
O POLSKIM „WIĘZIENIU MYŚLI”
(wokół książki Joanny Siedleckiej Obława )
Należę do generacji, która cały okres historii PRL-u, opisywany przez Joannę Siedlecką w książce Obława, przeżyła bezpośrednio i niejako osobiście. Nie jest to rękojmią posiadania obrazu prawdy, ale tak zwani świadkowie epoki patrzą na nią inaczej niż ci, dla których jest to odległa epoka historii, z którą nie mieli kontaktu. Dlatego w tych uwagach wokół książki Siedleckiej nie mogę pominąć opisu świadomości swojej, czy szerszej grupy osób, z którymi się w jakiejś mierze identyfikowałem.
Od pewnej chwili, miałem już uformowane przekonanie, że kultura literacka PRL-u jest poddana nieustannemu naciskowi totalitarnego komunizmu. Ten nacisk był oczywiście złożony i różnorodny. Najbardziej oczywiste i widoczne były represje przeciw słowu, jako nosicielowi prawdy. Zawsze wiedzieliśmy, że podstawowe prawdy społeczne i prawda o historii nie są dopuszczane do druku. Trwała nieuchwytna walka o wyrażanie ich w słowie drukowanym, jeśli nie wprost, to poprzez napomknienia, aluzje, metafory. Była to walka nierówna, gdyż cenzor miał w ręku swoją broń absolutną: skreślenie fragmentów lub zgoła niedopuszczanie do druku całych tekstów czy książek. Wygrane z cenzorem mogły być tylko okazjonalne i częściowe. Wolność słowa istniała jedynie w obiegu słowa mówionego i to w zamkniętych kręgach osób i przy zamkniętych drzwiach.
Tę wolność reprezentowały natomiast wydawnictwa emigracyjne i walka o wolność polegała także – w dosłownym właściwie sensie – na przemycaniu druków z krajów posiadających wolność słowa. Przypominam sobie, jak Jerzy Putrament, należący do głównych cenzorów ideowych, zatytułował jeden ze swoich artykułów, krytykujących nieprawomyślne teksty – „przemytnictwem ideologicznym”. Ale pamiętam też, że gdy w roku 1970 na granicy skonfiskowane mi różne przywożone z Zachodu książki, zwróciłem się o interwencję do Putramenta i zwrócono mi niektóre pozycje. Przytoczenie niektórych tytułów wzbudziłoby dzisiaj śmiech.
Mieliśmy oczywiście świadomość, że w tej akcji tępienia wolnego słowa przez władze komunistyczne – ingerencja w swobodę druku, to mimo wszystko stosunkowo lekki rodzaj szykan, choć jakże ciężki dla pisarzy – odbieranie sensu ich pracy i życia. Można powiedzieć niebacznie: pół biedy, jeśli dotyczyło to pisarza emigracyjnego, jak na przykład Józefa Mackiewicza, pisał przecież i drukował, co chciał. Ale nawet na słowa potępienia nie każdy i nie w każdym czasie „zasługiwał”. Był przecież także rodzaj zapisu w cenzurze, nakazujący w ogóle eliminowanie danego nazwiska z wszelkich publikacji („na nazwisko”). Czasem wyklinanie osiągało rangę najwyższą, gdy padało z trybuny najwyższej władzy. Tak potępił Mackiewicza Józef Cyrankiewicz czy Szpotańskiego Gomułka. W roku 1956 zezwolono Pawłowi Jasienicy napisać omówienie Drogi donikąd Mackiewicza. Ale była to raczej napaść niż omówienie. Nie miałoby to znaczenia w warunkach wolności druku, w sytuacji gdy jej nie było, taka napaść na niegdysiejszego kolegę budzi dziś zażenowanie. Na zwykły pamflet literacki nakładała się druga warstwa, o której sam tekst dzisiaj nic nie mówi. Nie da się zresztą tej krytyki porównać z wystąpieniami potępieńczych chórów, złożonych ze znanych pisarzy, wyklinających wybór Czesława Miłosza – „wybrania wolności”, połączony z zakazem druku jego utworów. Ponieważ moje poglądy z początku lat pięćdziesiątych źle mi się kojarzą, jaśniejszym akcentem, który pamiętam, było odcinanie się od tego potępienia – oczywiście w rozmowach prywatnych. Dlatego bez tego przynajmniej kompleksu mogłem spojrzeć w oczy panu Czesławowi, gdy poznałem go w roku 1967 w Paryżu. To, co pisali wtedy Iwaszkiewicz czy Gałczyński to już było o wiele więcej niż cenzura.
Życie pokazywało, że cenzura może łączyć się z osobistymi represjami. Wiedziałem o szykanach policyjnych wobec Melchiora Wańkowicza, po jego powrocie do kraju, o procesie i groźbie uwięzienia i przypominam sobie zebranie pisarzy z jego obecnością w Dziekance na Krakowskim lub obok, gdzie zgotowano mu gorącą owację. Przekazał tekst „listu 34” na Zachód. Po tym „liście 34”, w wyniku sterowanej przez partię gry opinii, powstał przeciw-list, którego do dziś wstydzą się niektórzy pisarze o znanych nazwiskach. Najśmieszniejsze dziś dla młodych ludzi jest to, że „list 34” nie zawierał żadnej krytyki ustroju, nie było o nim, w tych kilku zdaniach, najmniejszej wzmianki.
