Księga ukraińskiego ludobójstwa
20.11.2005

CZARNA KSIĘGA UKRAIŃSKIEGO LUDOBÓJSTWA1
(zagłada Polaków na Wołyniu)

Kilka cytatów:

Znaleziono niemowlę z rozdeptaną główką, rączkami i nóżkami wyrwanymi i rozczapierzonymi, z przypiętym napisem „polski orzeł” (s.123)

Schwytanemu upowcy wydłubali oczy, obcięli język, ręce i nogi, a korpusem podparli drzwi (s. 136)

Dzieci były przywiązywane za rączki do drzewa i rozrywane (s. 183)

Siedmioletnią córeczkę porwali i nasadzili na pal (na oczach matki (s. 249)

Rozcięto jej brzuch w taki sposób, że widać było nienarodzone dziecko (s. 283)

Dzieci przybite do ziemi kołkami przez brzuch (s. 305)

Antoni Rudnicki cięty po kawałku piłą od stóp do głowy (s. 315)

Nauczyciela złapanego w lesie upowcy zamordowali przez wycięcie pępka i wyciągnięcie jelita, którym okręcono drzewo (s. 322)

Ojca i syna przybili gwoździami do podłogi (s. 335)

Paroletni synek został przybity do stołu za język. (s. 351)

Znaleziono jego zwłoki bez nóg i rąk, miał wyrwany język i wypalone oczy. (s. 367)

Ukraińcy obnosili po wsi zwłoki dzieci nabite na widły (s. 411)

Rozerwali końmi Felka Pawłowskiego (s. 432)

Genowefa, lat ok. 20, z której zdzierano skórę i solono. (s. 737)

Rozcięto mu klatkę piersiową i wyjęto pulsujące serce (s. 764)

Ukrainiec zakopał żywcem 3 dzieci (s. 942)

Mężczyznom poza obcinaniem kończyn i genitalii nacinano skórę u nasady szyi i zdzierano ją do pasa (s. 1158)

Ukraińcy przywiązywali do drzew i oblewali zimną wodą aż warstwa lodu pokryła ofiary (s. 1220)


1 Wygłoszone 11 listopada 2003 w sali im. Porczyńskich w Warszawie jako laudacja książki, która otrzymała I nagrodę im. Józefa Mackiewicza: Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko: Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945. Wydawnictwo von Borowiecky, Warszawa 2000. T I, II, s.1433, 7 nlb.
Tekst laudacji został przedrukowany w kombatanckim piśmie wewnętrznego obiegu „Barykada Powiśla” Nr 31 (listopad 2002-styczeń 2003).

     Monografia Ewy i Władysława Siemaszków, która zdobyła I tegoroczną nagrodę im. Józefa Mackiewicza i Złoty Medal, odsłania ciemną i zatartą kartę naszej historii. Ludobójstwo niemieckie istniało w naszej pamięci społecznej od początku, ludobójstwo sowieckie zdążyło już trwale w tej pamięci zaistnieć, wiedza o ludobójstwie dokonanym w czasie ostatniej wojny na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich dopiero ma taką szansę. „Ludobójstwo” to jest to odpowiednie słowo, które zresztą, jak wyjaśnili w ostatnich wywiadach autorzy książki – spotykało się z protestem ludzi od „poprawności politycznej” na dość wysokich szczeblach. Ukazuje te sprawy Książka Siemaszków, którą znawca problemów ziem wschodnich RP i autor wstępu, prof. Ryszard Szawłowski, uznał za „dzieło definitywne” (nawiasem mówiąc, prawie półtora tysiąca stron dużego formatu i małego druku). Stanowi wielkie otwarcie pamięci, fałszowanej przez część historiografii, zwłaszcza – poza wyjątkami – ukraińskiej.

     Książka jest nie tylko dokumentem potwierdzającym popełnione zbrodnie, ale także zarysem monograficznym problemu. Dość powiedzieć, że właściwie całą wiedzę potrzebną do znajomości tego fragmentu historii czerpię z tej książki.

