DEBIUTANT KLASYKIEM?
Wojciech Albiński: Kalahari. Warszawa 2003. Twój Styl, s. 403.
Kalahari to pustynia w południowej Afryce, tworzą ją błotne rozlewiska i depresje oraz piaszczyste wzgórza. Obraz tej konkretnej krainy lub jej symbolicznego znaczenia przyciągały Albińskiego od dawna. Autor, rocznik 1935, który wyjechał z Polski po ledwo-debiucie we „Współczesności”w latach sześćdziesiątych, publikował w roku 1980 w paryskiej „Kulturze”cykl poezji o tym właśnie tytule. Zawodowo zresztą zajmował się geodezją. Więc próżno byłoby szukać nazwiska Albińskiego w wielotomowej bibliografii współczesnej literatury polskiej, wydawanej przez Akademię Nauk.
Tom opowiadań czy opowieści Albińskiego o tym egzotycznym tytule jest jego książkowym debiutem. Słowo debiut nie jest tu zresztą odpowiednie, łączymy z nim bowiem kształtowanie się dopiero osobowości twórczej. Nic tutaj podobnego. Jest to proza dojrzała, wręcz znakomita, o równym, bardzo wysokim poziomie. Jej styl i temat nie mają u nas właściwie odpowiedników. Jeśli Albiński dotyka społecznych problemów różnych grup społecznych zamieszkujących Afrykę Południową, nie jest to przecież studium socjologiczne, ani literatura „podróżnicza”. Nie jest modelem dla tej prozy ani Sienkiewicz z końca XIX w., ani Kapuściński dzisiaj. Mamy do czynienia z klasyczną prozą, ujętą w formę opowiadań, relacjonujących sytuacje i wydarzenia, by oddać pewną syntezę historyczną i moralną opisywanego świata. Więc nic tu także z baedekerowskiego egzotyzmu. Wybierając takie geograficzne miejsce za temat Albiński chce nam przekazać wiedzę o człowieku w ogóle.
Jesteśmy więc na trakcie ambicji każdej wybitnej literatury. Ale narzucają mi się tu zwłaszcza dwa skojarzenia literackie: Joseph Conrad i J. M. Coetzee., jeden i drugi zresztą także z powodu próby opisania, jak zachowywała się tak zwana europejska moralność – w konfrontacji z nowo odkrywanymi światami cywilizacyjnymi, w tym również z tym, który nazywano Czarnym Lądem. Stanowi to zresztą długą już historię. Ręka Białego położona na Czarnym to od kilkuset lat historia złego i dobrego sumienia Europy.
Ale myślę, że w opisie tego problemu, tak jak rysuje się on w historycznym okresie post-apertheidowskim, chodzi Albińskiemu o coś więcej niż tylko o kolizję etosów przymierzanych do etycznej normy. Albiński wyczuwa tutaj także zachwianie się, niewystarczalność tradycyjnych pojęć antropologicznych, a co za tym idzie i cywilizacyjnych. Tak jakby należało w ogóle rozszerzyć czy radykalnie przebudować model możliwych ludzkich psychicznych zachowań czy wyobrażeń. Można je uchwycić jedynie używając swoistej, nowej teorii kwantów wkraczającej w prawa ludzkiej psychiki i ludzkiego sposobu przeżywania norm społecznych.
To już nie jest – jak u Josepha Conrada – ujrzenie „jądra ciemności”w głębi Konga przez europejskiego obserwatora; ani kotłowaniny Murzynów, w obronie swego złota, pod pokładem statku w czasie tajfunu, gdy trwa na mostku niewzruszony kapitana statku. Ani, po odwróceniu jakby kliszy – w Hańbie, noblisty Coetzee – opis zemsty Czarnych na Białych mieszkańcach farmy, połączonej z okrucieństwem i zbiorowym gwałtem. To wszystko było u tych autorów, według mnie, jakby jeszcze wizją napiętej do ostateczności etyki europejskiej. Natomiast w prozie Albińskiego, inaczej niż u Conrada, nie ma już szlachetnych kapitanów. Conrad pokazywał ich dla przeciwstawienia skażonemu światu, który był tłem. Tutaj skażone tło objęło całość. Nie ma także u Albińskiego, jak u Coetzee, nadrzędnej „białej”psychiki, oceniającej świat.
Jest natomiast próba uchwycenia jeszcze czegoś więcej. To opis wulkanicznej wręcz erupcji etosu i myślenia ludów Afryki, myślenia archaicznego, jakbyśmy cofnęli się nawet nie o tysiące lat, ale wręcz do jakiegoś neolitu. I przemieszanie – tego myślenia magicznego, animistycznego, myślenia czarowników, z jakimś dziwnym chrześcijaństwem i techniczną cywilizacją europejską XX wieku (Kobry i parafianie), łącznie z faszystowskim wręcz wzorem (czy naprawdę przezwyciężonej już apartheidowskiej przemocy)? Mikrofon i pół-plemienna komisja, pistolet i kałasznikow w funkcji zastępującej tradycyjny plemienny łuk. Ten ostatni przykład biorę z ogłoszonej ostatnio w prasie noweli Albińskiego (Komisja), z następnego tomu prozy, który jest w druku.
