Okrutny bagaż dzieciństwa
22.11.2005

     Napisano wiele o deportacjach Polaków do Rosji podczas drugiej wojny. Powie ktoś: jeszcze jedna książka? Ale to, czego doświadczył naród, było na miarę katastrofy nie stulecia, lecz tysiąclecia, i dotknęło ponad milion osób – nigdy przeto nie zostanie w pełni opisane. Jednostki, które to przeżyły, wyrzucają z siebie zbyt dławiące wspomnienia, a na planie narodowej świadomości dokumenty te pełnią rolę i historyczną, i psychologiczną. Tym bardziej książka taka staje się potrzebna, jeśli ujęcie tematu jest rzadkie. A tak jest właśnie w wypadku wspomnień Andrzeja Ciska, a właściwie Jędrusia Ciska, którego wywieziono z rodziną z polskich kresów na „nieludzką ziemię” gdy miał półtora roku, zaś wrócił mając lat siedem i pół. Po sześciu latach miał już poza sobą pierwsze dzieciństwo. Właśnie – nieodwracalnie – takie. Miał zresztą szczęście, że wrócił – bo tak wiele dzieci polskich nie przeżyło deportacji później lub ginęło nawet w czasie drogi (wyrzucano je zamarznięte z eszelonów), a niektóre z tych, co przeżyły, tam osierocone, nawet dziś nie wiedzą, że są Polakami.

     Perspektywa widzenia, zaznaczona w tytule, daje szczególną formę opowieści. Skupia się ona na realiach, jakby pozbawionych komentarza, ukazywane są tylko fakty, co zamiast odejmować opisom znaczenia, jeszcze je pogłębia, gdyż rzeczy najokrutniejsze są tutaj ujrzane jako zwykłe. To właśnie – bez żadnych dodatkowych środków pisarskich – wyolbrzymia je emocjonalnie. To są – można powiedzieć – literackie „ready made”, bo tak odbiera rzeczywistość psychika dziecka. Pisząc o rzadkości ujęcia, pamiętam oczywiście o ankiecie wśród dzieci uratowanych przez II Korpus gen. Andersa, a następnie o wydaniu ich relacji przez Jana i Irenę Grossów w przejmującej książce: W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali...2 Pamiętamy te często nieporadne, z naruszoną ortografią, nieraz fonetyczne zapisy słów. Relacja Andrzeja Ciska pisana jest już po latach, „dorosłą”, normalną „ortografią”. Może pamięć autora zachowała także późniejsze nawarstwienia, z domowych wspomnień rodziców, bo tak dzieje się zawsze – jednak w głównym zasobie odwołuje się do własnych, wtedy zapamiętanych przeżyć. A od relacji w książce Grossów odróżnia ją to, że nie jest to zapis fragmentu, lecz całej, osobnej biografii dziecięcej.


1 Opublikowane jako wstęp do książki: Andrzej Cisek: Nieludzka ziemia w oczach dziecka. Kraków 2000, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. S. 119 + ilustracje nlb..
2 W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali...Polska a Rosja 1939-1942. Wybór i opracowanie Jan Tomasz Gross, Irena Grudzińska-Gross. Wstęp Jan Tomasz Gross. [przedruk fotoofset.] b roku i miejsca wyd. Spółdz. Wyd. Profil.

     Czytając książkę Grossów miałem przed oczami tamte dzieci i tylko dzieci, nie zastanawiałem się nad ich dalszymi losami. Obecna relacja, spisana przez dorosłego, przymusza jakby do stawiania także innych problemów i pytań. Uświadamia nam, że w społeczeństwie polskim – choćby nawet jego rany zostały przyklepane i zasklepione – jest tak wielu ludzi, zranionych jako dzieci deportacją wschodnią. Ta książeczka musi przypominać psychologom społecznym, że skutki tych przeżyć nie zostały jeszcze – poza wymową suchych cyfr, a i to skąpo – opisane i przeanalizowane w materii badawczej. Chodzi przy tym o dwa co najmniej problemy: stosunek do życia w ogóle i stosunek do Rosji w szczególności. Ten opis Rosji budzi grozę, choć autor wstępnie zaznacza, że w jego opisach grozy nie ma, bo dziecko – poza rzadkimi momentami – do przeżywania takiej grozy nie jest zdolne. Autor jednak się myli, jego opis społeczeństwa zdegradowanego, a takim była – poza wyjątkowymi może enklawami – Rosja w 25 lat po rewolucji, przeraża w tym właśnie, co było rzeczywistością codzienną. Dlatego Andrzej Cisek nie znalazł dla swoich przeżyć lepszej nazwy niż ta, którą oddawał tę nieludzką sytuację Józef Czapski. Choć Cisek – ukazując tylko sprawy „oczami dziecka widziane”– nie wychodzi z jakichś założeń ideologicznych. Pisze o codziennych sprawach. Nie będę dawał przykładów, znajdzie je czytelnik w książce.

