Powstanie o ukrytym celu
20.11.2005

POWSTANIE O UKRYTYM CELU
WARSZAWA 19441

Bardzo wiele napisano o Warszawskim Powstaniu. Tutaj chcę przede wszystkim zastanowić się nad celem, jaki chcieli osiągnąć ci, co podjęli decyzję o powstaniu, Delegat Rządu na kraj i dowódca Komendy Głównej AK, ale także kierujący rządem w Londynie. Ostateczne i „wyjściowe” rozkazy w Warszawie mówiły tylko o militarnej walce z Niemcami, prowadzącej do oswobodzenia stolicy kraju. A przecież powinno się to było dokonać postępem sowieckiego frontu w ciągu tygodni, jeśli nie dni. Natomiast polskie oswobodzenie Warszawy od Niemców było niezbędnym etapem wiodącym do osiągnięcia następnego, nadrzędnego celu Chodziło o to, aby stolica została uwolniona przez Polską Armię podziemną, a nie Armię Czerwoną. O tym podstawowym celu i powodzie Powstania nie mówiły rozkazy Komendy Głównej.

Nie szło o dumę z możliwego, własnego dokonania Armii Krajowej, czy zaspokojenie szczególnie silnej, społecznej chęci odwetu na niemieckim okupancie. Na domiar decyzja powstania była ryzykowna wobec rażących braków uzbrojenia, i minimalnych jego zasobów. Co więcej, walka o miasto nie była podobna do spektakularnych, udanych antyniemieckich zamachów (jak na Kutscherę, choć za cenę życia najlepszych). W planowanym powstaniu ofiar ze strony najwartościowszych młodych elit nie dało by się wymierzyć. Takie ryzyko i taką cenę można było zaplanować i zapłacić jedynie za możliwość realizacji wielkich strategicznych planów, o wadze historycznej. W wypadku Wilna, Lwowa czy Lublina, gdzie w walkach o miasta uczestniczyła AK – strategia i historia były istotne, ale nie aż tak ważne.

Wolna Warszawa miała stać się na nowo siedzibą władz jedynego legalnego polskiego rządu („londyńskiego” i jego przedstawicieli w kraju) w celu ratowania in extremis suwerenności narodowej. Warszawa niepodległa miała wystąpić suwerennie wobec wkraczającej i, jak było wiadomo, okupacyjnej, Armii Czerwonej. Cała dyskusja sztabu Komendy Głównej nad decyzją powstania (choć nie wszystkie dokumenty zachowały się) koncentrowała się wokół pytania, czy uda się zrobić powstanie nie za wcześnie (przed ogólnym odwrotem Wehrmachtu na tym odcinku frontu powstanie mogło się skończyć klęską) i nie za późno, to znaczy już po osadzeniu się w Warszawie PKWN-u i jego agend wojskowych, a także sowieckich agend wojskowych NKWD.

Powstanie Warszawskie nie osiągnęło swoich celów militarnych: Warszawa, wyzwolona chwilowo i nie cała, powróciła we władanie Wehrmachtu. Nie osiągnięto zatem także ukrytych celów politycznych powstania: na moście Poniatowskiego lub Kierbedzia (jak miano nadzieję) delegat (wicepremier) Jan S. Jankowski i ministrowie na kraj nie powitali sowieckich generałów w imieniu legalnego rządu polskiego, by rozpocząć nową walkę i grę o suwerenność Polski. Wiemy, dlaczego tak się stało, znamy 63 dni walki Powstania. Ryzyko powstania nie polegało jednak tylko na tym, że nie uda się osiągnąć podstawowego strategicznego celu, cena przegranej była podwójna: groziła klęską celu i klęską miasta, stolicy narodowej kultury. A miasto i jego elity niezbędne były w razie klęski dla dalszego trwania życia i świadomości tego narodu. Tragiczny i obezwładniający paradoks!

Klęska, podwójna, nastąpiła. Czy to znaczy, że rozkaz Powstania był tylko pomyłką, w sensie nie oszacowanego dobrze ryzyka, a samo Powstanie – niczym więcej, jak tylko rachunkiem nie dających się ogarnąć strat i świadomością faktu, że była to największa przegrana bitwa w polskich dziejach? Ale myślenie historyczne nie polega na akceptowaniu tylko decyzji bitew wygranych. Mówić, że nie należało wywoływać powstania, to trochę tak, jakbyśmy poddali w 1939 odzyskaną niepodległą Polskę bez wydania walki wkraczającym oddziałom hitlerowskim i sowieckim. Więc oddać tak sobie to, o co walczyliśmy podczas pierwszej wojny i w roku 1920? Ale wrzesień 39 roku przegraliśmy. Krytycy decyzji powstania najczęściej nie chcą pamiętać, że ono wybuchło nie z powodu Warszawy, lecz by nie oddać bez walki istniejącego niepodległego państwa polskiego. Jego władze i armia istniały, choć w podziemiu i na emigracji. Chodziło o to by próbować, w obliczu sojuszniczych przetargów i handlu polską suwerennością, choć na krótko, rzucić na szalę historycznej licytacji byt niepodległej stolicy, a w niej niepodległego rządu. Nie o Warszawę tu szło jedynie, lecz o niepodległą Polskę. Bo co bez niej? Polskie elity przywódcze, cywilne i wojskowe, ale także społeczeństwo, pamiętały o milionie deportowanych przez Rosję na Wschód i o Katyniu. Czy jednak dopełnienie politycznego celu powstania mogło stać się przesłanką suwerenności? Na to pytanie będę się starał odpowiedzieć nieco dalej.

W nocy z 3 na 4 stycznia 1944 roku Armia Czerwona w marszu na Zachód przekroczyła granicę Polski, ustaloną traktatem ryskim, na linii między Olewskiem po stronie sowieckiej i Rokitnem, po polskiej stronie2. Ta data stanowi właściwie analogię do daty 6 czerwca 1944 roku, kiedy żołnierze alianckiego desantu wylądowali na plażach Normandii, rozpoczynając oswobadzanie Francji od niemieckiego okupanta. W toku walk zostało bardzo zniszczone pobliskie miasto Caen. Jednak mimo wszystko w tym ponad dziesięciotysięcznym mieście alianckie formacje oszczędziły najważniejsze kościoły i zabytki historyczne. I nikt nie miał wątpliwości, że okupacja się kończy. Jeżeli alianci na froncie zachodnim mieli na celu ograniczenie suwerenności na zdobytych terenach, to tylko wobec dawnego Reichu, niemieckiej Trzeciej Rzeszy.

Jednak z przekroczeniem granicy polskiej przez Armię Czerwoną przestawało być możliwe, że Polska zostanie w toku wojny oswobodzona przez nacierające od Bałkanów armie alianckie. Ten pomysł Churchilla dawno już został porzucony. Co gorzej, od pewnego czasu – jak wymagał Stalin – bardzo ograniczono zrzuty militarne z Anglii na teren Polski, punkt ciężkości tych zrzutów przeniósł się na teren Jugosławii, wspomagając komunistyczną partyzantkę, której przywodził Tito. Skończyły się także nadzieje, że postępy Armii Czerwonej będą powolne, a Niemcy w ostateczności zostanę pokonane od Zachodu. W Londynie przedwojenny senator, Tadeusz Katelbach zanotował w swym dzienniku 1943, w obliczu rosyjskiego zwycięstwa pod Stalingradem:

5 stycznia
Rosjanom wciąż się powodzi. Martwi to nas.3

Ten zaimek w liczbie mnogiej jest bardzo znaczący. Katelbach uważał, że nie zapisuje tu tylko swojego odczucia.
Podobnie przecież reagował w Paryżu w swoim dzienniku Szkice piórkiem, Andrzej Bobkowski, z trwogą myśląc o zbliżającej się do Polski okupacji sowieckiej:

Mołotow wydał proklamację, iż [...] celem armii sowieckiej jest uwolnienie Polski [...]
Dzisiejszy „Le Matin” podaje, że Stalin obdarzył republiki sowieckie autonomią na wzór angielski i że ma to służyć również do rozwiązania problemu polskiego. Znaczyt sia Polska Autonomiczna Republika Sowiecka.4
To mi bardzo odpowiada, bo niczego innego w gruncie rzeczy nie spodziewam się już od dłuższego czasu. Ale to beze mnie, bo ja nie chcę być „autonomiczny”.


