
I widziałem, iż otworzył Baranek... wtórą pieczęć... I wyszedł wtóry
koń rydzy; a który na nim siedział, dano mu jest, aby odjął pokój z ziemie, a
iżby jedni drugie zabijali, i dano mu miecz wielki.
(Apokalipsa, VI)1
Mieszkałem wtedy w XX dzielnicy, na najkrótszej chyba ulicy Paryża: Cité Adrienne. Cité oznacza w Paryżu często raczej zespół domów niż ulicę. Coś chyba podobnego trochę do nazwy: villa. Przyszedłem do domu poruszony przemijaniem, wstrząśnięty samym jakby dotknięciem bytu; widziałem jak drga i oddala się jego istota. Nie umiem tego inaczej nazwać, choć obiecałem sobie uciekać od poezji. Ale gdy czytałem Heideggera, uderzyło mnie jego określenie: istnieć w samym prześwicie bytu . W ten sposób właśnie nic nie przemija całkiem marnie. Ale może znaczy to też, że przemijanie jest wtedy tak widoczne, że wszystko nim objęte strasznie boli.
Zapis z dziennika: 21 III 1979, mercredi, Paryż. Zapisałem w nocy:
„Wszystko to przejdzie. Wszystkie wieczory, wszystkie muzyki w uszach. Wieczory, kiedy obłoki były jeszcze jasne, na niebie bardzo już ciemnym, i gdy świeciły już, pomiędzy tymi obłokami, gwiazdy. Czy gwiazdy mogą mieć odcień zielony? A jednak, pamiętam, kiedyś miały. A w przyszłości będzie to w wielkiej ogromnej dali, dalszej niż stąd do gwiazd. Dal nieodgadniona. Dal litosna, ale i bezlitosna.
Tak, jeszcze przed chwilą, gdy spacerowałem po Paryżu, na placyku atleta naciągał na piersiach łańcuchy, jeszcze przed chwilą małpa skakała po katarynce, przed chwilą dwu wesołych bliźniaków żonglowało zapalonymi pochodniami, a dziecko, mały chłopczyk, koło którego przelatywały pochodnie, trwało ze sztucznym papierosem w ustach, a pochodnie go nie wytrącały. Jeszcze przed chwilą wesoły błazen obchodził przygodnych widzów na placu, zbierając monety do czapki.
Jeszcze przed chwilą – po powrocie do domu – doskonałość skrzypiec poruszała serce. Potem zapadłem w ciężki sen, z którego obudzony siedzę teraz i to piszę.
Tak, kiedyś będzie to w tej wielkiej, ogromnej dali, w takiej dali, w jakiej parskają, pamiętasz, konie, które odpoczywały w olszynach, w czas okupacji, a ty nie dojechałeś do kościoła, bo w tamtej kościelnej wsi pokazali się Niemcy. Jeszcze przed chwilą pachniała ogromna lipa zwieszająca się nad murem cmentarza we wsi. Pszczoły ciężkie wypitym kwiatem lipowym wracały do uli, a ja wysysałem miód ze świeżo podebranych plastrów. Jeszcze przed chwilą kochałem się w małej, ciemnej dziewczynce, jedenastoletni w dziesięcioletniej, i czułem przyspieszone bicie serca, choć nie wiedziałem o tym.
Wszystko było jeszcze „przed”. Chłopiec na oklep na koniu, gnanie na tym koniu do wodopoju, koniu wystraszonym przez krzyki wiejskich chłopców. Nie spadłem. Wszystko przed chwilą, przed chwilą stałem przed plutonem ustawionym do egzekucji, której nie wykonano 6 września 1939 roku. I niebo rozgwieżdżone, już październikowe, kiedy wozem chłopskim wracaliśmy nocą do domu po owej wrześniowej wojnie. Nocą było prawdopodobnie bezpieczniej. My, chłopcy, zagrzebani w słomę, w siano. Spoglądałem na gwiazdy, na zamróz już, tamtej nocy. Spałem. Budziłem się. Spałem w turkot, w zamróz, w gwiazdy, w słomę, w koni parskanie, w tamto „wio”, „prrr”... Był i strach przed nocą, wojenną, czuję to, jakkolwiek nie pamiętam szczegółów. Ale z trójki braci, wesołych chłopców, dwu tylko jechało na tym wozie. Andrzeja zostawiliśmy w Sędziszowie, na cmentarzu.”
Zaprowadził mię i zawiódł do ciemności, a nie do światłości.
Wpadł w dół żywot mój i przyłożyli mię kamieniem.
(Treny Jeremiasza, III)
Wspomnienie, nawet wierne, to tak jak wierność lustra, ale nie całego, lecz jego szczątków, porozbijanych kawałeczków, bo tak właśnie dzieje się z pamięcią. I nie jest to pierwsze odbicie. Przypomnienie odbite od tylu przypomnień... Ale przede wszystkim – jak w zwierciadle – obraz to odwrócony, widziany z drugiej strony czasu. Zawsze dokonanego. Pamiętam tamten strach, ale już wiem, że się ocaliłem. Pisząc, mam dwie twarze i czworo oczu: jedne patrzą w przeszłość, drugie w przyszłość.
Można także porównać przypomnienie z czarodziejską kulą: gdy się wpatrywać, nagle pojawiają się ukryte w niej obrazy. I z czarodziejskim pierścieniem: gdy go potrzeć, wracają rzeczy ukryte. Ale trzeba znać zaklęcie, gest lub słowo. To na pewno zaklęcie miłosne. Miłość do życia, że jednak było? Tylko to, co kochaliśmy, nawet drzewo czy kamień z polnej drogi, można pamiętać. Ale przede wszystkim to miłość do ludzi, do najbliższych. Mówiąc o tym przypominać należy także sprawę wierności pamięci. Wierność to przekonanie, że nic nie jest błahe. Wspominając możemy czasem inaczej zobaczyć przeszłość. Spada zasłona towarzysząca zdarzeniom, ukazuje się ukryty sens życiowy. Niezrozumiałość, poczucie poplątania nigdy do końca nie może być zdjęte, ale czasem przychodzi olśnienie. I wpływa to na nasze życie teraz i później.
Wiele rzeczy jest wciąż żywych, często tak żywych, jak nie zawsze są rzeczy właśnie teraz dziejące się, czy zgoła nie odległe. Napisałem, że chcę przywołać przeszłość. Ale tutaj chcę przywołać tylko dzieciństwo, bo tylko poprzez nie przywołuję pamięć brata mego, Andrzeja, który zginął we wrześniu 39 roku. Chcę zachować Andrzeja, który właśnie opuszczał dzieciństwo, gdy zginął. Ale nie mogę sobie ze wspomnienia odtworzyć jego twarzy, jedynie z fotografii. Słyszę nawet jego głos i niektóre słowa, a nie widzę go. Czy to właśnie jest zasłona czasu?
Te notatki dotyczą pamięci ostatnich chwil mojego brata. We wczesnej młodości, o czym dalej, próbowałem z tego zrobić jakąś „klasyczną” prozę. Wracałem do tych zapisów wielokrotnie i ten rytm zapisów, uzupełnień, ale i powtórzeń, także prawie identycznych powtórzeń, gdy przeglądam te notatki, najlepiej może oddaje tamto dzianie się, ale i rytm powrotów myślowych do przeszłości. Powroty ściśniętego gardła i półprzytomnych wizji na jawie. Tego, co także później, w związku z tą śmiercią musiałem przeżyć. Na ogół myśli się o przejrzystym dzieciństwie. A bywa ono nieraz bardziej ciemne i złożone niż życie dorosłe. Wspomnienie jak biblijny hizop rozprasza ciemność.
Asperges me hyssopo, et mundabor, lavabis me et super nivem dealbabor...
(Psalm, L)Skrop mnie hizopem, Panie dobroczynny,
I obmyj duszę, abym był niewinny.
Abym Aniołom równy w niewinności,
Nad same śniegi bielszy był w czystości.
Gdzie sypiałem podczas wakacji 1939 roku, w tym domu w Skomielnej, który stoi do dzisiaj (istniał w każdym razie po wojnie), nie pamiętam. Ale od strony ogrodu, z werandy – na której nakręcałem patefon z ówczesnymi piosenkami i tangami (zmienianie metalowych igieł!) – wchodziło się do sieni. I pamiętam taki dzień, kiedy ktoś przyjechał i ja nocowałem z Jędrkiem w jego pokoju na końcu sieni, na prawo (patrząc od strony tej werandy), naprzeciw kuchni, z oknem na wewnętrzne podwórze. I o tym właśnie wieczorze, kiedy długo rozmawialiśmy z bratem w nocy, kilkadziesiąt lat później napisałem ten wiersz:
mój brat zostawił po sobie
dwa zeszyty do polskiego
rozwiązane zadanie z arytmetyki
trochę czystych kartek
i na tydzień przed śmiercią
nocną chłopców rozmowę
mówił mi
nie bądź pyszny
wyobrażałem sobie wtedy
wszystkie kombinacje
a nie znałem tej jednej
kuli z jego skronią
na wiejskim cmentarzu
słyszę ten głos
nie bądź pyszny
za murem żółte zboże wrona
pomiędzy ciszą a ciszą
dźwiękiem a dźwiękiem
uderzeniem skrzydeł
przypomniałem sobie zadanie
składające się z samych niewiadomych
gdzie nocuje wrona
ile ziarna zje polna mysz
kto mnie przeczyta za lat dwieście
mój grób będzie stąd na zachód czy wschód
ile lat więcej będę miał od ciebie
starszy bracie
gdzie nocuje mysz
a gdzie ty powiedz gdzie
Ująłem tutaj tę rozmowę – jeśli można tak powiedzieć – pod kątem mojej dziecinnej pychy, z której rozliczam się wobec starszego i niedługo potem tak tragicznie zmarłego brata: „Nie bądź pyszny...” Choć można na to spojrzeć także trochę inaczej.
