Arcydzieło egzystencjalizmu w kanonicznym polskim przekładzie Jacka Trznadla
Powieść Jean-Paula Sartre’a Mdłości (La Nausée, 1938) należy do ścisłego kanonu literatury światowej XX wieku. Przekład Jacka Trznadla, opublikowany po raz pierwszy przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1974 roku i wielokrotnie wznawiany (m.in. przez Wydawnictwo Zielona Sowa oraz PIW), uznawany jest przez krytykę, filologów i filozofów za przekład kongenialny — wzorcowy pod względem precyzji filozoficznej frazy, rytmu polszczyzny oraz wierności egzystencjalnemu tonowi oryginału.
Jacek Trznadel, jako wybitny romanista i wieloletni profesor Sorbony w Paryżu, potrafił w unikalny sposób oddać w języku polskim specyfikę sartre’owskich pojęć: poczucia nieuzasadnionego nadmiaru bytu (de trop), przypadkowości, samotności Antoine'a Roquentina oraz rodzącego się w zetknięciu z nagą materią zjawiska Nudności — Mdłości.
Dziennik Antoine'a Roquentina — fragmenty przekładu
Przełożył Jacek Trznadel
Karta bez daty
Najlepiej byłoby zapisywać wydarzenia z dnia na dzień. Prowadzić dziennik, aby widzieć jasno. Nie puszczać płazem cieniom, drobiazgom, nawet gdy wydają się bez znaczenia, a zwłaszcza klasyfikować je. Trzeba powiedzieć, jak widzę ten stół, ulicę, ludzi, moją paczkę tytoniu, ponieważ to właśnie uległo zmianie. Trzeba dokładnie określić zasięg i naturę tej zmiany.
Na przykład oto tekturowa okładka, w której trzymam papier: jest fioletowa. Od jakiegoś czasu patrzę na nią i wiem dobrze, że jest to fiolet, ale fiolet obcy, niechętny, jakby chciał być czymś innym. Przedmioty nie powinny dotykać człowieka, skoro nie żyją. Posługujemy się nimi, odkładamy na miejsce, żyjemy pośród nich: są pożyteczne, nic więcej. A mnie one dotykają, to nie do zniesienia. Boję się wejść z nimi w styczność, jakby były żywymi zwierzętami.
Poniedziałek, 29 stycznia
Coś mi się przydarzyło, nie mogę już w to wątpić. Przyszło to jak choroba, nie jak zwykła pewność, nie jak oczywistość. Zainstalowało się podstępnie, po troszku; czułem się cokolwiek dziwnie, nieco skrępowany, nic więcej. Kiedy się już usadowiło, nie ruszało się, trwało spokojnie i mogłem sobie wmawiać, że nic mi nie jest, że to fałszywy alarm. A teraz oto się rozwija.
Byłem wczoraj nad morzem, na żwirowej plaży. Chciałem rzucić płaski kamyk w fale, jak zwykle. Schyliłem się, podniosłem go — i w tej samej chwili zatrzymałem się, upuściłem kamyk i odszedłem. Byłem przestraszony. Kamyk był wilgotny, chłodny, ciężki. Nie był to wstręt fizyczny. To było coś innego: kamyk przekazał mi swoje istnienie. Poczułem w dłoni jakąś słodkawą odrazę. Jakie to było przykre! I pochodziło to od kamyka, jestem pewien, przeszło z kamyka wprost do moich rąk. Tak, właśnie: rodzaj mdłości w dłoniach.
Park publiczny — medytacja o istnieniu
Siedziałem na ławce pod wielkim kasztanem. Korzeń drzewa wrzynał się w ziemię tuż pod moją ławką. Nie pamiętałem już, że to korzeń. Słowa zniknęły, a wraz z nimi znaczenie rzeczy, sposoby ich użycia, wątłe punkty odniesienia, jakie ludzie wykreślili na ich powierzchni.
Siedziałem zgarbiony, z opuszczoną głową, sam na sam z tą czarną, guzowatą masą, całkowicie surową, która budziła we mnie trwogę. I nagle spadła zasłona: zrozumiałem, ujrzałem. Korzeń kasztana istniał w sposób bezwzględny, nie dający się wytłumaczyć ani zredukować do niczego innego. Nie miał racji bytu, tak samo jak ten park, to miasto i ja sam. Byliśmy zbędni — de trop. Każdy byt rodzi się bez powodu, trwa z osłabienia i umiera przez przypadek.
Wtedy właśnie chwyciły mnie Mdłości. To nie było w mojej głowie, to było w samym ciele, w powietrzu, w gęstym posmaku świata. Mdłości to nie ja, to nie żołądek: to świat obnażony z sensu, odsłaniający swoją lepką, nieubłaganą obecność.
Nota o przekładzie Jacka Trznadla
Tłumaczenie Mdłości pióra Jacka Trznadla jest jednym z najwybitniejszych osiągnięć powojennej polskiej romanistyki. Trznadel nie tylko wiernie przetłumaczył tekst Sartre’a, ale stworzył polski idiom filozoficzny egzystencjalizmu, łączący rygor terminologiczny z niezwykłą plastycznością prozy artystycznej. Przekład ten wychował całe pokolenia polskich humanistów, pisarzy i czytelników.