Dowiadywałem się trochę więcej o tych grach i szykanach od Jana Józefa Lipskiego, który był jednym z organizatorów „listu 34”. Nie wahał się w swoim postępowaniu, choć to ingerencja wysokich sfer partyjnych pozbawiła go niedawno redaktorskiej posady w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Mianowicie po wygłoszeniu odczytu o przedwojennej działalności Bolesława Piaseckiego i „Falangi”. Posadę uzyskał w IBL-u, ale w PIW-ie sam nie zrzekł się stałego miejsca w kawiarence-sklepie z książkami PIW-u, na dole budynku przy ulicy Foksal. Sama nazwa ulicy była symbolem działań cenzury: tuż przed wojną przemianowana na Pierackiego, po zamordowaniu ministra, po wojnie głosiła chwałę „Młodzieży Jugosłowiańskiej”, ale gdy Tito stał się krwiożerczym psem kapitalizmu, wróciła do dawnej nazwy. Ale i tej kawiarenki zakazano, wybudowano nową ściankę, zamurowującą symbolicznie to pomieszczenie i uniemożliwiającą już opozycyjne komeraże. Któż tam bowiem nie przychodził, obok Lipskiego i Słonimskiego! Ale sam Lipski, choć organizator tego listu, wtedy nie ucierpiał, jeśli nie pamiętać o domowej rewizji (trochę później), gdy skonfiskowano mu także ważne, leżące na szafie kartoteki. Oczywiście, jeśli pominąć późniejszy skandal z niemożnością zatwierdzenia jego pracy habilitacyjnej. Represje, represje. Podczas mojego przesłuchania w 1976 przez SB po podpisaniu „listu 59”, ubek szantażował mnie, że jeśli nie będę bardziej posłuszny, moja habilitacja nie będzie zatwierdzona.
Wiedzieliśmy więc i o groźniejszych od cenzury sprawach, o dokonujących się od czasu do czasu akcjach policyjnych przeciw pisarzom, o rewizjach i konfiskatach dokumentów, o wytaczanych procesach. Wańkowicz, Cat-Mackiewicz. Wiedzieliśmy, że skonfiskowano Jerzemu Kornackiemu kilkanaście tomów prowadzonego dziennika, doszła wieść, że został on przez SB zniszczony (rewelacją u Siedleckiej jest wiadomość, że nie tylko nie zniszczono dziennika, lecz jeszcze go skopiowano. Wiadomość o zniszczeniu miała więc szerzyć panikę!). Wynikała stąd dyrektywa: chronić książki istniejące tylko w rękopisie. To znaczy także: odpowiednio przechować. Młodzi ludzie mogą już dziś nie wiedzieć, że praktycznie nie istniała możliwość sporządzenia kserokopii. Placówki, gdzie to robiono powstały później, były nieliczne, pod ubecką kontrolą, należało wpisać się do księgi, podając nazwisko, datę i adres. Przepisywanie na maszynie było czasochłonne lub bardzo kosztowne. W tej sytuacji chroniło się ten jeden istniejący egzemplarz. Zachowały mi się z tamtego okresu różne mikrofilmy własnych tekstów. Podobnie chroniłem później kasety magnetofonowe z nagraniami wywiadów do Hańby domowej. Problemem licznych pisarzy było przekazanie swoich tekstów na Zachód, często do paryskiej „Kultury”. Mój maszynopis Hańby domowej przebył granicę w poczcie dyplomatycznej jednej z zachodnich ambasad. Z kolei maszynopis mojego Polskiego Hamleta, który ukazał się w Paryżu w roku 1988 w wydawnictwie „Libella” –przewiozłem sam, pozostawiając w odwodzie jego odpis.
Kiedy zgłosiłem się do odprawy bagażu na lotnisku, poproszono mnie, aby rozebrał się do naga i gdy byłem już w tym stroju, polecono mi przewrócić skarpetki na drugą stronę. Ale ta esbecka praca bywała, na szczęście, często niedoróbką. Maszynopis Polskiego Hamleta miałem przy sobie w najbardziej wystawionej na pokaz podręcznej torbie. Było dwu funkcjonariuszy, drugi z nich zastał mnie kontrolowanego już, bez ubrania, i sądząc, że torba została przejrzana przez kolegę, zaproponował mi koniec rewizji. Skwapliwie przeszedłem do poczekalni. Po dwu godzinach maszynopis książki był w Paryżu.
W tych czasach zadawaliśmy sobie jednak także pytania z podtekstem o wiele groźniejszym, podstawowego zagrożenia. Czy chory Jerzy Zawieyski, po wylewie, mógł wyskoczyć z IV piętra lecznicy na ulicy Emilii Plater? Książka Siedleckiej przypomina te pytania i okoliczności śmierci, ale sprawy nie wyjaśnia. Bez iluzji także odebraliśmy, kilka lat wcześniej, skok z wysokiego okna, gdy mieszkanie było przetrząsane przez UB, dziennikarza Henryka Hollanda (mówiło się, że zginął z powodu przekazania zagranicznemu dziennikarzowi tekstu tajnego referatu Chruszczowa?). Jego pogrzeb zmienił się na cmentarzu w antyrządową manifestację, a agenci z krzaków filmowali protestujących. Czy skoczył z dachu młody aktor Adam Pawlikowski, zeznający w sprawie Janusza Szpotańskiego? Niedługo po wojnie ubecja twierdziła, że wyskoczył z okien więzienia na Koszykowej w Warszawie bohater konspiracji „Anoda” Rodowicz. Nie wierzyliśmy. Nie pamiętam takich samobójczych skoków z historii wojennej konspiracji, chyba że były to próby ucieczki.
Książka Joanny Siedleckiej Obława. Losy pisarzy represjonowanych ukazuje działanie „komanda” specjalnego przeznaczenia, stworzonego w SB do inwigilacji i represji wobec pisarzy polskich w kraju pod rządami komunistów. Jak normalnie, ręce SB sięgały i na Zachód, ale tam szkody były bardziej ograniczone. Inwigilacja, o czym Siedlecka już nie wspomina, była zresztą częścią szerszej kampanii, mającej na celu nie tylko ustawienie „nieposłusznych”, lecz także zdławienie resztek możliwej opozycji, wywodzącej się z dwudziestolecia międzywojennego i konspiracji okupacyjnej.