Przekonanie, że w takim razie on sam pozostanie odcięty od kraju, było dla Bobkowskiego katastrofą. Ale równie silny był żal nad Polską i ginącymi w Warszawie rówieśnikami. Bobkowski zapisał jedną z najbardziej przejmujących ocen tragedii powstania warszawskiego w polskiej literaturze:

Myślę o tych chłopcach i dziewczętach w Warszawie, o tych wspaniałych chłopcach, którzy chcą albo po prostu muszą umierać w słońcu. Dlaczego los skazuje nas zawsze na tyle bohaterstwa? [...]
Od strony Pont d’Austerlitz [...] Widzę pierwsze [amerykańskie] czołgi i ciężarówki. Żołnierze kiwają rękami, ludzie krzyczą. [...] Czuję, jak same łzy ciekną mi z oczu [...] sam do siebie krzyczę po polsku z dzikim entuzjazmem: „Oni żują gumę”. [...] A potem wielka bezbrzeżna radość ustępuje wielkiemu smutkowi. [...] Dziewczyna siedząca za kierownicą ambulansu patrzy na mnie i pyta po angielsku, dlaczego płaczę. – Jestem Polakiem i myślę o Warszawie. [...] Chwila kłopotliwego milczenia. Dziewczyna sięga do kieszeni, częstuje mnie „Chesterfieldem” i bąka coś zdawkowo. Wziąłem papierosa i uciekłem. [...] Ulicami jechały czołgi, a nad tym szczęśliwym miastem płynął jeden wielki krzyk radości.5

Czy widmo przyszłej, nowej okupacji, to, co było jasne dla Katelbacha, Bobkowskiego, nie było równie widoczne w Warszawie dla sztabu AK, który decydował o powstaniu, dla polskich władz w Londynie? Wiedzieli przecież, że Armia Czerwona za chwilę obejmie w posiadanie teren całej Polski. Czy można, i jak temu zapobiec? Powstanie, w stolicy kraju, nie miało na celu przyczynienia się do upadku III Rzeszy. Wynik wojny był już przecież rozstrzygnięty. Oznaki klęski Niemców, były widoczne na kilka dni przed powstaniem w Warszawie, przez którą cofały się rozbite formacje niemieckie. Postępy lądowania alianckiego na północy Francji i Armii Czerwonej na Wschodzie nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Wysiłek garstki źle uzbrojonych powstańców nie mógł mieć żadnego wpływu na los wojny.

To nie dla możliwości walki o Warszawę z Wehrmachtem i SS rząd w Londynie oddał decyzję powstania w ręce Delegatury i Komendy Głównej AK. W Londynie zezwolono im już – na „tak” lub „nie”.6To dlatego później powstrzymano, więc ukryto, dyrektywę Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego, właściwie zabraniającą powstania. On myślał jak wielki strateg, odpowiedzialny za losy walki i przyszłości kraju w najdłuższej perspektywie, i oceniając trafnie wielką politykę sprzymierzonej Trójki, oceniał, że ryzyko jest zbyt duże. Niewątpliwie miał rację. Dyrektywa ta była bezpośrednią reakcją na meldunki o losach „Burzy” na Wileńszczyźnie, aresztowaniach i eksterminacji Akowców, którzy się ujawnili w czasie szturmu na Wilno:

Według możliwości, raczej wycofujcie oddziały na zachód w skupieniu lub rozproszeniu, zależnie od warunków. [...] najbardziej zagrożonych elementów Armii Krajowej, a przede wszystkim młodzieży. [..] W obliczu szybkich postępów okupacji sowieckiej na terytorium kraju trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej eksterminacji.7

Wódz naczelny dodawał, że nawet zezwala na wycofanie się „in extremis [...] poza granice kraju”, co całkowicie usprawiedliwia późniejszą decyzję Brygady Świętokrzyskiej NSZ, tak atakowaną przez komunistów.
Nie wysłano także depeszy Sosnkowskiego z 28 lipca, w której Wódz Naczelny ostrzegał:

powstanie zbrojne byłoby aktem, pozbawionym politycznego sensu [...] skoro eksperyment ujawniania się [w Wilnie] i współpracy spełzł na niczym.

Podobnie właściwie postąpiono z następną depeszą Sosnkowskiego z 29 lipca (a więc na trzy dni przed powstaniem!):

w obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zamianie jednej okupacji na drugą.

Tę depeszę wysłano do kraju dopiero po wybuchu powstania, 6 sierpnia!8

Jean-François Steiner w swojej książce o Powstaniu Warszawskim przytacza słowa Świadka nr 6, rozszyfrowanego (w drugim wydaniu książki) jako Kazimierz Iranek-Osmecki, referującego jedno z zebrań Komendy Głównej AK w Warszawie. Było to 22 lipca 1944. Mówi Dowódca AK gen. Tadeusz Bór Komorowski:

Chodzi o decyzję o znaczeniu historycznym, od której zależy może przyszłość Polski. [...] Po dyskusjach z szefem sztabu i szefem operacji z jednej strony oraz delegatem rządu z drugiej, zdecydowano, że oswobodzimy Warszawę naszymi własnymi siłami i że przyjmiemy tu Rosjan jako gospodarze.9

Co wyglądało w późniejszej relacji płka Janusza Bokszczanina:

Największym błędem Okulickiego było to, iż wierzył, że potrafi być sprytniejszy od Stalina. [...] Zawładnąwszy stolicą i ustanawiając tam władzę polityczną, chcieli zmusić Stalina do uznania ich za jedynych panów kraju. Mieli do tego zupełne prawo10

Zaś płk Józef Pluta Czachowski mówił, opisując i cytując własne wypowiedzi podczas tamtych obrad:

[...] Moim zdaniem, nie możemy przypuścić ataku, zanim Armia Czerwona nie zajmie prawego brzegu Wisły i nie osiągnie mostów.
Jankowski odpowiedział, że to nie możliwe, gdyż po zdobyciu miasta musi mieć czas na wprowadzenie prowizorycznej administracji, a następnie udać się w delegacji z dowódcą AK na spotkanie Armii Czerwonej na moście Poniatowskiego.[...] Powiedziałem, pamiętam moje słowa: „Powinniśmy zaczekać, aż Armia Czerwona dojdzie do mostów, inaczej zostaniemy sami, nie spełnimy naszej misji, Warszawie będzie grozić zniszczenie, a nam prawdziwa rzeź”.11
[...] zaproponowałem, aby zmienić plan, jako zbyt ambitny i zadowolić się atakiem tylko na jedną dzielnicę, skąd moglibyśmy przywitać bolszewików. Taki plan miał między innymi i tę zaletę, że pozwalał na zgrupowanie naszych sił i na stawianie oporu z bronią w ręku, gdyby Rosjanie próbowali nas aresztować, tak jak to uczynili w Wilnie.12

Jeśli Bór mówił o decyzji powstania, jako „mającej znaczenie historyczne dla przyszłości Polski”nie myślał o wygranej bitwie z Niemcami. Druzgotały ich armie i liczniejsze, i przygotowane do tego technicznie. Wszyscy oni myśleli tylko i jedynie o symbolicznym wobec świata pokazie niepodległości na wybranym skrawku ziemi warszawskiej, ostatniej reducie II Rzeczpospolitej. Nawet gdyby to była ta jedna jedyna dzielnica Warszawy, gdzie można by się także skuteczniej przeciwstawić Rosjanom, pragnącym aresztować legalny rząd.13

Jednak ppłk Ludwik Muzyczka mówił sceptycznie:

Dlaczego chce pan, aby [Rosjanie] ryzykowali i poświęcali setki, jeśli nie tysiące żołnierzy dla przyjścia z pomocą ludziom, których uważają za wrogów politycznych i którzy poza tym rozpoczęli walkę, militarnie skierowaną przeciw Niemcom, jednak politycznie –przeciw nim.14

Vox populi próbował motywować tragiczną decyzję powstania słabością Niemców, nienawiścią do nich żołnierzy armii podziemnej i ludności Warszawy („powstanie musiało wybuchnąć!”), ale mało wywodów przypomina cel powstania jako (choćby nikłą) szansę ocalenia przez nie suwerenności Polski wobec Rosji Sowieckiej. Oswobodzenie Warszawy od okupacji niemieckiej było niewątpliwie – jak to już powiedziałem – tylko sposobem osiągnięcia celu, w pewnym sensie ukrytego wtedy i choć w zasadzie uświadamianego potem, najczęściej przemilczanego. Chodziło przecież – powtórzmy – o powstania enklawy niepodległej Rzeczypospolitej, opanowanej przez władze i wojsko Podziemnej Polski, rządu londyńskiego. Qui prior tempore, potior jure – mówi rzymska formuła. Co wyraźnie określił angielski historyk, Alan Bullock:

Pozostawały tylko dwie opcje: bierne przyglądanie się temu, jak Polska dostaje się pod władzę komunistów, a Armia Krajowa zostaje zgnieciona bez oddania jednego strzału, lub podjęcie próby powstania w nadziei oswobodzenia Warszawy i objęcia władzy w stolicy przed nadejściem Rosjan. Rząd opowiedział się za tą drugą.15

To właśnie ukrywali potem komuniści, ale czy nie zostało to – jakby przez samą walkę – przesłonięte także dla wielu powstańców i ich dowódców? Że walka z niemieckimi czołgami w powstaniu była w pewnym sensie pozorem. G d y ż na pewnym planie strategicznym biliśmy się z Armią Czerwoną, przebraną w mundury Wehrmachtu. Wydawało się celowe w tym tekście uwydatnienie tej właśnie cechy powstania, bo na ogół, niesłusznie, schodzi ona na dalszy plan.

