CZARNA
KSIĘGA UKRAIŃSKIEGO LUDOBÓJSTWA1
(zagłada Polaków na Wołyniu)
Kilka cytatów:
Znaleziono niemowlę z rozdeptaną główką, rączkami i nóżkami wyrwanymi i rozczapierzonymi, z przypiętym napisem „polski orzeł” (s.123)
Schwytanemu upowcy wydłubali oczy, obcięli język, ręce i nogi, a korpusem podparli drzwi (s. 136)
Dzieci były przywiązywane za rączki do drzewa i rozrywane (s. 183)
Siedmioletnią córeczkę porwali i nasadzili na pal (na oczach matki (s. 249)
Rozcięto jej brzuch w taki sposób, że widać było nienarodzone dziecko (s. 283)
Dzieci przybite do ziemi kołkami przez brzuch (s. 305)
Antoni Rudnicki cięty po kawałku piłą od stóp do głowy (s. 315)
Nauczyciela złapanego w lesie upowcy zamordowali przez wycięcie pępka i wyciągnięcie jelita, którym okręcono drzewo (s. 322)
Ojca i syna przybili gwoździami do podłogi (s. 335)
Paroletni synek został przybity do stołu za język. (s. 351)
Znaleziono jego zwłoki bez nóg i rąk, miał wyrwany język i wypalone oczy. (s. 367)
Ukraińcy obnosili po wsi zwłoki dzieci nabite na widły (s. 411)
Rozerwali końmi Felka Pawłowskiego (s. 432)
Genowefa, lat ok. 20, z której zdzierano skórę i solono. (s. 737)
Rozcięto mu klatkę piersiową i wyjęto pulsujące serce (s. 764)
Ukrainiec zakopał żywcem 3 dzieci (s. 942)
Mężczyznom poza obcinaniem kończyn i genitalii nacinano skórę u nasady szyi i zdzierano ją do pasa (s. 1158)
Ukraińcy przywiązywali do drzew i oblewali zimną wodą aż warstwa lodu pokryła ofiary (s. 1220)
1 Wygłoszone 11 listopada 2003 w sali im. Porczyńskich w Warszawie jako laudacja książki, która otrzymała I nagrodę im. Józefa Mackiewicza: Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945. Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 2000. T I, II, s.1433, 7 nlb.
Tekst laudacji został przedrukowany w kombatanckim piśmie wewnętrznego obiegu „Barykada Powiśla” Nr 31 (listopad 2002-styczeń 2003).
Monografia
Ewy i Władysława Siemaszków, która zdobyła I tegoroczną nagrodę im. Józefa
Mackiewicza i Złoty Medal, odsłania ciemną i zatartą kartę naszej historii.
Ludobójstwo niemieckie istniało w naszej pamięci społecznej od początku,
ludobójstwo sowieckie zdążyło już trwale w tej pamięci zaistnieć, wiedza
o ludobójstwie dokonanym w czasie ostatniej wojny na Wołyniu przez nacjonalistów
ukraińskich dopiero ma taką szansę. „Ludobójstwo” to jest
to odpowiednie słowo, które zresztą, jak wyjaśnili w ostatnich wywiadach
autorzy
książki – spotykało się z protestem ludzi od „poprawności politycznej”
na dość wysokich szczeblach. Ukazuje te sprawy Książka Siemaszków, którą
znawca problemów ziem wschodnich RP i autor wstępu, prof. Ryszard Szawłowski,
uznał za „dzieło definitywne” (nawiasem mówiąc, prawie półtora tysiąca
stron dużego formatu i małego druku). Stanowi wielkie otwarcie pamięci,
fałszowanej
przez część historiografii, zwłaszcza – poza wyjątkami – ukraińskiej.
Książka jest nie tylko dokumentem
potwierdzającym popełnione zbrodnie, ale także zarysem monograficznym problemu.
Dość powiedzieć, że właściwie całą wiedzę potrzebną do znajomości tego fragmentu
historii czerpię z tej książki.
W
latach 1939-1945, ale przede wszystkim w roku 1943, nacjonaliści ukraińscy
dokonali na Wołyniu – w zasadzie w jego granicach Rzeczpospolitej
Polskiej z międzywojennego dwudziestolecia – całkowitego unicestwienia
ludności polskiej. Zginęło, według ostrożnych szacunków. 50-60 tysięcy osób,
z około 300.000 osób w roku 1942. Była to więc – jedna piąta całej
polskiej ludności (po deportacjach sowieckich z roku 1940), a stanowiła
ona przed drugą wojną niewiele mniej niż 20% ogółu. Reszta uciekła, to znaczy
została wypędzona. W książce mamy więc jakby ostatnie spojrzenie na trwającą
setki lat historię tego obszaru Rzeczpospolitej. Do rzezi Polaków Ukraińcy
przystąpili po wymordowaniu (pod niemieckim kierownictwem) ponad 100 tysięcy
wołyńskich Żydów.