Oczywiście represje były o wiele szersza, niż w stosunku do pojedynczych twórców, stosowano je do całej kultury. Usuwano książki z bibliotek, nie zezwalano na druk i przedruk pozycji nie tylko aktualnie wydawanych na Zachodzie, ale także z głębokiej tradycji literackiej. Zakaz (całkowity i częściowy) mógł obejmować pisarzy i pozycje, zaliczane do klasyki. Dotyczył wielu żyjących pisarzy z emigracji, ale nawet takich klasyków jak Stefan Żeromski. Wydanie jego dzieł nie mogło być pełne, gdyż np. jego esej Na plebanii w Wyszkowie, o groteskowej ucieczce komunistycznego rządu tymczasowego w 1920 roku, nie mógł być drukowany. Cenzura obejmowała jednak także cały system udostępniania i nauczania o zjawiskach kultury i literatury. System fałszywego i stronniczego ujmowania tych zjawisk rozpoczął się już sowiecką okupacją we Lwowie w roku 1940. Po wojnie kontrolę sprawowali często ci sami ludzie. Te ogólne zjawiska później opisywano, m.in. ja w Hańbie domowej , czy w Kolaborantach. Jednak książka Siedleckiej skupia się na indywidualnym systemie represji, skierowanym przeciw konkretnym pisarzom.
Znaczenie książki Siedleckiej polega nie tylko na tym, że u nas jest to pierwsze tego typu opracowanie, skupione wyłącznie na postaciach twórców literatury, wykorzystujące teczki IPN (dużo wcześniej, w Rosji po pierestrojce, powstało kilka książek opisujących tragedię pisarzy i ich rękopisów). Książka ukazuje także naocznie, choć tylko przykładowo, rozmiar inwigilacji i represji, jej formy i zakres. Trzynaście przykładów, trzynaście nazwisk to już jest pewna próbka, zwłaszcza że chodzi o postaci pisarzy znanych, jeśli nie pierwszoplanowych w literaturze okresu. Wymienię je w kolejności, jak występują w książce: Wojciech Bąk, Jerzy Braun, Stefan Łoś, Władysław Grabski, Helena Zakrzewska, Jerzy Szaniawski, Jerzy Kornacki, Jerzy Zawieyski, Melchior Wańkowicz, January Grzędziński, Paweł Jasienica, Ireneusz Iredyński, Jacek Bierezin.
Siedlecka ukazuje cząstkowe losy tych pisarzy w systemie represji PRL. Inwigilacja, zakaz druku, procesy, więzienie, zakład psychiatryczny (czyli – używając terminologii sowieckiej – „psychuszka”). Inwigilacja obejmowała całkowitą kontrolę korespondencji, rewizje, podsłuchy, telefoniczne i mieszkaniowe. System inwigilujących tajnych agentów ukazany został u Siedleckiej przez cytaty lub fotokopie dokumentów znajdujących się w teczkach IPN. I tutaj natykamy się na aberacyjny i represyjny w stosunku do prawdy historycznej system aktualnego ustawodawstwa. Poznajemy, często z zażenowaniem, tajne momenty osobistego życia pisarzy, ale nie poznajemy nazwisk donosicieli, czyli tajnych współpracowników SB. Poza jedynym przypadkiem: donosicielki na Pawła Jasienicę. Zofia O'Bretenny (Nena) czyli TW-Ewa była jego późniejszą żoną. Jednak nazwisko to zostało już wcześniej zdekonspirowane przez złożoną grę samej SB. Ale gdy poznałem żonę Jasienicy w 1982 w Paryżu, nie miałem pojęcia, że jest TW. Jeszcze w roku 1991 Wojciech Ziembiński zaprosił ją do komitetu budowy Pomnika Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. Szybko jednak zorientował się w jej związkach z SB i zażądał ustąpienia z tego stanowiska, co zrobiła. Wiem o tym, bo byłem w komitecie inicjatorów tego pomnika. Później, przed swoją śmiercią Wojtek Ziembiński ujawniał swoją obsesję otaczających nas wciąż ukrytych agentów: „Gdybyś tylko wiedział.” Może był informowany specjalnymi kanałami. Casus Jasienicy z żoną agentką zdaje się modelowym okazaniem możliwości SB. I tak się stało, że oboje leżą obok siebie w Alei Zasłużonych na Powązkach. Nie jest to jedyny przykład w socjalistycznym totalitaryzmie. Bertolt Brecht też miał podstawioną kobietę. Nie mówiąc o takich przypadkach w Rosji.
Ale jest to jedyne rozszyfrowane nazwisko agenta w tej książce. Byli także tacy pośród członków Związku Literatów. Pamiętam, jak inwigilujący mnie ubek machnął mi przed oczami swoją legitymacją Związku Literatów, ale nie dojrzałem nazwiska. Mieliśmy jednak uzasadnione podejrzenia co do pewnych osób. Przyjmujemy, że w życiu różne wątpliwości nigdy się nie rozwiążą. Ale ta obecna sytuacja jest zgoła niemoralna, gdy ze względów politycznych tuż obok, materialnie, istnieje konkretna a niedostępna lista prawdy. Co trochę natykamy się u Siedleckiej na takie osoby. Radbym na przykład dowiedzieć się prawdziwego nazwiska tego działającego bardzo długo profesora uniwersytetu wrocławskiego, o pseudonimie „Konrad”!
Powtarzam: nic nie usprawiedliwia zatajania dzisiaj nazwisk agentów i donosicieli. Tajnych Współpracowników SB. Dokumenty aż krzyczą wielkim głosem o pełniejszy obraz ludzkiego zła – o podanie nazwisk tajnych agentów. Za utajnieniem są ci, którzy reprezentują interesy dawnej SB lub układu okrągłostołowego. A wreszcie wychodzą z założeń i uzasadnień całkowicie fałszywych etycznie i historycznie. Klasycznym przykładem są tutaj faryzejskie wywody i działania arcybiskupa Józefa Życińskiego. To zresztą tak jakbyśmy wciąż utajniali nazwiska konfidentów Gestapo. Owszem, utajniano je nieraz po wojnie, gdy służyli nadal, tyle że komunistom. Nie ma powodu ochraniania tych ludzi, a krzyk ze strony lewicy i niektórych ludzi Kościoła o ludziach przymuszonych i złamanych, o biednych ofiarach-donosicielach jest i nieprawdą, i demagogią. Mogłoby się to stosować jedynie do ludzi przymuszanych i torturowanych tuż po wojnie. Michał Grocki (pseudonim) pisał w swojej broszurze Konfidenci są wśród nas, wydanej w 1995 roku: „Bardzo wiele mówiło się ostatnio o ludzkich dramatach, straszliwym przymusie, osobistych tragediach, próbach gry podejmowanych <dla ochrony wyższych wartości. Ile jest w tym prawdy? Niewiele. Najbardziej brutalnych form nacisku, łamania ludzi, było tak mało, że przy użyciu metod statystycznych w ogóle by ich nie wykryto. Zwłaszcza w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych” (s. 49).