     W latach 1939-1945, ale przede wszystkim w roku 1943, nacjonaliści ukraińscy dokonali na Wołyniu – w zasadzie w jego granicach Rzeczpospolitej Polskiej z międzywojennego dwudziestolecia – całkowitego unicestwienia ludności polskiej. Zginęło, według ostrożnych szacunków. 50-60 tysięcy osób, z około 300.000 osób w roku 1942. Była to więc – jedna piąta całej polskiej ludności (po deportacjach sowieckich z roku 1940), a stanowiła ona przed drugą wojną niewiele mniej niż 20% ogółu. Reszta uciekła, to znaczy została wypędzona. W książce mamy więc jakby ostatnie spojrzenie na trwającą setki lat historię tego obszaru Rzeczpospolitej. Do rzezi Polaków Ukraińcy przystąpili po wymordowaniu (pod niemieckim kierownictwem) ponad 100 tysięcy wołyńskich Żydów.

     Na tle ludobójstwa hitlerowskiego i sowieckiego ludobójstwo ukraińskie wyróżnia się swoistymi cechami: niszczeniem całej ludności polskiej tego obszaru (jest więc porównywalne tylko z Endlösung ludności żydowskiej) i nie istniejącym nigdzie indziej w doświadczeniach europejskich okrucieństwem, przechodzącym granice wyobraźni. Ginęły całe wsie polskie mordowane przez Ukraińców ze wsi sąsiednich, przewodzonych przez ukraińskie bojówki UPA. Działały zresztą różne przywództwa i ugrupowania (tzw. banderowcy, bulbowcy i melnikowcy), ale w tym samym celu. Ginęli też nieraz Ukraińcy nie chcący się przyłączyć do akcji. Popi prawosławni poświęcali broń zagłady (broń palną, noże, siekiery, kosy i inne), odbywając uroczyste procesje, mordowano nielicznych duchownych, którzy tego czynić nie chcieli. W przeciwieństwie do masowych seryjnych metod uśmiercania przez Niemców i Rosjan – Ukraińcy mordowali niejako indywidualnie, od niemowląt do starców, każdego „odręcznie”, a stąd jeszcze straszniej. Książka należy do najokrutniejszych przykładów w historycznej literaturze światowej w sensie psychopatycznych zdolności jakiejś grupy etnicznej do wymyślnego znęcania się i torturowania, świadectwo dla socjologa patologii społecznych, ukazując jeszcze jedno oblicze XX-wiecznego faszyzmu. O tym wszystkim właśnie dowiadujemy się z książki, ukazującej sytuację ogólną i straszne szczegóły, które cytowałem na wstępie (a przecież cytowałem tylko wybrane przykłady indywidualnych sposobów znęcania się przy zabijaniu).

     Zebranie przez autorów monografii ogromnej ilości relacji unaocznia nam prawie ten mord, spełniając zarazem wymóg dokumentacyjny. Relacje (ponad półtora tysiąca) są także świadectwem językowym, języka kresowego, który praktycznie już nie istnieje, stąd zalety warstwy literackiej tomu. Zdołano odtworzyć kilkanaście tysięcy nazwisk ofiar i prawie pięćset zapamiętanych nazwisk ukraińskich katów. A przecież udało się objąć dokumentacją jedynie połowę terenu i miejscowości, gdzie dokonywano czystek. Reszta zaginęła wraz ze świadkami, którzy stali się ofiarami, zatrzymała się na sicie niepamięci prawie już 60-ciu lat.

     Podobna czystka etniczna (bo tak można ją również dzisiaj nazywać, określeniem wtedy nie istniejącym) nie zaszła ani na terenach o większości etnicznej białoruskiej, ani na Wileńszczyźnie. Przypominają się wielkie historyczne mordy utrwalane przez polską literaturę: rzeź w Humaniu w drugiej połowie XVIII wieku czy rabacja galicyjska roku 1846 (ta ostatnia katastrofa, sytuowana geograficznie dużo bardziej na zachód, pociągnęła za sobą około tysiąca ofiar z polskich dworów). Wydarzenia te oddziaływały swą straszną i mroczną atmosferą na wyobraźnię wielkich polskich pisarzy. Obrazy rzezi ukraińskiej spotykamy w Śnie srebrnym Salomei Słowackiego, zaś rabacja galicyjska powraca na kartach Wesela Wyspiańskiego słynnym zdaniem:

     Mego dziadka piłą rżnęli
     Myśmy wszystko zapomnieli...

