającym jego intencji, choć istniejącym w dalszym skojarzeniu. Ale dopiero przekształcenie skojarzenia (po francusku) stało się znaczące. Dlatego tytuł musi być złożony z polskich słów, podobnie jak Barthes nie używa łaciny (tym bardziej, że camera lucida, nic nie mówi prawie każdemu dzisiejszemu, nawet wykształconemu czytelnikowi). Ta metafora Barthes'a powstała jednak w oparciu o inny jeszcze element jego rozumowania, i to podstawowy, ważniejszy: chodzi mu o to, że Fotografia stanowi jakby utrwalony ślad światła biegnącego od przedmiotu czy osoby fotografowanej, ślad więc utraconego Życia, które jest jasnością wobec Śmierci należącej do domeny „Obscura”. Książka mówi więc o tym ś w i e t l e o b r a z u fotograficznego, które jest bezpośrednio, poprzez zaczernione kiedyś sole srebra, namacalnie złączone z przedmiotem czy osobą fotografowaną.

Fotografia byłaby więc dziedziną niezwykłą: Śmiertelności-Nieśmiertelności. Jedynym możliwym obrazem Eurydyki jeszcze żywej i już martwej, skoro spojrzało na nią oko Orfeusza. Fotografia taka jest tu jakby przedziwną pamięcią Orfeusza, pamięcią o Eurydyce już prawie wyprowadzonej z ciemności na światło, ale w tym momencie zatrzymanej i umarłej.

Ale czy te poszukiwania Barthes’a wokół fotografii nie są odniesieniem także wobec wszelkiej sztuki, która próbuje opisać i „oddać” prawdę życia, życie samo? Czy wszelka sztuka nie jest unieruchomioną w naszym „spojrzeniu”, tak a nie inaczej określonym i ostatnim, żywą i już umierającą Eurydyką naszych przeżyć i wewnętrznych wspomnień? We wcześniejszym szkicu Literatura dziś Barthes pisał:

 Aktualny jest świat, nie literatura – literatura to tylko światło nie wprost, odbite. [...] Jeśli strukturą nie wprost zająć się wprost, wymyka się ona i staje się pusta, albo też przeciwnie: kamienieje, przekształca się w esencję. [...] od czasów Orfeusza wiadomo, że nigdy nie wolno odwracać się ku temu, co się kocha, jeśli nie chce się tego zniszczyć.

Gdyby zaś potraktować dzieło sztuki jako coś samego w sobie i żywego, to czy próba jego opisu nie jest znów unieruchamiającym spojrzeniem na Eurydykę? Po wyjściu z Hadesu Orfeusz próbował oddać to, co czuje – graniem, póki nie rozszarpały go Menady czasu. I tylko to nam pozostaje. Ale w micie Orfeusza zawarty jest paradoks: śmierci – zmartwychwstania. Dlatego we wczesnym chrześcijaństwie Orfeusz bywał symbolem Chrystusa. Cykl przemian, tak jak pokazywałem wyżej: życie – później: dzieło je ukazujące – wreszcie: opis dzieła. Ciało porozrywane Orfeusza – jak w mitach pokawałkowanego ciała – wchodzi w koło wiecznego powrotu w nowym kształcie żywej pamięci kultury. Pokazał to Norwid w Fortepianie Szopena gdzie upodobnił potrzaskany fortepian do Orfeja. Jednak tego, co było doskonałe, jak doskonałą była Eurydyka i muzyka Chopina, nic nie może zupełnie unicestwić.

Jak wiadomo, przestrzeń mitu otwiera zawsze nieskończone możliwości. Książka Barthes’a ich nie zamyka, ale oznacza pewien wybór – pamięci o świetle, które – jak światło dnia wpadające już przez otwór do podziemi – ukazuje to, co Żywe jeszcze i już Je unieruchamia, unicestwia. Przypominam sobie pisany przed laty, jeszcze nim Barthes napisał swoją książkę, wiersz, który ukazuje bardziej pesymistyczną wersję tego mitu (Atelier, w zbiorze Więcej niż można mieć, 1979):

  Oko opatrzności
świeci w nas i gaśnie
camera obscura
na której wyświetla się w życiu
na jeden dzień na noc jedną
otwarte oko miłości
niebo z odwróconymi do nas obłokami
ze światem twoją twarzą
twoim uśmiechem
i łzą
a potem się zamyka
przez otwarte oko umarłe
przez pustą soczewką
w duszy widać pustkę
kurz
zostaje nie używane od wieków
od tysięcy lat
od tamtej godziny
atelier
„worek ze skóry”

To wersja, jak powiedziałem, bardziej pesymistyczna: nic już łączy fotografii z życiem, wspomnienia z życiem, sztuki z życiem, to tylko analogie, bo życie to było coś innego, co już dawno umarło. To mniej niż platońska „pieczara cieni”.

Barthes przemawia do mnie dość szczególnie. Napisałem kiedyś traktat poetycki zatytułowany Fotografia (w zbiorze Gdzie indziej, 1971), rozumiejąc tam - jeśli byśmy tak uprościli - mimetyzm w sztuce jako możliwość i niemożliwość zarazem przezwyciężania śmierci, wysiłek tyleż wielki, co beznadziejny. Zdaje mi się, że i ja wprowadzam tam w zakończeniu pogłos Antonioniego. Są tam zresztą rzeczy pokrewne analizie Barthes'a. Ja też wychodzę od jednej jedynej fotografii, autorstwa Man Ray'a – fotografii tłumu na nowojorskiej plaży Long Island, zdjęcia eksponowanego kiedyś w latach sześćdziesiątych, w ogromnym wielometrowym powiększeniu, na wystawie artystów zbliżonych do Bauhaus'u w paryskim Musée de l'Homme. Ten mój traktat o mimetyzmie, był zespolony z drugim, o czasie (Zegar) i trzecim, o Miłości. Dlatego także przyjąłem książkę Barthes'a jako bardzo mi bliską.