Historyczna przeszłość zresztą nie uwrażliwia nas i niewiele uczy. Kto pamięta dzisiaj nazwisko tego konspiratora, który zadenuncjował Romualda Traugutta ujawniając, że ukrywa się w mieszkaniu na ulicy Smolnej-Dolnej, co zaprowadziło Dyktatora Powstania, wraz z czterema innymi, wprost na szubienicę. Artur Goldman nie był TW, był denuncjatorem. Byli też później wysoko postawieni w konspiracji denuncjatorzy jak Oskar Awejde. Podobnie nie bardzo znane są nazwiska z czasu ostatniej wojny, denuncjatorów komendanta Armii Krajowej, Grota Roweckiego, Ludwika Kalksteina i Blanki Kaczorowskiej, sprawę ich zamazywano po wojnie, byli zapewne także agentami wywiadu sowieckiego. Na procesie Kalksteina prokurator powiedział: „Są okoliczności łagodzące”.
Zbiór nazwisk pisarzy, ukazanych przez Siedlecką i dokumentowanych jej odkryciami w teczkach IPN, nie opiera się na jakiejś przemyślanej klasyfikacji, choć zawiera część spraw kiedyś krzyczących, i na pewno stanowi w całej rozciągłości dobry przegląd różnych metod stosowanych przez policję polityczną ustroju komunistycznego. Patrząc z dzisiejszej już perspektywy, widać, jak posłużyły tu wzorce totalitarne. Komuniści wstrzymali się jedynie od wiecowego palenia książek, jak to było w III Rzeszy Niemieckiej, choćby wobec Tomasza Manna. Chciano uniknąć złych analogii, metody były przede wszystkim sowieckie. Ten sam wynik osiągano przecież skazując ksiązki na przemiał i wyrabiając z klasyków papier toaletowy. Zbiór nazwisk analizowanych przez Siedlecką obejmuje część pisarzy będących w większej lub mniejszej opozycji wobec reżimu. Niektórzy z nich odeszli od wczesnych, tuż powojennych prób afirmacji systemu (Boguszewska i Kornacki). Myślę, że byłoby bardzo ciekawe, prześledzenie inwigilowania pisarzy i twórców, którzy od sztandarowego popierania reżimu przeszli do daleko idącej opozycji. Lub prowadzących miększą, ale dosyć złożoną grę z reżimem, jak długoletni prezes ZLP i wybitny pisarz Jarosław Iwaszkiewicz. Pokazałoby to, jak nie ufano nawet swoim względnym sojusznikom. Zresztą prawie każdy wybitniejszy i trochę bardziej niezależny pisarz miał, jak sądzę, swego ukrytego w cieniu TW.
Miały ich także, prawdopodobnie na zasadzie wewnętrznych wtyczek, także zespoły niezależnych grup wokół niektórych pism. Dałoby pewnie wiele przebadanie zespołów „Tygodnika Warszawskiego” Jerzego Brauna czy ludzi otaczających „Tygodnik Powszechny” zawieszony w roku 1953. Właśnie Jerzego Brauna wybrała Siedlecka jako przykład kryminalnej wręcz procedury sądowej, więzienia i tortur. Miał zresztą lepiej niż wielu innych przedwojennych wybitnych działaczy, których spotkała w więzieniu śmierć (przykład pułkownika Lipińskiego, Pużaka). To było rozprawianie się z jeszcze funkcjonującą po wojnie, tu i owdzie, resztką opozycji rodem z II RP. Braun był przecież jednym z delegatów Rządu Londyńskiego na kraj, wybitnym przedstawicielem harcerstwa, znanym już przed wojną działaczem i publicystą. Stracił w więzieniu zdrowie i jedno oko, a następnie został „wypchnięty” na Zachód, co stanowiło już bardzo wcześnie jeden z wyróżników działań prewencyjnych partii i policji bezpieczeństwa.
Z kolei przykład Wojciecha Bąka, świetnie zapowiadającego się przed wojną poety, laureata nagrody Polskiej Akademii Literatury. Po wojnie działał w Poznaniu. Gdy pokrętne metody zastraszania, inwigilacji i skrajnego utrudniania życia (wyrugować z mieszkania!) nie dały rezultatu, zastosowano metodę, o jakiej słyszało się dużo w stosunku do opozycji w Sowietach, a Siedlecka przypomina, że i u nas miała miejsce. Po prostu „psychuszka”. Wiedziałem, że zdjęli go niemal z trybuny zjazdu pisarzy w czerwcu 1950 roku w Warszawie dwaj anonimowi panowie, zmobilizowani pono przez Jerzego Putramenta. Był początek apogeum stalinizmu. Potem znaleźli się czerwoni lekarze, którzy pisali ekspertyzy o nienormalności Bąka, w wyniku czego znalazł się w Kościanie podlegając ówczesnym, zapewne morderczym lekom i elektro-wstrząsom. Jednym z tych lekarzy był Jan Barańczak, ojciec poety Stanisława, co świadczy o obłędzie i zawirowaniach w kręgach społecznych, które powinny być „lepsze”. Diagnoza o „skłonnościach paranoidalnych”, była analogią do słynnego po wojnie w Sowietach terminu „schizofrenia bezobjawowa”. Przeszło przez jej „leczenie” wielu znanych nam rosyjskich twórców. W wypadku niemłodego już Bąka był to nie tylko wyrok na jego twórczość, dawną i tę, którą mógłby jeszcze stworzyć. Lata szamotaniny podkopały jego zdrowie. Prześladowania były – nie tylko w stosunku do niego – przedłużonym wykonywaniem wyroku śmierci.
