UPOMINAM
SIĘ O MILION WYWIEZIONYCH DO ROSJI1
(o polskim rewizjonizmie historycznym)
W tradycyjnych opracowaniach politycznych, historycznych i publicystycznych, ogłaszanych od 1941 roku i w pierwszym już okresie po wojnie na emigracji, liczbę obywateli polskich wywiezionych na wschód przez Rosję Sowiecką określano zawsze między milionem i półtora miliona, przekraczając nieraz nawet tę górną liczbę. Dane te miały swe źródło w szacunkach oficjalnych, to znaczy rządu londyńskiego, opierającego się na danych ZWZ i innych podziemnych organizacji w kraju (od 1940), oraz – po nawiązaniu oficjalnych stosunków dyplomatycznych z Rosją Sowiecką (pakt Sikorski-Majski) – były to bieżące dane ambasady polskiej w ZSSR, oparte także na bezpośrednich kontaktach z wywiezionymi, i podawane w polskich rozmowach politycznych z Rosjanami. Wynikały z dodawania różnych danych pośrednich, tyczących rozmaitych grup deportowanych z Polski, nie stanowiąc nigdy liczby wymyślonej, bez realnych podstaw. I od początku liczby te spotykały się z protestem władz sowieckich, w tym Andrieja Wyszynskiego, drugiej osoby po Mołotowie, zastępcy przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, określającego w oficjalnej wypowiedzi liczbę deportowanych na 380.000 osób.
Ambasador rządu londyńskiego w Związku Sowieckim, Stanisław Kot, relacjonując w depeszy do gen. Sikorskiego z 14 października 1941 swoją rozmowę z min. Wyszynskim, podkreślał:
„ostre przemówienie się przy szczegółach, gdy np. [Wyszynski] zaręczał, że jeńców wojennych było tylko 25 tys., a wszystkich obywateli polskich wywiezionych 380 tys.”2
Liczby Wyszynskiego potwierdzili w ostatnich latach wrocławscy badacze S. Ciesielski, G. Hryciuk, A. Srebrakowski3 i rosyjski badacz „Memoriału” A. Gurjanow, który po przebadaniu archiwów NKWD określił liczbę deportacji dokładnie na 372 tys. osób4. Różnice danych między tymi dwoma publikacjami są śladowe. I choć te oficjalne liczby sowieckie znane były, z wypowiedzi Wyszynskiego, szacującym deportacje polskim działaczom, od 1941 roku, teraz zadziałało nagle magiczne słowo: archiwa!
1 Esej opublikowany w „Życiu”, Warszawa 2001, nr 63 (15 marca) pod tytułem Milion wywiezionych Polaków.
10 lutego 2001 mijała 61 rocznica pierwszej wielkiej deportacji sowieckiej.
2 S. Kot: Listy do Sikorskiego, Londyn 1956, s. 138; podobnie w pracy tegoż autora: Rozmowy z Kremlem, Londyn 1959, gdzie znajdują się stenogramy rozmów.
3 Masowe deportacje..., Wrocław 1993
4 Aleksander Gurjanow: Cztery deportacje, „Karta” 1994, nr 12.
I właśnie od momentu tych archiwalnych publikacji rozpoczęło się to, co muszę tutaj nazwać polskim rewizjonizmem historycznym w stosunku do problemu deportacji. Tezę Gurjanowa powtarzają dokładnie polscy badacze, m.in. Jędrzej Tucholski5, a także Andrzej Paczkowski w „wiodącym”, o europejskim rozpowszechnieniu, opracowaniu dla Czarnej Księgi Komunizmu6. Tucholski wysuwa tu argument, że przecież dla NKWD:
„niecelowe było preparowanie danych [...] dla celów służbowych własnych [...] próbę podważenia ich wiarygodności należałoby uznać za niezasadną”.