Leżeliśmy w łóżkach, wieczorem, była już ciemna noc, nie wiem już, od czego zaczęła się rozmowa. Szło o zrozumienie świata, o uczeniu się? Pamiętam, powiedziałem, że dla mnie wszystko jest łatwe i możliwe do pomyślenia, wszystko da się opanować i zrozumieć. I pamiętam jakby z tamtej rozmowy – a raczej z odczuć podczas tamtej rozmowy – taką swoją wizję: ogarniam myślą kosmos czy przestrzenie międzyplanetarne („niebo gwiaździste”); swoboda i wolność przenikania myślą tych przestrzeni w różnych kierunkach, wykonywania w niej karkołomnych skoków myślowych i kombinacji. Wszystko mogę pomyśleć i wszystko mogę zrozumieć. Czułem się giętki i plastyczny. I to, że wszystko mam nadzieję zrozumieć, chyba powiedziałem w tej rozmowie.
Chwalcie go w możnościach jego; chwalcie go według mnóstwa wielkości jego...
Chwalcie go na cymbała ch głośnych, chwalcie go na cymbałach krzykliwych. Wszelki duch niechaj Pana chwali. Alleluja.
(Psalm, CL)
I wtedy właśnie Jędrek powiedział:
„Jesteś pyszny. Nie bądź pyszny!”
Co zapamiętałem na całe życie. Ze strony Jędrka to nie było tylko doświadczenie kogoś, kto znał już emocjonalne trudności z nauką i światem. Wtedy, w nocy, to była także lekcja moralna udzielona mi przez brata, który sporo już w życiu przemyślał. O tym także mówi ten wiersz. Nieraz zastanawiałem się, kim mógłby być mój brat. Sądzę, że miał nie tylko inteligencję, ale także charakter i wrażliwość. To jednak straszne, że jedynym jego pomnikiem dla przyszłości i znaczącym wspomnieniem pewnego ważnego z perspektywy lat czynu – pozostaje ten jeden mój wiersz i to moje wspomnienie. Tak znikamy jakby bez śladu. Trzeba być jednak ostrożnym z podobnymi wnioskami; co możemy wiedzieć o śladach, kształtujących w ukryciu różne fakty i wynikania? O śladach, z których nie zdajemy sobie sprawy?
Można na tamto wydarzenie spojrzeć, jeśli chodzi o mnie, jeszcze inaczej: widzieć niekoniecznie tylko pychę, ale i błogosławiony stan, w którym czułem, że patrzę w świat i kosmos jak w kryształową, magiczną, przejrzystą kulę. Mam świat na swoją własność – wszystko odgadnę, wszystko pojmę, bo odległości są niewielkie i wszystko rozumiem. Po prostu – wszystko jest możliwe, przynajmniej możliwe we mnie, w moim myśleniu, które granic – nie ma. Czy to właśnie nie jest jedną z magii dzieciństwa? Odejście od tego jest utratą raju, o którym tyle razy pisano. To wszystko pozwalało mi – być jak ptak w słońcu i podczas burzy, ale taki ptak, który złej pogody się nie boi. Pierwsza, najgorsza do spłacenia rata za tę wrażliwość miała nastąpić już w kilka tygodni później, w warunkach tragicznych.
Biada, kt ó rzyście mądrymi w oczach waszych, a sami przed sobą roztropnymi.
(Izajasz, XXI)Biada tobie, ziemio, której król jest dziecięciem!
(Eklezjastes, X)
Są w tych notatkach lub będą, prócz rzeczy znaczących, jakieś inne, błahe, co łatwo może być uznane za głupstwo zupełne: opis drobiazgów. Ale dziś gdy spotykam się także z lekceważeniem jakby przez niektórych (może tylko werbalnie) wagi ich własnego życia, zastanawiam się, czy nie rzutuje to także na ocenę wartości każdej sprawy (a może wypływa właśnie z niedowartościowania życia w ogóle?). Ale w naszym domu szczegóły towarzyszące ważnym wydarzeniom uznawało się za ważne, wszystko było znaczące, jeśli rodzice mówili, że ważne, cenne. Bo samo życie było bezcenne, nic nie było lekceważone.
W życiu niczego nie da się oddzielić, jest całością. Więc cała ta drobiazgowość jest tu jakąś formą miłości i żalu za utraconym i utraconymi. Nie umiałem dobrze kochać, ale strasznie ich wszystkich kochałem, bo byli moim światem, w którym żałuję wszystkich, co zginęli i giną. O tak zwanej „naturalnej” śmierci też myślę: „zginął”, „zginęła”. Nie ma naturalnej śmierci. Na myśl, że nigdy nie wynagrodzę jakiegoś ich bólu czy wobec nich uchybienia, robię się nieprzytomny. Jestem porażony. Zdaje mi się, że nie potrafię dalej żyć, a jednak na razie żyję.
Ustanie zaraz wszelkie ciało i człowiek w popiół się nawróci.
(Hiob, XV)
Wakacyjne wspomnienie brata przypomina mi fotografię z tamtego czasu, która dotarła do mnie po pięćdziesięciu latach od chwili jej zrobienia. Widać na niej grupkę uczniów i uczennic z nauczycielką po zakończeniu roku szkolnego 1938/39, dokładnie: 21 czerwca 1939. Stoję tam, dziewięcioletni, z długą czupryną, uśmiechnięty, bo właśnie nauka się skończyła i czekają mnie, absolwenta klasy drugiej, piękne wakacje z rodziną w górach. Zdjęcie wykupimy od fotografa po 1 września, nieprawdaż? Ale to słoneczne zdjęcie jest zdjęciem przed katastrofą, przed apokalipsą, która zaraz miała nadejść. I pomyśleć: gdybym to ja zginął 4 września od kuli z broni pokładowej Luftwaffe, a nie mój piętnastoletn i brat Andrzej, to może tylko to jedno zdjęcie mogłoby zaświadczyć, że kiedyś istniał taki uśmiechnięty chłopczyk, o którym niewiele więcej wiadomo. Może tylko kilka szczegółów ze zdjęcia: teczka u stóp (u stóp chłopca, którym byłem), jedna opadająca skarpetka, pasek nałożony bez „szlufek” na spodenki – jednym słowem trochę zaniedbana całość „chłopięca”, nabierająca dziś znaczenia tragicznego, jeśli wziąć pod uwagę czas, epokę, moment, w którym zdjęcie zostało zrobione – powtórzmy – tuż przed katastrofą.
Ale takie zdjęcie jakby odbudowywało wiarę w eter, który przechowuje każde nasze zdanie, uśmiech lub płacz. Więc - czy i na ile możemy tu wskrzesić umarłych? W ogóle nie można, odpowiada surowo kawałek papieru pokryty zaświetlonym srebrem. Więc może da się przechować pamięć o nich wierną? Też nie. Chyba tylko ścieżkę wiodącą do pamięci i przeszłego życia, krętą i zawsze ginącą w zmierzchającej oddali. W tajemnicy. Ale pomimo tego ścieżkę jakże cenną, choćby tylko ukazywała nam odcinek niewielki, do najbliższego zakrętu podziemi, gdzie pozostała na zawsze nasza Eurydyka.
Rozkopali drogi moje, zasadzki na mię czynili i przemogli, a nie był, kto by dał pomoc.
(Hiob, XXX)Bo od dzieciństwa mego rosło ze mną użalenie, i z żywota matki mojej wyszło ze mną.
(Hiob, XXXI)
Mówiąc o dzieciństwie, nie mogę zapomnieć, że już w bardzo zaawansowanej ciąży ze mną matka słyszała dzwony pogrzebowe bijące dla matki swego męża i stała nad jej otwartym grobem.
Jakże szybko to dzieciństwo szkolne i wakacyjne miało się załamać – już czwartego września 1939 roku, czyli w parę tygodni od tamtej ważnej rozmowy z Jędrkiem: „nie bądź pyszny”.
Noli me condemnare... Numquid oculi carnei tibi sunt, aut sicut videt homo et tu videbis? Numquid dies hominis dies tui, et anni tui sicut humana sunt tempora, ut quaeras i niqiquitatem meam et peccatum meum scruteris?
(Hiob, X)Nie potępiaj mię... Aza ty masz oczy cielesne? Albo jako widzi człowiek i ty widzieć będziesz? Izali jako dni człowiecze dni twoje? a lata twoje są jako czasy ludzkie? Żebyś się miał pytać o nieprawości mojej i dowiadować się o grzechu moim?
(Hiob, X)
1 września, piątek. O świcie budzi nas uporczywy dzwonek telefonu w hallu. Ojciec mówi: wojna. Pakowanie się. Pakowanie także jakichś zapasów żywności, zakupy, przypominam sobie skondensowane mleko – mówiło się o nim i pokazywało puszki? to wiedza także późniejsza, z pociągu? – i na pewno czekolada. Pamiętam moje zdumienie: nie wiedziałem, że może być takie mleko. Przed 1 września lub tego dnia naklejanie pasków na szyby. Klej chyba robiliśmy z mąki. Sporo było tych pasków. Nagłe echo jakiegoś lotniczego bombardowania. Chyba koło dworca? Wyglądamy przez okno w domu na samoloty? Początek zdaje się niewinny. Ale Matka bardzo się boi.
2 września, sobota. Wyjazd pociągiem ewakuacyjnym. Wyjazd koło południa. Ojciec był na dworcu. Niedaleko ujechaliśmy, a już alarm i ucieczka (pierwsza) z pociągu do lasu koło torów (nie musiało to być zbyt daleko od Zawiercia, jechaliśmy zapewne przez Strzemieszyce, Olkusz, a do Strzemieszyc lasów sporo). Widzę ten epizod. Uciekłem na prawo (stary wagon dwustronnych drzwi), z zatrzymanego pociągu, jeśli nawet nie sam, to na pewno później byłem sam w tym miejscu lasu. Widać było jakąś walkę lotniczą. Coś potem mówiono o zestrzeleniu Niemca przez Polaka. Powrót do pociągu. Uczucie zagrożenia, że pociąg mógł odjechać. Pierwsza noc. Po obudzeniu zorientowałem się, że nie jesteśmy już sami w przedziale.