Podobnie wieloletnie prześladowania skróciły życie Januarego Grzędzińskiego, autora książek podróżniczych, brata żony Andrzeja Struga, Nelly Strugowej. Sprawa Grzędzińskiego mówi o tych pisarzach, którzy nie reprezentowali jakiejś szerszej politycznej opozycji. Wychodząc ze swoich założeń ideowych i moralnych, nie chcieli się tylko przystosować do kłamstwa i wszechogarniającego oportunizmu. Pamiętać jednak trzeba, że Grzędziński był w przedwojennym kręgu elit politycznych i pisarskich, a przez Nelly Strugową także w kręgu Marszałka Piłsudskiego. Tępienie niepodległościowych elit cały czas było wskazane. W stosunku do wszystkich tych pisarzy haniebną rolę odegrali też członkowie prezydiów lokalnych i prezydium zarządu głównego Związku Literatów. Prosiłoby się to o wiele dokładniejszą analizę. W każdym razie ponury cień kładzie się tu nawet i na te osoby, które dziś funkcjonują w dobrej tradycji literackiej, tak że mniej pamięta się o ich oportunizmie, posuniętym do granic hańbiących. Zasługi pisarskie niektórych nie zdejmują tego piętna, pokazując sprzeczności ich życia. Iwaszkiewicz też nie wykpi się pamięcią o zabawnej butadzie, jaką zastosował wobec samego Breżniewa, gdy powiedział mu na Kremlu, że towarzysz Breżniew ma tylko dwa złote medale, a on, Iwaszkiewicz, aż trzy. Jednak granice tej niezależności różnie były wytyczane. Jako prezes zarządu głównego ZLP Iwaszkiewicz grał i kluczył, ale nigdy nie zaprotestował ostro przeciw łamaniu zasad przyzwoitości i szykanom politycznym własnego zarządu, starał się tylko nie brać w tym udziału formalnie. Te historie w jakimś sensie znaliśmy wszyscy, a Siedlecka nie potrzebowała dla ich odtworzenia sięgać do zasobów IPN, wystarczyło archiwum ZLP. Zawiera dokumenty dotyczące skreślenia z listy członków ZLP Wojciecha Bąka, Januarego Grzędzińskiego, Jana Grabskiego. Nie dość, że były to posunięcia uzasadnione tylko presją polityczną, to na domiar pozbawiały tych pisarzy wątłego oparcia w organizacji związkowej. Był to zapewne jeden z zasadniczych powodów, dla których w roku 1950 Związek Zawodowy Literatów Polskich zmienił nazwę, istniejącą od czasów Żeromskiego. Wyrzucono po prostu przymiotnik „zawodowy”. Na to miejsce wchodziło domyślnie słowo „ideowy” lub socjalistyczny, choć z tego dyplomatycznie zrezygnowano.
Ważna książka Siedleckiej ukazuje jednak tylko fragment prześladowania kultury i literatury w Polsce przez komunistyczny system totalitarny. Nie dlatego zresztą, że jej niektóre analizy i tajne materiały dotyczą pisarzy, że tak powiem, drugiego szeregu, bądź w pewnym sensie marginesowych, i nie odgrywających wielkiej roli w grze o kulturę. Szkoda trochę, że nie zanalizowała osobno niektórych spraw, szczególnie silnie absorbujących uwagę reżimu, pomimo peryferyjności literackiego zjawiska. Tak było niewątpliwie ze sprawa Janusza Szpotańskiego, autora słynnej kiedyś, choć na doraźny efekt pisanej satyrycznej „opery” politycznej Cisi i gęgacze. Rzecz była błaha, ale inteligentna i kąśliwa. Zapoznawałem się z jej fragmentami, gdy umówiony przez Janka Lipskiego Szpotański przychodził do Pałacu Staszica i tam, na przykład na obszernym podeście bocznych schodów, prowadzących do biblioteki, recytował fragmenty swojego utworu. Bezpieczeństwo takich popisów zależy zawsze od tego, czy w gronie „publiczności” nie znajdzie się jedna osoba kolaborująca z reżimem. Osip Mandelsztam podpadł po lekturze swego wiersza o Stalinie, za co zresztą zapłacił życiem, gdy w gronie kilku tylko zaufanych, znalazł się zdrajca. Recytacje Szpotańskiego na pewnym przyjęciu zostały potem zadenuncjowane – opieram się tylko na pogłoskach z tamtego okresu, których nie sprawdzałem – przez Artura Sandauera i aktora Adama Pawlikowskiego, odtwórcy jednej z głównych ról w Popiele i diamencie Andrzeja Wajdy. Jak mówiono, podczas przesłuchania nie zaprzeczyli oni, że Szpotański recytował swój utwór. Gdy pono mówiono Sandauerowi, że mógł przecież powiedzieć: „Byłem pijany, nic nie pamiętam”, miał odpowiedzieć: „Ależ wszyscy wiedzą, że ja nie piję”. – Pełen złudzeń co do postaw ludzkich, spotkałem się w pierwszej połowie 1968 roku w Paryżu z Arturem Sandauerem. Powiedziałem mu, że otaczającą go złą atmosferę moralną mógłby trochę zmienić – publikując swoje teksty u Giedroycia, w paryskiej „Kulturze”. Siedzieliśmy po dwu stronach stołu w jego pokoju hotelowym. Sandauer podniósł się i pokazał na rozłożone na stole kartki korektowego wydruku swojej książki: – „Ale – powiedział – w takim razie to by się już nie ukazało”. W kraju, oczywiście.
Jasno wynika z książki Siedleckiej, że tajni tropiciele niezależności pisarskiej delektowali się badaniem i wyciąganiem w raportach różnych nietypowych aspektów życia osobistego osób, które prześladowali. Miało to tworzyć w niektórych przypadkach dodatkowe „haki” na śledzonych i prześladowanych pisarzy. Ale homoseksualizm Stefana Łosia, Jerzego Zawieyskiego, obsesyjny erotyzm Kornackiego, ekscesy erotyczne u innych – to jakby fascynuje Siedlecką niezależnie od podstawowego wywodu. Nie pierwsza to zresztą jej książka, gdzie to widać. Więc chwilami dzieje się tak, że jakby zgodnie z wolą tajnych donosów, te „haki” rzutują rzeczywiście na opisywane sylwetki pisarzy. Ukazywanie prześladowania politycznego obok wybujałego erotyzmu. Czy potrzebnie?
