
„DAWAŁEM CAŁE MOJE ŻYCIE”1
Odkąd ze słynnego wywiadu, opublikowanego
na łamach paryskiej „Kultury” w 1987 roku, dowiedziałem
się o pułkowniku Ryszardzie Kklińskim, nigdy nie miałem nawet cienia
wątpliwości w ocenie jego czynu. Posiadałem już bowiem wykrystalizowaną
wizję historii Polski i czyn pułkownik jawił mi się w łańcuchu dążeń
niepodległościowych w historii naszej, ujarzmionej po wojnie, ojczyzny.
Wymiar był zresztą niebywały: nieprzerwany ciąg decyzji pułkownika,
dostarczania przez dziesięć z górą lat tajnych dokumentów sztabowych
układu Warszawskiego dla USA, aby oddalić od ziem polskich widmo
grożącej ze strony Sowietów wojny w Europie.
Ci, co wydali na Kuklińskiego wyrok śmierci, nie
spodziewali się, że kiedyś wyrok ten zostanie im ciśnięty w twarz. Nie ulega
wątpliwości, że za tym wyrokiem politycznym, stała także decyzja zwierzchnika
polskich sił zbrojnych. Nie mówi się o tym, że wyrok wykonano by bez wahania,
gdyby tylko dostali Kuklińskiego w swoje ręce. To jest właśnie druga strona słynnego
powiedzenia: „Jeśli on nie jest zdrajcą, to co my?...” Niewątpliwa
jest jednostronność nastawania na życie drugiego, bo pułkownik Kukliński nigdy
nie planował zamachu na życie gen. Jaruzelskiego. Ale po wyroku o samej sprawie
Kuklińskiego jakby na kilka lat zapomniano.
A jednocześnie od czasu sławetnego „okrągłego
stołu” ocena PRL-u stała się przysłowiowym mrowiskiem sądów, sprzecznych
tez, polemik i sporów. Jak bardzo była potrzebna dla nie rozliczenia się z PRL-em
teza o umiarkowanej, choć ograniczonej „suwerenności”! Tak mało jeszcze
wtedy ważyli na głównym nurcie polityki przedstawiciele nurtu niepodległościowego,
twierdzący, że coś takiego jak ograniczona suwerenność to termin sprzeczny logicznie,
a w odniesieniu do Polski Ludowej zakrywający zbrodnię i zniewolenie – znaczone
krwią od początku, przez Poznań 56, Wybrzeże 1970, strajki 1976, po stan wojenny
1981. Jakże gorąco nas przekonywano, że przecież mieliśmy Polskę, dla której
wszyscy pracowaliśmy i z której różnych dobrodziejstw korzystaliśmy. Chłop orał
ziemię, a murarz stawiał domy. Ludzie kochali się i wychowywali dzieci. Ale chłop
orał ziemię również podczas hitlerowskiej okupacji.
Spory dotyczyły najżywotniejszego problemu, a przecież
brakowało im jakiejś społecznej ostrości. I oto nagle w to mrowisko tez i antytez,
do których już opinia publiczna obojętnie przywykła, został włożony kij – konieczność
oceny postawy jednego, ale niezwykłego człowieka. Takiej oceny, w której już
niczego rozmazać i sfałszować się nie da, w której nie ma innej odpowiedzi poza
odpowiedzią: TAK lub NIE.
W ten sposób dowiedzieliśmy się za przyczyną pułkownika
Kuklińskiego, że podzielone jest nie tylko społeczeństwo w podstawowej
sprawie: kryterium niepodległości Polski, ale i elity rządzące. Przejazdowi
Kuklińskiego przez Polskę towarzyszyła głośno wyrażana niechęć działaczy
SLD, taką niechęć, w obliczu wizyty Kuklińskiego ledwo potrafił ukryć
Prezydent, gdy z góry zaznaczał, że nigdy tego człowieka nie awansuje
honorowo, chociaż honory rozdaje hojnie na prawo i lewo. Urzędujący
Minister Obrony Narodowej, jeszcze wczoraj używający w stosunku do
Kuklińskiego słów „także zdrajca”, posunął się tak daleko
w swej niechęci, że przełożył własną niechęć nad obowiązek, przeto
obraził pamięć i honor poległych oficerów Wojska Polskiego, którzy
zginęli za wolność ojczyzny, i nie pomyślał o wystawieniu choćby
reprezentacyjnej orkiestry wojskowej czy kompanii honorowej przy
uroczystości tak wysokiej miary, jak odsłonięcie Pomnika Katyńskiego
w sercu Warszawy. Czyżby nie wiedział, gdy wszyscy wiedzieli? Była
obecna... kompania straży pożarnej! A wszystko dlatego, że pomnik
odsłaniał także pułkownik Ryszard Kukliński! Tego jednak ministrowi
historia nie zapomni.