Ten sens powstania warszawskiego nazywam ukrytym, gdyż nie mówi o nim żadna oficjalna deklaracja czy rozkaz wolnych polskich władz, a po wojnie przewrotnie zacierała go propaganda komunistyczna. Nie pozbawiała ona pewnego sensu walki żołnierzy powstańczych przeciw Niemcom, jednak przywódców powstania i rząd londyński, który na nie zezwolił – czyniła zdrajcami sprawy polskiej. Komunistyczna propaganda wskazywała ogólnie na cel powstania, który tu nazywam ukrytym, nadawano mu jednak całkowicie negatywny charakter, dozwalając zresztą dopiero z upływem czasu na ukazywanie pozytywów samej walki. Powstanie – siłą rzeczy także w ogromnym potoku wspomnień – jawiło się, a nawet jawi przede wszystkim w swoim aspekcie militarnym – walki z Niemcami. Komuniści ukrywali także starannie polityczny wymiar decyzji Stalina o zatrzymaniu ofensywy Armii Czerwonej, co było kontruderzeniem politycznym i militarnym wobec tych właściwych celów powstania.

Jednak po powstaniu nie było łatwo wyzwolić się od obrazów heroicznej walki i klęski, by móc ujrzeć właściwy i polityczny cel Powstania, przesłonięty ogromem narodowej tragedii. Działo się tak i dlatego, że poglądy niechętne zbrojnej konspiracji i powstaniu w ogóle wyznawali różni ludzie o dużym wpływie na opinię publiczną, przekonani zresztą o nieuniknionej i należącej do Rosji przyszłości. Należał do nich na przykład Czesław Miłosz (określony przez Sergiusza Piaseckiego jako „poputczik komunizmu”). Miłosz pisał o tym w Zniewolonym umyśle(1953), wyrażał to także publicystycznie w swojej poezji, choćby w Traktacie poetyckim, słowami „Ducha Dziejów”:

Ja im za karę odebrałem rozum [...]
Nikt nie powstanie przeciw mojej woli. [...]16

Miłosz raz tylko zdobył się na wielkie poetyckie wyrażenie tragizmu powstania, połączone z potępieniem komunistycznej propagandy, w wierszu Antygona, napisanym w 1949 roku. Ukazywał tam, jak bohaterowie powstania mienieni są zdrajcami, jak fałsz ten utwierdza literatura poświęcona „złodziejom sławy”. Nie chcąc wtedy pisać wprost, ubrał to w kostium stylizacji antycznej. Ten kostium pojawia się zresztą już w poetyckim zbiorze Ocalenie (wiersz W Warszawie). Na tym tle zdumiewa, w kilka lat po napisaniu, wyraźne określenie adresu Antygony – zadedykowanie go nie Powstaniu Warszawskiemu, lecz pamięci antysowieckiego powstania w Budapeszcie, roku 1956.

Spójrzmy jeszcze na sytuację ogólną, starając się nie nadawać fragmentom przeszłości tego charakteru, jaki zdobywają później. Historia nie jest przecież do końca przewidywalna. Gdyby po pierwszym, nieudanym zamachu na Hitlera, 21 lipca (ta próba puczu poprzedziła powstanie o kilka dni, wszyscy byli pod jej wrażeniem), odbył się drugi, tuż po wybuchu powstania – udany, kto wie, co byłoby dalej? Gdyby doszło do jednostronnej kapitulacji Niemiec? Gdyby, gdyby, gdyby... Więc nie jestem pewny, że naprawdę nie było dla historii – dzieła ludzi i przypadku – innych możliwości. Cokolwiek można by zarzucić tym, którzy zdecydowali o powstaniu, byli oni patriotami, i chcieli służyć etosowi polskiej Sprawy. Sądzę, że ci nasi sztabowcy świadomość perspektywy nadciągającej niewoli posiadali w wysokim stopniu. Mieli jednak nadzieję, zapewne daremną, że teraz właśnie pojawi się szczelina w historii, przez którą możemy się przemknąć.

Tyle że byli odcięci od wiedzy o tajnych ustaleniach wielkiej Trójki: Stalina, Roosevelta i Churchilla w Teheranie, w listopadzie-grudniu 1943. Już tam przecież zdecydowano o poddaniu środkowo wschodniej Europy wpływom imperium Stalina. Decydujący o powstaniu nie wiedzieli o zdradzie sojuszników zachodnich w Teheranie i to ułatwiało decyzję powstania, ale zdradę tę przeczuwali i to była okoliczność za i przeciw powstaniu.17Jednak niezależnie od finalnego celu Powstania – walki o suwerenność, niewykluczone było samo zdobycie miasta, bez tych największych w naszej historii strat.

Dziś także, ukazujemy należące do istoty zdarzeń okrucieństwa Niemców, popełnione w Powstaniu, ludobójstwo, zamierzone, prawie doszczętne zburzenie miasta, niedotrzymanie warunków kapitulacji, ale w o wiele mniejszej mierze, powiedziałbym nawet – śladowo – piszemy i mówimy o zdradzie, Rosjan i Armii Czerwonej, zezwalającej na niemieckie okrucieństwo. O tym, że znów – w imię wspólnego antypolskiego interesu – nastąpił sojusz między Wehrmachtem, SS i Armią Czerwoną.18Trwał przecież od początku sierpnia 1944 aż do ofensywy zimowej stycznia 1945 roku. Nawet dotarłszy do praskiego brzegu Wisły Rosjanie przypatrywali się biernie agonii powstania (dla strony sowieckiej desant Berlinga był pozorowany), a potem burzeniu ocalałej jeszcze po Powstaniu z Warszawy. Było to przecież niebywałe, nie wiem na ile zbadane procentowo, następne dzieło zniszczenia.

Zdradziecka rola armii rzekomo sojuszniczej w dziele zniszczenia Warszawy prawie nie dotarła do współczesnego odbioru, jak zdaje się świadczyć ankieta na temat Powstania Warszawskiego, przeprowadzona na przełomie listopada i grudnia 2003 roku:

Zastanawiające jest to, że tylko 1 proc. ankietowanych kojarzy Powstanie Warszawskie ze zdradą Armii Czerwonej. Mało osób też zauważyło, że w Powstaniu Warszawskim konflikt nie sprowadzał się tylko do walki Polaków z Niemcami, że tuż za Wisłą stała armia radziecka. Niewątpliwie mamy tu do czynienia z wpływem PRL-owskich manipulacji w nauczaniu historii w szkołach” – ocenił [Wojciech] Roszkowski] [...]

Znakomita większość ankietowanych dzisiaj nie ma wątpliwości co do słuszności decyzji o wybuchu powstania. Bardzo rzadko ten zryw narodowowyzwoleńczy kojarzony jest z ogromnymi stratami w ludziach, ze zburzeniem miasta. „To świadczy o tym, że Polacy mają bardzo romantyczny stosunek do tego wydarzenia” – komentował podczas konferencji prasowej historyk, prof. Wojciech Roszkowski.19

Ale już 50 lat wcześniej zapisała Maria Dąbrowska w swoim dzienniku roku 1949:

A ona [Dembińska, w „Czytelniku”] rzecze: Jakieś to szczęście mieć wodzem [Rokossowskiego] takiego bohatera, takiego zwycięzcę, taką sławę.” Ledwo się powstrzymałam od słów, co we mnie grzmiały: „Ta sława tym jest w Polsce sławna, że wespół z von dem Bachem (obaj Polacy z pochodzenia) zdecydowała o zniszczeniu Warszawy”. Ale milczałam jak tchórz, a ona bredziła coś...20

Jeśli w 1920 roku w marszu na Warszawę rozkaz Tuchaczewskiego mówił, że „droga do ogólnego wszechświatowego pożaru”, a więc do opanowania przynajmniej części tak zwanego Zachodu, wiedzie „po trupie Polski”, w roku 1944, kiedy dotarcie do Berlina było już dla Armii Czerwonej realne, hasło sowieckie brzmiało: „po t r u p i e   W a r s z a w y do europejskiej rewolucji”. Komuniści w Rosji wiedzieli już, że nie wystarczy podbój demokracji, że antykomunistyczną kulturę należy zniszczyć, materialnie i poprzez zagładę elit. Był to dalszy ciąg eksterminacji 1939-1941, wspólnie z III Rzeszą postanowionych.

Sprzysiężenie dwu okupantów sprawiło, że powstanie nie osiągnęło właściwych celów. Nie doszło do stworzenia wolnego od Niemców skrawka polskiej ziemi, na którym sprawujący władzę Polacy czekaliby jako gospodarze na wejście Armii Czerwonej. Rosjanie mogli zresztą i później zdławić polityczną i wojskową reprezentację suwerennego narodu na tym, już uwolnionym od Niemców skrawku ziemi, ale to niosłoby za sobą wyższe koszty wobec opinii międzynarodowej. Oczywiście, Rosjanie zrobiliby to, gdyby nie było innego wyjścia. Jednak aresztowania członków legalnego rządu w Pruszkowie, 27/28 marca 1945, dokonano prawie bez rozgłosu. Nikt nie protestował przeciw nieobecności Polski na założycielskiej konferencji ONZ w San Francisco (kwiecień-czerwiec 1945), gdzie tylko Mazurek Dąbrowskiego, wykonany na uroczystym posiedzeniu przez Artura Rubinsteina, był polskim, niezależnym akcentem.

Za mało też, jak dotychczas podkreślało się zdradę sojuszników zachodnich, którzy nie wywarli dostatecznej presji na Stalina, w sprawie pomocy dla Powstania, a nawet godzili się na początku z techniczną blokadą ich pomocy lotniczej dla powstańców.21 Będzie o tym jeszcze mowa.