Zachodzi pytanie, jak moglibyśmy wybierać teczki, gdyby oprzeć się na nazwiskach ważnych i „wiodących”, jeśli chodzi o atmosferę i rozgrywki ideowe wokół pisarzy polskich? Jakie teczki wydają się mieć tu preferencję? Teczki niektórych apologetów, a potem dysydentów wobec ideologii: Jerzego Andrzejewskiego, Jana Kotta, Adama Ważyka, Juliana Stryjkowskiego, Antoniego Słonimskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, żeby tylko ich wymienić. Dorzućmy teczkę Czesława Miłosza, który zupełnie zszedł z pola widzenia pod tym względem. Uprawiał przecież także obfitą korespondencję z racji swoich stanowisk w dyplomacji z Ministerstwem Spraw Zagranicznych w latach 1945-1950. Ciekawe materiały znalazłyby się zapewne w roku 1950, gdy wahano się z pozwoleniem na jego wyjazd z Polski. Na pewno ważne byłyby teczki wszystkich pisarzy, prócz już wymienionych, którzy znaleźli się w polu zainteresowania Miłosza w jego Umyśle zniewolonym, stanowiącym także literacki donos obyczajowy na kolegów: Andrzejewski, Gałczyński, Putrament, Borowski. Uwikłania tego ostatniego, które doprowadziły do jego samobójczej śmierci przez otwarcie gazu, były może nie tylko skazą obozową (jak u niektórych innych: np. Primo Lévy czy Piotr Rawicz). Tego ostatniego znałem w Paryżu lat 80-tych. Nic nie zdawało się zapowiadać tragedii tego szczuplutkiego blondyna, współpracujące stale z dziennikiem „Le Monde”. A przeszedł straszne rzeczy, skazany na pewną śmierć i zatrudniony w Auschwitz w komandzie, wyrywającym trupom złote zęby. Opowiadano mi, że gdy przez kilka dni nie odpowiadał na telefony przyjaciół, jeden z nich poszedł do niego, na schodach zastał policję: „Monsieur, n'entrez pas, c'est pas beau a regarder”. Istotnie, Rawicz kupił kilka dni wcześniej dubeltówkę i włożył sobie lufę w usta.
Wrócę do Borowskiego. Pamiętam, jeszcze z liceum, wstrząs, jakie doznałem czytając jego nowele obozowe ze Spotkania z Marią. Jego nihilizm zaczął przekształcać się kilka lat później w marksizm i apologię ZSSR jako jedynych źródeł ratunku cywilizacji. Wrócił do Polski, pisywał przed śmiercią takie felietony w warszawskiej „Nowej Kulturze”, jakich nie odrzuciłaby moskiewska „Prawda”. Był też na placówce w NRD. Na realiach tej, mówiąc z niemiecka, DDR, oparł swoją nowelę Muzyka w Herzenburgu. Opisani tam jeńcy niemieccy w sowieckim łagrze obawiają się, że z pryszniców z sykiem popłynie gaz. Ale w noweli Borowskiego s łaźni płynie ożywczy strumień ciepłej wody! W rzeczywistości zagłada tych jeńców, choć w inny sposób, szła w miliony. Tyle literatura Borowskiego. Dobrze jednak byłoby wiedzieć, dlaczego ukrywano śmierć samobójczą Borowskiego przez kilka lat? Czy zaważył na niej przede wszystkim kompleks Auschwitz, czy perypetie miłosne (dzień wcześniej zresztą żona urodziła mu dziecko), czy może także – o czym przebąkiwano – jakieś uplątanie w struktury wywiadowcze w Berlinie? Warto szukać prawdy. Co do ukrywania, pamiętam, jak w pierwszych dniach lipca 1951, gdy rozeszła się wieść o Borowskim, przyszedł do IBL na Śniadeckich Andrzej Wasilewski i opowiedział nam historyjkę z czajnikiem, z którego gotująca woda zalała gaz, a śmiertelnie znużony pracą Borowski spał (jego nową ksiązką miała być powieść o Feliksie Dzierżyńskim, miał jechać do Moskwy). O tym, że uszczelnił drzwi i okna, nie mówiono.
Wymieniając pisarzy, których teczki powinno się zbadać, ułożyłbym tu oczywiście cały długi spis. Bo była i emigracja. Nie hrabiowskie pochodzenie, jak chce Siedlecka, nastrajało odwetowo UB do Stefana Łosia, lecz niewątpliwie jego przeszłość harcerska i napisana tuż przed wojną powieść Strażnica, „kultowa” lektura dla chłopców. Jej treścią, dziejącą się w latach trzydziestych, nie jest obrona przed dywersją na odcinku granicy z Sowietami przez – jak chce Siedlecka – powołany w latach dwudziestych przez gen. Sikorskiego KOP (Korpus Ochrony Pogranicza), lecz harcerska drużyna, która przypadkowo dywersję zauważyła. To przeczucie późniejszy działań harcerzy przeciw sowieckim władzom i akcji Szarych Szeregów w okupowanej przez Niemców Polsce. Wydanie w III RP Strażnicy w wydawnictwie Morex, nie było wydaniem podziemnym. Sam je przygotowałem i poprzedziłem wstępem w roku 1995.