Rzecz jednak w tym, że ten neolit, o którym wspominam, jest nie tylko w plemiennych postaciach pejzażu Albińskiego, jest także w nas. Oni nie doszli do nas, ale i my nie odeszliśmy od nich. Czy zdajemy sobie z tego sprawę? Cała koszmarna chwilami dziwność tego konglomeratu cech cywilizacyjnych – nie śniła się nam jeszcze, nie ukazano nam jej.
Ten sen, który dzieje się w rzeczywistości, oddany jest w szczególnie realistycznym rytmie opowiadań Albińskiego, gdzie zwykłość i nasycona realiami, rzeczowa narracja, nie poddają się jakimś emocjonalnym wyskokom stylu, czy, broń Boże, zwerbalizowanej ocenie. Urzeka gęstość, chwilami egzotyczna, opisu przyrody i ludzi. Katastrofom ludzkim towarzyszy w opisie raczej lekki sarkazm niż groteska, a nigdy wręcz wyrażony tragizm. Tak w Komisji (ogłoszonej w „Gazecie Wyborczej”), gdzie dwaj oficerowie policji, Holendrzy z pochodzenia, zostają mimo morderstw zwolnieni z więzienia, a murzyński policjant, ich pomocnik, idzie do więzienia za przywłaszczenie sobie zegarka. Wolę tu zresztą Albińskiego od Coetzee. Obaj zrywają z pewną zasadą poprawności, choć Albiński, outsider południowej Afryki, robi to bardziej śmiało, bardziej podkreślając przypisanie rasowe.
Ważną cechą pisarstwa Albińskiego jest różnorodność opisywanych sytuacji, nie ma tutaj powtórzeń. Podziwiamy, kreśloną jakby od niechcenia, aurę zapisywanych zdarzeń, ale i surowo piękną, choć niebezpieczną dla człowieka, egzotyczną przyrodę, klimat. Czasem językiem opisu jest pierwsza osoba gramatyczna, nie będąca zresztą ani wyrazem wszechwiedzącego narratora, ani bohatera opowiadania. Opis jakby tradycyjny, a jednocześnie prawie behawioralny, jako tylko przytoczenie zjawisk i dialogów. Dzięki nim autor zagląda do ludzkiego wnętrza. Ocena, gorzka i sceptyczna, kryje się zresztą poza obiektywną jakby, pozornie niezaangażowaną narracją. Jest ona w ostatecznej instancji związana z etosem europejskim, bo nie może być inaczej. Ale jednocześnie mówi o zanikaniu jakby powszechnej, uniwersalnej etyki u ludzi. Skutek liberalizmu? Czy po prostu amoralności?...
Odnoszę wrażenie, jakby jednocześnie autor przypominał, że ta kolizja pierwotnej, plemiennej umysłowości i etyki, z etyką „europejską”, trwająca przecież od kilku wieków:, od okresu konkwistadorów, czasów porwań z łona Afryki i handlu niewolnikami – nigdy w zasadzie nie została opisana w ujęciu obu stron (umysłowość pierwotnych ludów obu Ameryk została ujęta przez antropologów, od zewnątrz). I nie została opisana w ujęciu obu stron w kolizyjnych zderzeniach (nie zawsze koniecznie ludzi, lecz wyobrażeń i etosów).
Językowa struktura pięknej polszczyzny i jakby symboliczna nieraz struktura zdarzeń sprawiają, że obrazy tej prozy będą, jak sądzę, nieraz cytowane. Ale taki już jest los książek, które na naszych niejako oczach zdobywają rangę klasyki.
(omówienie: „Rzeczpospolita” 28 sierpnia 2004, nr 302;)
POWRÓT EMILA SKIWSKIEGO
Maciej Urbanowski: Człowiek z głębszego podziemia. Życie i twórczość Jana Emila Skiwskiego. Kraków 2003. Arcana 2003, s. 466.
To już druga nominacja tego autora do nagrody im. J. Mackiewicza, po nominacji i wyróżnieniu Macieja Urbanowskiego w zeszłym roku. Słusznie, obfitością i oryginalnością swych poczynań i książek, interpretujących zwłaszcza literaturę współczesną, począwszy od dwudziestolecia międzywojennego, Urbanowski stale potwierdza, że jest jednym z najwybitniejszych krytyków i historyków literatury. Prócz opracowań monograficznych jest niezmordowanym interpretatorem wielu współczesnych książek, recenzowanych w krakowskich „Arcanach”, których jest współredaktorem.
