Oto opis bibliograficzny książki: Maria Nurowska: Mój przyjaciel zdrajca. Warszawa 2004. Wyd. Santorski. stron 2311
Iluż ta książka ma patronów medialnych, podpisanych na drugiej stronie okładki! To jakby certyfikaty sukcesu. Kiedyś takim certyfikatem bywało samo nazwisko wydawcy. Nie odgrywało jednak roli natarczywej reklamy.
Mimo tylu patronów już sama okładka budzi wątpliwość. Słowo zdrajca zostało tu podkreślone ujęciem w ramkę. By przyciągnąć tych, którzy go za zdrajcę uważali? By pokazać to jako najważniejszy problem? I jeszcze fotografia Kuklińskiego w ciemnych okularach, jak w podejrzanym szpiegowskim filmie, obok zielona gałązka róży z kolcami, której nieobecny kwiat został zastąpiony właśnie słowem zdrajca, ujętym w ramkę. Na dole słowo POUFNE, jak pieczątka na dokumencie. Jeszcze jeden certyfikat: prawdy, jakoby dotąd ukrytej.
A przecież nie jest to wcale dokument. Józef Szaniawski napisał, kładąc zbyt słaby nacisk na słowo „fikcja”: „raczej fikcja literacka niż dokument” (James Bond Kukliński, „Wprost”, 6 czerwca 2004). A w takiej sytuacji, czy słowo „poufne” jest na swoim miejscu? A słowa: „mój przyjaciel”? Na honor, On już nie może powiedzieć, czy naprawdę uważał ją za „swoją przyjaciółkę”. W nocie końcowej Nurowska pisze o „nagraniach” z pułkownikiem. Książka jest w pierwszej osobie, jakby on sam to wszystko mówił. Ale gdzie są te nagrania? Czy zostały autoryzowane? Ta książka autoryzowana nie jest, przyznaje to Nurowska w mętnym sformułowaniu: „Sądziłam, że mam jeszcze dużo czasu, bo Kukliński postawił mi warunek [...] Opublikujesz powieść dopiero po mojej śmierci. – Ależ mam zaufanie do twojego pióra...” Więc książka ta nigdy nie została przez pułkownika autoryzowana, choć pisana była długo przed jego śmiercią i był na to czas. Czy musimy przyjąć na wiarę, że pułkownik miał do autorki zaufanie? Postarała się bowiem o sytuację, w której on sam nie mógłby już niczemu zaprzeczyć. „Dlaczego wybrałem ciebie? Przecież to ty wybrałaś mnie.” Dlaczego mamy wierzyć, że Pułkownik wybrał Nurowską? Wiemy tylko, że Nurowska wybrała pisanie o Kuklińskim.
Ale w to, co ona pisze, wierzyć nie muszę. Chyba że nasza autorka przedstawiłaby nagrane słowa samego pułkownika, potwierdzające opisywane przez nią zdarzenia z osobistej i intymnej biografii Kuklińskiego. Bo na razie byłoby to tak, jakbym uwierzył w medium, które uzyskało spirytystycznie wywiad z Napoleonem. Ileż to kapeluszy Napoleona sprzedano we Francji łatwowiernym nabywcom, twierdząc, że to właśnie ostatni jego kapelusz, który miał na głowie w czasie bitwy pod Waterloo?! Wszystko więc zależy także od tego, jaki obraz biografii pułkownika pokazuje Nurowska i czy jesteśmy skłonni go przyjąć.
Nurowska namnożyła intymnych opisów przeżyć pułkownika z kobietami, a także z żoną. I już nie chodzi o to, że ukazują banalnie romansowy obraz zdobywcy serc niewieścich, i nie tylko serc; że bywają odbiciem literackiej sztampy i pastiszu. Jak ta sceneria, skopiowana z powieści Stendhala, gdzie młody jeszcze Kukliński wdrapuje się przez okno, wskazane przez dziewczynę na pierwszym piętrze.