Opisując atmosferę Wrocławia, gdzie mieszkał po wojnie i gdzie umarł Łoś, niezbyt długo po wypuszczeniu go z więzienia UB, popełnia Siedlecka różne drobne błędy. Warto je zasygnalizować. Mieszkałem wtedy we Wrocławiu i chodziłem czasem na wieczory autorskie wrocławskiego ZZLP, gdzie Łoś był prezesem. Odtwarzanie atmosfery epoki poprzez teczki, relacje osób z drugiej ręki, na domiar przez kogoś, kto jak Siedlecka, ze względu na wiek, nie należy do pokolenia ogarniającego całość atmosfery tamtego okresu – nie jest łatwe. Pewne uchybienia wcale nie umniejszają wagi tej ksiązki. Powinno się jednak o nich wspominać, by można je było ewentualnie usunąć w następnym wydaniu. Wspomnę przykładowo niektóre. Najpierw drobiazg: profesor Tadeusz Mikulski nie mieszkał we Wrocławiu na Karłowicach (Siedlecka opisuje „osiedla profesorskie”), lecz na Oporowie, jeździłem tam do niego, jego sublokatorem był przez pewien czas poeta Tymoteusz Karpowicz. Zaś wrocławskie „niebieskie tramwaje” nie pomknęły dopiero na otwarcie Wystawy Ziem Odzyskanych w 1948 roku (gdy jednocześnie odbywał się kongres pisarzy świata organizowany przez Borejszę), gdyż jeździły już od 1945 roku, wydłużając wciąż swoje linie. Anna Kowalska, redaktor „Zeszytów Wrocławskich”, mieszkająca na ul. Lindego, gdzie przyjeżdżała do niej Maria Dąbrowska, nie miała uniwersyteckiej pensji, lecz tylko rentę po zmarłym mężu, Jerzym Kowalskim. profesorze wrocławskiego uniwersytetu, a przedtem uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Od 1948 roku bywałem gościem u Anny Kowalskiej w jej mieszkaniu na ul. Lindego na Karłowicach, gdyż przepisywałem na maszynie jej rękopisy, a także Jerzego Kowalskiego (wtedy u Kowalskiej w 1948 roku poznałem Czesława Hernasa). Dobrze ją wspominam, gdyż zapytana przeze mnie, co czytać, nie wymieniła mi Majakowskiego czy powieści socrealizmu, lecz Rainera Marię Rilke, co za jej poradą uczyniłem. Zresztą, atmosfera była jeszcze daleka od socjalistycznej wyznawczości. Kowalską poznałem przez Kulczyńskich, których willa była tuż obok. Prof. Stanisław Kulczyński, przedwojenny rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie zasłynął przed wojną swoim sprzeciwem wobec getta ławkowego, a w czasie wojny był działaczem niepodległościowym. Jego żonę Marię, wywieźli Sowieci na roboty. Chodziłem do tej samej klasy w liceum, co ich syn Jasio Kulczyński, dziś profesor. Jasio wzbudził mój podziw zgryźliwą uwagą wobec podchorążego, który miał nas wychowywać ideologicznie w szkole: „Niech pan opowie, panie podchorąży, o torturowaniu polskich patriotów, przez NKWD, w piwnicach więziennych we Lwowie”. Podchorąży zbladł, wyszedł z klasy i nigdy do niej nie wrócił. Jasiowi to uszło ze względu na osobę ojca, który, istotny dla nowych władz, próbował ratować jakieś wartości demokracji.
Wrocław był w tym czasie miejscem pobytu wielu ważnych i wtedy, i potem, postaci kultury. Chodziłem później na wykłady Jana Kotta, z literatury angielskiej i francuskiej, także polskiej, który, choć reprezentant wtedy „nowe”, zachowywał jednak jakiś rozsądek. O Żółkiewskim wyrażał się dość lekceważąco. Nie dlatego wyjeżdżał z Wrocławia, że był „znanym cudzołożnikiem” (Siedlecka). Swoim romansem popadł po prostu w trudny do zatuszowania konflikt z partią. Nie o „cudzołóstwo” chodziło, lecz o względy ideowe. Jego „liścik miłosny” pokazano nieopatrznie łapsom z zarządu uczelnianego ZAMP. A partia oficjalnie propagowała purytanizm. Znałem dobrze tę drugą osobę. Mogło Kottowi ujść zdanie z jego wykładu, które dobrze zapamiętałem, że „miłość socjalistyczna to zetempowiec z zetempówką na sianie” (ile tu zresztą ironii!), ale naruszania zasad partii to już co innego.
Bo tutaj trzeba dopisać koniecznie uwagę o obyczajowości, rzutującą na opisywane przez Siedlecką sprawy. Otóż tak zwana „partia” przymykała oczy na wybryki czy nietypowe orientacje seksualne swoich luminarzy (bo już mniej ludzi z poza tego kręgu). Przyjaźniłem się wtedy we Wrocławiu z Tadzikiem Steciem (opisanym szeroko w książkach Piecucha), który był homo (to mi nie przeszkadzało) i opowiadał mi, ile osób, i kto w rządzie, jest takiej orientacji. Przyjaźnił się między innymi z późniejszym premierem Jaroszewiczem, ale miał „spotkania” z ludźmi, których nazwiska są w literaturze. Jeśli tylko potrafiono uniknąć upublicznienia sprawy – nic to nie znaczyło! Stecia spotkała zresztą w latach 90 równie okrutna, niewyjaśniona śmierć, jak Jaroszewicza. Sprawy obyczajowe, agenturalne?
Gdy Siedlecka przypomina o cenzurze i zakazach wydawniczych, jakimi objęto przedwojenną literaturę dla dzieci i młodzieży, nie mogę nie wspomnieć o innej, tuż przedwojennej, także kultowej książce. Chodzi mi o dylogię Juliana Ginsberta, wydaną w latach trzydziestych, Idzich szuka ojca oraz Zdzich szuka matki. Ksiązka ważna, gdyż ukazywała dzieciom i młodzieży problem tych Polaków, którzy dopiero po traktacie ryskim, często potajemnie wydostawali się z Rosji Sowieckiej. No i skrawki życia w Sowietach! Tak właśnie jest z bohaterem ksiązki Zdzichem, najpierw polskim bezprizornym, po uwięzieniu rodziców, a potem – po potajemnej ucieczce do Polski – poszukującym swych rodziców w Rosji, co autor opowiada sensacyjnie, pokazując jednak ważne tło historyczne. Zdzich odzyskuje ojca z białomorskiego gułagu na Sołówkach, a matkę – z ludzką także pomocą – wydobywa gdzieś, z nad morza Czarnego. Książka prawdziwie mówiąca o Związku Sowieckim. Wydałem ją także w latach dziewięćdziesiątych. Ale dzieje tej książki zawierają jeszcze jedną istotną wiadomość, związaną z represjami wobec pisarzy i biografią historyczną autora. Julian Ginsbert, oficer więziony w Kozielsku, ocalił się cudownie i znalazł się w Griazowcu. Jak można przeczytać w dokumentach obozowych. był krnąbrny i nieprawomyślny, działał konspiracyjnie. Ocalił go w końcu pakt Sikorski-Majski. Znalazł się na Zachodzie, pływał, jako były marynarz, w konwojach. Jak jednak mógł ocaleć autor takiej antysowieckiej ksiązki? Otóż Ginsbert wydał ją pod używanym przez siebie pseudonimem Jim Poker. Zbawienna luka w materiałach śledczych z Kozielska!
