Dawałem całe moje życie
20.11.2005

„DAWAŁEM CAŁE MOJE ŻYCIE”1

     Odkąd ze słynnego wywiadu, opublikowanego na łamach paryskiej „Kultury” w 1987 roku, dowiedziałem się o pułkowniku Ryszardzie Kklińskim, nigdy nie miałem nawet cienia wątpliwości w ocenie jego czynu. Posiadałem już bowiem wykrystalizowaną wizję historii Polski i czyn pułkownik jawił mi się w łańcuchu dążeń niepodległościowych w historii naszej, ujarzmionej po wojnie, ojczyzny. Wymiar był zresztą niebywały: nieprzerwany ciąg decyzji pułkownika, dostarczania przez dziesięć z górą lat tajnych dokumentów sztabowych układu Warszawskiego dla USA, aby oddalić od ziem polskich widmo grożącej ze strony Sowietów wojny w Europie.

     Ci, co wydali na Kuklińskiego wyrok śmierci, nie spodziewali się, że kiedyś wyrok ten zostanie im ciśnięty w twarz. Nie ulega wątpliwości, że za tym wyrokiem politycznym, stała także decyzja zwierzchnika polskich sił zbrojnych. Nie mówi się o tym, że wyrok wykonano by bez wahania, gdyby tylko dostali Kuklińskiego w swoje ręce. To jest właśnie druga strona słynnego powiedzenia: „Jeśli on nie jest zdrajcą, to co my?...” Niewątpliwa jest jednostronność nastawania na życie drugiego, bo pułkownik Kukliński nigdy nie planował zamachu na życie gen. Jaruzelskiego. Ale po wyroku o samej sprawie Kuklińskiego jakby na kilka lat zapomniano.

     A jednocześnie od czasu sławetnego „okrągłego stołu” ocena PRL-u stała się przysłowiowym mrowiskiem sądów, sprzecznych tez, polemik i sporów. Jak bardzo była potrzebna dla nie rozliczenia się z PRL-em teza o umiarkowanej, choć ograniczonej „suwerenności”! Tak mało jeszcze wtedy ważyli na głównym nurcie polityki przedstawiciele nurtu niepodległościowego, twierdzący, że coś takiego jak ograniczona suwerenność to termin sprzeczny logicznie, a w odniesieniu do Polski Ludowej zakrywający zbrodnię i zniewolenie – znaczone krwią od początku, przez Poznań 56, Wybrzeże 1970, strajki 1976, po stan wojenny 1981. Jakże gorąco nas przekonywano, że przecież mieliśmy Polskę, dla której wszyscy pracowaliśmy i z której różnych dobrodziejstw korzystaliśmy. Chłop orał ziemię, a murarz stawiał domy. Ludzie kochali się i wychowywali dzieci. Ale chłop orał ziemię również podczas hitlerowskiej okupacji.

     Spory dotyczyły najżywotniejszego problemu, a przecież brakowało im jakiejś społecznej ostrości. I oto nagle w to mrowisko tez i antytez, do których już opinia publiczna obojętnie przywykła, został włożony kij – konieczność oceny postawy jednego, ale niezwykłego człowieka. Takiej oceny, w której już niczego rozmazać i sfałszować się nie da, w której nie ma innej odpowiedzi poza odpowiedzią: TAK lub NIE.

  W ten sposób dowiedzieliśmy się za przyczyną pułkownika Kuklińskiego, że podzielone jest nie tylko społeczeństwo w podstawowej sprawie: kryterium niepodległości Polski, ale i elity rządzące. Przejazdowi Kuklińskiego przez Polskę towarzyszyła głośno wyrażana niechęć działaczy SLD, taką niechęć, w obliczu wizyty Kuklińskiego ledwo potrafił ukryć Prezydent, gdy z góry zaznaczał, że nigdy tego człowieka nie awansuje honorowo, chociaż honory rozdaje hojnie na prawo i lewo. Urzędujący Minister Obrony Narodowej, jeszcze wczoraj używający w stosunku do Kuklińskiego słów „także zdrajca”, posunął się tak daleko w swej niechęci, że przełożył własną niechęć nad obowiązek, przeto obraził pamięć i honor poległych oficerów Wojska Polskiego, którzy zginęli za wolność ojczyzny, i nie pomyślał o wystawieniu choćby reprezentacyjnej orkiestry wojskowej czy kompanii honorowej przy uroczystości tak wysokiej miary, jak odsłonięcie Pomnika Katyńskiego w sercu Warszawy. Czyżby nie wiedział, gdy wszyscy wiedzieli? Była obecna... kompania straży pożarnej! A wszystko dlatego, że pomnik odsłaniał także pułkownik Ryszard Kukliński! Tego jednak ministrowi historia nie zapomni.