Oczywiście powstanie antyniemieckie mieściło się w polskich działaniach przeciw Niemcom podejmowanych od 1939 roku, a teraz ogólnie sojuszniczych. Nie zostałoby jednak podjęte w Warszawie, jako rzecz zbyt wysokiego ryzyka, gdyby nie ów cel: obrona przed agresją sowiecką, kontynuacją agresji z roku 1920 i 1939. W planie mającej objąć cały kraj „Burzy” obok walki z Niemcami chodziło także o sens. podobny powstaniu warszawskiemu. Chodziło o to, by po usunięciu Niemców mogły objąć kraj legalne władze sukcesji II Rzeczypospolitej. Jednak nie miało to charakteru tak zaakcentowanej „ostatniej”szansy jak w Warszawie. Rosjanie po oswobodzeniu Wilna i Lwowa unicestwili tę polską władzę i jej żołnierzy.

Pamiętajmy, że mimo ogólnokrajowych akcji i zasięgu insurekcji „Burzy” (włączając w to i powstanie warszawskie), nie można porównywać tej walki z powstaniem listopadowym czy styczniowym – podjętymi po długotrwałej utracie bytu narodowego i starciu Polski z karty Europy. W roku 1944 była to niewątpliwie b i t w a w ramach toczącej się i nie zakończonej wojny, w której brało udział całe polskie społeczeństwo Drugiej Rzeczpospolitej, mającej swój legalny rząd na emigracji i w kraju.22I choć w zmienności kolei tej wojny Polska znajdowała się pod czasową okupacją niemiecką i sowiecką, jednak ciągłość instytucji II Rzeczpospolitej nigdy nie została zerwana.

Tamta Polska – Drugiej Rzeczpospolitej – istniała podczas wojny nie tylko jako organizm legalny, ale także w bezpośredniej świadomości i uczuciach Polaków, dla których wolność i suwerenność to było zaledwie w c z o r a j . Stąd rzuca się w oczy różnica między słowem „powstanie” w odniesieniu do bitew „Burzy” i warszawskiego powstania, a jego znaczeniem w stosunku do powstania listopadowego czy styczniowego. Powstanie warszawskie było ostatnią wielką b i t w ą na ziemiach polskich, stoczoną przez żołnierzy i społeczeństwo Drugiej Rzeczypospolitej, w ostatnim – jak się zdawać mogło –wysiłku uratowania bytu tej Rzeczypospolitej. Chodziło przecież o stolicę i władzę centralną. Dlatego właśnie nazwałem powstanie warszawskie Ostatnią redutą Drugiej Rzeczypospolitej.23

Co innego bowiem chcieć się wybić na niepodległość po kilkudziesięciu latach niewoli, a co innego toczyć wojnę i wydawać bitwę w obronie istniejącego organizmu narodowo-państwowego, w ramach wojny nie zakończonej. Dwudziestolecie nie było tylko „szkołą bohaterów”, jak chce w swojej książce Steiner, a Akowcy nie byli „grottgerowcami”, jak nazywał ich Miłosz24, tę niepodległość, istniejącą w Podziemiu i na emigracji, chciało się na nowo ustanowić, cokolwiek się przedtem o tamtej władzy państwowej myślało. A jednocześnie walki, w tym walka o Warszawę, miały w sobie charakter improwizacji, cechował je brak broni, umundurowania, tak właśnie, jak było w polskim powstaniu styczniowym, które – jedyne zresztą – nie objęło Warszawy. To byłby argument po stronie nazwy: powstanie.

Natomiast świeża jeszcze dla tych, co podjęli decyzję o powstaniu, wczorajsza niepodległość okazywała się nie tylko atutem, ale może i psychologicznym stygmatem. Niepodległość może być najcięższym doświadczeniem, jeśli trzeba brać pod uwagę – jej możliwą i trwałą utratę. Ludzie nie mogli pogodzić się z nową sytuacją, w której trzeba byłoby myśleć przede wszystkim o walce w niewoli i zachowaniu sił na permanentną wojnę ze stalinizmem i komunizmem. Pamiętajmy, że jeszcze przed powstaniem kreślono tajny scenariusz, tworząc organizację „Nie”.

Ale przed powstaniem przyjęcie tego właśnie tylko: walki w nowej niewoli, psychologicznie było najtrudniejsze. Śmierć wydawała się często lepsza, niż utrata niepodległości na trwałe, zwłaszcza tym, którzy – jak większość sztabowców – uczestniczyli w kampanii 1920 roku. Myśl o niewoli dotyczyła także młodego pokolenia akowskiego. Pisał na krótko przed śmiercią w powstaniu młody „Ziutek”– Józef Szczepański, żołnierz batalionu „Parasol”:

Czekamy ciebie, Czerwona Zarazo,
Byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
Byś kraj nasz przedtem rozdarłszy na ćwierci,
Zbawieniem była witanym z odrazą.
              (Czerwona zaraza)25

Więc tak nagle trzeba było rozważać przestawienie się na inny typ walki, na długotrwałe podziemie? Nagle, bo jeszcze rok, dwa lata wcześniej można było liczyć, że to zachodnie armie, razem z naszą, dotrą do Polski. Teraz cała organizacja wojskowa i wieloletnie wysiłki musiałyby zmienić swój charakter. A ponieważ istniał jeszcze – przez niedoinformowanie i tajność poczynań wielkich mocarstw –pewien kredyt zaufania wobec aliantów zachodnich, nie rezygnowano z politycznej szansy powstania. Opracowania mówią, że sztabowcy rozważali wszelkie warianty niepowodzenia powstania. Uwzględniali i prowokację polityczno-militarną ze strony Rosji Sowieckiej, i zatrzymanie się Armii Czerwonej, nawet w korzystnej dla niej sytuacji militarnej. Jednak za mało liczono się z bezwzględnym podporządkowaniem przez Stalina strategii Armii Czerwonej celom politycznym. Dziś wiemy, że Stalin nie zawahałby się przed wydaniem na pastwę Niemcom własnych dywizji, gdyby tylko przeszkadzały w unicestwianiu powstania. Niszczenie powstania przez samą Armią Czerwoną wydawało się już mniej prawdopodobne. Ale i taki wariant był możliwy.

Sądzę, że Powstanie Warszawskie było błędem. Są decyzje, które można podejmować tylko w stosunku do siebie samego – usłyszałem w roku 1994 z ust ostatniego wojennego ministra rządu RP w Warszawie, Adama Bienia –nie wolno ich podejmować ryzykując całą zbiorowością narodu.26Ale znaczy to tylko, że decyzja była ryzykiem, które i wtedy, i dziś można różnie oceniać, nie była jednak decyzją niedopuszczalną.

Ale na pewno musimy jak najpełniej zrozumieć sztab AK podejmujący decyzje. Trzeba pamiętać, że Polska była jedynym z dużych krajów europejskich, mającym tak tragiczną sytuację polityczną. Francja, Anglia były bezpośrednio zagrożone tylko przez Niemcy. Polska znalazła się między dwoma państwami totalitarnymi. Właściwie układanie się ze Związkiem Sowieckim było podobne do układania się z hitlerowcami, gdyby to oni zaczęli zwyciężać... Rosja Sowiecka była państwem zaborczym, a jednocześnie w stanie wojny z Polską (mimo że nie ogłoszono w 1939 roku wojny z Rosją). W tej sytuacji Sikorski i Mikołajczyk poszli na ogromne ustępstwa, rozmawiając ze Stalinem.

Dziś widzimy – ale to dziś! – że w tym 1944 roku najbardziej realistycznym może wariantem było trzymanie się koncepcji nowego przyszłego podziemia. Wymagało to gorzkiej świadomości, że utraciliśmy połowę terytorium i podstawowe dla kultury polskiej miasta: Lwów i Wilno. Ponieważ kultura polska była terytorialnie silnie zdecentralizowana, co pogłębiło się jeszcze w czasie zaborów –to było gorzej niż utrata dla Francji, powiedzmy: Strasburga, Metzu i Verdun. Bo francuska kultura to jest Paryż. A Polska traciła dwa z pięciu podstawowych ośrodków swojej kultury, którymi były: Warszawa, Kraków, Poznań, Lwów, Wilno. Niewątpliwie zabór Wilna i Lwowa był zbrodnią. Podobnie jak decyzja Wielkiej Trójki odebrania Niemcom miast Breslau i Stettin.