Siedlecka podaje różne formy gnębienie Jerzego Szaniawskiego w miejscu jego zamieszkania w Zegrzynku nad Narwią, gdzie miał dworek, później spalony; teraz podobno istnieje projekt jego odbudowy. Nie pokazuje jednak dostatecznie wyraźnie, że był to pisarzy antyreżimowy, choć nie akcentujący tego poza symbolami swoich utworów. Pamiętam jednak, jak odebrałem jego Dwa teatry , grane niedługo po wojnie we Wrocławiu. Bohater Dwu teatrów przyszedł z lasu, jest patriotą, może byłym akowcem. Tłumaczy to wiele ze stosunku władz do Szaniawskiego. I – czego Siedlecka nie pisze – był jedynym, żyjącym i przebywającym w kraju Akademikiem przedwojennej Polskiej Akademii Literatury. Tego burżuazyjnego przeżytku. Ogólnie brak mi wyraźniejszego powiązania u Siedleckiej historii inwigilowanych pisarzy z ich twórczością, „podpadającą” partii i reżimowi.
Książka Siedleckiej mówi o prześladowaniach pisarzy w ramach policyjnych akcji totalitarnego zniewalania społeczeństwa. Oszołomieni rozpiętością kontroli policyjnej i inwigilacji, skłonni bylibyśmy w pierwszej chwili złożyć na karb tego systemu zbyt chyba wiele załamań i klęsk pisarskich. Pamiętam, jak w czasie mego drugiego pobytu w Paryżu przyszła do mnie pani Obadia, dyrektor polskiej sekcji we francuskiej Bibliotece Narodowej, by mnie ostrzec, że moi studenci na mnie donoszą. Nie pytałem, skąd jej wiedza, sam zresztą miałem się za mało ważną osobę dla hyclów. Uwierzyłem jednak w to, ale pamiętam, że ta wiedza nie wpłynęła zgoła na moje życie i treść wykładów.
Ostatnią z ukazanych przez Siedlecką policyjnych sylwetek twórców jest Jacek Bierezin. Daje się odczuć w książce sugestię, że i koleje jego życia (pobyt na emigracji, może i samobójcza śmierć w paryski poranek pod kołami rozpędzonej ciężarówki) to rzecz, uwarunkowana systemem, z którym walczył, prowadząc życie „nieregularne”, jak jego łódzkie, podziemne pismo „Puls”. Jak pisze do „Wprost” żona Jacka Bierezina, pisarz „nie został zmuszony” do emigracji. Nie działo się z nim zgoła inaczej niż z niektórymi innymi przedstawicielami jego pokolenia. Ewa Sułkowska Bierezin wskazuje także na różne nieścisłości biograficzne. Bierezin został doceniony w kraju przez grono osób z literackiej opozycji. Pamiętam, jak jury jednej z Warszawskich Jesieni (w jego składzie był Zbigniew Herbert, Marian Grześczak, Janusz Maciejewski i ja), wyłowiło w toku uczciwej selekcji konkursu na jeden wiersz, piękny wiersz, koperta z nazwiskiem, pozostawała nieotwarta, odkładaną po każdej rundzie przesiewu. Gdy wreszcie ustaliliśmy, że to jest „ten jedyny wiersz”, ujrzeliśmy po otwarciu koperty z hasłem kartkę z nazwiskiem Jacka Bierezina. Nie mam pod ręką tego wiersza o walce z przemocą, pięknie symbolicznego, kończącego się wizją, tym bardziej dziś przejmującą: „Aż buchnie światło z otwartych żył”. Bierezin był źle politycznie widziany, ale mimo trudności doprowadziliśmy do odczytania jego wiersza w sali obrad ZLP, na Krakowskim Przedmieściu. Później spotykałem Jacka w latach dziewięćdziesiątych w Paryżu, na jakichś spotkaniach autorskich, zawsze w dobrej formie, co zapewne było tylko jedną stroną jego życia.
Tytuł ksiązki Siedleckiej o tym polskim „więzieniu myśli” twórców nie wydaje mi się oczywisty, choć wiem, jak trudno jest z tytułami. Pochodzi z piosenki Jacka Kaczmarskiego ze słowami, „obława, na młode wilki obława” i przede wszystkim sugeruje coś jednorazowego.
Jeśli chodzi o wartość dokumentalną, Siedlecka ma zwyczaj podawania czyichś relacji własnym językiem, nie wyróżnionych dokładnie w tekście. Dobrze byłoby, aby przynajmniej rzeczy najważniejsze były ujęte i przytoczone na zasadzie ujęcia w cudzysłowy. Niezależnie od autoryzacji.
Moje wypowiadane tu czasem uwagi krytyczne na marginesie książki Siedleckiej mają na celu raczej ukazanie niezmiernych trudności tematu, plątaniny spraw i problemów, z jakimi musiała się zmierzyć autorka. Nie obniża to wysokiej wartości tej nowatorskiej ksiązki, ukazującej po raz pierwszy udokumentowany zapis policyjnej inwigilacji twórców w PRL. Widzimy, jak funkcjonował cały system tajnych współpracowników i tych, którzy nimi kierowali. Jest to więc także książka o tym, jak łatwo ustrój wykolejał, przynajmniej niektórych ludzi (SB umiała wykorzystywać słabości charakteru, dlatego interesowały ją także drobne sprawy życia prywatnego). Funkcjonariusze Zła, zdrajcy i – prześladowani. Jak już napisałem wyżej, prześladowano nie tylko konkretne osoby. Prześladowana była cała polska kultura. Dlatego nie mogę się zgodzić na pseudonimy tych prześladowców!
Obława to niewątpliwie ksiązka przełomowa, czekamy na kontynuację, na nowe, może rozszerzone, wydanie.
Jacek Trznadel