Na tle ludobójstwa
hitlerowskiego i sowieckiego ludobójstwo ukraińskie wyróżnia się swoistymi
cechami: niszczeniem całej ludności polskiej tego obszaru (jest więc porównywalne
tylko z Endlösung ludności żydowskiej) i nie istniejącym nigdzie
indziej w doświadczeniach europejskich okrucieństwem, przechodzącym granice
wyobraźni. Ginęły całe wsie polskie mordowane przez Ukraińców ze wsi sąsiednich,
przewodzonych przez ukraińskie bojówki UPA. Działały zresztą różne przywództwa
i ugrupowania (tzw. banderowcy, bulbowcy i melnikowcy), ale w tym samym
celu. Ginęli też nieraz Ukraińcy nie chcący się przyłączyć do akcji. Popi
prawosławni poświęcali broń zagłady (broń palną, noże, siekiery, kosy i
inne), odbywając uroczyste procesje, mordowano nielicznych duchownych, którzy
tego czynić nie chcieli. W przeciwieństwie do masowych seryjnych metod uśmiercania
przez Niemców i Rosjan – Ukraińcy mordowali niejako indywidualnie,
od niemowląt do starców, każdego „odręcznie”, a stąd jeszcze
straszniej. Książka należy do najokrutniejszych przykładów w historycznej
literaturze światowej w sensie psychopatycznych zdolności jakiejś grupy
etnicznej do wymyślnego znęcania się i torturowania, świadectwo dla socjologa
patologii społecznych, ukazując jeszcze jedno oblicze XX-wiecznego faszyzmu.
O tym wszystkim właśnie dowiadujemy się z książki, ukazującej sytuację ogólną
i straszne szczegóły, które cytowałem na wstępie (a przecież cytowałem tylko
wybrane przykłady indywidualnych sposobów znęcania się przy zabijaniu).
Zebranie przez autorów monografii
ogromnej ilości relacji unaocznia nam prawie ten mord, spełniając zarazem
wymóg dokumentacyjny. Relacje (ponad półtora tysiąca) są także świadectwem
językowym, języka kresowego, który praktycznie już nie istnieje, stąd zalety
warstwy literackiej tomu. Zdołano odtworzyć kilkanaście tysięcy nazwisk
ofiar i prawie pięćset zapamiętanych nazwisk ukraińskich katów. A przecież
udało się objąć dokumentacją jedynie połowę terenu i miejscowości, gdzie
dokonywano czystek. Reszta zaginęła wraz ze świadkami, którzy stali się
ofiarami, zatrzymała się na sicie niepamięci prawie już 60-ciu lat.
Podobna czystka etniczna (bo tak można
ją również dzisiaj nazywać, określeniem wtedy nie istniejącym) nie zaszła
ani na terenach o większości etnicznej białoruskiej, ani na Wileńszczyźnie.
Przypominają się wielkie historyczne mordy utrwalane przez polską literaturę:
rzeź w Humaniu w drugiej połowie XVIII wieku czy rabacja galicyjska roku
1846 (ta ostatnia katastrofa, sytuowana geograficznie dużo bardziej na
zachód, pociągnęła za sobą około tysiąca ofiar z polskich dworów). Wydarzenia
te
oddziaływały swą straszną i mroczną atmosferą na wyobraźnię wielkich polskich
pisarzy. Obrazy rzezi ukraińskiej spotykamy w Śnie srebrnym Salomei
Słowackiego, zaś rabacja galicyjska powraca na kartach Wesela
Wyspiańskiego słynnym zdaniem:
Mego dziadka piłą rżnęli
Myśmy wszystko zapomnieli...
A przecież rozmiar i zasięg współczesnego
ludobójstwa na Wołyniu jest nieporównywalny z tamtymi historycznymi wydarzeniami.