Wiele relacji mówi jednak o tym, że świadomość zdrady w Teheranie nie dotarła jeszcze do Komendy Głównej, a Mikołajczyk dowiedział się o tym dopiero w październiku, w Moskwie, od Mołotowa i Churchilla – już po powstaniu.27Ale nawet jeśli to przeczuwano, rzecz szła nie tylko o linię Curzona, ale o rzecz podstawową – o przyszłą niepodległość. Bo sytuacja nakazywała myśleć nie o przegrywających Niemcach, lecz o zaborczej Czerwonej Armii wkraczającej na tereny Polski, tym razem rozszerzającej swoją rewolucję aż po Berlin. Chodziło o polską decyzję, będącą w razie powodzenia atutem wobec Rosji Sowieckiej i opinii Sprzymierzonych. Bo jeśli nie powstanie, to – już tylko podziemie.28

Decyzja utworzenia podziemia skierowanego przeciw Sowietom nie była identyczna z modelem podziemia walczącego z Niemcami. Wszyscy: cywilni i wojskowi politycy musieli zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli naród był zwarty wobec Niemiec hitlerowskich, wobec Rosji był bardziej podzielony. Podziemie było o wiele silniej infiltrowane i dekonspirowane przez komunistów, już w latach wojny. I czy po latach terroru dwu okupantów, po zakończonej wojnie, stać będzie ludzi na dalszą walkę? Musiało się więc wydawać, w tym końcu lipca 44, że jeśli walczyć, z małą choćby szansą, to lepiej – teraz.

Do 1941 roku można było liczyć, że Rosja ograniczy się do swojej aneksji z 1939 roku. A i to nie było pewne. Bo gdyby nawet Hitler nie napadł na Rosję Sowiecką i gdyby ta pozostała długo jego cichym i wiernym sojusznikiem, to przestałaby nim być w momencie, gdyby losy wojny przesądziły już upadek III Rzeszy. Stalin wypowiedziałby wtedy wojnę Niemcom, w ostatniej chwili, tak jak wypowiedział ją Japonii, by – jak hiena – zebrać łupy z pobojowiska. Czy za to obdzieranie niemieckiego trupa nie zażądałby przynajmniej Polski, w której miałby swoją armię (o krajach bałtyckich nie ma co mówić)? I czy by tego nie otrzymał? Choć po ataku Niemiec na ZSSR, do czasu Stalingradu, możliwa była koncepcja, że zostanie zniszczona najpierw Rosja, a następnie Niemcy. Ale pierwsza wojna światowa nie chciała się już powtórzyć.

W lipcu 1944 w Polsce, dla trzeźwo myślących sztabowców koncepcja inna niż powstanie w Warszawie – czyli ogromne miasto w rękach prawowitej armii i rządu – oznaczała niewolę. Nie niemiecką, choć powstanie byłoby przeciw nim, lecz rosyjską. Sztabowcy wiedzieli jednocześnie, że losy kraju nie rozstrzygną się ani pod Monte Cassino, ani pod Bolonią, czy też pod Falaise, tak jak kiedyś nie chciały się rozstrzygnąć pod Somosierrą czy Saragossą. Zadecyduje walka w kraju. Oczywiście z punktu widzenia wojskowego można było potyczkę o władzę rozłożyć na cały kraj, nie koncentrując się na Warszawie, ale przykład Wileńszczyzny, Wołynia i Lwowa wystarczał już dla ukazania, że nie jest to realna szansa. Pozostawała tylko Warszawa.

Ileż było w tym naiwności! Dziś możemy tylko gorzko się uśmiechać. Ta Warszawa opanowana na 24 czy choćby 12 godzin przed wejściem Rosjan, by dać władzy cywilnej czas na objęcie funkcji (sławetna chęć powitania Rosjan na Moście Poniatowskiego, który raz już odegrał dwuznaczną rolę, w 1926, teraz jednak po prostu wyleciał w powietrze).

Iluzje... Bo gdyby nawet ujawnić się równocześnie z walkami ulicznymi, gdy ciężkie czołgi sowieckie wypierałyby niemieckich grenadierów z panzerfaustami? A gdyby nawet dopiero w 12 godzin później Warszawa zakwitła biało-czerwonymi opaskami żołnierzy AK i flagami suwerennej administracji cywilnej? Nie widzę różnicy w skutkach politycznych w stosunku do tych „dwunastu godzin wcześniej”–poza dumą miasta, że w tym wypadku sami oswobodziliśmy Warszawę. A jeśli PKWN przyjechałby dopiero dwa dni później, po ujawnieniu się Premiera, Delegata Rządu, to co? I tak po kilku dniach wybuchłaby ostra walka, ale z Armią Czerwoną czy żandarmerią NKWD. Zresztą Stalin mógłby nie uznać, ba, nie uznawał, rządu w Warszawie, tak jak rok wcześniej przestał istnieć dla niego rząd polski w Londynie. Ale była naiwna wiara, że sojusznicy zachodni uprą się przy niepodległości Polski. A o wybuchu powstania 1 sierpnia, zadecydował także argument może najsłabszy: wzmocnienie pozycji premiera Mikołajczyka w Moskwie (przybył tam na pertraktacje w ostatnim dniu lipca), jak przyznał to wicepremier Jankowski na posiedzeniu Rady Jedności Narodowej, w czasie powstania, 26 sierpnia.

Ale taki jest właśnie los mniejszych państw – dopokąd można, nie mogą uznać przegranej i muszą walczyć, jeśli nie chcą zostać pochłonięte. Nie wszystko może być zwalone na ofiarnictwo, bo należy wtedy zaliczyć także do poświęcania się – obronę Warszawy w 1939 roku i kampanię wrześniową. Mogliśmy przecież zdecydować los Polski jako los nowego Blitzanschluss’u, jak w Austrii, jak w Czechosłowacji. Jednak ci co zdecydowali bronić Polski w kampanii wrześniowej, nie tylko działali odruchem, patrzyli daleko.

Polityka ustępstw w roku 1944 była już wspomnieniem historycznym. Ugoda z komunizmem sowieckim w warunkach nowej okupacji nie byłaby taktyką, mogła być tylko głupotą i zdradą. O Rosji Sowieckiej wiedziano praktycznie już wszystko. Los Polaków na wschodzie, deportacje, aneksja terytorialna. Porozumienie z Rosją, którego próbował wcześniej Sikorski, skończyło się ujawnieniem zbrodni katyńskiej. Sztabowcy mogli zasadnie przewidywać, że Polska może stać się republiką sowiecką, z której zostaną deportowane miliony, a inteligencja zostanie zniszczona w łagrach. Decyzja powstania nie dotyczyła dawnej mrzonki niepodległości, jak w noc branki styczniowej roku 1863, tylko obrony tego, co zaledwie wczoraj było rzeczywistością.

Rzecz w tym, że i w wypadku sukcesu powstania, liczenie na niepodległość też było naiwnością. Powtórzmy, co by się wtedy stało? Wehrmacht nie broni Warszawy, były to rzeczywiście tylko niedobitki uciekającej armii. I równocześnie z kilkoma czołgami sowieckimi przekraczającymi most Poniatowskiego spełnia się marzenie, delegat na kraj Jankowski spotyka na moście, jako gospodarz, wysokich przedstawicieli dowództwa rosyjskiego. A potem?

Takie spotkanie odbyło się, tylko nieco później, w marcu 1945 w Pruszkowie i szesnastka została porwana do Moskwy, a alianci nawet nie zaprotestowali. Także podczas procesu rządu polskiego w Moskwie, gdy Mikołajczyk w tym samym czasie uznawał Stalina za partnera bezpośredniej rozmowy. Najwyższy rangą przedstawiciele władzy cywilnej, premier Jan S. Jankowski i dowódca AK, gen. Leopold Okulicki, w niewiadomych warunkach stracili potem życie w sowieckim więzieniu.

No, a gdyby w ogóle nie było rozkazu i potrzeby powstania? „Bór” Komorowski nie przejął się meldunkiem „Montera”o czołgach sowieckich na przedpolu Pragi, pamiętał opinie pułkowników Bokszczanina i Pluty-Czachowskiego. Armia Krajowa zacisnęła zęby, nie reagując na sporadyczne akcje terroru niemieckiego i czekając na rozkazy. Po oskrzydleniu Warszawy, kiedy zagony pancerne Armii Czerwonej posuwałyby się już w kierunku na Poznań, ostatnie niemieckie formacje osłonowe opuściłyby miasto przy huku wysadzanych mostów. Wtedy oddziały Frontu Białoruskiego wkroczyłyby do Warszawy.

Jednocześnie rząd na kraj i dowództwo AK osadzone w którymś z gmachów warszawskich (powiedzmy, że to BGK, a nie fabryka Kamlera) wysłaliby na ulice patrole AK i żandarmerię, prosili o kontakt ze sztabem rosyjskim. Uruchomiono by nowe radiostacje cywilne. Ogłoszono by objęcie Warszawy przez władze legalne. Więc następnego dnia, po wkroczeniu głównych sił Frontu Białoruskiego przybyłaby żandarmeria NKWD, nastąpiłaby próba unicestwienia polskiej władzy. Bronilibyśmy się, oczywiście. Oddziały żandarmerii NKWD, pragnące siłą wtargnąć do gmachu BGK zostałyby ostrzelane. W wypadku próby aresztowania legalnych władz polskich przez NKWD, powstanie mogłoby – a nawet musiałoby – wybuchnąć.
Inne powstanie? Przeciw Armii Czerwonej, wygrywającej wojnę, armii de nominesojuszniczej? Wszystko wskazuje, że stałoby się tak, jak w 12 lat później w Budapeszcie. Z tą różnicą, że powstanie takie, antysowieckie, zostałoby wtedy przez Stalina ogłoszone wobec świata jako prohitlerowskie, a walczący Polacy uznani za sojusznika Niemiec.29

Zakończenie tego scenariusza nastąpiłoby po kilku tygodniach, a może miesiącach walk, wyglądających gorzej niż w Budapeszcie 12 lat później. Odbywałoby się rozstrzeliwanie na miejscu i deportowanie do ZSSR elity żołnierzy powstania i jego armii. Akowcy, którzy by w takiej sytuacji nie zginęli lub nie pojechali na Kołymę, zostaliby wcieleni do ludowego wojska, a tam do karnych oddziałów. Wiemy o roli skazanych na zagładę karnych batalionów rosyjskich. Nie pomógłby bunt żołnierzy oddziałów Andersa we Włoszech, opinia światowa poza wyjątkami potraktowałaby walki nie jako naruszenie suwerenności Polski ze strony ZSSR, lecz jako stanięcie Polaków i AK po stronie hitleryzmu. Proces moskiewski polskich przywódców odbyłby się wcześniej, na ławie oskarżonych siedziałby także „Bór”. Więc nie było może dla Warszawy scenariusza, który nie musiał skończyć się klęską, a nawet częściowym zburzeniem miasta.