     A przecież rozmiar i zasięg współczesnego ludobójstwa na Wołyniu jest nieporównywalny z tamtymi historycznymi wydarzeniami. Oczywiście, to zdanie Wyspiańskiego nawet w zmienionej, i to jak bardzo, sytuacji historycznej, na tle tak strasznego ilościowo ludobójstwa, to zdanie mogłoby jednak powtórzyć dzisiaj wielu cudownie ocalałych i wciąż jeszcze żyjących Polaków. Trzeba dodać, że niszczono nie tylko ludzi, palono całe wsie, niszczono i rozbierano dwory i pałace, wysadzano w powietrze kościoły, wycinano drzewa i parki, sady owocowe. Zagładzie uległa więc także licząca wiele wieków materialna kultura polska na tych terenach. Jest to świadectwo, czym była historycznie, przez wieki, polskość na tej ziemi, polskość wypalona doszczętnie, w sensie ludzi i kultury materialnej, nie istniejąca w żadnej mierze. Jest jednak miejsce, w którym można uwydatnić jedność Polski, gdziekolwiek była, odtworzyć kształt historyczny. Może tego dokonać dokument, słowo pisane, literatura i zapis naukowy. Bo to, co było kształtem historycznym, jest nie do starcia, cokolwiek później zrobiła historia. W tym sensie próżne były wysiłki „rezunów”. Pod tym względem księga Siemaszków przypomina mi inne wielkie dzieło o naszej historii kresowej i zasięgu kultury polskiej: Romana Aftanazego Rezydencje kresowe. Mówi się tam o dworach i pałacach polskich I Rzeczpospolitej, w większości już nie istniejących, lecz wielotomowe to dzieło poświadcza zasięg tej kultury, jak szczątki akweduktów rzymskich we Francji i Anglii poświadczają zasięg kultury rzymskiej.

     Streszczeniu głównych wątków i problemów tej zagłady polskości na Wołyniu (nie mówiąc o problemach merytorycznych badań nad nią) mogłaby sprostać jedynie obszerna rozprawka, to więc, co mówię, jest tylko wywołaniem problemu. Nie dotykam też ideologii faszyzmu ukraińskiego, jak nazywa go jego monografista, ukraiński badacz mieszkający w Kanadzie, Wiktor Poliszczuk. Podkreślenia wymaga jeszcze jednostronność tej rzezi zniekształcanej w opisach ukraińskich przez przedstawianie jej jako walki zbrojnej dwu nacjonalizmów. Tymczasem polskie akcje „odwetowe”, mające na celu powstrzymanie nie sprowokowanej rzezi, były bardzo rzadkie, tak jak na ogół małą skutecznością odznaczały się wysiłki „samoobrony” polskiej w poszczególnych miejscowościach, pozbawionych broni i przywództwa. Zgrupowania AK na tym terenie prawie nie istniały, 27 Dywizja Wołyńska powstała dopiero w 1944 roku. Zaś okupant niemiecki na ogół przyzwalał upowcom na wszystko.

     Na koniec warto przypomnieć przewijające się przez wspomnienia i relacje ofiar ukraińskiego ludobójstwa – wołanie jedynie o pamięć, nie o karę nawet, a także różnicowanie ludności ukraińskiej na tych, co mordowali, i tych, co udzielali trudnej i rzadkiej pomocy. Ocalałe ofiary doszły do tych wniosków same, bez dyskusji publicznej, której na ten temat nie było. Po wydaniu książki i jej wyróżnieniu nagrodą Józefa Mackiewicza otwiera się szansa na taką dyskusję, w której wzięli by udział nie tylko Polacy.

     PS    Od czasu przeczytania książki Siemaszków obserwowałem z uwagą to, co na ten temat zaczęło się ukazywać w naszej prasie. Tutaj chcę podzielić się wrażeniem, jakie zrobiły na mnie niektóre wypowiedzi ostatniego okresu.

     Niedługo po przyznaniu nagrody im. Józefa Mackiewicza w czasopiśmie „Nasze Państwo” ukazał się komentarz Andrzeja Talagi („Nasze Państwo” 2002, nr 11). Jest on niestety wyrazem czegoś więcej niż niekompetencja autora. Była w nim niestosowna kwalifikacja samej nagrody, że mianowicie: „miała być odpowiedzią środowisk patriotyczno-antykomunistycznych na Nagrodę Nike”. Taki komentarz (nie ma do niego podstawy w regulaminie nagrody) obniża samoistną wartość nagrody. Ale także to, co miał do powiedzenia Andrzej Talaga o książce Siemaszków wystawia nienajlepsze świadectwo autorowi i pismu, które rzecz opublikowało (autor jest zastępca redaktora naczelnego). Czytamy: „praca ta ma jednak niewiele wspólnego z wartościami głoszonymi przez Mackiewicza, a jeśli pokazuje prawdę, to dość jednostronną”. Cytat drugi: „Książka państwa Siemaszków jest tymczasem kwintesencją polonocentryzmu (choć nie bezmyślnego), patrzy bowiem na krwawe wydarzenia wołyńskie wyłącznie z perspektywy polskiej”.