     Myślę, że ta rzeczywistość budzi tu grozę większą niż budziłby opis społeczeństwa kanibali, żyjącego w powtarzalnym rytmie swoich prymitywnych wartości, nawet gdyby mały bohater obserwował z przerażeniem wodę podgrzewaną w kotle, w którym miano by go ugotować w celu zjedzenia. A potem szczęśliwie tego uniknął. W tamtej Rosji bowiem, na co dzień, funkcjonowały wynaturzone wartości europejskiej kultury czy ich szczątki, przegrywając co krok z nieludzkością losu, czy moralnością nieludzkiej ziemi.

Natomiast dorosły już i ideologiczny – choć uwarunkowany także doświadczeniami dzieciństwa – stosunek do samej Rosji znalazł wyraz w wizji historiozoficznej na wstępie książki. Autor zauważa, że Francja uległa idei Rewolucji i przezwyciężyła ją. O Rosji zaś, która z bizantyńskim uporem wcielała straszną ideę w życie, myśli jak najgorzej. Nie tylko ukazuje straszność degradacji spowodowanej przez system komunistyczny, ale i przeczuwa dalszy upadek kultury rosyjskiej, jako wynik tej degradacji. I to w przewidywaniach równie ponurych jak te, które wieścili na początku wieku symboliści rosyjscy, wzywając nieopatrznie Hunów („Skify”), którzy zniszczą ich cywilizację. Nie każdy, kto przeżył Rosję, jako dziecko czy dorosły, przekłada to na historiozofię. A wnioski stąd płynące – po zawaleniu się komunizmu – mogą być zapewne różne. Futurolog, ale i socjolog, i psycholog społeczny, powinni się jednak zastanowić nad tymi różnymi wersjami diagnoz na temat Rosji, także nad tą tutaj wyrażoną. Prowokuje ona do dyskusji, nie licząc się z tak zwaną „poprawnością polityczną”.

     Prawie narzuca się przy lekturze książki porównanie z doświadczeniem deportacji niemieckich. Niemieccy naziści deportowali Polaków z terenów nowej wielkiej Rzeszy także na Wschód, tyle że na ich własną ziemię, pośród ich rodaków. Mimo całego okrucieństwa tych deportacji – ten los nie może być więc nazwany losem na „nieludzkiej ziemi”, nie dlatego zresztą, że Niemcy chcieli oszczędzić cokolwiek deportowanym. Były też deportacje dorosłych, osób traktowanych jako niewolnicza siła robocza – do Niemiec. Gdyby wyłączyć miejsca zagłady czy obozy niewolniczej pracy, ciężki los tych ludzi był swoiście lepszy, niż Polaków „wschodnich”, gdyż do Niemiec nie deportowano rodzin z dziećmi, a także dbano o niezbędne minimum, robotnik musiał mieć siły, by pracować. Ośmielałbym się sądzić, że doświadczenia deportacyjne na Wschodzie były o wiele okrutniejsze. O tym porównaniu pisano mało lub wcale.

     I na koniec, chciałbym odnieść się do liczb mówiących o deportacjach do Rosji. Uważam za całkowicie błędne wnioski powstającego u nas rewizjonizmu historycznego, określającego liczbę deportowanych na wschód na niecałe czterysta tysięcy. Badacze ci wychodzą od archiwalnych spisów NKWD i liczb, które już w 1941 roku Andriej Wyszynskij podawał przedstawicielom rządu londyńskiego. Podczas gdy krzyżowe statystyki, szacunki deportacyjne ZWZ, obliczenia pomocy ofiarom dokonywane przez rząd londyński, szacunki ambasady polskiej w Kujbyszewie, każą nam nieubłaganie upierać się przy liczbie z górą jednego miliona, lekko licząc miliona dwustu tysięcy.3 Badacze mówią, że zmarło co najmniej 10% deportowanych. To poważny problem historyczny, którego nie wolno załatwiać wiarą w niewątpliwie cząstkowe statystyki NKWD, sporządzane według określonych tez i zaniechań. Milion dwieście tysięcy...

     Ty, biedny chłopczyku, byłeś jednym z miliona. To także określa wymiar świadectwa tej książki.


 3 J. T. Gross określa we wstępie książki W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali... liczbę deportowanych dzieci: „Około jednej czwartej zesłanych, między 220 a 250 tysięcy, stanowiły dzieci w wieku lat czternastu i poniżej”. Op. cit., s. 8.