Celuje w przyswajaniu postaci w naszej historii literatury zaniedbanych lub wręcz – z powodów politycznych – odsuniętych po wojnie. Jest np. współredaktorem wydania dzieł wybranych Ferdynanda Goetla, wydał szkice o literaturze i kulturze Jana Emila Skiwskiego, a obecnie obszerną, prawie pięćsetstronicową monografię o tym pisarzu. Jej tytuł: Człowiek z głębszego podziemia, trafnie oddający okupacyjne i powojenne losy tego pisarza, nawiązuje do tytułu eseju Józefa Mackiewicza Ludzie z głębszego podziemia, opisującego swoje spotkanie ze Skiwskim i Burdeckim w Krakowie, jesienią 1944 roku.
Umieściłem Skiwskiego wśród postaci ze względów politycznych odsuniętych ze sceny literackiej. W jego wypadku była to twórczość w PRL całkowicie zakazana, i to nie tylko przez cenzurę, ale wręcz wyrokiem sądowym. W 1945 roku był poszukiwany listem gończym, a w 1949 w Krakowie odbył się zaoczny proces Skiwskiego. Został skazany na dożywotnie więzienie i utratę praw osobistych i obywatelskich na zawsze, a od kary śmierci uchroniła go zapewne tylko nieobecność w kraju. Sądzony był za wydawanie proniemieckiego pisma „Przełom”, w Krakowie, w roku 1944.
Urbanowski zajął się Skiwskim nie tylko dlatego, że ten nacjonalistycznie zorientowany krytyk i pisarz, debiutujący w dwudziestoleciu międzywojennym, był jednym z najwybitniejszych umysłów swojej epoki. Także dlatego, że jego pisarstwo i poglądy wchodziły w spór ideologiczny z różnymi innymi postawami. Objaśnienie ich u Urbanowskiego rysuje ważną i ciekawą mapę postaw w okresie dwudziestolecia, okupacji i po wojnie, gdy Skiwski po krótkim pobycie na Zachodzie przebywał na emigracji w Wenezueli. Uwydatnia Urbanowski także rozmaite filiacje i różnice postawy Skiwskiego wobec pisarzy europejskich, bliskich – przed wojną i w czasie wojny – nacjonalizmowi niemieckiemu. Decydował o tym w dużej mierze ich sprzeciw wobec sowieckiego komunizmu. Ta mapa socjologiczno polityczna stanowi dodatkową wartość książki Urbanowskiego.
Odcięty od kraju, Skiwski starał się po wojnie o utrzymanie kontaktu z niektórymi wybitnymi pisarzami polskimi na emigracji. Nawiązał kontakt z paryską „Kulturą”Jerzego Giedroycia, gdzie drukował pod kilkoma pseudonimami. Nie wszyscy o tym wiedzą. Giedroyc nie musiał się przejmować wyrokiem sądowym w Polsce.
Monografia Urbanowskiego, zajmująca się tyleż pisarstwem, co życiem Skiwskiego, jest przykładem dociekliwych i mrówczych poszukiwań biograficznych, prawie w całości dokumentujących przedwojenne, okupacyjne i powojenne życie Skiwskiego. Na przykład listy Skiwskiego do „Kultury”, o których usłyszałem kiedyś z ust Giedroycia, że nie może mi ich udostępnić, odnalazł Urbanowski aż w Stanach Zjednoczonych (pisarz sporządzał kopie swoich listów). Jednocześnie w tym wysiłku dokumentalisty, jakim musi stać się także każdy biograf, Urbanowski wydobywa także często istotne dla epoki losy polskich pisarzy emigrantów po wojnie.
Można powiedzieć, że bez tej monografii i wydań pism Skiwskiego historia literatury i kultury polskiej byłaby i uboższa, i o wiele mniej zrozumiała w swoich znaczeniach. Zaniedbane w interpretacji i tylko ogólnikowo potępiane związki Skiwskiego z proniemiecką postawą geopolityczną, pozwalają nam lepiej zrozumieć okupacyjne dylematy politycznej myśli polskiej, postawionej wobec komunizmu (jeden i drugi Mackiewicz, Władysław Studnicki), jak i dylematy związanych z tym myśli i postaw pisarzy europejskich.
Ale nie tylko ideologia decyduje o wadze książki Urbanowskiego. Skiwski był przecież oryginalnym pisarzem i krytykiem dużej miary. Bez tej postaci obraz literatury polskiej nie byłby pełny. Tę lukę monografista zapełnił z nawiązka, tworząc jednocześnie aktualny model tego typu opracowania. Raz odnaleziona, ta wybitna postać, wzbogaci naszą kulturę.
Jacek Trznadel
(omówienie: „Rzeczpospolita”20 sierpnia 2004, nr 195)