3 września, niedziela. Dojechaliśmy do Tunelu, w godzinach porannych. W Tunelu – pamiętam – kolejarze naprawiali tory po bombardowaniu. Wtedy, czy trochę później, myślałem, że bezpiecznie byłoby wjechać do tunelu. Może dorośli to mówili. Tak, pamiętam, że to była niedziela. Może z powodu tych zbombardowanych torów, z Tunelu pojechaliśmy wąskotorówką, chyba na małych lorach, z rzeczami, do Miechowa. Czy to był Miechów-Charsznica? Tam orkiestra grała – Jeszcze Polska nie zginęła... Że odnieśliśmy jakieś zwycięstwo! Zwycięstwo!!! Tłum. Pamiętam swoje uniesienie, emocję i uniesienie tych ludzi. Więc – chyba bez wysiadania z wąskotorówki – powrót do Tunelu. Znów ktoś przenosił rzeczy. Noc, chłodna, w pociągu. Już było w przedziale luźniej, bo gdzieś po drodze, a może w Miechowie, ludzie pozostali.
4 września, poniedziałek. Rano ruszyliśmy z Tunelu. Minęliśmy Kozłów, dojeżdżaliśmy już do Sędziszowa. Chyba co najmniej 23 km od Tunelu, sprawdzane na mapie.
Panie, wysłuchaj modlitwę moją, a wołanie moje niech do ciebie przyjdzie.
Nie odwracaj oblicza twego ode mnie...
Nie bierz mię w połowicy dni moich...
(Psalm, CI)
Było już koło godziny dwunastej. Wtedy wyglądając oknem z jadącego pociągu zauważyliśmy dość daleko galopujący oddziałek polskiej kawalerii, kłusujący po prawej stronie torów (patrząc w kierunku jazdy) przez pola. Pamiętam jednego jeźdźca wysforowanego przed oddział – dowódca? a na niedalekim wzgórzu na lewo dymiący, dopalający się czołg (czy pojedynczy czołg niemiecki, który się tak zapuścił, czy może czołg, pojazd opancerzony polski dosięgnięty z powietrza?). I nagle pojawiły się samoloty, które leciały wzdłuż horyzontu równolegle do torów, od kierunku Sędziszowa. Już myśleliśmy, że polecą gdzieś dalej, gdy zrobiły półobrót w naszą stronę. Leciały już prostopadle na tory, zaczęły zbliżać się do pociągu. Pociąg zahamował i stanął. Nie mieliśmy wątpliwości, że to Niemcy. Przerażenie, rosły w oczach. Ludzie zaczęli wyskakiwać. Krzyk.
I jak mało czasu dzieli zwykłe dzianie się od tragedii. Decyzja, że uciekamy z pociągu. Jędrek zrobił to przed nami i schował się pod pociąg. (Wysiadaliśmy koło buforów wagonu, tych w kierunku jazdy, więc to był przód wagonu.) Widziałem go pochylonego na tle lśniących torów. Gdyby został, nawet do końca, być może nic by mu się nie stało. Mateczka krzycząc kazała mu wyjść stamtąd. Słyszę to na stopniach wagonu (lub w drzwiach). I już tylko ucieczka w stronę lasu. Rzuciłem się na ziemię lub przewróciłem się, ocknąłem się pod jakąś samotną, wątłą, małą sosenką w pół drogi do lasu. I przeleciały samoloty. Nie wiem, czy je widziałem. Choć później, w lesie widziałem je nad nami wielokrotnie. Pierwsze wybuchy, a raczej jeden spotęgowany wybuch wielu bomb. Patrząc w kierunku torów zobaczyłem przesłaniający nasz pociąg gęsty dym – nie mogło to być więcej niż 30 do 50 metrów. A chwilę przedtem – widziałem ten gotujący się piasek, na sięgnięcie ręki, tuż obok mnie. Zdziwienie z powodu ruchu tego piasku, ten obraz utkwił w oczach. Czy natychmiast zdałem sobie sprawę, że to są serie z pokładowej broni maszynowej samolotów, czy dopiero później, przypominając ten obraz, a jeśli tak, to kiedy? Nie wiem. Ten wygrzany w słońcu piasek gotujący się tuż obok mnie jest niezatartym wspomnieniem. Huk. Odwróciłem głowę i ujrzałem, że pociąg zasłonięty jest całkowicie czarną chmurą dymu.
Za chwilę, gdy samoloty przeleciały, nagle ukazała się krzycząca niania Aniela, z prawej strony ode mnie, stojąc tyłem do torów; widziała mnie i wołała; zobaczyłem Mateczkę, młodszego braciszka Wojtka (musiał pobiec z nimi). Wojtka chyba któraś z nich ciągnęła za rękę. Jędrka nie było. Pobiegliśmy w las. I tam – leżenie obok siebie prawie trzy godziny, wycie i świst pocisków, wybuchy. Mateczka mówiła, że ludzie naliczyli około 100 bomb. Najgorszy był świst, że to we mnie, wciskanie się w ziemię, a wybuch – był już ocalający. Znowu świst i znowu wybuch. Słyszę, więc nie we mnie. W pewnej chwili Mateczka strasznie krzyczy: „Jędrek, gdzie jest Jędrek?!” Serie broni maszynowej, spadały ścinane gałązki sosnowe. Wycie przelatujących nisko, nawracających samolotów. Jakiś obok spieszony ułan, koń, ludzie mówili: „Panowie żołnierze, odejdźcie stąd!” Pamiętam w lesie tych żołnierzy, kawalerzystów z końmi. Jeden stał obok, tuż, i trzymał konia z uzdę. Chyba nic nie powiedział. A co miał mówić? Był chyba potem jakiś zabity koń w tym lesie.
Wreszcie podnieśliśmy się. Gdy wiadomo było, że samoloty już nie powrócą, była godzina trzecia lub po trzeciej. (Ale może jeszcze czekaliśmy w lesie z godzinę, z lęku, że wrócą...) Pociąg był właściwie nietknięty i gdybyśmy zostali w wagonach czy może – jak chciał Andrzej – pod wagonami, nic nam by się nie stało? Ale pamiętam potłuczone szyby w przedziale – od pocisków czy podmuchu? Parowóz dostał jednak i para sycząc uchodziła z przedziurawionego kotła, przysłano inny parowóz ze stacji i pociąg powoli ruszył do Sędziszowa. Widzieliśmy z daleka, jak ruszał. Na pewno nie wszyscy wsiedli, my też nie. Trzeba było pójść za pociągiem.
Teraz chwila po nalocie. Ktoś leży na prawo od nas, uciekających z lasu. Ciemne ubranie (Jędrek był w gimnazjalnym mundurku). Ludzie mówią (nie wiem, czy to było mi opowiedziane później, czy to słyszałem): „Młody leży, nie żyje, dostał w skroń.” I znów, pamiętam, Mateczka chce tam podejść, Aniela odciąga ją i uciekamy do stacji.
Ale nie ma Andrzeja! Trochę wcześniej ludzie mówią: „Tam leży młody.” A Mateczka ciągle: „Jędrek, gdzie jest Jędrek?” I ja go chyba widziałem, w odległości trzydziestu – czterdziestu kroków, jakby na ścieżce, ciemne ubranie (mam tę ciemną plamę wciąż w oczach), bo mundurek granatowy gimnazjalny? Ale nie miałem żadnego poczucia, że rozpoznaję Jędrka, jeśli rzeczywiście coś widziałem, a nie jest to wizja ukształtowana później. Bo niektórych rzeczy jestem pewny, niektórych nie. I Aniela odciąga nas w panice, w histerii: „Uciekajmy!” A ludzie mówią chyba: „Dostał w skroń, nie żyje.” Nie zbliżyliśmy się i odeszliśmy wszyscy razem. A w lesie, dość ciemny i ponury, stał jakiś duży drewniany dom, obok którego przeszliśmy, nie wiejski. Tylko szok tych dwu kobiet i troska o pozostałe małe dzieci tłumaczy to odejście.
Zawsze uważałem, że Jędrek został zabity w lesie, ale może zginął wcześniej, jak biegł do lasu? Choć na pewno pobiegł szybciej ode mnie. I być może byłoby go wtedy widać, na tym piachu. A może ranny czołgał się w stronę tego lasu? Wszystko zależy od tego, czy ta leżąca w lesie, na ścieżce postać, to był on, czy nie. Chyba jednak on. Tam zginęło niewiele osób. Potem Mateczka powiedziała, że mogło się to stać podczas nalotu, kiedy poczuła straszny lęk o niego i pierwszy raz krzyknęła: „Gdzie jest Jędrek?!”
Wojtek mówi, że Mateczka wracała i szukała w lesie. Słyszała od ludzi, że może uciekł już w którąś stronę (to wtedy może ona znów: „Jędrek, gdzie jest Jędrek?!”). Ale to dopiero potem Mateczce powiedziano, że Jędrek zginął, po powrocie z Piotrkowic do Sędziszowa, więc za jakieś kilkanaście dni. Podobno, jak słyszałem od Wojtka, wiedział to ksiądz. W tym nalocie zginęły także inne osoby z ludności cywilnej.
Circumdederunt me dolores mortis - et pericula inferni invenerunt me.
(Psalm, CXIV)Ogarnęły mię boleści śmiertelne, a niebezpieczeństwa piekielne potkały mię; nalazłem ucisk i boleść.
Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj mu świeci.
Przypominam sobie to dojście do pociągu w Sędziszowie, po nalocie, stał na jakiejś bocznicy. Chyba były w przedziale potłuczone szyby, ale z rzeczy nikt jeszcze nie zdążył niczego ukraść. W środku nie zapamiętałem śladów kul. Jeszcze było jasno, gdy widziałem ten wagon i nasz przedział. Wyjmowanie walizek, kto je przenosił? Strasznie ciężkie, jedna była z odcieniem niebieskim i istniała jeszcze długo po wojnie. Walizki zostały zaniesione do magazynu kolejowego, tuż za nim była stroma skarpa. Pamiętam to pięcie się w górę. Już zaczynało się ściemniać. Ten budynek, na dole skarpy, jest wciąż przed dworcem, jestem prawie pewny, że ten. Rzeczy znaczące istnieją potem bez znaczenia. Wyglądało to jak piwnica. Zakładano jakieś kłódki. Jaki tam musiał być zgiełk i gorączka, przenoszenie tych rzeczy. Ktoś opłacony przenosił, zakładał kłódkę. Mateczka w szoku; a jednak z Anielą zrobiły to.