Zmierzamy do końcowych wniosków. Teraz jeszcze odpowiedź na pytanie, które zdaje się jakby fałszywe: kto zdławił powstanie? Znów prawda częściowo ukryta. A jednak: powstanie zostało zdławione na podstawie nie zawartego tym razem formalnie, ale faktycznego porozumienia między Wehrmachtem i Armią Czerwoną. Właściwe dokumenty i rozważania militarne o froncie wschodnim w aspekcie bitwy o Warszawę prowadzą do następujących wniosków: 1) że Armia Czerwona celowo nie wykorzystała dogodnej sytuacji militarnej i decyzję wstrzymania ofensywy podjęto już w pierwszych dniach po wybuchu powstania (rozkaz Stalina); 2) że możliwa, z punktu widzenia strategii, zwycięska walka o Warszawę, która mogła być postanowiona po wybuchu powstania – nawet w sytuacji mniej sprzyjającej – została całkowicie zaniechana (odrzucony plan Rokossowskiego z końca pierwszej dekady sierpnia), by umożliwić Niemcom zdławienie i zniszczenia walczącej Warszawy, a przede wszystkim jej potencjału ludzkiego. Odbywały się jedynie walki p o z o r o w a n e . Armia Czerwona nie pomagała Warszawie nawet z bliskich pozycji artylerii i lotnictwa, a później po upadku Warszawy pozwoliła na systematyczne wyburzanie miasta.30

Dowodów jest wiele. Jednym z dobitnych jest uniemożliwienie amerykańskim i angielskim sojusznikom Armii Czerwonej niesienia pomocy Warszawie przez wahadłowe przeloty samolotów zrzutowych nad Warszawę, z lądowaniem po rosyjskiej linii frontu. Taki przelot odbył się dopiero 18 września, gdy powstanie już dogorywało.31Zaś Rosjanie nie mieli do przebycia tysięcy kilometrów, lecz kilkadziesiąt, a potem już tylko szerokość rzeki. Nie wolno więc przypisywać strategicznej klęski Warszawy wciąż jeszcze silnej armii niemieckiej. Warszawa została zniszczona przez porozumienie niemieckiego i rosyjskiego okupanta, przez ich obie armie. Zamiast mówić o bierności Armii Czerwonej, należy wskazywać na agresywną decyzję strategiczno-polityczną i militarną.

A gdyby tak w sztabie AK zaczekano jeszcze dwa dni, tydzień? Ale zwlekanie groziło przeobrażeniem się scenariusza antyniemieckiego w opisany scenariusz antyrosyjski, ze spodziewaną nieprzychylną reakcją Zachodu. Komenda Główna zdawała sobie sprawę, że powstanie przeciw Armii Czerwonej spotka się z potępieniem opinii światowej. Co innego, gdyby Warszawa proklamowała legalność rządu londyńskiego w mieście zdobytym i wolnym, choć przez kilkanaście godzin, od innych armii: Wehrmachtu i Armii Czerwonej. O to chodziło w decyzji powstania. Nie było więc dobrego wyboru w powstaniu, które uważano za nasz ostatni atut w sprawie suwerenności.

Powstanie warszawskie nie osiągnęło swoich celów militarnych a w konsekwencji i politycznych. Czy to znaczy, że samo powstanie – nie pozostaje niczym więcej, jak tylko rachunkiem nie dających się ogarnąć strat i świadomością faktu, że była to największa przegrana bitwa w polskich dziejach?

Bijąc się z Niemcami w powstaniu warszawskim naród stoczył właściwie tę ogromną bitwę przeciw Rosji, która nie odbyła się po 17 września 1939 na kresach polskich. Symbolem oporu przeciw dwu okupantom były wtedy ostatnie walki gen. Kleeberga. Tak bronił się także Brześć w 1939 roku, ostrzeliwany przez artylerię niemiecką i sowiecką. Ta polityczna, ukryta strona powstania, która początkowo była tematem nienawistnej propagandy komunistycznej, została potem zamazana na długie lata i powstanie funkcjonowało w świadomości masowej przede wszystkim jako wystąpienie antyhitlerowskie. Kto wie, czy ciążąca na podświadomości wojskowych gorycz niepodjęcia w roku 1939 walki z Armią Czerwoną (efektem był Katyń) nie wpłynęła także na decyzję, że chociaż teraz, przeciw nadchodzącej znów okupacji ze wschodu, walkę trzeba stoczyć. Stało się więc tak w historii, że nie podjęto walki przeciw Rosji, którą trzeba było podjąć po 17 września 1939, i podjęto tę, której w ten sposób nie należało podejmować.

Jednak z dzisiejszej perspektywy widać (podobna perspektywa rysowała się już, jak wiemy, niektórym dowódcom oddziałów AK na Kresach RP), że walka z Armią Czerwoną była dla Polski ważniejsza, jako walka wtedy z głównym już wrogiem. Gdyby AK w tym innym powstaniu warszawskim biła się z nowym okupantem, straty ludzkie byłyby może porównywalne, zniszczenia jednak mniejsze (nie byłoby systematycznego wyburzania miasta, potrzebnego komunistom). Wkraczający wraz z Armią Czerwoną porządek sowiecki (uznany potem w Jałcie) miałby trudniejszą sytuację, także – choć w dużo bardziej odległej perspektywie – wobec części opinii światowej. Naród silniej poczułby, że nie jest to wyzwolenie, lecz nowa okupacja. Skutki trudno przewidzieć, ale sytuacja byłaby chyba lepsza niż – jak się stało – gorzkie powtórzenie września 39. W obliczu tego, co miało nastąpić, lekcja bohaterstwa i walki o suwerenność byłaby dla przyszłych pokoleń może jeszcze silniejsza.

To, że walka z Niemcami nie jest już potrzebna, między innymi rozumiał Józef Mackiewicz i dlatego, wraz z innymi osobami, w sierpniu 1944 próbował powstrzymać powstanie antyniemieckie, kontaktując się w Krakowie z arcybiskupem Sapiehą i wysokimi dostojnikami hitlerowskimi.32

Zresztą, jeśli chodzi o koalicjantów zachodnich, wstrzymanie ofensywy przez Stalina było im na rękę, dawało szansę Amerykanom dotarcie do Berlina przed Armią Czerwoną. Natomiast scenariusz polskich walk z Rosjanami utrudniałby aliantom cele i obietnice polityczne.

Jest do wyobrażenia także jeszcze inny scenariusz. Realizowany w wypadku głębokiego zrozumienie przez polskich polityków i wojskowych rysującej się zdrady sojuszników, scenariusz czarno widzących pragmatyków i pesymistów. Nie wiem, czy postawa taka mogła zwyciężyć – złudzenia mają historyczne uwarunkowania. Filozofia ZEN mówi o mądrości gałęzi, która uginając się pod śniegiem zapobiega złamaniu gałęzi. Nie ma więc żadnego Powstania. Ocala się mimo wywózek i deportacji więcej elit, zwłaszcza spośród młodzieży. Nowy porządek napotyka na dobrze zorganizowany bierny opór. Nie ulega zniszczeniu rdzeń kultury narodowej – stolica. Żywe elity decydują o późniejszym oporze cywilnym i dywersyjnym wobec sowietyzacji.