Rozminęły się ze swoim obowiązkiem także i media
publiczne. W dniu, w którym pułkownik Ryszard Kukliński wraz z ministrem spraw
zagranicznych Bronisławem Geremkiem i Zbigniewem Brzezińskim debatował nad problemami
Układu Warszawskiego w pałacyku na Foksal, a następnie spotkał się z elitą kulturalną
i polityczną na przyznaniu nagród jednego z najpoczytniejszych polskich tygodników, „Gazety Polskiej”, na Zamku Królewskim, a potem w otoczeniu tłumu odsłonił Pomnik Katyński – w głównym wydaniu telewizyjnej Panoramy nie powiedziano nawet
jednego słowa o tym dniu Kuklińskiego w Warszawie! Policzek wymierzony telewidzom,
ale nawet sferom rządowym, bo obok Kuklińskiego było przy tym odsłonięciu kilku
urzędujących ministrów, a posłanie przysłał Premier. Ciekawe, jak długo telewizja
może nadal kłamać w sprawach narodowych? Ale obnażanie się społecznych przeciwieństw,
a nawet społecznych niegodziwości jest zawsze społecznym zyskiem. Dlatego sądzę
mimo wszystko, że po wizycie Kuklińskiego Polska nie będzie już taka sama.
Myślę, że zmieni się także ocena historii Polski,
Uświadomiliśmy sobie, że czerwone morze nie okrywało Polski tak szczelnie, jak
skłonni byliśmy sądzić. Kukliński, jak to w swoich wystąpieniach ujawnił, był
tylko jednym z wielu ludzi nie godzących się z miejscem Polski w bloku sowieckim – nawet w tak elitarnej i starannie selekcjonowanej grupie, jak sztab polskiej armii.
Tę polską armię ukazał Kukliński nagle w innym świetle, tak jak przed Powstaniem
Listopadowym sprzysiężenia Piotra Wysockiego ukazało w innym świetle ukochaną
armię rosyjskiego Wielkiego Księcia Konstantego. Podchorążowie za nic już mieli
przysięgę złożoną carowi. Pułkownik Kukliński wpisał się w tę wielką tradycję:
Wysockiego i Traugutta. O tym jeszcze milczą podręczniki historii, a dekoruje
się oficjalnie przede wszystkim marksistów-rewizjonistów PZPR, od działaczy po
filozofów. Kto przypomni działaczy Polskiego Porozumienia Niepodległościowego,
którzy w tychże latach siedemdziesiątych nie zadowalali się myślą o „finlandyzacji Polski”i przekazywali społeczeństwu dokumenty w duchu niepodległości, wydając nielegalnie dziesiątki książek. Tak się złożyło, że podczas serdecznego, prostego i prawie intymnego spotkania z pułkownikiem Kuklińskim w redakcji „Tygodnika Solidarność” spotkali się ludzie tego samego niepodległościowego nurtu, tak długo o sobie nie wiedzący, obaj naznaczeni najwyższym sądowym wyrokiem śmierci: działacz i jeden z twórców PPN, Zdzisław Najder i pułkownik Ryszard Kukliński.
Że byli tylko ogniwem w jeszcze dłuższym łańcuchu skazanych przypomniała na tym
samym spotkaniu córka generała Nila-Fieldorfa.
Na tle tych trzech wyroków śmierci (jeden wykonany)
widać, jaka była rzeczywistość PRL-u. W jakim kraju, który miałby prawo nazywać
się choćby w miarę suwerennym i choćby trochę demokratycznym – mógłby powstać
związek KS-ów, czyli skazanych na karę śmierci z paragrafów politycznych? Uroczyście
przyjęli Pułkownika do swego grona, ludzi trzymających wysoko polski sztandar,
przetkany nitkami krwi walczących o polską niepodległość.