Ale może to pozostawanie w lesie trwało dłużej? Może Mateczka i Aniela gdzieś chodziły i szukały Jędrka, choć to mało prawdopodobne, bo powinny wtedy najpierw podejść do tego, co leżał. A może umknęło mi, że ona tam podeszła, i wiedziała, że to nie był on? Zastanawiam się dlatego, że to był 4 września, dzień jeszcze dość długi, a kiedy podchodziliśmy do stacji, dzień chylił się już ku zachodowi (było późne słońce), a na tę skarpę za stacją do magazynu wchodziłem chyba przy panującym zmierzchu. Zaskoczyła mnie ta stromość pod nogami.
I rzekłem: Zginął koniec mój i nadzieja moja od Pana.
(Treny Jeremiasza, III)
Notatka z 4 IX 92. Rocznica śmierci Jędrka, ten dzień taki przejmująco wczesno-jesienno-słoneczny, ciepło. Nie dał mi znać przez ponad pięćdziesiąt lat (a może nie wiem, może dał?). Po południu poszedłem specjalnie do kościoła św. Aleksandra, pomyśleć, skupić się. Teraz dochodzi szósta, ciepłe, późne popołudnie. Myślę, że czas wtedy był identyczny jak obecny letni, więc tak było, gdy dochodziła piąta. To zachodzące jaskrawo słońce na stacji w Sędziszowie – to musiało więc być koło wpół do siódmej. A wejście na skarpę, z piwniczką i naszymi tam walizkami, już o zmroku, czyli koło ósmej. Od wyjścia z lasu do zamykania rzeczy w piwnicy ponad trzy godziny? A może był inny czas i to było przed siódmą?
Noc 4/5 września. I już pamiętam noc, idziemy obok jakichś palących się zabudowań, drogą na Wodzisław, a obok idzie, ucieka wielu ludzi, pochód tragiczny. Żar bije tuż obok, niedaleko, widzi i czuje się go jak we śnie, jakby nie był prawdziwy. Słaniam się, pamiętam to rozpaczliwe, automatyczne, półprzytomne wyciąganie nóg, przecież to było po takim zmęczeniu i strasznym szoku. Potem dosadzono nas na jakiś wóz, widzę to przez mgłę. Próżno pytać, dlaczego nie zostaliśmy w samym Sędziszowie, jak próżno pytać, dlaczego nie zostaliśmy w końcu sierpnia w Krakowie, takie duże miasto. Wiem, że wuj i ciotka to proponowali. Na tym tle jeszcze wyjazd z Zawiercia zdaje się logiczny: miasto prawie przygraniczne, wtedy musiała być jeszcze nadzieja, że dokądś można uciec. Pociągiem. Ale teraz, ucieczka na piechotę? To już można tłumaczyć tylko stanem paniki i dodatkowym szokiem Mateczki. I paniką zbiorową. Oni zabijają. Uciekały całe tłumy. Ukryć się na mniejszej wsi?
Więc ta ucieczka szosą w kierunku Wodzisławia. Prawdopodobnie zaczęliśmy iść – z innymi, ale kto to uciekał? już o zmroku, więc po ósmej, w nocy? Kto dał taki sygnał? Z kim rozmawiała Mateczka? Pewnie z wieloma osobami, w panice. Było wiele uciekających osób. Szli, jechały jakieś fury. Parskanie koni. Dlaczego ta ucieczka, przecież na piechotę nigdzie nie dało się uciec, kto tu znał linię frontu, kto liczył, że za naszymi plecami front zostanie zatrzymany? Ale ten brak logiki myślenia dałby się odnieść do setek tysięcy uciekających w całej Polsce. Jakieś porażenie zbiorowe... Dziś widzę to jak ujęcia filmowe, bardzo szybkie i bardzo migawkowe. Ciągnę więc nogi koło wozu, wręcz podnoszę ostatnim wysiłkiem, i zasypiam. Obok drogi blask płomieni, palą się wiejskie domy. Jakiś tłum ludzi idących wokół, ale to niewyraźne. Potem – może zaproszenie na wóz, dzieci, nas wszystkich? A może propozycja Mateczki, że zapłaci? „Przeźrocza” powycierane i niekompletne. Jeszcze raz to, co sobie wyraźniej przypominam: z jakąś nieświadomą rozpaczą czuję, że dalszy wysiłek unoszenia nóg jest już niemożliwy, a przecież w posuwającym się tłumie iść muszę! Jakiś wóz konny obok mnie, czy nie ten, na którym, potem, jechałem? Nie pamiętam obok siebie Mateczki, Anieli, Wojtka...
Po latach przejechałem tę trasę wielokrotnie samochodem. To jest jednak dobre dziesięć kilometrów od Sędziszowa do Wodzisławia! I jeszcze stamtąd, od szosy krakowskiej, z pięć co najmniej do Piotrkowic. Nawet przejść wycieczkowo – spory wysiłek. Jak one przeszły, jeśli nie jechały na tym wozie? Jak znaleźliśmy nocleg i czy spaliśmy już idąc? A ci szturmowcy niemieccy, to było następnego dnia, piątego rano, w południe czy dzień później? Tego już nie będę wiedział.
5 lub raczej 6 września? W Piotrkowicach niespodziewanie zjawia się patrol – mówiło się „desantowy” – Wehrmachtu; pamiętam, że byli na motocyklach; szturmowcy, jakiś patrol? Bo skądś od strony wsi podobno strzelano do wojsk przesuwających się szosą Kraków - Warszawa. Więc w odwecie strzelano też w naszą stronę granatnikami od szosy, były wypalone miejsca na ściernisku koło stogów. Tak niewiele brakowało, a wszystko by się zapaliło, dom, stodoła. Jednak od tego skrajnego domu (z mojej późniejszej wizji lokalnej) szosy nie widać, ale dojechali Niemcy do pierwszych domów. Gardłowe wymyślanie i krzyki komendy w obcym języku. Pamiętam, jak po chwili zgromadzono nas w szeregu pod ścianą chałupy i na odległość czułem na sobie dotyk tych luf szturmowców. Błysk strasznej myśli, że będziemy zaraz rozstrzelani. Że koniec mojego życia. Sztywność i zawieszenie myśli. Byłem już duży, wiedziałem, o co może chodzić, zresztą dopiero co uciekłem spod bomb i serii maszynowych. Moje przeczucie było uzasadnione. Matka znała dobrze niemiecki i słyszała wszystko: spalić, rozstrzelać. Powtarzała nam to później, także po niemiecku. Po chwili oficer zmienił jednak zdanie.
Zamknął mnie Bóg u nieprawego i wydał mię w ręce niezbożnych.
(Hiob, XXVI)
W tych Piotrkowicach byliśmy chyba koło dwu tygodni. Pamiętam, że sypialiśmy razem na jednym łóżku z siennikiem ze słomy, miga mi w oczach ten pokój, łóżko było chyba po lewej stronie od okna. Nieustannie też – dzieci – modliliśmy się na kolanach koło tego wiejskiego łóżka. Błagałem o powrót brata. Robiliśmy to jeszcze przed „desantem”, bo po desancie słyszałem potem – od Mateczki? – że w chałupie mówili, że dzieci wymodliły szczęśliwe zakończenie epizodu ze szturmowcami niemieckimi .
Pamiętam jednak, że cały czas miałem nadzieję, że Jędrek może żyje. Musiałem odczuwać rozpacz tych dwu kobiet, ale jakby wbrew temu przekonaniu odczuwałem, że on jeszcze przyjdzie. Patrzyłem w dal na tej drodze. Ale Jędrek się nie zjawiał. Nie jestem pewien, czy ta wiara, że on się zjawi, nie przetrwała poza ekshumację, pogrzeb i grób. Pierwsze tak silne owładnięcie uczuć i umysłu irracjonalnością.
Zmiłuj się, Boże, zmiłuj nad grzesznikiem,
Co w swej dobroci nie pogardzasz nikim,
W Tobie ja samym, w Tobie mam ufanie,
Według twojego miłosierdzia, Panie.
(Psalm, L)
Mateczka chyba jeszcze przed naszym wyjazdem z Piotrkowic poszła pieszo do Sędziszowa. Szukała wiadomości, a potem grobu. Nigdy już, nawet po latach, do tych wydarzeń w rozmowie z nią nie wróciłem, Wojtek na pewno też nie. Gdy coś napomykałem przy ojcu, on zaraz mówił, że lepiej tego nie wspominać.
Sędziszów, koło 20 września i później. Chyba już do wyjazdu z początkiem października zostaliśmy w Sędziszowie. Mieszkaliśmy w jakimś parterowym domu. Kilka dni? To było jakieś centrum, koło rynku? Przedtem Mateczka poszła lub pojechała do Sędziszowa z Piotrkowic, a potem pojechaliśmy jakąś furą już wszyscy? Ten dom w Sędziszowie, gdzie zatrzymaliśmy się, widzę kawałek jakiejś ściany i jakiegoś wnętrza. Rozmowa z jakąś kobietą? A przedtem chyba jednak zajechaliśmy na stację, zobaczyć, co z naszymi rzeczami, schowanymi w tym „magazynie”, zamkniętym na duże kłódki. Przypominam sobie tam jakiś piwniczny korytarz, rozwalone walizki i może resztki rzeczy, ale przede wszystkim podeptane butami nasze fotografie, które zbieraliśmy (więc Mateczka 1 września miała jednak odruch zapakowania fotografii?).
Ale nie zbieranie fotografii, obrazków umarłego już życia, określa tę ostatnią dekadę września w Sędziszowie. To wyraźna świadomość śmierci Andrzeja, jego ekshumacja z prowizorycznego grobu przy torze kolejowym i pogrzeb, określiły cały ten i późniejszy o wiele czas.
Izali Bóg usłyszy wołanie jego, gdy nań przyjdzie ucisk?