Mówiąc o znaczeniu Powstania, nie można bowiem nie zauważyć, że straty poniesione w Warszawie były wyższe, niż to się na ogół przyznaje. Liczy się nie ilość zabitych, nie kubatura domów, które runęły, lecz trudna do oceny jakościowa waga poniesionych strat. O bycie narodu decydują jego warstwy żywotne: elity. Była to prawie ostatnia rezerwa elit po eksterminacjach obu okupantów i Katyniu. Ta rezerwa została w dużej mierze zniszczona. Gdyby się ocaliła, to nawet zakładając deportacje po przejściu frontu, żywe siły patriotyczne mogłyby silniej oddziałać na sytuację po wojnie, niż ci nieliczni siedzący na gruzach, potem także więzieni i deportowani. Bez zniszczonych elit naród pozostawał wydany na sowietyzację, co w tak dużej mierze się udało, co jeszcze musimy odrabiać. Przepadły pomniki architektury, dzieła sztuki, nigdy nie publikowane archiwa, nie publikowane skarby archiwów literatury. Przykład: z bezcennego zbioru listów Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej znamy ledwo jedną trzecią, reszta – ledwo przywieziona przed wojną z Rapperswilu – spaliła się w Warszawie. Przepadły takie skarby narodowe, których nigdy nie można narażać, jako podstawowej substancji bytu narodowego.33

A można sobie wyobrazić klęskę jeszcze większą. Gdyby później Wehrmacht bronił Krakowa, albo gdyby Armia Czerwona otrzymała polityczny rozkaz, powiedzmy, umożliwienia Wehrmachtowi obrony Krakowa, bronionego tak, jak później bronił się otoczony Breslau-Wrocław (pamiętam dokładnie, jak Kraków został po upadku Powstania Warszawskiego ufortyfikowany na absolutną twierdzę przez Wehrmacht i przygotowany do walk ulicznych), to naród polski potrzebowałby stu lat, by się podnieść z takiej zagłady kultury, jeśli wziąć pod uwagę utratę także Wilna i Lwowa i przypomnieć, że kultura polska koncentrowała się przede wszystkim w pięciu wymienionych wyżej miastach. Bezpośrednie skutki polityczne powstania, które nie spełniło swych celów politycznych, okazały się więc ujemne. Przegrana Powstania rozbroiła moralnie Polaków, co pamiętam z autopsji. Przyniosła straty nigdy nie dające się naprawić.

Jednak Powstanie Styczniowe, oceniane ujemnie po upadku powstania – w długiej perspektywie nie tylko przyspieszyło utworzenie się świadomości narodowej polskiego chłopa (uwłaszczenie i jego skutki), ale i zrodziło żywotny mit narodowy – decydując może o sile odrodzeńczej Polaków w dobie pierwszej wojny światowej i oporze w roku 1920 przeciw Armii Czerwonej. Podobnie, Powstanie Warszawskie pozostawiło w spadku, żeby powiedzieć za Słowackim, ową „siłę fatalną”sprawiającą, że wciąż jesteśmy narodem polskim. Powstanie pozostaje mitem wierności walce o wolność narodu. Polska jawiła się znów w oczach świata i samych Polaków jako grupa narodowa, która zapewne nigdy nie zapomni o suwerenności.

Kupiliśmy to jednak od historii za lichwiarską cenę. Nawet gdyby w 1939 roku obrońcy Westerplatte, Helu, Brześcia, Modlina, czy z drugiej strony Grodna – polegli, jądro narodowe zostałoby w niewielkim stopniu naruszone. Powstanie warszawskie to było narażenie metropolis, polskich Aten, który poszły w perzynę, a nie Termopil, których klęska nie naruszyła jądra kultury greckiej. W polskich Atenach zginął polski Sokrates i Platon. Nie wiem, czy kultura rzymska, która podniosła się z klęski, którą przyniosły Cannae, podniosłaby się, gdyby to Rzym, wraz z Forum, został obrócony w perzynę przez Hannibala. Ale Polska jednak istnieje.

Dokonujemy nowego, wciąż gorzkiego bilansu. Niezależnie od oceny strat i trafności wyboru walki w Warszawie, powstanie zawsze będzie jawić się w swoistej dwuznaczności, tak jakby nie miało jednego oblicza lecz dwie maski: powstanie skierowane przeciw Rosji Sowieckiej – przegrało w walce z Niemcami Hitlera. To, że historia wymusiła ukrycie właściwego, realnego przeciwnika – utrudnia przejrzystość historycznego przekazu. Ale na planie moralnym, jako mit wierności narodowi, pozostaje powstanie tragicznym zwycięstwem na zawsze.

1986-2004

Opublikowane w: Jacek Trznadel: Spór o całość. Warszawa 2004. Antyk.
Także: Póki my żyjemy… Tradycje insurekcyjne w myśli polskiej. Pod red. Jacka Kłoczkowskiego. Warszawa 2004. Muzeum Powstania Warszawskiego.