A przecież NKWD wielokrotnie fałszował niezliczone dane! Oczywiście owe 380 tys. na pewno deportowano. Tyle tylko, że nie są to dane całkowite. Ale ich właśnie użyto w rozmowach z rządem londyńskim. Jeśli nawet przyznalibyśmy, że zapisy transportów i ich liczby mają odpowiedniki w rzeczywistości, nieuchronnie nasuwa się pytanie: czy w archiwach rosyjskich uwzględniono wszystkie transporty, a w ramach transportów wszystkich w nich deportowanych? Czy tylko osoby z określonych prawnie, politycznie i etnicznie (według prawa sowieckiego), grup? A ile osób deportowanych i rozstrzelanych nie znajduje się na żadnych wykazach?! Lub na innych, które uległy zniszczeniu czy są niedostępne. Dziś w ogóle nie została postawiona sprawa, ilu deportowanych mogło nie zostać ujętych w statystyki, bo byli „obywatelami ZSSR”, lub ujęto ich w statystyki zgoła inne! Pobóg-Malinowski przypomina7 o „250.000 więźniów aresztowanych «indywidualnie»”, poza czterema deportacjami. Ale oni wszakże też należą do wywiezionych czyli deportowanych. Tak więc cztery deportacje nie obejmują wszystkich w y w i e z i o n y c h na wschód. Ale liczby archiwów sowieckich, odnoszących się do deportacji, też są zaniżone.
Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że liczba ofiar pierwszej, lutowej deportacji z 1940 roku, znaleziona w archiwach NKWD, mniej więcej odpowiada szacunkom ZWZ, rządu emigracyjnego i opracowań emigracyjnych. Dopiero szacunki trzech następnych deportacji ulegają drastycznemu obniżeniu liczb w porównaniu z szacunkami polskimi – i to w stosunku 4-5-krotnym. Powstaje pytanie: dlaczego, jeśli pierwszy polski szacunek mógł być tak zbliżony do danych NKWD, następne różniły się tak zasadniczo? Czy uległ zmianie polski system obliczeń, czy działały specjalne sowieckie zasady kwalifikacyjne i archiwalne w szacunkach transportów? Sądzę, że to drugie. Zwróćmy też uwagę, że o ile archiwa sowieckie notują tylko transporty, władze polskie szacowały także liczbę tych deportowanych, z którymi się stykały już na „nieludzkiej ziemi”.
5 Jędrzej Tucholski: Katyń – liczby i motywy. „Zeszyty Katyńskie” nr 5, 1995
6 Andrzej Paczkowski: Polacy pod obcą i własną przemocą. [w:] Czarna księga komunizmu. Warszawa 1999, Prószyński i Ska
7 Władysław Pobóg-Malinowski: Najnowsza historia Polski, Londyn 1981, s. 111; także za K. Zamorskim i S. Starzewskim, w Sprawiedliwości sowieckiej, Rzym 1945.
Wysuwanie statystyk NKWD jako podstawy szacunków jest aktem zaufania do sowieckich archiwów. Były one nieraz prowadzone z nieludzką dokładnością (o czym przekonałem się sam, badając akta katyńskie). W sprawie deportacji jednak przenoszenie tych danych do historii jako wiarygodnych liczb globalnych oznacza tak daleko idące i drastyczne zakwestionowanie polskich, oficjalnych także szacunków, wynikających ze skrzyżowania elementów rozbudowanej, szczegółowej wiedzy, że powinno się spotkać z protestem. Przede wszystkim w państwie totalitarnym sowieckim wszystko mogło być manipulowane i fałszowane ze względów politycznych. Wiedzą badacze o zasadniczych manipulacjach zapisami demograficznymi rosyjskimi z lat trzydziestych i później, mającymi na celu ukrycie ilości ofiar sowieckiej rewolucji i jej różnych (także głodowych) czystek. Czyżby po raz pierwszy i jedyny w historii politycznej stosunków polskiego rządu londyńskiego z rządem sowieckim Andriej Wyszynskij mówił prawdę? Gdy miał wszystkie powody do jej ukrywania, jak stało się to w wypadku rozstrzelanych oficerów polskich?!