(Hiob, XXVII)
To wszystko nie było samym wkroczeniem okrutnej historii. Tak, historia, ale historia wrzuciła mnie w metafizykę. W metafizykę straszną, metafizykę nie wolności, jak w tamtym tuż przedwojennym, cudownym poczuciu możliwości myślenia, ale potwornych zniewoleń i przymusów, moralnych mąk i sprzeczności. Bóg pojawił się jako złoczyńca, dopuszczający tę całą straszność. Można powiedzieć, już niejęzykiem dziecinnych emocji, że zaczynał się we mnie spór o urządzenie przez Niego świata. Spór nie odległy, filozoficzny, ale jak najściślej osobisty i bezpośredni. Tak jakby On nie był już moim Opiekunem, ale także kimś złośliwie i bezdusznie panującym, nie dbającym o świat, dopuszczającym zło.
Wzywałem imienia twego, Panie, z dołu ostatniego.
Zastawiłeś się obłokiem, aby nie przeszła modlitwa.
(Treny Jeremiasza, III)
Moja wiara potknęła się o szczupłe ciało mego brata, z raną od pocisku niemieckiego w głowie. Leżał w lesie, może to nawet jego widzieliśmy nieruchomego, bez życia. Chociaż z odległości 30-40 metrów nie poznawałem Go, nie byłem pewny; ludzie coś mówili, a my uciekaliśmy, nawet do niego nie podchodząc i nie sprawdzając, czy naprawdę jest nieżywy. To wszystko opowiem sobie jeszcze wiele razy, a teraz o metafizyce, o moim sporze z Bogiem. Modliłem się długo codziennie w tych Piotrkowicach za Wodzisławiem – dokąd uciekliśmy w nocy pośród płonących zabudowań mijanych wsi – prosząc Boga, żeby Jędrek ukazał się na drodze, zdążając w naszą stronę, i udowodnił, że wszystko było pomyłką. Ten, o powrót którego modliłem się w wiosce po drugiej stronie szosy, w Piotrkowicach, wprost i wciąż pojawiał się mi jakby w oddali, dążąc do nas. Jak jednak miałby wiedzieć, że tam właśnie jesteśmy – to wówczas w ogóle nie przychodziło mi do głowy.
I nagle coś się stało. Wieczorem, w najgorętszej chwili modlitwy zrozumiałem, że Jędrek już nie nadejdzie. Modlitwa była niemożliwa, ale ja dalej myślałem o Bogu, tyle że tym jednym, nagle spontanicznym i nienawistnym zdaniem: On jest...świnią... On jest... Bóg jest... Przestałem nazywać Go najlepszym. Te słowa powstawały we mnie, nie wiadomo skąd i wbrew mojej woli. Nie wykraczały zresztą poza epitety zwykłych wyzwisk małego podwórzowego łobuza.
Przymus takich myśli wobec Niego? Byłem zrozpaczony i porażony. Zasypiałem w tym rozdwojeniu.
Wołam do ciebie, a nie wysłuchawasz mię, stoję, a nie patrzysz na mnie.
W nocy wiercą boleści kość moję: a ci, którzy mię jedzą, nie śpią.
Odmieniłeś mi się w okrutnego, a w twardości ręki twojej sprzeciwiasz mi się.
(Hiob, XXX)Czemu mię prześladujecie jako Bóg? i najadacie się mięsa mego?
(Hiob, XIX)
Przebudzenia i najbliższe dni nie przyniosły zmiany. Ta straszliwa potrzeba, aby Jędrek żył, modlitwa, i jednocześnie wciąż powracająca, zupełnie spontaniczna, a jednocześnie natrętna, niemożliwa do odpędzenia bluźniercza myśl o Panu Bogu! Okrutny! i gorzej... Ta myśl nie była wynikiem refleksji, nawet zaakceptowanego olśnienia w wyrozumowanym chłodno oburzeniu Była reakcją, narzucającą się nagle – niczym przedtem nie przygotowaną, ani zapowiedzianą, a potem wciąż wracającą myślą-obsesją. Mój horyzont intelektualny, zasięg wzorów, rzeczy nawet choćby zasłyszanych, nie wyprzedził tej myśli. Nic, zupełnie nic nie było przedtem takiego, co mogło u mnie wywołać tę ocenę. Uczyniłem to samodzielnie. Tak jakby upadły nagle mury ochronne sacrum! Przerażenie. A potem tygodnie myśli, że on może jednak wróci. Nie wiem, czy skończyło się to z ekshumacją. Trwało schizofrenicznie. Matka go rozpoznała, ale ja – nie. Różnica kilku kroków odległości. A może nie chciałem go rozpoznać w tym rozpadającym się kształcie?
I cóż że wcześniej, dramat w Piotrkowicach, następnego dnia po przybyciu, rano, kiedy zgromadził nas oddział szturmowy Wehrmachtu w linii do rozstrzelania, i ocalenie, bo oficer rozmyślił się – to wszystko nie przeszkodziło pojawianiu się tej myśli. Ale nie wiem dokładnie, w której chwili, którego dnia, ona się pojawiła. I miała tak trwać bardzo długo, ta myśl przychodziła obok modlitwy.
Leżeli na ziemi na ulicy dziecię i starzec... pobiłeś w dzień zapalczywości twojej, pomordowałeś, a nie zmiłowałeś się.
(Treny Jeremiasza , II)Czekałem dobra, a przyszło na mię złe; czekałem światłości, i wypadły ciemności.
(Hiob, XXX)
To stało się moją zmorą i nie opuszczało mnie, do kiedy? Nie wiem. Dostatecznie długo, abym potem, dziecko, musiał spowiadać się z tego wielokrotnie i powtarzać te spowiedzi, aby to stało się kamieniem młyńskim dla spokoju duszy. Może nie umiałem powiedzieć tego przez kratki wprost, lapidarnie? Bałem się wypowiedzieć te słowa głośno. Wyznawałem wielokrotnie, za każdym razem wkraczając w nowy jakiś krąg udręczenia. Pierwsza komunia była w Zawierciu na wiosnę lub w lecie roku 1940. Mam zdjęcie w ubranku „od Komunii” (skąd ono w czasie okupacji, pożyczone?), ze świecą. Potem, po roku, dwóch latach, to chyba jakoś opadło ze mnie. Zacząłem winy przerzucać na siebie. Nikt z bliskich nigdy nie dowiedział się o tej nocy chłopięcej duszy.
żeś mówił: Jestem sprawiedliwszy niźli Bóg?
(Hiob, XXX)I mówisz: a cóż Bóg wie? Jakoby przez mgłę sądzi.
(Hiob, XXII)Którym lekce mówił, cóż mogę odpowiedzieć? rękę moję włożę na usta moje. Jednęm rzecz mówił, której bodaj bym nie mówił: i drugą, do której więcej nie przydam.
(Hiob, IXL)
Przedwczoraj, 4 września, w rocznicę śmierci Jędrka (piszę tę uwagę 1990), byłem w kościele św. Aleksandra (w Warszawie), chwila skupienia – tam znalazła miejsce. Tyle było myślenia o Jędrku i – jak to zasadniczo wpłynęło na moje życie, ale i o tym, jak mało myślałem o przeżyciach Matki potem. Jej przeżyciach podczas tej straszliwej ekshumacji, której wyniku musiała chyba przedtem być prawie pewna (zamówiona trumna), bo ustaliła to niewątpliwie z ludźmi z tamtego najbliższego domu w lesie. Prawie więc wiedziała, że to będzie On. Już nie była w pierwszym szoku, stała się postacią tragiczną. Jakiej to wymagało dzielności, aby spełnić ten obowiązek, a nie uciec w zapaść depresji czy psychozy. Późniejsze życie także pokazało, ile miała w sobie charakteru i siły.
Quando coeli movenda sunt et terra. Dies illa, dies irae, calamitatis et miseriae, dies magna et amara valde. Dum veneris iudicare saeculum per ignem. Requiem aeternam dona eis Domine et lux perpetua luceat eis.
(Responsorium pogrzebowe)Gdy poruszone jest niebo i ziemia. Ów dzień, dzień gniewu, zniewagi i nędzy, dzień wielki i bardzo gorzki. Gdy przychodzisz sądzić wiek ogniem. Daj im, Panie, spokój wieczny, a światłość wiekuista niechaj im świeci.
Ta siła Matki dotyczy też chwili ekshumacji. Podjechała tam, pod ten las, furmanka z gotową trumną, do której Go włożyli. Gdzie ja stałem? Jednak, jeśli pamiętam, nie tuż obok rozkopanego dołu; prowizoryczny grób musiał być niedaleko od nasypu kolejowego, ale nie było to w lesie. To było na brzegu lasu. I chyba stałem wyżej – na nasypie? – czy zadbano, żeby mnie choć trochę oddalić? Lecz oddalony, zbliżyłem się dość blisko. Więc patrzę, jakby z wysokości nasypu kolejowego, że ludzie rozkopują ziemię bliżej lasu (a mówiło się, że ludzie z tego domu w lesie pochowali poległych cywilnych). I chyba potem podeszliśmy bliżej. Pamiętam odór trupi, straszny. Został ze mną na całe życie. Wrzesień był upalny i on leżał w piachu. Pewnie nie było głęboko. Wyciąganie ciała, po odkopaniu w piasku. Ludzie wzięli słomę w ręce i wyciągali go, za biedne ręce, z których pewnie odlatywało ciało, przez tę słomę. Nie mieli rękawic. Pamiętam to wykopywanie z dala, a po wyciągnięciu ciała byłem blisko. Więc pewnie musiałem podejść, czy oni przynieśli ciało? Na jakimś prowizorycznym całunie? Nachylająca się nad nim Mateczka, na lewo ode mnie. Skąd brała na to siły? Na pewno była to najcięższa, najstraszniejsza chwila w najstraszniejszym dniu jej życia. Miała wtedy czterdzieści sześć lat. Dokładnie tyle, ile ja później w chwili Jej pogrzebu. A on miał lat piętnaście i dziewięć miesięcy. Utrata dziecka, które jeszcze nie weszło w życie, a już było indywidualnością, to straszny ciężar dodatkowy. Czy byli przy ekshumacji brat mój, Wojtek, i niania Aniela? Aniela na pewno. Wojtek jednak uważa, że go nie było, bo nic sobie nie przypomina, ani ekshumacji, ani pogrzebu, może więc został u tych ludzi, gdzie zatrzymaliśmy się. Ale może to amnezja z tamtych lat.
Któryż jest człowiek, który żyć będzie, a nie ogląda śmierci?