1 Powstaniu Warszawskiemu i jego mitowi poświęciłem rozdział w mej książce Polski Hamlet. Paryż 1988 (Libella); przedruk: Warszawa 1990 (Nowa); wyd. nowe, poprawione: Warszawa 1995, Antyk. Chodzi o rozdział: Hamlet w historii. Włączyłem do tego rozdziału jako nowy fragment szkic ogłoszony w „Arcanach” 1995, nr 1. Była to wypowiedź w ramach panelu poświęconego znaczeniu Powstania Warszawskiego, który odbył się 2 października 1994 w kościele Św. Krzyża w Warszawie (uczestnicy: Jan Olszewski, Tomasz Strzembosz, Zdzisław Szpakowski, Jacek Trznadel).
Obecny tekst przywołuje niektóre myśli i fragmenty tamtych prac, został jednak zmieniony wobec nowego ujęcia tematu i dokonałem pewnych korekt w moim ujęciu sprawy Powstania. Fragmenty tego ekstu wygłosiłem w czasie seminarium o Powstaniu Warszawskim, zorganizowanym przez Radę Muzeum Powstania Warszawskiego, w grudniu 2003 roku, w Warszawie.
2 Źródła podają też nieco dalszą miejscowość w Polsce, na przedłużeniu tej linii: Sarny (12. I. 1944).
3 Tadeusz Katelbach: Rok złych wróżb. 1943. Paryż, 1959, Instytut Literacki.
4 Andrzej Bobkowski: Szkice piórkiem. Londyn, 1985, Kontra. s. 411, 363.
5 Tamże, s. 426, 439-440.
6 W depeszy premiera Mikołajczyka do Delegata Rządu 26 lipca.
7 W. Pobóg-Malinowski: Najnowsza historia polityczna Polski, Londyn 1981, t. III, s. 633-634. Jednak cytowane fragmenty depeszy Sosnkowskiego do Bora zostały usunięte z depeszy do kraju z 25 lipca przez jego Szefa Sztabu gen. S. Kopańskiego, pod nieobecność Naczelnego Wodza w Londynie (przebywał we Włoszech na inspekcji).
8 W. Pobóg-Malinowski, tamże, s. 635-637.
To wszystko podsumował gen. Sosnkowski w liście do prezydenta Raczkiewicza z 8 sierpnia 1944: że pozbawiony został „możności zwrócenia dowódcy AK w sposób dobitny uwagi na niebezpieczeństwo, związane ze szlachetnym, lecz niedostatecznie umotywowanym zrywem powstańczym”. tamże, s. 638.
Choć jeszcze 6 lipca 1944 w przesłanej do Warszawy instrukcji pisał Sosnkowski, że jeśli zajdzie „szczęśliwy zbieg okoliczności” do opanowania większego „centrum”: „należy to uczynić i wystąpić w roli gospodarzy”. T. Żenczykowski: Samotny bój Warszawy, Paryż 1985, s. 42. Było to jednak przed doświadczeniami z Wilnem i Lwowem.
9 Jean-François Steiner: Warszawa 1944. przekład Maria Kłyszewska; wstęp Andrzej Friszke. Warszawa 1991. Krąg, s. 123. [wyd. II] Omówienie pierwszego wydania książki Steinera, pt. Ostatnia reduta Drugiej Rzeczypospolitej. opublikowałem w „Almanachu Humanistycznym” 1984, nr 1-2, s. 99-106.
10 tamże, s. 136
11 tamże, s. 146
12 tamże, s. 147. W wywiadzie z J. K. Zawodnym (1965) Bokszczanin mówił: „Moim zdaniem ten wymóg 24 godzin [Delegata Jankowskiego] zaważył. [...] Samo zadanie wykluczało wybór najdogodniejszego momentu do wybuchu powstania [...] nie czekano już na pobicie Niemców, ale uchwycono Warszawę od środka!”, J. K. Zawodny: Uczestnicy i świadkowie Powstania Warszawskiego. Wywiady. Warszawa 1994.PWN, s. 126.
13 Na początku lipca Mikołajczyk wysłał do władz w kraju depeszę: „Czyście rozpatrywali kwestię powstania na wypadek rozsypki Niemców, ewentualnie częściowego powstania, gdzie by władzę przed przyjściem Sowietów objęli delegat rządu i komendant Armii Krajowej?” W. Pobóg-Malinowski: Najnowsza historia polityczna Polski, Londyn 1981, t. III, s. 579. Do tych wojskowych zaleceń premiera rządu skłaniał się także Wódz Naczelny, gen. Sosnkowski, ale na początku lipca.
14 J. F. Steiner, tamże, s. 180
15 A. Bullock: Hitler i Stalin. Żywoty równoległe. t. 2. Warszawa 1994, s. 321.
16Czesław Miłosz: Traktat poetycki (1956), w: Utwory poetyckie. Ann Arbor 1976
17W wywiadzie J. K. Zawodnego z gen Andersem (1965) pada pytanie: „Kiedy dowiedział się pan o Teheranie? – Dopiero po wypowiedzi Churchilla.” Chodzi zapewne o wspomnianą wymianę zdań: Mołotow-Churchill-Mikołajczyk, w Moskwie, w październiku 1944. Tamże, 15. Powojenne wypowiedzi polskich osobistości politycznych emigracji często sobie zaprzeczają, np. August Zaleski, szef kancelarii Cywilnej Prezydenta Raczkiewicza mówi: „Prezydent wiedział na długo przed powstaniem, że sprzedano nas w Teheranie.”. J. K. Zawodny, tamże, s. 82. W wywiadzie Zawodnego z Tadeuszem Borem-Komorowskim, generał mówi, że „dowiedział się o Teheranie już po powstaniu, w obozie jeńców”, tamże, s. 133.Podobnie mówi w wywiadzie z Zawodnym K. Iranek-Osmecki: „– Czy Komenda AK wiedziała o decyzjach w Teheranie? –Przed powstaniem konkretnych wiadomości o Teheranie nie było.”. Tamże, s, 129. Niektóre wypowiedzi w wywiadach Zawodnego zakładają pewną wiedzę o Teheranie już przed powstaniem, np. T. Pełczyńskiego.
18 Pisze Bullock: „stłumienie powstania warszawskiego i zatrzymanie Rosjan na trzy miesiące było jednym z ostatnich sukcesów Niemców. Z nieco dalszej perspektywy, z perspektywy paktu Ribbentrop-Mołotow, który podzielił Polskę między Niemcy a Związek Sowiecki, oznaczało ono ostatni akt ich wspólnej polityki zniszczenia wiodących kadr narodu polskiego. Z o wiele dalszej perspektywy, powojennego ładu europejskiego, oznaczało ono zdecydowane zwycięstwo Stalina.” A. Bullock, tamże, s. 323.
19 9.1. 04. Warszawa (PAP) Chodzi o badanie przeprowadzone na przełomie listopada-grudnia [2003] roku.
20 Maria Dąbrowska: Dzienniki powojenne, t. I, Warszawa 1996,s. 486
21 Już po napisaniu tego tekstu ukazało się polskie wydanie ksiązki Normana Daviesa: Powstanie ’44. Kraków 2004. Po raz pierwszy tak obszernie i w sposób tak udokumentowany pisze się tutaj o zdradzie sojuszników. Powracam do tego aspektu ksiązki Daviesa w przypisie na końcu tego eseju.
22 Tak zresztą, a nie jako powstanie, określał walki w Warszawie L. Okulicki w liście do prezydenta Raczkiewicza z 9 grudnia 1944: „nazywamy je [powstanie] bitwą warszawską, dla podkreślenia, że była ona fragmentem tylko walki z Niemcami,” W. Pobóg-Malinowski, tamże, s. 609.
23 Por. moje omówienie książki Steinera, pod tym właśnie tytułem, a następnie tytuł rozdziału w mojej książce Polski Hamlet.
24 W tuż powojennej publicystyce w krakowskim „Dzienniku Polskim” krytykował „grottgerowców”, że „nie umieją układać dziejowego równania”. Ludzie łagodni, „Dziennik Polski”, Kraków 1945, nr 24 (27 lutego). Por mój szkic Miłosz – lewy profil, w: Spojrzeć na Eurydykę.Arcana, Kraków 2003, s. 288.
25 „Ziutek” – Józef Szczepański: Czerwona zaraza, w: Bohdan Urbankowski: Czerwona msza czyli uśmiech Stalina. T. 2., s. 590.
26 Krytyków powstania jest legion. W. Pobóg-Malinowski także pisze w cytowanym tu dziele o „samobójczej decyzji powstańczej”, s. 628. Słyszałem od osoby walczącej w powstaniu w grupie Parasola gorzkie słowa, że Bór powinien być oddany pod sąd wojskowy.
27 Według Władysława Poboga-Malinowskiego rzecz wyglądała bardziej pokrętnie niż w relacji samego Mikołajczyka, por.W. Pobóg-Malinowski, tamże, s. 799.
28 Wspominał Bór-Komorowski w swoim powojennym (1954) artykule: „Był to ostatni moment przeciwstawienia się Sowietom, i chociaż walka o oswobodzenie stolicy skierowana była przeciw Niemcom, zmuszała ona równocześnie Rosję do ujawnienia wobec świata istotnych względem Polski zamiarów”. W. Pobóg-Malinowski, tamże, s.625.
29 Pisząc to, nie pamiętałem o fakcie historycznym, którego przypomnieniezamieszczam w tym przypisie: „Konieczność działania z pozycji siły – pisze Janusz Wrona („Relacje” 1989, nr 39) – uwidoczniła się szczególnie po wybuchu powstania warszawskiego, będącego walką o demokrację Rzeczpospolitej. Na postawione na posiedzeniu PKWN w dniu 16 sierpnia [1944] pytanie, co będzie, gdzy powstanie zwycięży? – padła brutalna odpowiedź: wówczas powoła się czterodywizyjny korpus ekspedycyjny, który pod wodzą gen. Kieniewicza i płk. Radkiewicza spacyfikuje powstańczą Warszawę. W. W. Bednarski: Zbrodnicze duo Hitler-Stalin. „Nasza Polska” 2004, nr 34 z 24 VIII 2004.
30 W 60 rocznicę Powstania, 4 sierpnia, zostało wydane: „oświadczenie rosyjskiego MSZ, które jest oburzone zarzutami, że wojska rosyjskie zatrzymały ofensywę przeciwko Niemcom w momencie wybuchu Powstania Warszawskiego. [...] W swym oświadczeniu MSZ Rosji pisze, że uważa za «bluźnierczą i nie na miejscu wobec pamięci poległych publiczną polemikę na ten temat». Moskwa powiela też wyświechtane argumenty, że w walkach o wyzwolenie Polski od faszyzmu poległo ponad 600 tysięcy sowieckich żołnierzy.” Rosja podtrzymuje sowiecką historię. „Nasz Dziennik” 2004, czwartek 5 sierpnia.
31 Por. Tadeusz Żenczykowski: Samotny bój Warszawy. Paryż 1985, rozdziały: Operacja „Frantic” oraz „Latające fortece” nad Warszawą. Por także uwagi A. Bullocka na temat zatargu między Rooseveltem i Churchillem a Stalinem, związanego z zakazem lądowania samolotów anglosaskich lecących z pomocą Warszawie, po drugiej stronie frontu sowieckiego; tamże s. 321-322.
32 Por. mój esej Tragiczna otchłań w książce Spojrzeć na Eurydykę, Kraków 2003, Arcana.
33 Nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem tu jednak rozmowy z Mironem Białoszewskim, z końca lat siedemdziesiątych, już po wydaniu przez niego znakomitego Pamiętnika z Powstania Warszawskiego. Na mój argument, że bez powstania ocaliłoby się wiele młodzieży należącej do elity kultury – Białoszewski odpowiedział: „Zostaliby wywiezieni na Wschód i zniszczeni”.

SPIS TREŚCI

Stan wojenny (czas generała)
Między Jałtą a Magdalenką
     List otwarty do Działacza Solidarności [do L. Wałęsy]
     Wypluwanie atrapy
     Oświadczenie 1988
O naprawę kultury w Rzeczypospolitej
Fałszowanie historii
Prawica-Lewica – pojęcia zafałszowane
Deportacje sowieckie
     Upominam się o milion wywiezionych do Rosji
     Okrutny bagaż dzieciństwa [o książce A. Ciska]
Polska Podziemna [polemiki z K. A. Kunertem]
     Podziemna, ale czy prawdziwa?
     Zamrożona historia
Katyń
     Krótka relacja
     Masakra katyńska – oczami Francuza [H. de Montforta]
     Czy ujawniać agentów NKWD wśród ocalonych z Katynia?
     Polscy pisarze fałszują Katyń [przesłuchania 1945]
     Chronologia katyńska
Czarna księga ukraińskiego ludobójstwa (zagłada Polaków na Wołyniu)
Powstanie Warszawskie –Insurekcja o ukrytym celu
     Tzvetan Todorov o Powstaniu czyli białe niedźwiedzie w powstaniu warszawskim
     Powojenne Powstanie Narodu Polskiego
Jedwabne – Żydzi
     Zbrodnia i jej motywy
     Czy antysemityzm skomunizował Polskę?
     Straszne i zwykłe
     Drobiazg
     Koniuchy
Jerzy Giedroyc i „Kultura”
     List do Jerzego Giedroycia,
     Wielkość i zakręt
     Rozważania i dyskusja nad „Kulturą”
     Tratwa „Kultury”
Pułkownik Ryszard Kukliński
     Jak za caratu
     Zdrada, ale czyja?
     Płk Ryszard Kukliński
     Virtuti militari za obronę Polski
     Dawałem całe moje życie
     Kicz subkultury
     Księga o pułkowniku Kuklińskim
     Aneks I: Przemówienie płka Kuklińskiego
     Aneks II: Groza w armii PRL
Postawy i polemiki
     Polacy nominalni
Jacek Kuroń
     Dżinsy a Legia Honorowa
     O fałszywym solidaryzmie
Adam Michnik
     Myślenie posttotalitarne
     „Prawda” jako prowokacja
     Sny o wielkości
Złoty róg komunizmu [Czarna księga komunizmu i Krystyna Kersten]
Panteony narodowe
     Na Wawel, na Wawel! [sprowadzenie prochów gen. Sikorskiego]
     Skałka dla Czesława Miłosza
Patriae et veritate

Indeks osób