Przebył Pułkownik drogę swych odwiedzin w Polsce,
cały czas podkreślając swoją wdzięczność i z pewną wstydliwością wypowiadając
się o swojej odbytej misji. Pokazał, że jako człowiek jest osobowością dużego
formatu. Żadnych zbędnych gestów i patetycznych słów, jeśli nie zaliczyć do nich
widocznych dla tłumów odruchów wzruszenia. Dla mnie świadczyły one tylko o głębokiej
prywatności związku pułkownika ze sprawą Polską i nienaruszonym zasobie wewnętrznym,
nie uwikłaniu w gry polityczne, które potrafią nałożyć na politycznego gracza
nieruchomą maskę zewnętrzną. Uderzał mnie spokój Pułkownika i jego ciepły uśmiech.
Ale raz podniósł głos i stało się to w polskim sejmie. Było to w chwili, gdy
została przypomniana rozmowa, w której złożono mu w imieniu byłego prezydenta
propozycje, uwłaczające jego ludzkiej i żołnierskiej godności, co nie wnikając
w niuanse prawnicze można streścić: aby określił się winnym i poprosił o łaskę.
Zobaczyliśmy, jak posądzany o zdradę czuły jest na punkcie honoru. Bo Pułkownik
Kukliński nie uczestniczył nigdy w żadnej niehonorowej grze politycznej. Wykonywał swoją misję, jak w czasie innej okupacji wykonywali ją żołnierze kontrwywiadu AK, z nieodłączną ampułką cyjanku w kieszeni. Dowiedzieliśmy się, że Kukliński otrzymał taką od Amerykanów.
Bez wyrazistej lekcji polskiej drogi do niepodległości nie będzie zdrowego moralnie polskiego społeczeństwa. Niepodległość zresztą nie bywa dana raz na zawsze, bo w różny sposób można ją utracić. Dlatego dla młodego pokolenia przykład kogoś, co dla innych narażał własne życie, zdaje się tak ważny.
Mówię to, choć bardzo nie lubię windowania żyjących na umowne piedestały, przeszkadza mi jakieś poczucie wstydu. I wstydliwie ukryłbym może niektóre zdania z tego tekstu, gdyby nie świadomość, że wokół – obok zdezorientowanych i nieuświadomionych – jest także krzykliwa zgraja politycznych graczy, usiłujących wagę czynu niepodległościowego, w tym i Kuklińskiego, umniejszyć. Dlatego na zakończenie chcę przypomnieć pewne słowa Pułkownika, tak jak nieraz cytowałem coś z literatury. Nie czytałem ostatnio
niczego, czym byłbym tak poruszony, jak tymi prostymi słowami wypowiedzianymi
przez Kuklińskiego po umorzeniu jego sprawy:
„Nawet jeśli był to wkład niewielki, to stałem po właściwej stronie. A nawet jeśli było to niewiele, jeśli rozważyć rzecz w szerszej perspektywie, to było to wszystko, co miałem, I w istocie było to całe moje życie.”
Zresztą sądzę, że te słowa będą jeszcze nieraz cytowane.
PS. Już po napisaniu tego artykułu przeczytałem Adama Michnika Pułapkę politycznej beatyfikacji, tekst poglądowo wpisujący się w fałszerstwa niektórych mediów na temat pułkownika Kuklińskiego. Ten zbiór przeinaczeń i sugestii, obliczonych na najniższy pułap intelektu politycznego, typowo populistyczny, nie może być nawet uznany za dziennikarstwo, lecz zwykłe szalbierstwo polityczne Adama Michnika
mające na celu obronę PRL. Jeśli dodać w tym samym numerze artykuł Jarosława
Kurskiego i Pawła Smoleńskiego również na temat Kuklińskiego – widać wyraźnie
panikę redaktorów „Gazety Wyborczej”.
1998
1 Opublikowane w dzienniku „Życie”, Warszawa 1998, nr 109 (11 maja), s.11. Tekst Post scriptum Jacka Trznadla ukazał się w „Życiu” 1998, nr 110 (12 maja)