(Psalm, LXXXVIII)
Najgorszy był ten straszliwy trupi zapach, który utrwalił się na zawsze, i widok Mateczki schylającej się nad tym kształtem, który wyciągnęli przez słomę z płytkiego, chyba piaszczystego dołu (pewnie na grobie był jakiś prowizoryczny krzyżyk, postawili go ludzie z tego domu niedaleko, co go pochowali.). Matka schyliła się i rozpoznała Go (chyba) po mundurku gimnazjalnym i koszuli w paski („koszula w szlaczek”, tak chyba powiedziała, „to on”). Bo przecież twarzy już nie dało się odróżnić. Musiała to powiedzieć, jeśli tak to pamiętam. Jak wytrzymała ten moment, bo dla nas musiało to być jednocześnie jakieś także porażenie uczuciowe, a może reagowaliśmy wyimkowo, jak na ogół wszyscy zagrożeni rzeczą nie do zniesienia. Może w tej chwili – jak w znieczuleniu – tamten bliski, drogi Jędrek nie jawił się w myśli. Ten, o powrót którego modliłem się w wiosce po drugiej stronie odległej od Sędziszowa szosy, w Piotrkowicach, i który nieledwie wciąż pojawiał mi się wtedy w oddali, dążąc do nas. Z punktu widzenia absolutu uczuć taki widok trupa był wtedy przeciw wszystkiemu: życiu, jego ukochaniu, ale także Bogu. A może i chęci życia w ogóle. Reszta, późniejsza zgoda na życie, to może niekonsekwencja, zapomnienie, instynkt. Można też to tłumaczyć mimowolnym zwycięstwem tego, że się jednak żyło, i tak dalej, i tak dalej. Ale to nie było prawdziwe pogodzenie, bo rozkładającej się ukochanej buzi nic nie jest w stanie zakryć, nie daje się to z niczym pogodzić.
Oplotły mnie więzy śmierci i dosięgły mnie pęta otchłani, popadłem w strach i udrękę.
(Psalm, CXIV)Wżdy teraz rozumiejcie, żeć mię Bóg nierównym sądem utrapił i biczami swymi opasał mię.
(Hiob, XIX)Drogę moję ogrodził i przejść nie mogę: a na ścieżce mojej ciemności położył.
Będziesz mię straszył przez sny i przez widzenia strachem strzęsiesz.
(Hiob VII)Czemużem w żywocie nie umarł, wyszedłszy z żywota wnet nie zginął?
(Hiob, II)
Ojciec mówił potem, jak straszną była dla niego wiadomość o śmierci Jędrka, która dotarła do niego we Lwowie. Jest zapis w jego notatkach. Dowiedział się od jakichś znajomych w jadłodajni... A kiedy to powiedział? Bo nie chciał już potem wracać do rozmów na ten temat, jako że i po kilkudziesięciu latach – do końca życia było to dla niego straszne. Może myślał o jakichś błędach wobec syna? Tym wszystko trudniejsze. Jak dobrze to znam. Z Mateczką nigdy na ten temat nie mówiłem, była u mnie wobec Niej jakaś blokada nieświadoma, bo nie było też uświadomionej ostrej potrzeby rozmowy, choć coś sobie takiego przypominam, raz czy dwa... Czułem lęk, bałem się ranić jej uczucia. Te zapisy wynikają z nagłej potrzeby uporządkowania spraw i wspomnień. Powie się: iluż ludzi straciło bliskich. Nie znaczy to, że lepiej odsuwać wspomnienia na bezpieczną odległość ogólnika.
Włożyli go do tej trumny, wcześniej kupionej, sosnowej czy dębowej. Odległość tego pierwotnego grobu od cmentarza wynosiła jednak przeszło cztery kilometry. Od stacji do cmentarza półtora i od stacji do grobu przy lesie dwa do trzech. A jeszcze małe odgałęzienie do kościoła. Kościół znajdował się (i znajduje się) po drugiej stronie torów w stosunku do cmentarza. Trochę bliżej stacji niż cmentarz. Czy szliśmy całą tę, tak na siły nasze i sytuację długą drogę? Nie pamiętam żadnego wsiadania na wóz, znaczy to chyba, że musieliśmy iść za tym żałobnym konduktem? Dwie kobiety, dwoje dzieci i może ci, od trumny. Obrazek w tym pejzażu prosty i tak dla nas okropny. Pamiętam jednak potem widok trumny na wozie dopiero koło kościoła na tle głównego wejścia. Trumna była, jak sądzę, czy jak pamiętam, jasna. Dziś nie ma już drogi czy ścieżki przejezdnej do tego miejsca, sprawdziłem to w 1990 roku. Być może odjechaliśmy od miejsca ekshumacji prostopadle do torów i potem wjechaliśmy na jakąś drogę w lesie, prowadzącą równolegle wzdłuż torów do Sędziszowa i stąd do kościoła. Pamiętam, że przy kościele staliśmy chwilę. Czekano na księdza, ale on nie chciał iść na cmentarz. Mówiono, że bał się Niemców. Potem miano mu to za złe (niania Aniela? bo ona ośmielała się mówić więcej niż Mateczka). Więc ksiądz tylko wyszedł przed kościół i pokropił trumnę, pewnie ze słowami:
Niech duszę twą orzeźwi rosą niebieską Bóg, Ojciec i Syn, i Duch Święty! Amen.
Potem mam jakiś niejasny film przed oczami z samego pogrzebu. Pamiętam, że doszliśmy do końca cmentarza, dalej było pole. Jest i dziś. Tylko wtedy nie było cmentarnego muru, chyba się nie mylę. A teraz mogiła jest tuż przy murze. A za murem pejzaż, jak w moim wierszu: Nie bądź pyszny... Była tamta straszna cisza pod jesiennym jasnym niebem, przerywana tylko zgrzytem łopaty w piachu. Nie było śpiewów, które potem miałem słyszeć w wiejskim kościele:
Zmarły człowiecze, z tobą się żegnamy,
Przyjmij dar smutny, który ci składamy,
Trochę na grób twój porzuconej gliny...
Powracasz w ziemię, co twą matką była,
Teraz cię strawi, niedawno żywiła.
(Pieśń nabożna anonimowa)Dobry Jezu a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
Requiem aeternam dona eis Domine, et lux perpetua luceat eis.
Po ekshumacji już nie powróciliśmy chyba do Piotrkowic i mieszkaliśmy kilka dni w Sędziszowie (pewnie też ileś dni przed ekshumacją), póki Mateczka nie wynajęła furmanki do Zawiercia. Pamiętam jak jechaliśmy nocą, gwiazdy nad nami, leżeliśmy z Wojtkiem na jakiejś słomie, i że było zimno. Czy mieliśmy cokolwiek ciepłego na tej ucieczce? Pewnie nas przykrywały Aniela i Mateczka. Taka podróż nocą musiała zresztą być wtedy niebezpieczna! Mapa mówi, że jechaliśmy pewnie przez Szczekociny. A może bocznymi drogami? Przyjazdu do Zawiercia nie pamiętam. Rano, czy w południe, ale do kogo, gdzie zajechaliśmy? Zajechaliśmy bez Jędrka.
Dziś mnie to zdumiewa, jak prędko – w sensie oczywiście tylko zewnętrznym – codzienne życie przykryło wszystko. U mnie. Bawiliśmy się, chodziłem do szkoły. Pod spodem wszystko zostało i trwało dalej po traumatyzującym epizodzie spowiedzi przed Pierwszą Komunią. Ale gdzieś w tym czasie miał miejsce także upadek w kościele i przeżycie psychiczne, lata potem nazwane „life after life” . Myślę, że była to nieświadoma i nie zrealizowana próba ucieczki od całego cierpienia, które pozostało. O tym za chwilę.
I wzywałem imienia Pańskiego: O Panie, wybaw duszę moję... Będę się podobał Panu w krainie żywiących.
(Psalm, CXIV)
Pokazywać swój własny mały świat, małych przeżyć. Wszyscy moi to mój świat, grób skromny w Sędziszowie to mój świat. Ważniejszy od innych, bo mój, ta jego ubożuchność nic tu nie zmienia. Nie podnosić i nie monumentalizować tego, tylko uznać to za najważniejsze wśród wszystkiego, co ginie, całego innego świata. Te nasze sprawy są dla nas wszystkim i inaczej być nie może. Trzeba by tylko umieć pokazać, jak to, co najważniejsze, dzieje się poprzez nie wyróżnione, zwykłe. Jeśli wyróżnione, to tylko przeżyciem, wrażliwością, o której pisałem.
Ile razy wracałem i wracam do tych wydarzeń września 1939... Podstawowa realność i podstawowy zwornik życia. Nie chcę użyć słowa: mit. Oto fragmenty zapisów z dziennika 17 IX 1989 i 6 IX 1991.
4 września rano, o szóstej, wyjechaliśmy samochodem z Wojtkiem z Warszawy, w fatalną pogodę. Za Grójcem już tylko deszcz, mgła. Punktualnie o 10 byliśmy przed cmentarzem w Sędziszowie. Poszliśmy do grobu – nie było jeszcze Adama, z którym byliśmy umówieni, zaczęliśmy wracać (żeby podjechać po niego na stację) – ukazał się w bramie cmentarza. Oczyściliśmy razem grób i zapaliliśmy znicze, mówiliśmy o okolicznościach sprzed pięćdziesięciu lat. O opowieści Anieli, że Mateczka w pewnej chwili odczuła coś strasznego i zaczęła powtarzać lub krzyczeć: „Jędrek, gdzie jest Jędrek?!”
Adam: „Życie może zależeć od pogody, bo przy takiej jak dziś pogodzie niemieckie samoloty wtedy nie latałyby.”
Wracając potem z Krakowa, sam, w czwartek, 7 września, podjechałem do Piotrkowic i chyba odnalazłem ten dom – pierwszy za tablicą wsi po prawej stronie. Wszystkie zabudowania pewnie już nowe, ale pejzażowo odpowiadał wizji mojej pamięci.