I gdyby założyć bez pokrycia, że pułkownik z czegoś intymnego się autorce zwierzył, nie potrafiłbym uwierzyć, że zezwoliłby to publikować, nawet „po swojej śmierci”. Dlaczego po śmierci? Żeby uniknąć własnej odpowiedzialności wobec żyjących osób? Zapieczętowanie wspomnień na pięćdziesiąt lat ma już jakiś sens, bo oszczędza ewentualnych emocji bliskim osobom. Brak takiego zastrzeżenia pozbawia pułkownika w wydaniu Nurowskiej podstawowej wrażliwości. Stanowi kłamliwy, moralny i literacki zgrzyt. Ale może chodziło właśnie o to, by takim pułkownika ukazać? Bo człowiek honoru nie godzi się na rozgłaszanie swoich miłostek na rynku, ani dla rynku, nawet po swojej śmierci. Nurowska wymyśliła to zastrzeżenie, by śmierć pułkownika przehandlować na swoje romansowe historyjki, i nie ponieść żadnej odpowiedzialności.
Trzeba przyznać, że autorka w zasadzie ukazała zgodnie z prawdą sprzeciw Kuklińskiego wobec komunizmu, i chęć przeciwdziałania militarnej polityce Związku Sowieckiego, a także oskarżenie przez pułkownika tych, co uważali go za szpiega i zdrajcę. Ale Nurowska, ufając swojej romansowej wyobraźni, i nie zadając sobie trudu sięgnięcia po rzeczywiste materiały, potrafi wymyślić „od siebie” nawet te konkretne sytuacje, które pułkownik dokładnie opisał. I to jak opisał! Przykładem scena ostatniego zebrania w listopadzie 1981, gdy generał Jerzy Skalski oznajmia w małym gronie sztabowców o przecieku tajnych dokumentów do Waszyngtonu i Watykanu. To wtedy Kukliński uznał, że jego życie liczy się już może tylko na godziny.
W autoryzowanym wywiadzie z Martą Miklaszewską Kukliński opisał to tak:
„To słowo [o przecieku dokumentów] sparaliżowało wszystkich. Wszyscy zaczęli się trząść tak jak gen. Skalski. Ja się nie trząsłem, bo mnie kompletnie zamurowało. Miałem uczucie, jakby przestało mi bić serce. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że jakiś płyn cieknie mi z rąk. To nie był pot, to dosłownie była woda. Nie wiem, czy w tym momencie mógłbym wydobyć z siebie jakieś słowo. [...] były właściwie tylko dwie osoby, które miały w swej dyspozycji niemal cały komplet planów [stanu wojennego]: Puchała i ja. [...] moment mego aresztowania został tylko przesunięty w czasie.”
Wersja Nurowskiej:
„Gdyby w tym momencie [gen. Skalski] spytał, dlaczego to zrobiłem, nie potrafiłbym mu zaprzeczyć. A co bym mu odpowiedział? Że zrobiłem to dla Polski, jeżeli oczywiście byłbym w stanie wydobyć z siebie głos. Czułem, jak po plecach spływają mi strużki lodowatego potu [... ] Czułem się rozbity, zmęczony, od śmierci Halinki nie byłem już takim samym człowiekiem jak dawniej. Jej śmierć mocno mnie osłabiła. Uważałem, że oni już wszystko wiedzą...”
Nurowska bezceremonialnie zmienia autentyczny, drobiazgowy opis pułkownika, bo nie pasuje do filmowego schematu. Mokre ręce? Na filmowym planie łatwo zauważyć tylko mokre koszule bohaterów! Więc te grafomańskie „strużki lodowatego potu”! I oczywiście ta dramatyczna, prawie tragiczna, scena zostaje ukazana w aurze ckliwego miłosnego melodramatu. Nurowska wprowadza tu wymyślony wątek osobisty, nie istniejący we własnym przekazie pułkownika, i pokazuje go wręcz załamanego, gotowego zaraz przyznać się do wszystkiego... Jak słabeusz... „...bo ja zawsze muszę przegrywać” mówi w innym miejscu pułkownik u Nurowskiej.