     Rozminęły się ze swoim obowiązkiem także i media publiczne. W dniu, w którym pułkownik Ryszard Kukliński wraz z ministrem spraw zagranicznych Bronisławem Geremkiem i Zbigniewem Brzezińskim debatował nad problemami Układu Warszawskiego w pałacyku na Foksal, a następnie spotkał się z elitą kulturalną i polityczną na przyznaniu nagród jednego z najpoczytniejszych polskich tygodników, „Gazety Polskiej”, na Zamku Królewskim, a potem w otoczeniu tłumu odsłonił Pomnik Katyński – w głównym wydaniu telewizyjnej Panoramy nie powiedziano nawet jednego słowa o tym dniu Kuklińskiego w Warszawie! Policzek wymierzony telewidzom, ale nawet sferom rządowym, bo obok Kuklińskiego było przy tym odsłonięciu kilku urzędujących ministrów, a posłanie przysłał Premier. Ciekawe, jak długo telewizja może nadal kłamać w sprawach narodowych? Ale obnażanie się społecznych przeciwieństw, a nawet społecznych niegodziwości jest zawsze społecznym zyskiem. Dlatego sądzę mimo wszystko, że po wizycie Kuklińskiego Polska nie będzie już taka sama.

     Myślę, że zmieni się także ocena historii Polski, Uświadomiliśmy sobie, że czerwone morze nie okrywało Polski tak szczelnie, jak skłonni byliśmy sądzić. Kukliński, jak to w swoich wystąpieniach ujawnił, był tylko jednym z wielu ludzi nie godzących się z miejscem Polski w bloku sowieckim – nawet w tak elitarnej i starannie selekcjonowanej grupie, jak sztab polskiej armii. Tę polską armię ukazał Kukliński nagle w innym świetle, tak jak przed Powstaniem Listopadowym sprzysiężenia Piotra Wysockiego ukazało w innym świetle ukochaną armię rosyjskiego Wielkiego Księcia Konstantego. Podchorążowie za nic już mieli przysięgę złożoną carowi. Pułkownik Kukliński wpisał się w tę wielką tradycję: Wysockiego i Traugutta. O tym jeszcze milczą podręczniki historii, a dekoruje się oficjalnie przede wszystkim marksistów-rewizjonistów PZPR, od działaczy po filozofów. Kto przypomni działaczy Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, którzy w tychże latach siedemdziesiątych nie zadowalali się myślą o „finlandyzacji Polski”i przekazywali społeczeństwu dokumenty w duchu niepodległości, wydając nielegalnie dziesiątki książek. Tak się złożyło, że podczas serdecznego, prostego i prawie intymnego spotkania z pułkownikiem Kuklińskim w redakcji „Tygodnika Solidarność” spotkali się ludzie tego samego niepodległościowego nurtu, tak długo o sobie nie wiedzący, obaj naznaczeni najwyższym sądowym wyrokiem śmierci: działacz i jeden z twórców PPN, Zdzisław Najder i pułkownik Ryszard Kukliński. Że byli tylko ogniwem w jeszcze dłuższym łańcuchu skazanych przypomniała na tym samym spotkaniu córka generała Nila-Fieldorfa.

     Na tle tych trzech wyroków śmierci (jeden wykonany) widać, jaka była rzeczywistość PRL-u. W jakim kraju, który miałby prawo nazywać się choćby w miarę suwerennym i choćby trochę demokratycznym – mógłby powstać związek KS-ów, czyli skazanych na karę śmierci z paragrafów politycznych? Uroczyście przyjęli Pułkownika do swego grona, ludzi trzymających wysoko polski sztandar, przetkany nitkami krwi walczących o polską niepodległość.