Oczywiście, to zdanie Wyspiańskiego nawet w zmienionej, i to jak bardzo,
sytuacji historycznej, na tle tak strasznego ilościowo ludobójstwa, to zdanie
mogłoby jednak powtórzyć dzisiaj wielu cudownie ocalałych i wciąż jeszcze
żyjących Polaków. Trzeba dodać, że niszczono nie tylko ludzi, palono całe
wsie, niszczono i rozbierano dwory i pałace, wysadzano w powietrze kościoły,
wycinano drzewa i parki, sady owocowe. Zagładzie uległa więc także licząca
wiele wieków materialna kultura polska na tych terenach. Jest to świadectwo,
czym była historycznie, przez wieki, polskość na tej ziemi, polskość wypalona
doszczętnie, w sensie ludzi i kultury materialnej, nie istniejąca w żadnej
mierze. Jest jednak miejsce, w którym można uwydatnić jedność Polski, gdziekolwiek
była, odtworzyć kształt historyczny. Może tego dokonać dokument, słowo pisane,
literatura i zapis naukowy. Bo to, co było kształtem historycznym, jest
nie do starcia, cokolwiek później zrobiła historia. W tym sensie próżne
były wysiłki „rezunów”. Pod tym względem księga Siemaszków przypomina
mi inne wielkie dzieło o naszej historii kresowej i zasięgu kultury polskiej:
Romana Aftanazego Rezydencje kresowe. Mówi się tam o dworach
i pałacach polskich I Rzeczpospolitej, w większości już nie istniejących,
lecz wielotomowe to dzieło poświadcza zasięg tej kultury, jak szczątki
akweduktów
rzymskich we Francji i Anglii poświadczają zasięg kultury rzymskiej.
Streszczeniu głównych wątków i problemów
tej zagłady polskości na Wołyniu (nie mówiąc o problemach merytorycznych
badań nad nią) mogłaby sprostać jedynie obszerna rozprawka, to więc, co
mówię, jest tylko wywołaniem problemu. Nie dotykam też ideologii faszyzmu
ukraińskiego, jak nazywa go jego monografista, ukraiński badacz mieszkający
w Kanadzie, Wiktor Poliszczuk. Podkreślenia wymaga jeszcze jednostronność
tej rzezi zniekształcanej w opisach ukraińskich przez przedstawianie jej
jako walki zbrojnej dwu nacjonalizmów. Tymczasem polskie akcje „odwetowe”,
mające na celu powstrzymanie nie sprowokowanej rzezi, były bardzo rzadkie,
tak jak na ogół małą skutecznością odznaczały się wysiłki „samoobrony”
polskiej w poszczególnych miejscowościach, pozbawionych broni i przywództwa.
Zgrupowania AK na tym terenie prawie nie istniały, 27 Dywizja Wołyńska powstała
dopiero w 1944 roku. Zaś okupant niemiecki na ogół przyzwalał upowcom na
wszystko.
Na koniec warto przypomnieć
przewijające się przez wspomnienia i relacje ofiar ukraińskiego ludobójstwa
– wołanie jedynie o pamięć, nie o karę nawet, a także różnicowanie
ludności ukraińskiej na tych, co mordowali, i tych, co udzielali trudnej
i rzadkiej pomocy. Ocalałe ofiary doszły do tych wniosków same, bez dyskusji
publicznej, której na ten temat nie było. Po wydaniu książki i jej wyróżnieniu
nagrodą Józefa Mackiewicza otwiera się szansa na taką dyskusję, w której
wzięli by udział nie tylko Polacy.
PS Od czasu przeczytania
książki Siemaszków obserwowałem z uwagą to, co na ten temat zaczęło się
ukazywać w naszej prasie. Tutaj chcę podzielić się wrażeniem, jakie zrobiły
na mnie niektóre wypowiedzi ostatniego okresu.
Niedługo po przyznaniu nagrody im. Józefa
Mackiewicza w czasopiśmie „Nasze Państwo” ukazał się komentarz
Andrzeja Talagi („Nasze Państwo” 2002, nr 11). Jest on
niestety wyrazem czegoś więcej niż niekompetencja autora. Była w nim
niestosowna
kwalifikacja samej nagrody, że mianowicie: „miała być odpowiedzią
środowisk patriotyczno-antykomunistycznych na Nagrodę Nike”.
Taki komentarz (nie ma do niego podstawy w regulaminie nagrody) obniża
samoistną
wartość nagrody. Ale także to, co miał do powiedzenia Andrzej Talaga
o książce Siemaszków wystawia nienajlepsze świadectwo autorowi i pismu,
które rzecz opublikowało (autor jest zastępca redaktora naczelnego).
Czytamy:
„praca ta ma jednak niewiele wspólnego z wartościami głoszonymi
przez Mackiewicza, a jeśli pokazuje prawdę, to dość jednostronną”.