Dość obszerny wykaz piśmiennictwa emigracyjnego (ale nie tylko) ukazującego podstawowe liczby deportacji znajduje się w pracy pod redakcją T. Walichnowskiego: Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSSR 1939-1945, Warszawa 1989, PWN – książki, powstałej na marginesie prac ówczesnej komisji polsko radzieckiej dla spraw deportacji. Relacjonuje się tam liczby wysoko przewyższające dane Gurjanowa, a nawet te, w pracach ogłoszonych w PRL-u, w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym” z lat sześćdziesiątych. W Zarysie problematyki Walichnowskiego przypomina się liczbę deportowanych, w niektórych opracowaniach przewyższającą nawet 2 miliony. Autor – należący przecież do oficjalnej nomenklatury historycznej – zwraca uwagę, że na mocy ustawodawstwa radzieckiego Polacy z terenów wschodnich stali się po 29 listopada 1939 obywatelami radzieckimi i zadaje pytanie: „czy do ludności polskiej można zaliczyć tylko 730.000 osób, czy też – zgodnie z ówczesnym ustawodawstwem polskim – 1.114.000 obywateli polskich, niezależnie od ich narodowości?” Natomiast nowi autorzy nie pamiętają jakby, że II Rzeczpospolita Polska była krajem obywateli polskich, o współżyjących ze sobą mniejszościach. Nie znaczy to, że nie należy dokonywać szacunków etnicznych. W. Pobóg-Malinowski8 szacuje liczbę deportowanych Polaków na 65%, Żydów na ok. 22%, a na 13% Ukraińców i Białorusinów.
Paczkowski w sprawie dokumentów NKWD powołuje się na innych: „większość badaczy uznaje, iż zawarte w nich dane należy uznać za pewne”9. Trzeba jednak przyznać, że Paczkowski zachowuje pewną „ostrożność”, uznając te dane „za minimalne” (określa deportacje – na nie mniej niż 400-450 tys., plus 150 tys. młodych w „strojbatalionach” i około 100 tys. osób, które „wyjechały” na roboty do Rosji). Czyni mu to razem około 700 tys. osób10. Jednak zależność od statystyk NKWD, i deklaracji z 1941 r. Wyszynskiego – jest tu niewątpliwa! Tucholski i Paczkowski nie są jedynymi autorami, opierającymi się podstawowo na ostatnich badaniach archiwów NKWD i ograniczającymi w zasadzie użycie słowa deportacja do tych właśnie statystyk.
8 W. Pobóg-Malinowski: Najnowsza historia Polski, t. II, m.in. za W. Wielhorskim, Londyn 1956, s. 198.
9 Tamże, s. 347.
10 Tamże, s. 349.
Aktualni historycy nie zastanawiają się, czy szacunki etniczne i inne sowieckie podziały obywateli polskich na kategorie nie mogły wpłynąć na ujęcia ogólnych liczb wywiezionych. Przyjmują milcząco kategorie podziałów etnicznych, a nie zasadę obywatelstwa polskiego, o co walczył rząd londyński i co przyjmował w swoich szacunkach. Paczkowski na przykład, wymieniając liczby deportowanych, w nawiasie podaje liczbę „Polaków”, a sporu prowadzonego przez rząd londyński o „obywateli polskich” nie relacjonuje. We wcześniejszej wersji swej pracy pisał na przykład:
„W czterech falach masowych deportacji wysłano w głąb ZSSR co najmniej 250 tys. Polaków (oraz około 100 tys. mieszkańców Drugiej Rzeczpospolitej innych narodowości, głównie Żydów)”11.
Ale Sowieci wprowadzili wiele podziałów, prócz etnicznych: inaczej mogli klasyfikować „bieżeńców”, tych, co zdążyli lub nie zdążyli zaopatrzyć się w paszporty sowieckie, inaczej Polaków „miejscowych”, a znów inaczej „Żydów swoich” i „Żydów z GG”,. I pomyśleć, że rząd Polski walczył, wymieniając imiennie, o znanych mi Alicję i Anatola Sternów, czy Aleksandrowiczów z Krakowa – w których sklepie kupowałem zeszyty – by ich przenieść do kategorii obywateli polskich w ogóle i w tym sensie Polaków, a teraz się o tym zapomina! Czy badacze nie zauważają, jak Sowietom zależało na zmniejszeniu (także statystycznie) liczby obywateli polskich czyli „Polaków” na zaanektowanych obszarach Polski wschodniej? O to chodziło w manipulacjach wokół dekretu o „przyłączeniu” Polski wschodniej do republik sowieckich i obywatelstwie sowieckim z końca 1939, a akcję „paszportyzacji” prowadzono przez cały czas. I przez cały czas rząd polski w Londynie walczył politycznie z tymi tezami o sowieckim obywatelstwie. Niektórzy badacze czują, że coś tu jest nie w porządku, bo nagle pojawiają się niekonsekwencje. Paczkowski nie wątpi, że było nie mniej niż 30.000 rozstrzelanych, a „śmiertelność wśród łagierników i deportowanych szacuje się na 8-10%, czyli zmarło zapewne 90-100 tysięcy osób”12. Jak wynika z tych liczb, tutaj, w środku swego opracowania autor przyjmuje więc niespodziewanie milionową liczbę deportowanych!