Bo właściwie w całej tej opowieści, w której Nurowska niby heroizuje Pułkownika, praktycznie robi z niego fajtłapę. Kukliński zaczyna bezczelnie przypominać śmiesznych niedołęgów francuskiego filmu, Bourvila czy Louis Funesa, którym jednak i tak wszystko wychodzi! Zwierza się Nurowskiej Pułkownik:
Ja wybitnie nie nadawałem się na szpiega. Nie byłem odpowiednio przezorny, ratowało mnie to tylko, że w sztabie panował nieopisany bałagan. [...] Gdyby było inaczej, moje błędy, jakich popełniłem mnóstwo, bardzo szybko wyeliminowałyby mnie z gry.
I w innym miejscu:
Ministerstwo Obrony i Sztab Generalny Wojska Polskiego były chyba najbardziej antysowieckimi instytucjami w Polsce Ludowej. Więc nawet się zbytnio nie kryłem ze swoimi poglądami.
Aha, cóż to za heroizm więc, działać w tym bałaganie, na dodatek bałaganie antysowieckim! Stąd krok już tylko, mimo pozorów ksiązki, że i ci, co robili stan wojenny, mieli swoje ukryte twarze patriotów... W USA pułkownik nie zrobiłby kariery wywiadowczej, Amerykanie wciąż zwracają mu uwagę na śmieszne błędy (a to przychodzi na szpiegowskie spotkanie w mundurze, a to w jaskrawych spodniach). Jego sprawność szpiegowska jest na miarę bloku sowieckiego przed pierestrojką. Bohater na miarę socjalistycznego partactwa!
Powiem więc wyraźnie: książka idzie przeciw nurtowi tego polskiego myślenia patriotycznego, które uznało nie tylko efektywność „strategicznych” zasług pułkownika dla pognębienia Rosji Sowieckiej przez USA (kilkadziesiąt tysięcy stron najtajniejszych dokumentów sztabowych po rosyjsku), ale także bohaterskie narażanie własnego życia. Rosyjskiego szpiega, Olega Pieńkowskiego, który uratował świat przed konfliktem o Kubę, spalono w Moskwie żywcem w piecu. O takiej sankcji mówi u Nurowskiej Kuklińskiemu generał KGB, w Moskwie.
Ale niepomny na nic Kukliński podrywa córkę generała, bo ta ma „smuklejsze” nogi niż jej mama. Co więcej, wykorzystuje sen tej uroczej, młodej Rosjanki Nataszy, w podmoskiewskiej daczy, by włamać się do dokumentów w biurku jej ojca, generała KGB, jak amator-włamywacz. Gdyż, jak mówi książkowy Kukliński: „gdyby to był jakiś sztabowiec, tak by mnie to nie podnieciło, bo do tych materiałów miałem niezły dostęp.” Prawda? Nic łatwiejszego! „Ale KGB to KGB. Pozostawało poza moim zasięgiem.” Więc pułkownik rzuca się na materiały, do niczego nie przydatne w strategicznej rozgrywce światowej. I to ma być poziom myślenia oficera, szarej eminencji połączonych sztabów układu Warszawskiego!? A że Natasza go przyłapuje z ręką w biurku? Nic to! Zbyt ją w sobie rozkochał; romans z Nataszą w książce Nurowskiej trwa chyba rok cały. Nic dziwnego: „Byłem oszołomiony bliskością jej ciała.”
Ale w Polsce Kukliński, wyprodukowany przez Nurowską, postępuje podobnie. Uwodzi córkę sowieckiego oficera, ale umie się z nią rozstać, nim jej nogi nie staną się słoniowe. Zresztą chojrak, nie boi się uwieść żony jednego z polskich dowódców. Z tym, że także w tej dziedzinie „manekin” Kuklińskiego nie wykazuje męskich cech zdobywczych. Bo jak zawsze, każda z nich, bez jednego wyjątku, bez jednego, leci na Kuklińskiego i podrywa go. On tylko się im przygląda. I żadna nie doniesie. Nawet żona mu się pierwsza oświadcza po zerwaniu, jakiego dokonał. Kobiety, na których mu zależy, same na niego lecą. „Natasza oświadczyła, że chce się ze mną kochać.” No, podobnie było, jak czytaliśmy wyżej, z samą Nurowską. To ona go „wybrała”... Z własnej inicjatywy Kukliński podrywa tylko sekretareczki w MON-ie dla swojej szpiegowskiej gry. Bo czy kobieciarz (alibi!) może być szpiegiem?