     Przebył Pułkownik drogę swych odwiedzin w Polsce, cały czas podkreślając swoją wdzięczność i z pewną wstydliwością wypowiadając się o swojej odbytej misji. Pokazał, że jako człowiek jest osobowością dużego formatu. Żadnych zbędnych gestów i patetycznych słów, jeśli nie zaliczyć do nich widocznych dla tłumów odruchów wzruszenia. Dla mnie świadczyły one tylko o głębokiej prywatności związku pułkownika ze sprawą Polską i nienaruszonym zasobie wewnętrznym, nie uwikłaniu w gry polityczne, które potrafią nałożyć na politycznego gracza nieruchomą maskę zewnętrzną. Uderzał mnie spokój Pułkownika i jego ciepły uśmiech. Ale raz podniósł głos i stało się to w polskim sejmie. Było to w chwili, gdy została przypomniana rozmowa, w której złożono mu w imieniu byłego prezydenta propozycje, uwłaczające jego ludzkiej i żołnierskiej godności, co nie wnikając w niuanse prawnicze można streścić: aby określił się winnym i poprosił o łaskę. Zobaczyliśmy, jak posądzany o zdradę czuły jest na punkcie honoru. Bo Pułkownik Kukliński nie uczestniczył nigdy w żadnej niehonorowej grze politycznej. Wykonywał swoją misję, jak w czasie innej okupacji wykonywali ją żołnierze kontrwywiadu AK, z nieodłączną ampułką cyjanku w kieszeni. Dowiedzieliśmy się, że Kukliński otrzymał taką od Amerykanów.

     Bez wyrazistej lekcji polskiej drogi do niepodległości nie będzie zdrowego moralnie polskiego społeczeństwa. Niepodległość zresztą nie bywa dana raz na zawsze, bo w różny sposób można ją utracić. Dlatego dla młodego pokolenia przykład kogoś, co dla innych narażał własne życie, zdaje się tak ważny. Mówię to, choć bardzo nie lubię windowania żyjących na umowne piedestały, przeszkadza mi jakieś poczucie wstydu. I wstydliwie ukryłbym może niektóre zdania z tego tekstu, gdyby nie świadomość, że wokół – obok zdezorientowanych i nieuświadomionych – jest także krzykliwa zgraja politycznych graczy, usiłujących wagę czynu niepodległościowego, w tym i Kuklińskiego, umniejszyć. Dlatego na zakończenie chcę przypomnieć pewne słowa Pułkownika, tak jak nieraz cytowałem coś z literatury. Nie czytałem ostatnio niczego, czym byłbym tak poruszony, jak tymi prostymi słowami wypowiedzianymi przez Kuklińskiego po umorzeniu jego sprawy:

„Nawet jeśli był to wkład niewielki, to stałem po właściwej stronie. A nawet jeśli było to niewiele, jeśli rozważyć rzecz w szerszej perspektywie, to było to wszystko, co miałem, I w istocie było to całe moje życie.”

Zresztą sądzę, że te słowa będą jeszcze nieraz cytowane.

PS. Już po napisaniu tego artykułu przeczytałem Adama Michnika Pułapkę politycznej beatyfikacji, tekst poglądowo wpisujący się w fałszerstwa niektórych mediów na temat pułkownika Kuklińskiego. Ten zbiór przeinaczeń i sugestii, obliczonych na najniższy pułap intelektu politycznego, typowo populistyczny, nie może być nawet uznany za dziennikarstwo, lecz zwykłe szalbierstwo polityczne Adama Michnika mające na celu obronę PRL. Jeśli dodać w tym samym numerze artykuł Jarosława Kurskiego i Pawła Smoleńskiego również na temat Kuklińskiego – widać wyraźnie panikę redaktorów „Gazety Wyborczej”.

1998


1 Opublikowane w dzienniku „Życie”, Warszawa 1998, nr 109 (11 maja), s.11. Tekst Post scriptum Jacka Trznadla ukazał się w „Życiu” 1998, nr 110 (12 maja)