W tym moim tekście, który nie jest opracowaniem historycznym, ale polemicznym przypomnieniem i postawieniem problemu, przytoczę tylko niektóre dane, mające niewątpliwie charakter „konkretny”, z podstawowego źródła, jakim są Listy z Rosji do Gen. Sikorskiego Stanisława Kota, polskiego ambasadora w Sowietach (Londyn 1956). Pisze się tam, zawsze do gen. Sikorskiego lub czynników oficjalnych (w nawiasie strony książki), o „milionowej rozrzuconej masie polskiej [...] [Ambasada] Materialną pomocą objęła ponad 300.000 obywateli polskich” (23); „wywiezienie 50.000 dzieci z 5.000 matek” (50); „liczbę zesłanych [Sowieci] obliczają na niecałe 400 tysięcy. Musimy dojść, gdzie zaliczają resztę...” (87); Kot w rozmowie z Amerykańskim Czerwonym Krzyżem: „ogólna cyfra wywiezionych przewyższa 1 i 1/2 miliona” (107); „Sowiety wywiozły około 400.000 żydowskich uchodźców” (136); „starano się różnego rodzaju transporty obywateli polskich porozsyłać w niedostępne okolice, aby oficjalnie podaną ilość Polaków móc jaskrawie zmniejszyć” (153); „Sowiety twierdzą, że wywieźli z Polski około 400.000 obywateli. Niewątpliwie nie wliczają do tej cyfry niewiadomej ilości, wziętej do wojska” (155); w rozmowie St. Kota z Wendel Willkiem, Teheran, 1942, Kot mówi: „wywożąc ponad milion obywateli polskich do Sowietów” (379); czy w innym miejscu: „na ogół sądzi się, że obywateli polskich i na wolności, i w więzieniach czy obozach robót przymusowych i w wojsku sowieckim i strojbatalionach może być około miliona. [...] Żydów około 300.000 [...] Ukraińców ponad 150.000” (385); załącznik do pisma do Amb. RP w Waszyngtonie podaje: „prawie 2-milionowa masa obywateli polskich w ZSSR [...] Sytuacja tej ludności jest tragiczna” (459). Władze polskie w Sowietach rozporządzały pośrednimi danymi dotyczącymi różnych grup wywiezionych i na zasadzie krzyżujących się informacji oceniały liczby globalne. Kot przypomina, że część archiwów ambasady, odnoszących się do ilości i sytuacji deportowanych, zatonęła w drodze do Anglii na storpedowanym statku, 2 maja 1942 r. Ale coś przecież z tych danych cząstkowych wynika.
11 „Rzeczpospolita”, „Plus Minus” 1999, nr z 18-19 września
12 Tamże, s. 349.
Objęcie pomocą 300 tysięcy osób mogło dotyczyć tylko małej części, z ogromnej całości, do której nie można było dotrzeć. Jeśli Anders zdołał wyprowadzić do Iranu prawie 100 tysięczną armię (a licząc kobiety, dzieci i cywilów – prawie 120 tysięcy osób), to nie mógłby tej armii uformować z masy tylko 400 tysięcznej wywiezionych, w tym kobiet, dzieci i starców, a iluż młodych mężczyzn nie mogło dotrzeć na południe do Buzułuku (Anders mówił w rozmowach oficjalnych o możliwości podwojenia tej armii). Takich oczywistych problemów rzutujących na ocenę danych statystycznych jest więcej. Pobóg-Malinowski określa efekt tych dwóch ewakuacji Andersa na zaledwie „7% sowieckiego gwałtu deportacyjnego” do Rosji (241). J. Siedlecki (Losy Polaków w ZSRR – 1939 – 1986, Londyn, Gryf 1987) przypomina, że wśród „odnalezionych” przez polską ambasadę było 76.000 dzieci (106). Jan T. Gross przyjmuje nawet, że wśród deportowanych jedną czwartą, czyli „między 220 a 250 tysięcy stanowiły dzieci”13. Nawet jeśli przyjąć niedokładności metody „wielkich liczb”, widać jasno, ze różne cząstkowe szacunki każą przyjąć statystyki NKWD jedynie jako fragment przewyższającej je kilkakrotnie liczby globalnej.