Ale któż nie zna z autopsji tego fotograficznego borykania się ze śmiercią? Przypomina mi to pewien wstrząs, który przeżyłem kilka lat temu. Ktoś, kogo – jak mi się zdawało – nie znałem, lekarz, powiedział mi, że posiada moje zdjęcie sprzed wojny. Okazało się, że chodziliśmy do tej samej małej szkoły prywatnej w mieście na Górnym Śląsku, a fotografia pokazuje grupkę uczniów i uczennic z nauczycielami po zakończeniu roku szkolnego 1938/39, dokładnie: 21 czerwca 1939. Stoję tam, dziewięcioletni, z długą czupryną, uśmiechnięty, bo właśnie nauka się skończyła i czekają mnie, absolwenta klasy drugiej, piękne wakacje z rodziną w górach. Zdjęcie wykupimy od fotografa po l września, nieprawdaż?... Ale to słoneczne zdjęcie jest zdjęciem przed katastrofą, przed apokalipsą, która zaraz miała nadejść. I pomyśleć: gdyby nie ocalały zdjęcia rodzinne zbierane w piwnicy i podeptane butami (a pierwsze pochodzi z roku 1892) – i gdybym to ja zginął 4 września od kuli z broni pokładowej Luftwaffe, a nie mój brat Andrzej, to tylko to jedno zdjęcie mogłoby zaświadczać, że tak niedawno istniał taki uśmiechnięty chłopczyk, o którym niewiele więcej wiadomo. Tak jakby odbudowywała się wiara w eter, który przechowuje każde nasze zdanie, uśmiech lub płacz, tak jak we wszechobejmującej pamięci boskiej.

Piszę o sobie, ale takich jak ja, osobiście zaangażowanych w Fotografię, utrwalającą – prawdziwie, choć na próżno – egzystencję – jest legion. Bo ja też, jak Barthes, szukałem prawdy o moich najbliższych: bracie, matce, ojcu (ta kolejność jest kolejnością ich odchodzenia) – zawartą w starych zdjęciach (czytałem też podobne do tych u Barthes'a – wyznania Ingmara Bergmana na temat zdjęć jego matki). Dlatego bliskie jest mi to fenomenologiczne poszukiwanie Barthes`a, poszukiwanie, które okazuje się pytaniem, czy i na ile można wskrzesić umarłych? W ogóle nie można, odpowiada surowo kawałek papieru pokryty zaświetlonym srebrem. Więc może da się przechować pamięć o nich wierną? Też nie. W takim razie, co się ocala? Chyba tylko ścieżkę wiodącą do pamięci i przeszłego życia, krętą i zawsze ginącą w zmierzchającej oddali. W tajemnicy. Ale pomimo tego ścieżkę, jakże cenną, choćby tylko ukazywała nam odcinek niewielki, do najbliższego zakrętu podziemi, gdzie pozostała na zawsze Eurydyka. A może nawet Fotografia sprawia to, że nie zabija nas już tak bezwzględnie jałowa pamięć o najbliższych, którzy odeszli. Jestem Barthes'owi głęboko wdzięczny za tę książkę pisaną z bólu i w bólu, po śmierci matki i może z przeczuciem śmierci własnej, która tak niedługo, w tak bezsensowny sposób (potrącony na pasach rue des Écoles niedaleko miejsca, gdzie mieszkał) miała nastąpić. Te pasy to jego punctum, określane także – jakie to dziwne – metaforą ulicznej „zebry”...

Ale dzięki fenomenologicznej analizie Fotografii dokonanej przez Barthes'a, analizie tego tekstu-nie-tekstu, który tutaj jest powierzchnią obrazu fotograficznego i zapisem rzeczywistości, do której ona się odnosi, patrzę także w sposób nowy na różne zdjęcia, w tym także na to, które wspominam, odnalezione po latach. To, co Barthes nazywa studium, to na tym moim zdjęciu grupa szkolna po końcu roku. Ale jest i punctum, to, co nas dotyka, rani lub porusza. To najpierw ten czas zdjęcia, tuż sprzed apokalipsy, który każe inaczej dziś je oglądać (słynny wywód Sartre`a o przygodzie, który można zastosować do historii – w La Nausée – że odczucie przygody, a podobnie historii, pojawia się zawsze ex post). Punctum stanowią też szczegóły: teczka u moich stóp (u stóp chłopca, którym byłem), jedna opadająca skarpetka, pasek nałożony bez „szlufek” na spodenki – jednym słowem całość chłopięca, uwydatniająca dla mnie tragiczność tego zdjęcia, jeśli wziąć pod uwagę wektor czasu, epokę, moment, w którym zdjęcie zostało zrobione – powtórzmy – tuż przed katastrofą.
I to już wszystko. Po lekturze Barthes'a oglądam zdjęcia i czytam książki inaczej.

Pisałem i tłumaczyłem 1992-1994