     Uznana zostaje za polonocentryczną książka – która definitywnie ustaliła i udowodniła ludobójstwo popełnione na polskiej ludności Wołynia, sięgające co najmniej 50-60 tysięcy ofiar, ludobójstwo mające charakter całkowitej czystki etnicznej (zabijanie wszystkich od dzieci do starców oraz niwelacja materialna polskości)! To tak, jakby zajęcie się przede wszystkim ustalaniem żydowskich lub polskich ofiar Oświęcimia i metodami ich uśmiercania uznać za żydowskocentryczne lub polonocentryczne! Jeśli nie rozważałoby się jednocześnie położenia, w jakie wpędził Niemców Traktat Wersalski i oddzielenie od macierzy niemieckich skupisk w II Rzeczypospolitej?!... Czyżby opisanie samego faktu ludobójstwa, owoc lat pracy, nie było wystarczające jako temat? Nie sądzę, żeby pisarstwo Mackiewicza mogło stwarzać przesłanki dla innego wartościowania.

     Jak widać, taki już jest los naszej rzeczywistości, że w dyskusję o zasadniczych wydarzeniach historycznych w Polsce XX wieku włączają się autorzy pozbawieni potrzebnej wrażliwości moralnej i intelektualnej lub politycy, rozgrywający interesy i interpretacje polityczne na marginesie narodowych tragedii. To ostatnie stwierdzenie odnosi się do wystąpienia szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Marka Siwca, w wywiadzie z Pawłem Smoleńskim, opublikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” 2003 z 8-9 marca. Tytuł wywiadu „Nie robić bilansu krwi” brzmi tak, jakby niedopuszczalne było obliczenie ilości ofiar (w sytuacji, kiedy po raz pierwszy wymiar zbrodni został udowodniony). Czy minister powiedziałby podobnie o Katyniu lub Oświęcimiu?! Następnym stwierdzeniem ministra jest: „Masakry na Wołyniu to rzeczywiście nie był Holocaust”... „Nawet porównywanie zbrodni wołyńskich do Holocaustu to nadużycie”. Słowa te zresztą bierze za swoje i powtarza autor wywiadu Paweł Smoleński. Taka polemika (z kim?) wydaje się niefortunna nie tylko dlatego, że sama zasada absolutnej czystki etnicznej jest porównywalna, ale także dlatego, że polemiczną intencją ministra Siwca jest tu sugestia ilościowa, że przecież nie ten był wymiar „cyfrowy” ludobójstwa na Wołyniu. Tak autorzy sowieccy pomniejszali sprawę Katynia na tle czystki własnych oficerów Czerwonej Armii z końca lat trzydziestych... Każde napomknięcie o mniejszym wymiarze ludobójstwa wydaje się niemoralne. I jeśli nawet liczby nie są porównywalne – wystarczają jednak, by wywołać wstrząs poznawczy i moralny, zaś sama kwalifikacja ludobójstwa jest porównywalna. Pozostaje jeszcze moralna ocena sposobu dokonania zbrodni, a tutaj wszelkie miary ludzkie zostały na Wołyniu przekroczone. Minister Siwiec w swoich sugestiach pomniejszających wymiary tragedii wołyńskiej jeszcze raz podkreśla: „wydarzeń na Wołyniu nie wolno wyjmować z realiów wojny, milionów ofiar dziejącego się wokół Holocaustu, wiem, że wówczas inaczej pojmowano okrucieństwo, inaczej ceniono życie ludzkie”. Ale na tym tle można by zrelatywizować każdą hitlerowską egzekucję uliczną w Warszawie. Bo właściwą miarę dawałby jedynie Auschwitz?!...

     Ale sam słyszałem, jak pomniejszano Auschwitz przypomnieniem wielu milionów ofiar głodu na Ukrainie. Czemu służy to nawoływanie do określenia „właściwego” wymiaru zbrodni ludobójstwa? W ludobójstwie wymiar jest zawsze absolutny. Nie tędy więc droga.

     Chodzi raczej o wskazanie, jak – ze świadomością tego ludobójstwa – mają ułożyć wzajemne stosunki i życie narody polski i ukraiński, będące podmiotami takiej tragedii.

w marcu 2003