13W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali... Polska a Rosja 1939-1942. Wybór i opracowanie Jan Tomasz Gross, Irena Grudzińska-Gross. Wstęp Jan Tomasz Gross. [przedruk fotoofset.] b roku i miejsca wyd. Spółdz. Wyd. Profil. s. 8.
Jak się wydaje, u podstaw ostatniego rewizjonizmu historycznego leży także nieuwzględnianie zasad administracji sowieckiej i NKWD po listopadzie 1939, dzielących ludność terenów wschodnich RP na wiele kategorii, w części tych kategorii wyrzucając poza nawias obliczeń różne grupy obywateli polskich i ludności polskiej. Zestawienie tych kategorii i zastanowienie się, jak one mogły wpływać na szacunki sowiecko-rosyjskie jest obowiązkiem historyków. Odnosi się to zwłaszcza do tych deportacji, których liczby tak drastycznie odbiegają od polskich szacunków, o czym pisałem wyżej. Czy komuniści polscy, którzy przyjęli obywatelstwo sowieckie, a byli deportowani, byli liczeni jako cząstka deportacji polskiej? Przyjmowano ich zresztą do armii Andersa, prócz tych, którzy nie chcieli oddać paszportów sowieckich.
Błędem autorów, uwiedzionych danymi archiwów sowieckich, jest brak poważnego zreferowania liczb z wielkiej ilości prac polskich, jako przeciwstawienia do pochopnego przyjmowania wniosków z danych NKWD. Te dawne polskie prace opierały się również o wymierne dane, przede wszystkim ambasady polskiej w ZSSR. Pójście po linii wykazów NKWD stanowi przyjęcie prawdy, która zgodna była z działaniami i linią polityczną Stalina, a nie z danymi rządu emigracyjnego w Londynie. Jest to niewątpliwie na rękę dzisiejszym dążeniom Rosji. Rzeczywista ilość deportowanych to także dane wyjściowe do pertraktacji z Rosją o odszkodowania za szkody moralne i niewolniczą pracę w łagrach. Rząd nasz, podobnie jak czynił to rząd PRL-u, przyciska od lat jedynie „niemiecki pedał” w sprawie odszkodowań. Gdy przed kilku laty miałem okazję rozmawiać z Siergiejem Stankiewiczem, wtedy jeszcze doradcą prezydenta Jelcyna – na moje pytanie o sprawę odszkodowań, Stankiewicz, jako osoba urzędowa i oficjalna powiedział, z typowo rosyjską, polityczną obłudą: „Wy ofiary, chcecie odszkodowań od Rosjan, którzy sami są ofiarami?” Podobny punkt widzenia zamąca spojrzenie większości Wielkorusów. W kraju tym łatwo mówi się o własnej tragedii, rzadko o własnej zbrodni. Niemcy też byli ofiarami systemu nazistowskiego, jednak nie bronią się w ten sposób przed odpowiedzialnością. To jednak Rosjanie stworzyli system ludobójczy i państwo pod nazwą Związku Sowieckiego. Był to system bardziej zafałszowany niż system III Rzeszy. Każe to spoglądać ze szczególną nieufnością na archiwa rosyjsko-sowieckie. Nie powinniśmy łatwo zmieniać spojrzenia na wiele ustalonych w historiografii polskiej spraw, tylko z powodu odnalezienia określonych danych w sowieckich archiwach. Należy także pytać: czego w nich nie ma?
Pisałem w roku 2000