Cytat drugi: „Książka państwa Siemaszków jest tymczasem kwintesencją
polonocentryzmu (choć nie bezmyślnego), patrzy bowiem na krwawe wydarzenia
wołyńskie wyłącznie z perspektywy polskiej”.
Uznana zostaje za polonocentryczną książka
– która definitywnie ustaliła i udowodniła ludobójstwo popełnione
na polskiej ludności Wołynia, sięgające co najmniej 50-60 tysięcy ofiar,
ludobójstwo mające charakter całkowitej czystki etnicznej (zabijanie wszystkich
od dzieci do starców oraz niwelacja materialna polskości)! To tak, jakby
zajęcie się przede wszystkim ustalaniem żydowskich lub polskich ofiar
Oświęcimia i metodami ich uśmiercania uznać za żydowskocentryczne lub
polonocentryczne! Jeśli nie rozważałoby się jednocześnie położenia, w
jakie wpędził Niemców Traktat Wersalski i oddzielenie od macierzy niemieckich
skupisk w II Rzeczypospolitej?!... Czyżby opisanie samego faktu ludobójstwa,
owoc lat pracy, nie było wystarczające jako temat? Nie sądzę, żeby pisarstwo
Mackiewicza mogło stwarzać przesłanki dla innego wartościowania.
Jak widać, taki już jest los naszej rzeczywistości,
że w dyskusję o zasadniczych wydarzeniach historycznych w Polsce XX wieku
włączają się autorzy pozbawieni potrzebnej wrażliwości moralnej i intelektualnej
lub politycy, rozgrywający interesy i interpretacje polityczne na marginesie
narodowych tragedii. To ostatnie stwierdzenie odnosi się do wystąpienia
szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Marka Siwca, w wywiadzie z Pawłem
Smoleńskim, opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” 2003
z 8-9 marca. Tytuł wywiadu „Nie robić bilansu krwi” brzmi tak,
jakby niedopuszczalne było obliczenie ilości ofiar (w sytuacji, kiedy
po raz pierwszy wymiar zbrodni został udowodniony). Czy minister powiedziałby
podobnie o Katyniu lub Oświęcimiu?! Następnym stwierdzeniem ministra jest:
„Masakry na Wołyniu to rzeczywiście nie był Holocaust”... „Nawet
porównywanie zbrodni wołyńskich do Holocaustu to nadużycie”. Słowa
te zresztą bierze za swoje i powtarza autor wywiadu Paweł Smoleński. Taka
polemika (z kim?) wydaje się niefortunna nie tylko dlatego, że sama zasada
absolutnej czystki etnicznej jest porównywalna, ale także dlatego, że
polemiczną intencją ministra Siwca jest tu sugestia ilościowa, że przecież
nie ten był wymiar „cyfrowy” ludobójstwa na Wołyniu. Tak autorzy
sowieccy pomniejszali sprawę Katynia na tle czystki własnych oficerów
Czerwonej Armii z końca lat trzydziestych... Każde napomknięcie o mniejszym
wymiarze ludobójstwa wydaje się niemoralne. I jeśli nawet liczby nie są
porównywalne – wystarczają jednak, by wywołać wstrząs poznawczy
i moralny, zaś sama kwalifikacja ludobójstwa jest porównywalna. Pozostaje
jeszcze moralna ocena sposobu dokonania zbrodni, a tutaj wszelkie miary
ludzkie zostały na Wołyniu przekroczone. Minister Siwiec w swoich sugestiach
pomniejszających wymiary tragedii wołyńskiej jeszcze raz podkreśla: „wydarzeń
na Wołyniu nie wolno wyjmować z realiów wojny, milionów ofiar dziejącego
się wokół Holocaustu, wiem, że wówczas inaczej pojmowano okrucieństwo,
inaczej ceniono życie ludzkie”. Ale na tym tle można by zrelatywizować
każdą hitlerowską egzekucję uliczną w Warszawie. Bo właściwą miarę dawałby
jedynie Auschwitz?!...
Ale sam słyszałem, jak pomniejszano Auschwitz
przypomnieniem wielu milionów ofiar głodu na Ukrainie. Czemu służy to
nawoływanie do określenia „właściwego” wymiaru zbrodni ludobójstwa?
W ludobójstwie wymiar jest zawsze absolutny. Nie tędy więc droga.
Chodzi raczej o wskazanie, jak – ze
świadomością tego ludobójstwa – mają ułożyć wzajemne stosunki i
życie narody polski i ukraiński, będące podmiotami takiej tragedii.
w marcu 2003