Ten wypalony od niemieckiego pocisku krążek rżyska koło dużego stogu, który widziałem wtedy... Bo Niemcy strzelali z działek do naszego domu od strony szosy krakowskiej. Chyba stamtąd. Wciąż trzeba tu powtarzać „chyba”, bo wiadomo jaka jest pamięć. I pamiętam, pamiętam! że tę szosę było widać z ruchem pojazdów. Może widziałem, ale pewnie nie z samej wsi? Wizja czy pamięć? Bo dziś jej nie widać, dość to odległe. Ale może jest, był jakiś punkt?
Wyniosłość, las za tym domem.
Potem pojechałem jeszcze raz do Sędziszowa, na grób, robiłem zdjęcia. Następnie wzdłuż torów w kierunku Kozłowa, znaleźć miejsce bombardowania. Musiałem w pustce zostawić samochód. Pejzaż się zmienił od tego czasu, zbudowano nowy tor, po prawej stronie kierunku naszej ówczesnej jazdy, na wysokim nasypie. A jednak idąc cierpliwie (od stacji) natrafiłem na pejzaż znajomy sprzed lat (jeszcze kawałek za posterunkiem zwrotniczym, którego wówczas chyba nie było). Robiłem znów zdjęcia.
I tak idąc, Anno Domini 1991, koło torów na to miejsce śmierci, przeszedłem obok domów w lesie i żaden nie wydał mi się tym jednym (samotnym?), dużym, drewnianym domem, obok którego wtedy wychodziliśmy z lasu. Ale dziecku wszystko wydaje się o wiele większe, może było więcej domów, a jeden z nich to był ten właśnie dom.
I dalej koło toru – wciąż A.D. 1991 – było piaszczyste wzgórze z lasem sosnowym i spadająca łąka podmokła. Albo to było przed tą łąką, albo zaraz za nią, za rzadkim i wątłym teraz laskiem. Ale tam już nie doszedłem, bo była w poprzek rzeczka, moczary (czy to znaczy, że minęliśmy to wtedy idąc lasem, czy po prostu coś się zmieniło geograficznie?) Ale na pewno byłem już na tamtym miejscu lub tuż obok niego, bo pejzaż po drugiej stronie torów stanął, o dziwo, taki sam jak w pamięci: wzgórze po lewej stronie, niżej kępy drzew, łąki, i jakieś odległe zabudowania, i na tym tle – raz jeszcze – między torem a nimi, majaczyli galopujący wtedy polscy ułani, na wzgórzu czołg dymiący, a w dali za tym wszystkim lecące niemieckie samoloty. A wracając stamtąd – wciąż A.D. 1991 – zobaczyłem po mojej stronie torów dwa zbiegające się na horyzoncie pasma lasu. I to sobie z tamtego września przypominam. Myślałem wtedy, że tam moglibyśmy się schronić w tym drugim lesie lub tam być. Coś się wtedy mówiło, że dalej w lesie jest wojsko, w odwrocie? To zdumiewające, jak takie pasmo lasu może pozostać w pamięci. Chociaż pejzaże leśne się zmieniają, ze względu na wyręby i zalesienia.
Znów przypomniałem mój szok po bombardowaniu. Jak wciąż czekałem, że ukaże się Jędrek na drodze. Choć jednocześnie myślałem, że zginął.
Wsadzili mnie w dół głębszy, do ciemności i do cienia śmierci.
Izali kto w grobie będzie opowiadał miłosierdzie twoje, i prawdę twoją w zgininiu?
(Psalm, LXXXVII)
Kryje się tu może jakaś tajemnica. Moje czekanie na Jędrka, a jednocześnie myślenie o jego śmierci, to musiało pochodzić także od Mateczki i Anieli. Może one wiedziały coś więcej? A nie mówiły? Już nigdy? Może była to ucieczka z pewnością Jego zabitego, żeby nas ratować? Na samym początku decyzja dla Mateczki na pewno sprzeczna. Nie wykluczone, że mówiła Anieli: „To jest Jędrek, muszę tam iść!” I dlatego ta odciągająca Mateczkę Aniela (odciągająca od trupa)? Ale nie pamiętam, aby Mateczka zawróciła do tego lasu. To zostało na zawsze jako problem: dlaczego Go zostawiono? Nie odszukano, nie sprawdzono tego leżącego? Dlaczego Matka nie pochyliła się nad tym leżącym, może był tylko ciężko ranny? Dlaczego nie została dłużej przy zwłokach, jeśli nie żył? Dlaczego nigdy potem nie usłyszałem, że nie dało się go odszukać? Musiało w tym być jakieś rozdarcie tamtej chwili. To musiał być straszny uraz na resztę jej życia, bardzo późno to sobie uświadomiłem. Można to tłumaczyć tylko szokiem, jakąś pewnością, że jeśli nie uciekniemy, zostaniemy zabici wszyscy. Ale może było także coś, o czym nie wiedziałem i nie wiem.
Moje potem rozdwojenie jaźni – że może wróci. A jak miałby do nas trafić? O tym nie myślałem wcale. I z każdym dniem jednak ta nadzieja jakby stawała się mniejsza. Potem, jak już z Piotrkowic pojechaliśmy do Sędziszowa, wszyscy. Czy teraz zapisywana wersja okaże się podobna do innych moich zapisów?
Do Zawiercia wracaliśmy tym chłopskim wozem, pamiętam wyraźnie tylko jeden obraz – las przed nami, noc nie musiała być bardzo ciemna, droga, słoma na wozie, wchodzenie w nią, bo zimno, a nad nami mroźne gwiazdy. Na pewno był już październik. Przez Szczekociny? I tak już do końca życia będę szedł za tamtym konduktem, ksiądz będzie wychodził „tylko pokropić”, a potem będziemy jechać w mroźną noc, wracając z „ucieczki”.
A przedtem jeszcze w Piotrkowicach wiadomość o napadzie Sowietów na Polskę i widok samolotów niemieckich lecących nad domami w kierunku Pińczowa. To wtedy Mateczka powiedziała o nożu w plecy. Pamiętam też z tamtego okresu (może gdzieś chodziliśmy w pole?) te same wzgórza z pasami pól, które teraz widać, gdy jechać z Krakowa i dojeżdżać do Wodzisławia.
Jeśli w Piotrkowicach wiedzieliśmy o 17 września (choćby bez daty), to znaczy, że ekshumacja i pogrzeb to była ostatnia dekada września.
Znów inna wersja tego 4 września w dzienniku pod datą: 30 VII 1986 (jestem we Wrocławiu):
Wczoraj we Wrocławiu krótka wizyta Adama. Poszliśmy na cmentarz, na grób Rodziców. Zwróciłem Adamowi uwagę na pomyłkę w dacie urodzenia Andrzeja, w napisie „pro memoria”. Bo urodzony 9 stycznia, a nie 24; Ojciec wziął to z cyfry roku urodzenia, 1924; bo to Ojciec po śmierci Matki ten napis projektował. Matka nigdy nie popełniłaby takiego błędu. Adam raz jeszcze zapytał, czy pamiętam wszystkie okoliczności tragicznego września. Ja: trzeba spisać raz jeszcze wszystko od powrotu ze Skomielnej, ale dziś powiem tylko (i mówiliśmy) o tych paru godzinach. Opisałem to po raz pierwszy w 1947 lub 1948 w nowelce zatytułowanej Polska (czytał ją Tadzik Steć, wtedy mój dobry znajomy). Nie mam tego tekstu. Czy kopia była jeszcze w jego papierach, gdy go tak okrutnie po latach zamordowano?
Zapis z 4 IX 1992: Gdy w południe szedłem Nowym Światem, bardzo nisko przeleciał klucz myśliwców odrzutowców. Ta sama godzina! Nadciągały w moją stronę, już nade mną! Niegodne oślepianie i ogłuszanie miasta. Czy po to, aby wywołać we mnie rocznicowe odsłonięcia pamięci? Udział pamięci jest przecież bezustanny, mówi o tym potrzeba tych moich notatek, a communio domaga się odnawiania, jak choćby w tym późnym moim Trenie:
odezwij się
gdzieśkolwiek jest
jeśliś jest
czy na łodzi Charona
czy pod ziemią czarną
na której leżą liście
wszystkie kiedyś wyróżnione
w zielonych wiosennych turniejach
i gnijączy w drugie kosmosy lecisz
jak ów szlachcic Słowackiego
co dzieciątka pomarłe do pasa przytroczył
by ich ciałami jak pociskami
wieść tę walkę z Bogiem
o to co tutaj ukochałodezwij się bardzo ja cię proszę
wypal ślad na tej kartce
jeśli z piekielnych czeluści
lub zabij mnie zachwyceniem
jeśli z rajskich mgiełdam wszystko za cień
lub gdy kaszel usłyszę czy płaczczy z Charona łodzi
na drugi płynąc brzeg
czy spod ziemi uczynisz ten znak
Następne akty pamięci miały się odbyć w Zawierciu, dokąd powróciliśmy w początku października 1939. Kościół w Zawierciu, pseudogotyk, z czerwonej cegły, wysokie wieże. Po 1940 roku zobaczyłem go dopiero w 1996, był jednak zamknięty w czasie, którym dysponowałem,. Wiążą mi się z nim różne wspomnienia, z których najważniejsze to przeżycie, o którym potem dowiedziałem się, że jest nazywane w „literaturze przedmiotu” life after life, czyli życie po życiu. Do tego kościoła odnosi się też wspomnienie Pierwszej Komunii, a przed nią spowiedzi, pełnej strachu z powodu świadomości odczuwanych, tamtych panicznych bluźnierstw. I wtedy nagle brak pewności, czy wyznałem to wszystko dosłownie, do końca. Rozpacz. Pamiętam siebie po Komunii pod kościołem, ale to może reminiscencja zdjęcia. I widzę także nas, mnie i Mateczkę, idących niedaleko kościoła w upalny dzień czerwcowy 1940. Biją dzwony i wiadomo, że to z powodu zajęcia Paryża przez Niemców (upadek Paryża: 14 czerwca, piątek, więc to ten dzień lub nazajutrz). Mateczka mówi zduszonym głosem: „Dzwońcie, dzwońcie, na własny pogrzeb dzwonicie!” Co chwila w metafizykę wchodzi historia, co chwila okrutnie.