I taki człowiek miękki jak guma do żucia, taki wojskowy i mężczyzna, wyprowadził w pole dowództwo Paktu Warszawskiego i służby kontrwywiadowcze? Wolne żarty... Nurowska podprowadza nas chytrze do wniosku, że nie było nic łatwiejszego. Trudno będzie z tego ciemięgi i fajtłapy, choć seksualnie bardzo sprawnego – uczynić bohatera. Czy o to chodziło? Przy takim ustawieniu książki nie warto sprawdzać realiów, bo nawet prawdziwe, sztabowe, podlane są specyficznym sosem. I jeszcze mętne zastrzeżenie autorki:
„Czasem wydarzenia z życia mojego bohatera poddawałam niewielkiej modyfikacji, aby nie znużyć czytelnika nadmiarem faktów i nazwisk. [...] Niektóre imiona i nazwiska zmieniłam...”
Konia z rzędem temu, kto złapie ją za rękę. Słynna była w okresie „polskiego października” opowieść o radiowcu, który z przemówień Gomułki zmontował zręcznie nagranie z antysowiecką treścią. Tak, z autentycznych wypowiedzi...
Jednej tylko dziewczynie Kukliński do końca nie uległ, choć miłość była żarliwa i obustronna. Choć leciała na niego, jak żadna. Stała pod jego oknem w sztabie. Spotykając się z nią może wydawał na nią wyrok. Przecież potem nie wierzył w jej samobójstwo, raczej że zrobiły to długie ręce sowieckiego wywiadu GRU (Nurowska miesza GRU z KGB!), „w związku z jego osobą” (najpierw pies, potem ona). Więc jednak pułkownik swoją grą wywołał może śmierć wartościowej dziewczyny? A podejrzewał ją, że była „zwerbowana”... Niezdolny, żeby wcześniej prawdę z niej wydobyć? Za głupi, a może za lekkomyślny?
Zachodzi pytanie, dla kogo ta książka została napisana, na czyje czytelnicze zamówienie? Ten blamaż pułkownika na pewno spodoba się tej części postkomunistycznej opinii i poststalinowskim weteranom wojska, wszystkim mającym Kuklińskiego za zdrajcę. A tu jest nawet więcej. Naiwniak, fajtłapa i słabeusz. Tyle że amator seksu, bohatersko podrywający generalskie córki.
Nikt, nawet matołek, nie uwierzy, że pułkownik dał Nurowskiej wolną rękę, że oświadczył jej wprost: „Chcesz mnie opisać jako zdrajcę, zrób to...” (strona 6).
Kończę, polecając tę książkę wszystkim, którzy pragną się dowiedzieć, jak można splamić i sfałszować biografię narodowego bohatera. I rzucić swoją książkę na rynek, wyprzedzając oddanie jego prochów polskiej ziemi w narodowym mauzoleum, licząc, że taka opowieść stanie się pokupnym straganowym kiczem dla subkultury.
2004
1 Książkę reklamuje także spory afisz, umieszczany w księgarniach, jego oryginał posiadam w archiwum. Prócz reprodukcji okładki ksiązki ze słowem „zdrajca”, afisz zawiera wydrukowany ogromną czcionką tekst:
„Nazwisko: Kukliński; imię: Ryszard; Zawód: zdrajca. Proszę o zniszczenie po przeczytaniu. Rozwiązania tajemnicy szukaj w księgarniach.”
Afisz dwukrotnie więc kwalifikuje pułkownika Kuklińskiego jako zdrajcę, odsyłając do ksiązki. Sądzę, że komitet honorowy pamięci Kuklińskiego powinien wytoczyć Nurowskiej proces za obrazę czci pułkownika. Dodam, że chciałem tę sprawę poruszyć w umówionym już spotkaniu na żywo w TVN 24 z udziałem Marii Nurowskiej, moim i redaktora B. Rymanowskiego, w dniu 17 września 2004 o godz. 22. W przeddzień spotkania p. Nurowska zmieniła decyzję i wycofała się ze spotkania.