Po pierwszej spowiedzi nastąpiły dalsze (każdy pierwszy piątek miesiąca), okropne i obciążające zamiast ukojenia. Bo uważałem, że trzeba powtarzać wszystkie poprzednie. Pamiętam, że planowałem to, co miało być dla mnie przyjemne, aby dokonało się przed terminem spowiedzi. To co potem, było na razie jakby w niebycie, nie wyobrażałem sobie tej chwili. Była za zasłoną strachu. Spowiedzi trwały zawsze bardzo długo, obciążałem się za poprzednie niedopowiedziane jakoby słowa czy okoliczności. Czułem tuż obok niecierpliwą kolejkę starszych ludzi. Dlatego nieraz wychodziłem do kościoła, gdy jeszcze było ciemno, tuż po ustaniu godziny policyjnej, w straszną okupacyjną noc. Pamiętam, jak na śniegu odbijały się wątłe światła witraży. Aby wreszcie zakończyć gehennę tych spowiedzi, uczyłem się swoich win na pamięć podczas ostatniej, nieprzespanej nocy. Rachunek sumienia był w książeczkach do nabożeństwa. Ale ja miałem swój własny, mojej wyobraźni, upokarzający mnie, straszny. Pamiętam, że zbierałem kamienie i podkładałem je pod prześcieradło, by nie spać lub by się zbudzić, bo jeszcze rachunek był nie skończony. Raz przeprosiłem księdza, wyszedłem w ciemność przed kościół, żołądek podszedł mi do gardła. Potem mogłem już wrócić przed kratkę. Jednak w zwykłe dni nachodziło mnie świadome zniechęcenie, a raczej ogromne zmęczenie tym wszystkim (jeśli to się nie zmieni, to już lepiej niech umrę!).
Mój life after life. A kiedy to było, że nagle zemdlałem w tym zawierciańskim kościele? Nagie drzewa! Zimą 1940 roku? Stałem, dobrze pamiętam, w prawej nawie (bo chyba kościół ma ich trzy), bliżej ławek. Ciemne samopoczucie, straszność kłębiących się myśli. Uciec! Uciec na zawsze. Może Go spotkam? Ciemno przed oczyma, zemdlałem. I upadłem tak nieszczęśliwie, opowiadano potem, że gruchnąłem tyłem głowy o kamienną posadzkę. Musiałem upaść sztywno, nie osunąć się. Ktoś powiedział, że „to już koniec z tym chłopcem, już nie przyjdzie do siebie” (relacja Anieli). A ja?
Tutaj następuje – nastąpiło – coś w rodzaju szczególnego „snu”, przeżytego w tym omdleniu, obrazy, których wymyślić nie mogłem, bo byłem na to za mały i nie oczytany. Po latach obrazy przeżyte w zemdleniu – skłaniam się do poglądu, że nie musiały to być tylko obrazy – opisałem w jednej z moich elegii, w pierwszym tomie wierszy, ale to było zaszyfrowane dla osoby nie mającej klucza. Więc teraz wprost.
Przypomina to „sen” o locie, jak w niektórych snach lub opisach, czytanych kilkadziesiąt lat później, zjawiska life after life.
Wiem, że lecę na zewnątrz kościoła, zostawiam za sobą jego dach, lecę w powietrzu na poziomie wysokich drzew (bez liści, suchych?) koło kościoła (widzę gałęzie), oddalam się już i nagle to zastanowienie, choć niewinna jakby myśl: „Czy to nie za daleko? Ja chyba wrócę!” Czy też: „Trzeba chyba wrócić!” A więc jednak myśl, w której jest niepokój czy raczej potrzeba, celowość powrotu. Więc wracam, lecę z powrotem. Widać dach kościoła, dachówki (widzę dachówki), a ja wnikam do wnętrza przez ten dach, jakby przelatuję przez kościelny strych (miałem poczucie przestrzeni strychu) i już wiszę pod kościelnym stropem, we wnętrzu kościoła, można powiedzieć, jak te duszyczki w Dziadach Drugich (wtedy nie mogłem mieć takich skojarzeń, bo Mickiewicza nie czytałem). I widzę z góry na podłodze wianuszek ludzi, bab, otaczających kogoś leżącego na posadzce. To była na pewno prawa nawa. Nie byłem we wnętrzu kościoła od 1940 roku. I wiedziałem wtedy, że tam niżej, ta leżąca postać, nad którą się unoszę, to także jestem ja. Ale nie pamiętam, czy określenie: „ to ja ” było „pomyślane” , czy wyniknęło tylko z sekwencj i „uświadomień” i c z ynności jakby oczywistych. Bo wiedziałem, że teraz trzeba wejść w to nieruchome ciało. Wiem, że trzeba włożyć głowę, rękę (mnie astralnego, powiedziałbym dzisiaj) w tamtą głowę, rękę, a nogę w nogę. I robię to, po kolei. I w chwili gdy „zasuwam” czy „wsuwam” ostatnią rękę czy nogę, przestaję być na zewnątrz siebie, otwieram oczy i widzę, że leżę na posadzce. Nade mną baby. Co dalej, nie wiem. Kto był ze mną? Chyba Aniela, bo zemdlenie moje i jego grozę pamiętała. Jak doszedłem do domu i z kim, nie wiem.
O wydarzeniu tym zapomniałem na długie lata, czy do niego nie wracałem. Czy wróciło to jeszcze przed maturą? Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie jako chłopiec nie myślałem o tym i nie przywiązywałem do tego wagi. Zdaję sobie sprawę, że niektóre określenia językowe mogą nie przystawać do tego, co się wtedy działo i jak. Stąd kilka wyrazów w cudzysłowach.
Ale o istnieniu zjawiska life after life i jakichś z tym związanych relacji i opisów w książce Moody'ego przeczytałem chyba dopiero w końcu lat 60 lub na początku 70. Od razu to skojarzyłem, bo pojawiały się w opisach pewne znane mi rzeczy. Można to odszukać w gazetach z tamtego okresu; potem przeczytałem tę klasyczną na ten temat książkę – Raymond Moody: Life after life . Potem drugie wydanie tej książki (tam: Reflections of Life after life) i zobaczyłem związane z tym filmy. W pierwszym, z relacją samego dr Moody, chyba mniej interesujący; mówią osoby, które „to” przeżyły. Ciekawe tylko zwrócenie uwagi na istnienie w malarstwie przedstawienia „tunelu świetlnego” (Hieronymus Bosch, później Gustave Dor é ). Natomiast film drugi, angielski z 1994 roku, przynosi pogłębioną refleksję, relację o badaniach, i chyba całkiem inne postaci relacjonujące swoje „przeżycia”. Z „katalogu” tych przeżyć nie było u mnie ani „tunelu”, ani „światłości”, ani rozmowy z „Kimś”. Wydaje mi się, co nie jest pewne, że w opisie (po latach!) niczego nie pominąłem. Podobne jest to, co istnieje w pierwszym filmie: że „podmiot” przemieszcza się, zauważa przedmioty poza miejscem, gdzie znajduje się jego ciało, to przedmioty z tego świata i materialne. Zakłada to przeniesienie się w inne miejsce (jak w pewnych jasnowidzeniach) ducha czy świadomości. Unoszenie się przed ostatecznym „powrotem” ponad ciałem (u mnie wyraźne oglądanie własnego leżącego ciała i stojących obok niego osób) powtarza się natomiast w wielu relacjach. W Elegii drugiej utrwaliłem ten „powrót” kilka lat wcześniej (przed 1964) od rewelacji Moody'ego:
machając rączkami pod sklepieniem kościoła
w rękę to moja ręka w nogę to moja noga
duch jak scyzoryk w ciało się układa ]
I nie wykluczam, jeśli nie w pełni w to wierzę, że to była jakaś eksterioryzacja, dyslokacja psychiczna tego chłopczyka. To znaczy uważam za możliwe, że moja psyche-dusza – wyszła z ciała i unosiła się, a właściwie latała poza kościołem. Czy byłem bliski śmierci? Co to znaczyło? O ile wiem, nie chorowałem zaraz potem i niczego specjalnego nie odczuwałem. Ale jest to najprawdziwsze przeżycie metafizyczne, z tym, że zrozumiane jako takie po latach, coś jak Pascalowskie doświadczenie. Choć wtedy nie uświadomiłem sobie tego w ten sposób, stanowiło może szczyt mojej traumy związanej z winą wobec ludzi i Boga, jaką odczuwałem po śmierci mego brata.
Istotne w tym doświadczeniu było odczucie oddalania się od świata i potem świadomy apel, do samego siebie, żeby jednak wrócić. I ta „astralność” polegająca na łatwości unoszenia się i przenikania poprzez rzeczy, przedmioty materialne i twarde (dachówki, strop). Oczywiście, wielokrotnie potem latałem w snach, stwierdzając, że łatwo jest odbić się od ziemi i szybować. To się powtarzało. Ale sen to sen. Relacja do ciała jest całkowicie inna: nigdy już nie wstępowałem z zewnątrz w swoje śpiące ciało i nie budziłem się rzeczywiście. Skłaniam się do tego, że naprawdę odbyłem tę „podróż”.
To „wrócę” może oznaczało także, że byłem rzeczywiście związany z chęcią życia, pamiętam, że ta chęć była nie kwestionowana, mimo wszystkich tragiczności i późniejszych załamań. Chęć życia postawiła mnie ponad grób, choć w łączności ze zmarłym. Pojęcie życia już na zawsze jednak obejmować miało dotyk grobu i myśl o zmarłych. I głębokie poczucie, żre świat ten nie jest dobry. Gdyby odwołać się do platonizmu – piękno świata jest tylko ułudą lub tragicznie zakwestionowaną możliwością. Nie mógł tego świata stworzyć Bóg dobry. Ale nie mógł go także ustanowić Aryman. Świat po prostu jest, istnieje. Sein zum Tode, Byt kroczy ku Śmierci.
Ta droga prosta, która na świat wodzi,
Na ten ubity gościniec wychodzi...
(Pieśń nabożna, anonimowa)
Jacek Trznadel
1Prawie wszystkie cytaty pochodzą z Biblii w tłumaczeniu ks. J. Wujka, nieliczne – z katolickich obrzędów kościelnych i pieśni.